Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TLD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TLD. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lipca 2017

ROZDZIAŁ 9 - CIĘŻAR ODPOWIEDZIALNOŚCI (ROB)

   – Rob! – krzyk Zuzy był pełen przerażenia, pilnie potrzebowała mojej pomocy, ale zombie za nic nie chciały odsunąć się bym mógł zamknąć drzwi. Uderzałem je po głowach kolbą broni, co dawało mi kilka sekund by zmniejszyć odległość między drzwiami a futryną. Niestety, zaraz potem brudne od krwi dłonie truposzy wślizgiwały się do środka, próbując złapać mnie za ubranie i parę razy im się to udawało, ale wtedy ciąłem ich palce bagnetem lub wyłamywałem.
   – Rob! – kolejny, tym razem błagalny, krzyk dziewczyny wypełnił pomieszczenie sklepu.
   Zuza walczyła z trzema zombie, które zastaliśmy w środku, zaraz po wejściu do sklepu. Moja towarzyszka próbowała wbić grubemu facetowi z oderwanym sporym kawałkiem gardła nóż w czaszkę. Osłaniała jednocześnie siedzącego na podłodze i drżącego ze strachu chłopaka z wrogiej grupy, którą zaatakowaliśmy przed sklepem.
   – Zaraz! – krzyknąłem wkurzony i całym swoim ciałem natarłem na drzwi. Rozległ się chrzęst łamanych palców, ale to mnie nie zraziło. Włożyłem jeszcze więcej wysiłku w swoje działania. Przez to kilka odciętych palców poupadało na podłogę, gdy te w końcu się zatrzasnęły. Przyciągnąłem jeszcze stojącą obok lodówkę z mrożonkami i zastawiłem nią wejście.
   – Uważaj! – Doskoczyłem do Zuzy i w ostatniej chwili uderzyłem idącego na nią trupa w tył czaszki. W lekkie wgniecenie, które powstało po moim ciosie, wbiłem jeszcze lufę broni, która prawie bez oporów przebiła się do mózgu zombie.
   Zuza, w tym czasie, zdążyła unieszkodliwić grubasa przebijając mu nożem oczodół. Ostatniego zombie – kobietę w długiej sukni, załatwiłem tym samym sposobem, co wcześniej. Osunąłem się wyczerpany na podłogę, tuż naprzeciw Michała, który próbował odsunąć się jak najdalej od wypływającej z głowy kobiety cieczy.
   Nie byliśmy daleko od sklepu z bronią, bo z rannym chłopakiem ciężko byłoby nam uciec. Gdyby nie ten sklep, to zapewne leżelibyśmy zjadani przez truposzy. Oby Saszy też się udało – pomyślałem. Zaryzykowała życiem, żeby zdobyć broń ze sklepu. Nawet nie wiedziałem, czy żyje.
   – Co teraz zrobimy? – zapytała Zuza. Na jej policzku pojawił się już fioletowy siniak.
   Wycie i warczenie zombie za drzwiami dekoncentrowało mnie. Miałem ochotę krzyknąć, żeby się zamknęli, ale to zapewne pogorszyłoby sprawę. Trzeba było poczekać, aż stracą nami zainteresowanie.
   – Przeczekamy – odparłem, podnosząc się z podłogi. – Sprawdź, czy na zapleczu nie ma dodatkowego wyjścia. Tylko uważaj. Ktoś może tam być.
   Zuza kiwnęła głową i zniknęła w półmroku pomieszczenia. Przez oklejoną reklamą witrynę sklepową wpadało do środka mało światła, ale dzięki temu zombie nas nie widziały. Rozglądnąłem się po półkach. Jedzenia było jeszcze sporo, ale bez elektryczności miała szybko się popsuć.
   – Co ze mną zrobicie? – zapytał nagle chłopak.
   – A co mamy zrobić? – spytałem, biorąc z półki z lekarstwami wszystkie opatrunki, jakie się tam znajdowały. Zuza musiała zająć się jego nogą zanim ten do końca się wykrwawił.
   – Zabijecie mnie?
   – Nie zabijamy dzieci.
   – Wasza koleżanka by mnie zabiła – powiedział ze złością w głosie.
   Spojrzałem na chłopaka uważnie. Cała jego nogawka była we krwi, która kontrastowała z bladością jego twarzy. Niewątpliwie to za sprawą Saszy tak wyglądał. Widziałem, co mu robiła i byłem tym przerażony. To był jeszcze dzieciak, a ona go torturowała i groziła śmiercią. Rozumiałem, że chciała informacji, ale posuwanie się do takich metod było grubo ponad miarę. Nawet, jak na te czasy.
   – Nie ma drugiego wyjścia – powiedziała Zuza, wychodząc z zaplecza. Od razu podeszła do Michała. – Pomóż mi go położyć na ladzie.
   Wspólnymi siłami podnieśliśmy chłopaka, który krzywił się z bólu i z ledwością powstrzymywał od krzyku. Zuza rozdarła mu nogawkę spodni wzdłuż uda i przyjrzała się ranie.
   – Nie ma rany wylotowej, czyli kula jest w środku – oznajmiła po krótkich oględzinach. – Muszę ją wyjąć. Rob, poszukaj pęsety albo czegoś w tym rodzaju. Mogą być obcążki. I spirytus.
   Pęsety nie znalazłem, ale obcążki już tak. Mieliśmy szczęście, że był to sklep wielobranżowy, a nie zwykły spożywczak. Na półce były też tam paczki opasek zaciskowych. Po chwili namysłu wziąłem jedną i schowałem do kieszeni.
   – Proszę – podałem dziewczynie rzeczy. Ta odkręciła butelkę spirytusu i wylała ją na nogę chłopaka. Młody krzyknął. Szybko zasłoniłem mu usta dłonią, ale było już za późno. Zombie, które zdążyły się trochę uspokoić, znowu zawyły i zaczęły uderzać w szyby oraz drzwi. Sięgnąłem po ręcznik kuchenny i wcisnąłem go Michałowi w usta. – Zagryź to.
   Zuza wzięła głęboki wdech i sięgnęła po obcążki. Po chwili wahania chwyciła też butelkę spirytusu, po czym wzięła łyk. Skrzywiła się i zdusiła w sobie kaszel, a oczy zaszły jej łzami. Wyciągnęła alkohol w moją stronę, który przyjąłem. Spirytus, jak żywy ogień, wlał mi się do gardła i rozgrzał od wewnątrz. Przez chwilę poczułem się lepiej, ale ten stan szybko minął.
   – Trzymaj go mocno. To będzie moja pierwsza operacja i nie będę ściemniać – będzie boleć – oznajmiła bez owijania w bawełnę.
    Bez ostrzeżenia wsadziła obcążki do rany i zaczęła w niej gmerać. Musiałem użyć wszystkich sił, by powstrzymać wierzgającego chłopaka, gdy Zuza głębiej wcisnęła narzędzie, drugą ręką unieruchamiając nogę Młodego. Michał zaciskał zęby w ręczniku, a po jego czerwonych policzkach spływały łzy.
   – Już prawie. Czuję ją. Na szczęście się nie rozpadła. Jeszcze chwila… Mam! – zawołała w końcu Zuza, wyciągając kulę. Oboje spojrzeliśmy ucieszeni na chłopaka, ale ten leżał nieruchomo na ladzie. Przestraszyłem się, że umarł, ale okazało się, że tylko zemdlał. I dobrze się stało, bo czekało go jeszcze szycie.
   – Czyli jednak coś potrafisz – powiedziałem z uznaniem.
   – Nigdy nie twierdziłam, że było inaczej – odparła z udawanym oburzeniem.
   Podczas gdy Zuza zajmowała się ostatnim etapem „operacji”, ja mogłem zająć się pakowaniem najpotrzebniejszych rzeczy do dużych torb ekologicznych. Zanim jednak to zrobiłem, musiałem podjąć pewne środki bezpieczeństwa.
   – Co robisz? – zapytała Zuza gdy skrępowałem ręce chłopaka opaską zaciskową i przyczepiłem ją do rurki przy ladzie.
   – Tak na wszelki wypadek – wyjaśniłem.
   Musiałem dokładnie przemyśleć co zapakować. Nie mogliśmy zbytnio się obciążać, ale z drugiej strony potrzebowaliśmy też większości tych rzeczy, a w szczególności jedzenia. Ostatecznie postawiłem na puszkowaną żywność i wodę.
   – Jaki jest plan? – Zuza niespodziewanie znalazła się obok mnie i zaczęła wrzucać do torby paprykarz w puszkach.
   Była starsza ode mnie o jakieś cztery lata, a ciężar dokonywania wyborów zrzuciła na moje barki. Dopiero wtedy odczułem bolesny brak Saszy. Bałem się podjąć jakąkolwiek decyzję, a potem zmierzyć z jej pozytywnymi, bądź negatywnymi konsekwencjami. Jednak Zuza na mnie polegała. Nie mogłem jej zawieść.
   – Za kilka godzin będzie ciemno, a znalezienie jeszcze jednego bezpiecznego miejsca może być trudne. Ten sklep jest żyłą złota i prędzej czy później ktoś spróbuje tu się dostać. Będziemy musieli opuścić to miejsce jak najszybciej. Jeszcze przed zmrokiem. Pójdziemy pod sklep z bronią.
   – Dlaczego? Pewnie roi się tam od zombie.
   – Jeżeli Sasza żyje, to zapewne tam będzie nas szukać.
   JEŻELI żyje – powtórzyłem w myślach. Te słowa brzmiały nieprzyjemnie i nasuwały mi obrazki, które wolałem zaraz odsuwać. Sasza była moją przyjaciółką, a ten cały syf jeszcze bardziej nas do siebie zbliżył. Nie chciałem stracić kolejnej bliskiej mi osoby. Wystarczy, że nie wiedziałem, co działo się z moją rodziną.
   Przeciągły jęk Młodego zwrócił naszą uwagę. Chłopak próbował się podnieść, ale opaski zaciskowe mu to uniemożliwiły.
   – Co wy? – zapytał charczącym głosem.
   – Będziesz grzeczny, to cię uwolnię – odparłem uspokajająco.
   Zuza napoiła go wodą z butelki, którą ten wypił łapczywie, aż ta spłynęła mu po gładkim podbródku aż pod kurtkę. Młody mógł mieć jakieś czternaście – piętnaście lat, na pewno nie więcej. Z tego co pozostali jego kompani byli raczej w moim wieku lub starsi.
   – Zjemy coś, poczekamy aż zombie się rozejdą i wychodzimy – poinformowałem towarzyszy, otwierając jedną z konserw.
   – Ja nie dam rady iść! – sprzeciwił się głośno Michał.
   – Będziesz musiał, inaczej cię zostawimy – zagroziłem, chociaż nie mówiłem tego na serio. Ten chłopak był zwykłym, przestraszonym dzieciakiem, nie zagrażał nam w żaden sposób. ­– A teraz gadaj, kim była ta grupa, z którą byłeś. Mów wszystko i bez owijania w bawełnę, dobrze ci radzę.
   Starałem się mówić pewnie i tak, by Młody wyczuł, że ze mną nie ma żartów. Podziałało.
   – Mieszkaliśmy wszyscy na jednym osiedlu w Głogowie – zaczął opowieść. – Pierwsze trupy pojawiły się u nas przedwczoraj, ale dopiero wczoraj wszystko zaczęło się pieprzyć. Ludzie zaczęli szaleć. Najpierw kazano wszystkim nie wychodzić z domów i czekać na pomoc, ale to się nie sprawdzało. Nasze osiedle szybko zrozumiało, że nie ma co słuchać glin i tych idiotów z telewizji. Zanim trupy urosły w sile, Wiksa kazał nam wszystkim przenieść się do hotelu.
   – Kim jest ten cały Wiksa? – zapytała Zuza.
   – Koleś, który wszystkim nam uratował tyłki i nami przewodzi. On i jego kumple pomogli nam dostać się do hotelu i dzięki temu przeżyliśmy.
   – Ilu was jest? – tym razem to ja spytałem.
   – Jakieś trzydzieści osób, ale może być więcej, bo przyjmujemy nowych. Was też byśmy mogli – powiedział z zapałem.
   Spojrzałem na Zuzę, a ona na mnie. To mogłaby być dla nas szansa na przeżycie. Dołączyć do grupy, która miała broń, ludzi i bezpieczne miejsce – marzenie. Niestety, problemem był fakt, że dopiero co chcieliśmy się wzajemnie pozabijać. To wszystko komplikowało.
   – Pomyślimy-zobaczymy – powiedziałem wyprostowując się. – Na razie zrobimy tak: poczekamy aż zombie sobie pójdą, pobiegniemy szybko do auta i porozglądamy się za Saszą. Może jest gdzieś w okolicy.
   – Porąbało cię? – oburzył się Młody. – Szła za nią horda trupów. Na pewno już po niej.
   Była taka możliwość, owszem, ale wolałem by jednak tak się nie stało.
   – Miejmy nadzieję, że tak nie jest – mruknąłem do siebie.

☠☠☠

   Minęły prawie dwie godziny, zanim okolice sklepu opuścił ostatni zombie. Dla bezpieczeństwa odczekaliśmy jeszcze parę minut, a dopiero wtedy, obładowani torbami, wyszliśmy na zewnątrz. Widziałem kilka truposzy, sennie snujących się po ulicy, ale żaden nas nie zauważył i nie było sensu niepotrzebnie ich atakować. Skradaliśmy się między porzuconymi samochodami, kryjąc się za każdym razem, gdy w pobliżu pojawiał się jakiś ożywieniec.
   Młody szedł w środku, ubezpieczany z tyłu przez Zuzę i z przodu przeze mnie. Chłopak kulał i cicho skarżył się na bolącą nogę, ale nie mogliśmy się zatrzymywać. Nie w środku drogi, gdzie za każdym rogiem mogła się czaić grupa tak wielka, jaka zaskoczyła nas wcześniej.
   Od jednego sklepu do drugiego dzieliło nas niecały kilometr, ale przebyliśmy tą drogę w trzydzieści minut. Wszystko przez Michała, który nas spowalniał. W końcu zobaczyłem szyld sklepu z bronią. Niedługo cieszyłem się z tego faktu, bo pod nim stał niebieski minivan, do którego zmierzała całkiem duża grupa zombie. Samochód ruszył z piskiem opon, zostawiając za sobą nieumarłych, którzy ruszyli jego śladem.
   – Wchodzimy tam? – zapytała Zuza.
   – Nie ma sensu – odparłem przecierając czoło. Byłem wyczerpany całą tą sytuacją. Wszystko szło nie tak, jak powinno. – I tak zabrali już wszystko, co zostało.
   – To co teraz? – spytał Młody opierając się o ścianę i rozmasowując owiniętą bandażem nogę.
   Nie wiedziałem. Naprawdę nie wiedziałem. Miałem nadzieję, że spotkamy Saszę, ona będzie miała gotowy plan i wszystko się ułoży. Ale nie. Dalej musiałem decydować o życiu swoim i dwóch ludzi, których praktycznie nie znałem. Spojrzałem w niebo, jakbym czekał na jakieś wsparcie stamtąd. Przeliczyłem się jednak. Jeżeli Bóg naprawdę istniał, to miał nas gdzieś. Otaczający nas syf był na to niezbitym dowodem.
   Nagle rozległ się krzyk, dochodzący z niedaleka. Niewiele myśląc ruszyłem w tamtym kierunku. W mojej głowie pojawiła się myśl, że była to Sasza i poczułem coś na kształt ulgi. Niestety – pomyliłem się.
   Na ulicy zobaczyłem blondwłosą dziewczynę stojącą na dachu jednego z wielu opuszczonych aut. Wokół niego stało kilka zombie, które wyciągały łapy po nieznajomą, a ta w śmieszny sposób przeskakiwała z nogi na nogę próbując nie dać się złapać. Ściągnąłem z ramienia automat i ruszyłem z nim na najbliższego ożywieńca. Siła z jaką uderzyłem go w czaszkę sprawiła, że jego głowa odbiła się od tylnej szyby auta, pozostawiając na niej siatkę pęknięć. Reszta zaalarmowanych przemienionych ruszyła w moją stronę.
   Było ich czterech. Starszemu mężczyźnie z oderwaną dolną szczęką rozbiłem i tak już pęknięte okulary na nosie. Staruszek upadł prosto na idącą za nim kobietę w podobnym wieku. Kolejny – młody chłopak w szarym dresie – zaatakował mnie w tej samej chwili, gdy upadły poprzednie zombie. Złapał mnie za ramię i zatopił zęby w materiale puchowej kurtki, zbyt grubej, by mógł się przegryźć. Z wrażenia wypuściłem jednak broń. Wyciągnąłem więc zza paska nóż i wbiłem go w zbielałe oko bestii. Ten od razu padł sztywny za ziemię. Już miałem iść z pomocą nieznajomej, która zeskoczyła z auta i siłowała się z jednym z umarłych, gdy poczułem, że ktoś łapie mnie za kostkę. Wylądowałem twarzą na asfalcie i obejrzałem się za siebie. Staruszek i jego towarzyszka czołgali się w moim kierunku, a jeden z zombie właśnie miał się na mnie rzucić. Podniosłem automat, wymierzyłem w idącego na mnie stwora, którego łapy już prawie mnie sięgały i strzeliłem. Zombie padł. Pozostało jeszcze dwóch. Wstałem z ziemi, wyciągnąłem nóż z oczodołu bestii i wróciłem do podnoszącej się już staruszki. Szybko powaliłem ją na ziemię uderzając kolbą w twarz, po czym wbiłem jej ostrze w oko. Odetchnąłem głęboko, próbując ignorować słodkawy smród jaki wydobywał się z ciał zombie.
   Spojrzałem na nadal stojącą przy aucie dziewczynę. Zombie leżał obok niej z nożem w skroni. Nawet z tej odległości widziałem, że jest przerażona. Nagle usłyszałem za sobą niosące się z oddali warczenie. Ku nam szła kilkunastoosobowa grupa zombie.
   – Chodź! – krzyknąłem do dziewczyny wyciągając do niej rękę.
   Nieznajoma, najwidoczniej niepewna co ma robić, najpierw spojrzała za siebie, potem znowu na mnie. Ostatecznie złapała mnie za dłoń i pobiegła ze mną.
   Trupy szły za nami i nic nie wskazywało na to, że odpuszczą. Dlatego, gdy tylko znaleźliśmy się w uliczce, gdzie czekała Zuza z Młodym, ja krzyknąłem:
   – Bieżcie wszystko i spadamy do auta!
   Podałem nieznajomej siatki, które sam wcześniej niosłem i sam podniosłem Młodego. Przerzuciłem go sobie przez ramię, ciesząc się, że ten nie był aż tak ciężki. Tylko wiercił się przez co trochę odstawałem od dziewczyn. Gdy one znalazły się na miejscu, ja dopiero wychodziłem z uliczki. Wtedy zobaczyłem to, co zszokowało mnie, załamało i wkurzyło. Ktoś ukradł nam auto.

☠☠☠

   Po stu metrach biegu z coraz cięższym Młodym na plecach, w końcu musiałem się zatrzymać. Nieważne, że pościg zombie wciąż był za nami. Nieważne, że naboje w automacie prawie się skończyły. Nieważne, że śmierć czekała na nas za każdym rogiem. Ja po prostu już dłużej nie mogłem biec. Byłem wyczerpany, nogi drżały mi z wysiłku, płuca paliły, a przed oczami pojawiały się mroczki. Miałem wielką ochotę zostawić Młodego i samemu dogonić dziewczyny, ale nie mogłem tego zrobić. Świat mógł się zmienić, ale nie ja.
   – Rob! Szybciej! – krzyknęła do mnie Zuza, gdy zatrzymałem się i postawiłem Młodego. Bark promieniował mi bólem.
   Chwileczkę. Tylko złapie oddech. Tylko sekundę odpocznę.
   Jęki zombie były coraz bliżej i zmusiły mnie do ponownego wzięcia Michała na plecy oraz stawiania kolejnych, chwiejnych kroków.
   Zuza torowała nam drogę kijem bejsbolowym, załatwiając pojedyncze zombie i wybierając trasy najmniej przez nie opanowane. Drugiej dziewczynie oddałem swój bagnet i dołączyła ona do rudowłosej w pozbywaniu się kolejnych trupów, ale ci byli jak hydry. Zabijały jednego, to na jego miejsce pojawiało się dwoje kolejnych.
   Na początku, gdy przybiegłem z nią do uliczki, Zuza spojrzała na nią marszcząc brwi, a potem zmierzyła mnie wzrokiem. Dopiero wtedy skojarzyłem fakty. Ta blondynka należała do grupy, z którą się starliśmy. Nie miałem jednak czasu o tym myśleć.  
   – Zuza! Znajdź jakąś kryjówkę! – zawołałem w przerwie pomiędzy oddechami.
   – Wszystko zamknięte! – odkrzyknęła z rozpaczą w głosie dziewczyna, szarpiąc za kolejne drzwi kamieniczek.
   Zombie jak na razie nie było widać, ale te skurczybyki zawsze jakoś zdołały nas wywęszyć. Nie ważne, jacy ostrożni i cisi byliśmy, oni i tak nas odnajdowali. Może mieli niezwykle czuły węch, lub słuch, który zyskiwali po przemianie.
   – Musimy biec dalej. Zaraz się ściemni – powiedziałem, sapiąc ciężko.
   Ruszyliśmy, ale już nie biegiem. Młody kuśtykał wsparty na moim ramieniu, a Zuza z nieznajomą prowadziły nas w nieznanym kierunku. Kilka razy zmuszeni byliśmy wycofywać się nagle, bo okazywało się, że większość ulic pełna była trupów. W końcu znaleźliśmy się na pustej ulicy i wykorzystaliśmy ten fakt, by choć chwilę odpocząć.
   Wyciągnąłem z torby butelkę wody i opróżniłem ją do połowy. Byłem wyczerpany, obolały i przemarznięty. Przy każdym wydechu z moich ust wydobywał się obłok białej pary, a temperatura spadała, wraz z zachodzącym słońcem. Za niedługo miało zrobić się ciemno, a my jeszcze nie mieliśmy miejsca do przenocowania.
   – Lepiej już chodźmy – powiedziałem biorąc ostatni, głęboki wdech.
   – Niby gdzie? – zapytała Zuza, a w jej głosie wyczułem złość. Pewnie przemawiało przez nią zmęczenie.
   – Na razie przed siebie. Byleby nie stać w miejscu.
   Wtedy, jak na zawołanie, zza rogu wyszła para zombie – kobieta w brudnym od krwi płaszczu i mężczyzna ubrany tylko w spodnie od piżamy. W brzuchu faceta zionęła głęboka dziura, przez którą widać było kręgosłup oraz kilka żeber, jelito zwisało mu luźno obijając się o kolana. Bez słowa chwyciłem za nóż i zaatakowałem bliższego truposza, wbijając mu ostrze w gardło, kierując ku górze. Nie poszło mi to łatwo zważywszy na to, że miałem do dyspozycji zwykły nóż kuchenny, ale jakoś udało mi się zabić ożywieńca.
   – Więc? – zapytała rudowłosa, po tym jak załatwiła drugiego zombie. Kij bejsbolowy obrócił jego głowę o dziewięćdziesiąt stopni.
   –Idziemy dalej – odparłem bez namysłu. Innego wyboru nie mieliśmy.
   Zuza westchnęła zmęczona, ale podniosła torbę. 
   – Rusz się. Tamci zaraz tu będą – powiedziała Zuza do nieznajomej, która stała wpatrzona w okna kamienicy.
   – Tam ktoś jest. – Dziewczyna wskazała na okno.
   – Co? – zatrzymałem się, wpatrując we wskazane miejsce.
   – Widziałam dziecko. Tam, w oknie. Dziewczynka stała i na nas patrzyła.
   – Ja nic nie widzę. – Pokręciła głową ruda.
   Przyjrzałem się wskazanemu miejscu, ale również nic nie dostrzegłem. Chociaż… Jakiś cień który poruszył firanką. Może to wiatr? Nie. Cień był ludzkiego kształtu. Rzeczywiście, ktoś był w środku.
   Podbiegłem do drzwi i załomotałem w nie pięścią.
   – Otwierajcie! – krzyknąłem.
   – Rob! – syknęła Zuza karcąco, ale nie przejąłem się tym, że zombie mnie usłyszą. Tak czy siak wkrótce się pojawią, a wtedy będzie po nas, bo nie ma już dla nas ratunku. Wyczerpani, zmarznięci, bez broni i z rannym dzieciakiem. I tak byliśmy już martwi, więc co za różnica, czy byłem cicho, czy nie?
   – Widziałem was, sukinsyny! – Podniosłem garść leżących kamyków i zacząłem ciskać nimi w szyby. W paru miejscach spowodowało to małe pęknięcia. – Otwierajcie te cholerne drzwi!
   – Rob! Chodźmy już! – Zuza szarpnęła mnie za ramię, ale się jej wyrwałem.
   – Oni tam są! – krzyknąłem zdesperowany.
   – Ale nam nie otworzą! – syknęła mi prosto w twarz. – Musimy znaleźć inne miejsce. Zaraz będzie ciemno.
Słońce już prawie zniknęło z nieba, co jeszcze bardziej mnie rozwścieczyło.
   – Zabijacie nas, wiecie? Zabijacie!
   Rzuciłem resztkę kamieni w okna i odwróciłem się. Podniosłem z ziemi torby z jedzeniem i przełożyłem sobie ramie Młodego przez bark. Nagle rozległ się przeciągły, wwiercający w czaszkę pisk. Wszyscy czworo obejrzeliśmy się za siebie i zobaczyliśmy otwarte drzwi do kamienicy. Stał w nich mężczyzna, w podeszłym wieku, trzymający w dłoniach łom.
   – Chodźcie. Szybko! – syknął otwierając szerzej drzwi i rozglądając się na boki. Nie musiał nam dwa razy powtarzać.
   Wpakowaliśmy się wszyscy do wąskiego korytarzyka, gdzie znajdowały się schody prowadzące na górne piętro. Nieznajomy mężczyzna patrzył na nas wrogo i uważnie obserwował nasze ruchy, mocno zaciskając dłonie na łomie.
   – Dziękujemy – powiedziałem, ale wtedy mężczyzna wymierzył we mnie końcem metalowego pręta, prawie dotykając nim  mojej twarzy.
   – Jeżeli przez ciebie oni się tu pojawią, to osobiście rzucę cię jako pierwszego na pożarcie – powiedział groźnym głosem. Byłem pewien, że nie żartował. Przez chwilę mierzył mnie przekrwionymi, szarymi oczami, po czym kazał iść za sobą na górę.
   Otworzył drzwi do mieszkania na pierwszym piętrze i wpuścił nas do środka, uprzednio każąc oddać sobie broń. Spojrzeliśmy na siebie niepewnie, ale ostatecznie skinąłem głową i pierwszy podałem mężczyźnie swój automat. Dopiero wtedy pozwolił nam iść dalej. W półmroku salonu dostrzegłem trzy kobiety siedzące na kanapie. Najstarsza była w wieku mężczyzny i na jej twarzy malował się strach. Mysie włosy związane miała w luźny kok, a na kolanach trzymała małą, na oko siedmioletnią dziewczynkę, która zdawała się być jej młodszą i mniejszą kopią z tym samym wyrazem twarzy. Tylko siedząca obok nastolatka patrzyła na nas obojętnie, ze splecionymi na piersi rękami.
   – To moja żona Teresa, córka Maja i siostrzenica Paulina – wskazując na nastolatkę jego głos zmienił się z czułego, w szorstki, a w rewanżu dziewczyna spiorunowała go wzrokiem. – Ja nazywam się Mariusz.
   – Jestem Robert, to Zuza, Michał i…
   – Lena – dokończyła blondynka uśmiechając się do mnie blado.
   – Jesteście głodni? Sami nie mamy dużo, ale…
   – Właśnie, nie mamy dużo – przerwał żonie Mariusz, patrząc na nią wymownie, aż ta zaczerwieniła się i spuściła głowę.
   – Nie szkodzi. Możemy się z wami podzielić – powiedziałem podając mężczyźnie jedną z siat. Ten zaglądnął do środka, po czym wziął ją, bez słowa: „dziękuję” i podał swojej żonie. Kobieta wstała i wyszła z córką z salonu.
   – Usiądźcie – powiedział wskazując na wolną kanapę.
   Młody zrobił to z wyraźną ulgą, bo po tym wysiłku rana na nodze widocznie otworzyła się, bo bandaż przesiąkł krwią na wylot. Zauważył to Mariusz, który zerwał się ze swojego miejsca i ryknął na nas.
   – Przyprowadziliście to ugryzionego? – zapytał tasakując nas wzrokiem.
   –Nie jestem ugryziony! – sprzeciwił się głośno Michał.
   – Naprawdę. To nie ugryzienie. Jestem lekarzem – zaświadczyła Zuza, chociaż to nie było do końca prawdą.
   – To co to za rana? – zapytał podejrzliwie gospodarz.
   – Postrzał – odpowiedziałem.
   Mężczyzna usiadł z powrotem w fotelu, ale dalej trzymał blisko swój łom i nie spuszczał z nas wzroku. Przez chwilę panowała nieznośna cisza, którą przerwała siostrzenica Mariusza, która wróciła do salonu.
   – Jak tam jest? Na dworze? Wujek nie pozwala wychodzić żadnej z nas.
   Mężczyzna spojrzał na nią niezadowolony, ale nic nie powiedział. Była to młoda dziewczyna, może trochę starsza od Młodego. Miała krótkie blond włosy i zielone oczy. Nie była jakoś wyjątkowo ładna, ani brzydka. Raczej przeciętna.
   – Nie jest dobrze – odparłem. – Jesteście pierwszymi żywymi których spotkaliśmy od kilku godzin. Wcześniej była z nami jeszcze nasza przyjaciółka, ale zaginęła.
   – A wy? Widzieliście kogoś? – zapytała Zuza.
   – Ja widziałam. – Usłyszeliśmy za sobą piskliwy głosik. Do salonu wkroczyła Maja. – Przez okno zobaczyłam dziewczynę i dwóch chłopaków.
   To mógł być każdy, ale moja intuicja podpowiadała mi, że to była Sasza.
   – Możesz opisać tą dziewczynę? – zapytałem.
   – Miała siekierę – powiedziała od razu. – Wyglądała jak drwal. Chciałam jej pomachać, ale mama mnie zabrała.
   Spojrzałem na Zuzę, a ona na mnie. Nie mieliśmy stuprocentowej pewności, ale oboje przeczuwaliśmy, że to była Sasza. Byliśmy blisko odnalezienia jej, a jednocześnie tak daleko. Zaniepokoili mnie jednak  towarzysze mojej przyjaciółki. Przez myśl przeleciało mi, że to mogli być jedni z tych, z którymi starliśmy się pod sklepem.
   – A ci z którymi szła, prowadzili ją, czy tylko szli obok?
   – Starczy już tego – mruknął Mariusz, najwidoczniej niezadowolony, że rozmawiamy z jego córką. – Paula, weź Majkę do pokoju.
   Nastolatka przewróciła oczami, ale wstała z kanapy i wzięła małą za rękę, po czym obie zniknęły w korytarzu.
   – Zrobimy tak – zaczął Mariusz – Zostaniecie tu na noc, damy wam jeść i miejsce do spania, ale jutro, z samego rana, wyniesiecie się stąd. Nie chcę żebyście mącili w głowie mojej rodzinie.
   – W tym mieszkaniu nie będzie pan bezpieczny – powiedziałem myśląc o tym, jak horda zombie bez problemu wpadła do mieszkania w bloku. Nie chciałem, by tak samo się stało tutaj. Tym bardziej, że to nie byli źli ludzie, było z nimi dziecko.
   – Pozwól, że ja będę decydował o miejscu pobytu mojej rodziny – odprychnął.
   Nie mówiłem już nic więcej. Teresa zrobiła dla wszystkich kolacje, składającą się z trochę twardego już chleba oraz wszystkimi produktami, które rodzina ta miała w lodówce, a które jeszcze się nie przeterminowały. Nie byłem zbyt głodny, ale wmusiłem w siebie trzy kanapki, żeby mieć siły przed następnym dniem.
   Miałem zamiar znaleźć Saszę, ale nie wiedziałem, gdzie jej szukać. Z relacji Mai, wynikało, że miała dwójkę nowych towarzyszy i najwidoczniej nie była ich więźniem. Ale tego mogła tego nie zauważyć. Dzieci czasem nie dostrzegają, że komuś dzieje się krzywda. Wiedziałem to z własnego doświadczenia. W końcu miałem dwóch młodszych braci.
   Pierwszy raz od dwóch dni pomyślałem o mojej rodzinie – co uświadomiłem sobie z poczuciem winy. Ciągle coś się działo i nawet przez chwilę nie zastanowiłem się, czy moi najbliżsi żyją, czy udało im się uciec w porę, czy ktoś z nich nie został zarażony. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby jechać ich szukać. Możne nawet oni szukali mnie? Uspokajała mnie myśl tylko o tym, że tata był policjantem, więc miał broń i w razie czego na pewno obronił mamę i moich braciszków.
   Po kolacji Zuza z pomocą Teresy zajęła się nogą Michała. Szwy rzeczywiście puściły i trzeba było założyć je na nowo. Niestety, tym razem chłopak był przytomny. Nie miałem sił, by słuchać jego stłumionych jęków, więc wyszedłem do kuchni. Tam spotkałem siedzącą przy stole Lenę. Zdałem sobie sprawę, że jeszcze nie miałem okazji porozmawiać z dziewczyną.
   – Więc jakie masz plany? – zapytałem, siadając naprzeciw dziewczyny.
   – Plany? – zdziwiła się ściągając brwi. Wcześniej tego nie zauważyłem, ale teraz wyraźnie widziałem siniaka na jej policzku.
   – Wracasz do swoich czy zostajesz z nami? Może masz w zamiarach coś jeszcze innego?
   – Moi rodzice nie żyją, siostra i brat prawdopodobnie też – odparła bez cienia żalu w głosie. – Jestem sama, a z Wiksą byłam tylko dlatego, że nie miałam innego wyjścia. On ma ludzi, schronienie i broń. Jednak po tym, jak zostawili mnie pod sklepem, to nie mam zamiaru więcej widzieć tych dupków na oczy.  Chwilowo nie mam żadnego planu.  
   Pokiwałem głową ze zrozumieniem. Lena stwarzała wrażenie delikatnej, trochę nieporadnej dziewczyny, ale okazało się, że była to tylko przykrywka. Widziałem ją w akcji i byłem mile zaskoczony. Potrafiła się bronić, a to było najważniejsze.
   – Znasz Saszę – bardziej stwierdziła, niż zapytała, wlepiając we mnie uważne spojrzenie zielonych oczu.
   – Przyjaźnimy się – odparłem. – A ty? Skąd ją znasz?
   – Widywałam ją w szkole – wyjaśniła krótko, wyraźnie nie mając chęci rozwijać tego tematu.
   – Ten Wiksa – Nerwowo zacząłem ugniatać palce. – O co z nim chodzi? Dlaczego rządzi?
   Kolory odpłynęły z twarzy Leny. Uciekła wzrokiem na bok, nerwowo wiercąc się na krześle.
   – Mieszkaliśmy na tym samym osiedlu – zaczęła opowieść. – Wiksę znali tam wszyscy. Trzy lata temu trafił do więzienia za pobicie jakiegoś kolesia, ale wyszedł kilka miesięcy temu. Ludzie się go bali. Gdy się to wszystko zaczęło, od razu kazał swoim kumplom jechać do tego hotelu. Kto chciał to mógł do nich dołączyć. Oczywiście jeśli przeszedł selekcję.
   – Selekcję?
   – Czy nie jest za stary, chory, czy potrafiłby walczyć – wymieniła. – Ci, którzy nie spełniali warunków, wypadali. Gdy byliśmy już pod hotelem, to okazało się, że jest tam jeszcze kilkoro gości i pracowników. Wiksa zapytał ich, czy się przyłączają do niego. Tych, którzy nie chcieli zabijał, a ich ciała wyrzucił na ulicę. „Żeby zombie się nimi zajęły” – tak powiedział. W nocy przed bramą pojawiło się kilkoro ludzi. Chcieli wejść do środka, ale Wiksa ich nie wpuścił. Wtedy zaczęli robić hałas, zwabiając trupiaki. Wiesz, co wtedy zrobił? Powystrzelał wszystkich.
   Po tym co usłyszałem, zacząłem szczerze żałować, że pozwoliłem tym dupkom odjechać. Zasługiwali na śmierć i miałem nadzieję, że kiedyś będę mógł wymierzyć im sprawiedliwość. A w szczególności Wiksie.
Lena musiała jakoś przejrzeć moje myśli, bo złapała mnie za dłoń i ścisnęła mocno.
   – O czymkolwiek myślisz – przestań. Wiksa jest niebezpieczny. Lepiej trzymać się od niego i jego ludzi z daleka. W szczególności teraz, gdy mają broń.
   – Nie zamierzam szukać zemsty. Nie jestem taki – powiedziałem. – Jeżeli Młody i ty będziecie chcieli wrócić do hotelu, to nie będę was powstrzymywał. Ja chcę tylko znaleźć Saszę, a potem wyjechać stąd. Wyjechać, jak najdalej od tego całego syfu. To nie jest mój świat.
   Lena położyła swoją drobną dłoń na mojej i ścisnęła lekko, powstrzymując tym samym od drżenia. Jej spojrzenie było uspokajające.

   – Chyba Zuza skończyła szyć – powiedziałem, szybko wstając z krzesła. – Chodźmy spać, jutro czeka nas ciężki dzień.

niedziela, 23 lipca 2017

ROZDZIAŁ 8 - MIASTO DUCHÓW (ADAM)

   Jechaliśmy ulicą, na której w większości znajdowały się sklepy. Patrzyłem na ograbione z towarów placówki, które ludzie w ostatnich swoich chwilach postanowili okraść. Było to dla mnie niedorzeczne i głupie. Ryzykować życie swoje, a może nawet swoich bliskich dla paru rzeczy, które i tak już nie miały wartości? Czysta głupota! Na dodatek, większość tych, którzy postanowili się wzbogacić, szwendała się teraz po ulicy. Jakiś mężczyzna leżał przygnieciony telewizorem plazmowym, młoda kobieta utknęła w witrynie sklepowej między dwoma wieszakami, a inna leżała na chodniku przed drogerią, otoczona przez pożerających ją zombie.
   – Nie śpij – Max szturchnął mnie w bok, aż drygnąłem.
   – Sorki, zamyśliłem się – powiedziałem odrywając wzrok od pokracznych postaci. Te próbowały nas dogonić, ale samochód był dla nich za szybki.
   Spojrzałem na swój pistolet, który leżał na moich kolanach. Odkąd go miałem, starałem się zawsze mieć go w zasięgu. Dawał mi siłę oraz odwagę, no i jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Zawdzięczałem mu życie, ale byłem pewien, że kiedyś w końcu musiałbym za jego pomocą komuś je odebrać. Świat się zmienił, a ludzie wraz z nim. Zawsze tak było.
   – Co się wtedy stało? – zapytałem.
   Max spojrzał na mnie, marszcząc brwi.
   – Podczas transakcji – wyjaśniłem. – Jak wirus mógł tak szybko się rozprzestrzenić?
   Ta kwestia od początku zdawała mi się być dziwna. Zdawałem sobie, że jeden zarażony ugryzł drugiego, a ten kolejnego i tak dalej, i tak dalej, ale w to, że w zaledwie trzy dni dotarł z województwa małopolskiego do lubuskiego, trudno mi było uwierzyć. I w fakt, że temat ten był przemilczany w mediach, chociaż ożywanie zmarłych nie mogło przejść bez echa.
   – Miał wystarczająco dużo czasu – odparł Max tajemniczo.
   Już miałem zapytać, o co chodzi, gdy dwudziestoośmiolatek pochylił się lekko do przodu.
   – A to co?
   Powędrowałem za jego wzrokiem i zobaczyłem kobietę. Ta klęczała na środku ulicy, kołysząc się w przód i w tył. Gdy nas zobaczyła, od razu poderwała się na nogi, machając desperacko rękoma.
   – Zatrzymaj się – powiedziałem. Max zrobił to niechętnie.
   Wyszedłem na zewnątrz, przezornie rozglądając wokoło, szukając zagrożenia. Na szczęście, w pobliżu nie było żadnych trupów ani też innych ludzi. Tylko ta kobieta.
   – Wszystko w porządku? – zapytałem, podchodząc do niej. Ta spojrzała na mnie zapłakana.
   Była mniej więcej w wieku mojego brata. Jasne, sięgające ramion włosy miała poplątane i brudne. Jej twarz była w ciemnych smugach, a ubranie – kiedyś na pewno ładne – poplamione.
   – Pomóżcie mi. – Spojrzała na mnie błagalnie. – One są wszędzie. Dorwali… Dorwali moją siostrę.
   Wybuchła płaczem, kryjąc twarz w dłoniach. Obejrzałem się na Maksa, który podejrzliwie patrzył na nieznajomą. Na ramieniu trzymał swój karabin.
   – Jesteś sama? – zapytał.
   – Ta-ak. – Otarła mokrą od łez twarz. – Błagam, weźcie mnie ze sobą. Sama sobie nie poradzę.
   – Nie ma mowy – ubiegł mnie Max, gdy chciałem zgodzić się na prośbę kobiety. Brat spojrzał na mnie beznamiętnie. – Nie mamy czasu na bawienie się w niańkę.
   – Max! – skarciłem brata, podchodząc do niego. – Ona potrzebuje pomocy.
   – Jak wszyscy. Będziemy zabierali każdego, kto wybiegnie nam przed maskę?
   Rozumiałem pobudki Maksa, ale nie zgadzałem się z nimi. Oczywiście rozumiałem, że wszystkim nie mogliśmy pomóc, ale mogliśmy przynajmniej się o to postarać.
   – Ona jest sama. Bezbronna. Jak ma przeżyć? – argumentowałem. Po minie brata stwierdziłem, że mógłbym go przekonać. – Może się nam przydać. We troje będziemy mieli większe szanse i bardzo dobrze o tym wiesz.
   Max jeszcze przez chwilę zaciskał szczękę i patrzył na kobietę niepewnie, ale w końcu pokiwał głową.
   – Dobra. Niech będzie – westchnął, wracając do auta.
   – Możesz…
   Nie zdążyłem dokończyć, gdy poczułem chłodny metal na odsłoniętej szyi. Blondynka, bo ze zwinnością kota, stanęła za mną. Uniosłem obie ręce w obronnym geście, a zaalarmowany Max wymierzył w kobietę z automatu.
   – Nawet nie próbuj – syknęła ostrzegawczo w jego stronę.
   – Puść go, a może cię nie zabiję – odparł ten, nie przestając celować.
   – Spróbuj. Zobaczymy, kto okaże się szybszy. – Na dowód jeszcze mocniej przyciskając mi ostrze do szyi. Zadrżałem, wyczuwając ostrość noża.
   Blondynka gwizdnęła przeciągle, czym przywołała drugą kobietę, która wyszła zza rogu budynku. Miała ona w dłoniach wiatrówkę. Tym, co prawda, nikogo by nie zabiła, chyba, że trafiłaby celnie albo z bardzo bliska. 
   – Rzuć broń – powiedziała, mierząc do Maksa. Ten jednak nie zareagował na jej żądanie.
   – Daję wam ostatnią szansę. – Ton jego głosu wskazywał, że był rozwścieczony. Zobaczyłem, że kobieta z wiatrówką straciła nieco pewności siebie. 
   – Możemy to załatwić inaczej. – Podjąłem próbę negocjacji, ale odpowiedzią na nią było mocniejsze szarpnięcie, przez które nóż naciął lekko skórę na mojej szyi.
   – Zamknij się! A ty – zwróciła się do mojego brata – odłóż tą pieprzoną broń, bo go zabiję! Nie żartuję!
   Blondynka numer dwa stała już tylko parę metrów od mojego brata. Widziałem duże podobieństwo między nią, a moją oprawczynią. Musiały być rodziną. Może nawet siostrami.
   Widziałem konsternację na twarzy Maksa. Zastanawiał się, czy ma zaryzykować i spróbować zastrzelić obie kobiety, czy też po prostu się poddać. W obu przypadkach musiał liczyć się z ryzykiem swojej porażki i mojej śmierci. Widać było, że nasze napastniczki były zdesperowane.
   Ostatecznie odłożył karabin na ziemię i uniósł ręce.
   – Mądra decyzja. – Kobieta podniosła broń Maksa, a jej siostra zabrała moją. Nacisk noża znikł z mojej szyi, gdy obie ruszyły do naszego auta.  
   – Zapłacicie za to.
   – Nie sadzę, skarbie. – Blondynka od wiatrówki posłała Maksowi całusa.
   – Żeby nie było, że jesteśmy bez serca – dodała ta druga, przez okno rzucając nam nóż, którym jeszcze przed chwilą mi groziła.
   Nasze auto odjechało, zabierając całą broń, zapasy i szanse na przeżycie. Patrząc na znikający za rogiem bagażnik, czułem wyrzuty sumienia. W końcu siostry wykiwały nas przeze mnie. Max miał prawo być na mnie wściekłym. Ale zamiast wyrzucić na mnie pretensje, ten tylko podniósł nóż i wcisnął go za pasek.
   – Max, ja…
   – Musimy znaleźć nowe zapasy – powiedział, rozglądając się wokoło. – Jakaś broń też by się przydała. Sprawdzimy te sklepy. Może nie wszystko zostało splądrowane. Przy odrobinie szczęścia znajdziemy też nowy samochód.
   Jego pobłażanie w stosunku do mojej głupoty czasem było ciężkie. Wolałem, by już mnie opieprzył, niż udawał, że nic wielkiego się nie stało. A stało.
   Ruszyłem bez słowa za bratem.

☠☠☠

   Odpuściliśmy sobie przeszukiwanie sklepów, bo bez broni było to zbyt ryzykowne. Postanowiliśmy więc sprawdzić jedną z kamienic, które znajdowały się na końcu ulicy. Liczyliśmy, że chociaż tam uciekający w panice ludzie nie zabrali wszystkiego z lodówek. W końcu to była jedna z ostatnich rzeczy, jaką zabierano z domów – a przynajmniej robili tak ci liczący na pomoc. Po co dodatkowo obciążać się żywnością, skoro dostaliby ją gdzieś indziej? Z tą myślą weszliśmy do środka dwupiętrowego budynku.
   W środku panowała ciemność. Na końcu korytarza, za schodami, znajdowały się drzwi. Te zapewne prowadziły na podwórze. Obok nich było szczelnie zasłonięte kocem okno. Czuć było też smród czegoś, czego nie potrafiłem nawet określić. Słodkawo-mdlący zapach przyprawiał mnie o mdłości.
   – Co tu tak cuchnie? – zapytałem chowając twarz w zgięcie łokcia.
   – Śmierć – odparł jednym słowem Max i ruszył schodami na górę.
   Wyraźniejszy smród dochodził z mieszkania, znajdującego się na pierwszym piętrze. Zaraz po otworzeniu drzwi, uderzył w nas fetor tak intensywny, że aż mnie zemdliło. Wydawało się nawet, że od niego powietrze aż zgęstniało. Musiałem mocno zaciskać zęby i panować nad skurczami żołądka, by nie zwymiotować. Miałem ochotę wyjść z powrotem na korytarz, ale ciekowość zwyciężyła.
   Mieszkanie ewidentnie należało do jakiejś starszej osoby. Być może nawet małżeństwa. Świadczył o tym nie tylko wystrój, ale i ubrania oraz czarno-białe, ślubne zdjęcia. Weszliśmy do salonu, a potem do kuchni. Oba te pomieszczenia okazały się być puste. Pozostał tylko jeden pokój, który musiał być sypialnią. Dochodziło stamtąd stłumione przez drzwi warczenie, połączone z cichym łupaniem. Ująłem mocniej nóż, który zabrałem z kuchni czując rosnącą adrenalinę. Nie byłem wyszkolony do walki bronią białą, dlatego odczuwałem pewien strach. Pistolety były prostsze. Głośniejsze, ale prostsze.
   Max spojrzał na mnie pytająco, a ja skinąłem mu głową. Weszliśmy do środka, gdzie przywitał nas odrażający obrazek.
   Na dużym łóżku małżeńskim leżało obgryzione z mięsa ciało, a na podłodze obok siedział zombie. Truposz był tak obżarty, że nie mógł się poruszyć. Był to mężczyzna około osiemdziesiątki, ubrany w piżamę, która mocno opinała go w brzuchu. Przez to wyglądał, jakby był w ciąży.   
   Drugie zwłoki w tym pokoju należały do kobiety. Miała na sobie długą, czerwoną od krwi, koszulę nocną. Nie dało się dostrzec jej twarzy, z której pozostały tylko strzępy. Nieosłonięte niczym zęby, dziura w miejscu nosa z kawałkiem chrząstki oraz puste oczodoły. Reszta ciała nie wyglądała lepiej. Żebra sterczały, osłaniając resztkę zachowanych organów. Wśród kawałków wnętrzności widziałem kręgosłup. Jelita zwisały z łóżka, ciągnąc się aż do zombie, który trzymał je w ręce.
   Był to okropny, ale i smutny obrazek. Nie chciałem na niego patrzeć, a równocześnie nie mogłem oderwać od niego wzroku. Patrzyłem w puste oczy ożywieńca, który próbował do nas podpełznąć. Dopiero Max powstrzymał go, przygniatając truposza butem do podłogi i wbijając mu nóż w skroń.
   – Chodźmy stąd – mruknął, wychodząc z pokoju.
   Nie oponowałem. Patrzenie na ten koszmarny widok tylko wzbudzały we mnie mdłości.
   Przeszukując mieszkanie znaleźliśmy w lodówce prowiant, który nadal nadawał się do spożycia. Co prawda widok masakry z pokoju obok odebrał mi cały apetyt, ale cieszyłem się, że nasza sytuacja zaczyna się poprawiać.
Podczas przeszukiwania szafek nie mogłem się wyzbyć nieprzyjemnego uczucia. Ciągle miałem wrażenie, że jesteśmy jak złodzieje okradający groby, bo w jakimś stopniu tym było to mieszkanie – grobem dwójki jego właścicieli.
   – Patrz na to. – Max wszedł do salonu, trzymając w dłoniach lornetkę.
   – Przydatna rzecz – mruknąłem wracając do grzebania w szufladach. Nie natrafiłem tam jednak na nic ciekawego. Wściekły zamknąłem je z trzaskiem. – Kurwa.
   – A tobie co?
   – Nic – warknąłem. Wziąłem głęboki wdech, ale wcale mnie on nie uspokoił. – Co my właściwie robimy? Jesteśmy jak jakieś cholerne hieny cmentarne. Plądrujemy dom ludzi, którzy leżą martwi w pokoju obok.
   – Właśnie. – Max odłożył lornetkę na stół, o który się oparł. – Są martwi. Im to już nie robi różnicy, co się tu dzieje.
   – Wiesz dobrze, o co mi chodzi – powiedziałem zirytowany.
   – Wiem tylko tyle, że jeżeli dalej będziesz miał takie podejście, to długo nie pożyjesz. – Mówił wolno, jak do dziecka, któremu musiał coś tłumaczyć. To tylko zirytowało mnie jeszcze bardziej. – To nie czas na sentymenty, Adam. To, co się stało, powinno dać ci jasno do zrozumienia, że zgrywanie bohatera nie jest opłacalne. Jesteśmy w dupie, ale nie będziemy się teraz użalać. Póki co żyjemy, więc przestać jęczeć, weź się w garść i pakuj rzeczy.
   Był zły. Może nawet wściekły, ale powiedział mi samą prawdę. Miał rację co do tego, że pomagając zapominałem o rozwadze. Najpierw Wiktor z Mileną, a potem siostry – w obu tych przypadkach działałem lekkomyślnie i przyniosło to nam same problemy. Pomaganie innym w tych czasach stało się bardzo ryzykowne.
   – Przepraszam, Max. Masz rację – powiedziałem drapiąc się po policzku. Nigdy nie byłem fanem zarostu, dlatego kłująca szczecina doprowadzała mnie do szału. – Mam tego już po prostu dość. W ciągu jednego dnia wszystko zniknęło. Chyba jeszcze nie do końca to ogarnąłem.
   – W porządku. – Max poklepał mnie przyjacielsko po plecach.
   Nagle naszą uwagę przykuła sytuacja dziejąca się na ulicy. Usłyszeliśmy serię wystrzałów, które brzmiały, jakby ktoś toczył ze sobą małą wojnę. Nie widzieliśmy co właściwie się działo, bo z tego poziomu zasłaniały nam wszystko bloki.
   – Na górę – zarządził Max.
   Na drugim piętrze znajdowała się drabinka, która prowadziła na dach. Wspięliśmy się po niej, po czym naszym oczom ukazała się panorama miasta. Gdzieniegdzie unosiły się stróżki dymu, jakiś budynek, dwie ulice dalej, doszczętnie spłonął, ulice były zastawione porzuconymi autami, a między nimi chodziły żywe trupy. Miasto duchów – pomyślałem. Było to trafne określenie tej opanowanej przez zombie miejscowości.
   – Patrz. – Max podał mi lornetkę, przez którą sam przed chwilą patrzył, i wskazał mi ulicę kawałek dalej.
   Byłem świadkiem pierwszych, zapewne nie ostatnich, przypadków ludzkiego okrucieństwa i degeneracji. Jakieś dwie grupy strzelały do siebie. Pewnie chodziło im o sklep z bronią, której szyld widziałem bardzo dobrze.
   – Zaczęło się szybciej, niż myślałem – mruknąłem, oddając lornetkę. Nie miałem ochoty patrzeć na wzajemnie mordujących się ludzi.
   – Niby co? – zapytał Max.
   – Tracenie człowieczeństwa. – Oparłem się o komin. – Tak będzie wyglądał teraz ten świat? Ludzie będą się zabijać, bo będzie to łatwiejsze? Niedługo dojdzie do tego, że będziemy gotowi odebrać komuś życie za puszkę fasoli.
   Max nie skomentował mojego wywodu i powrócił do śledzenia sytuacji. Strzały ucichły, a po niosącym się pisku opon twierdziłem, że jedna z grup odjechała.
   – Wracajmy do środka i wynośmy się stąd – powiedziałem po kilku minutach, podczas których Max nadal obserwował okolicę.
   – Cholera! – syknął niespodziewanie.
   – Co jest?
   – Sam zobacz.
   Podszedłem do krawędzi dachu i nie musiałem używać lornetki, by widzieć hordę trupów zalewającą ulicę. Było ich naprawdę sporo i podążały za ciemnowłosą kobietą. Nieznajoma biegła uliczkami, co chwilę poprawiając dużą, czarną torbę którą miała na ramieniu i zbliżała się w naszą stronę. Gdy dotarła na nasze osiedle, na moment przystanęła. Z torby wyciągnęła broń, na widok której Maksowi aż zaświeciły się oczy.
   – Gdzie idziesz? – zapytałem, ale ten już zniknął na dole.  
   Mój brat zbiegł na sam dół, stojąc przy drzwiach, prowadzących na podwórko. Czekał, uważnie nasłuchując. Nie wiedziałem, co ma w planach, ale nie odważyłem się odezwać. Czułem napięcie, jakie towarzyszyło tej sytuacji i słyszałem jeszcze oddalone, ale coraz wyraźniejsze zawodzenie trupów.
   Nagle Max pociągnął za klamkę, wychylił się na zewnątrz i wciągnął kogoś do środka. Przez ciemność myślałem, że było to zombie, ale gdy nie było żadnych oznak, że rzeczywiście tak jest, uspokoiłem się. W półmroku dostrzegłem, jak mój brat  zasłania dłonią usta zaskoczonej postaci. Dopiero wtedy skojarzyłem fakty i rozpoznałem w niej tą samą dziewczynę, która uciekała przed hordą zombie.
   – Ani drgnij – wycedził Max.
   Nie wiedziałem, czy to przez strach, czy też dziewczyna po prostu rozumiała, że chwilowo to najlepsze wyjście, ale stała nieruchomo, przyciśnięta do drzwi. Cała nasza trójka trwała w ciszy, podczas gdy przez podwórko przetoczył się pochód zombie. Gdyby choć jednemu wpadło do głowy zainteresować się naszym budynkiem, mielibyśmy nie lada kłopoty.
   – Puszczę cię teraz – odezwał się Max, gdy od dłuższej chwili nie słychać było żadnych oznak dalszej obecności zombie. – Ale niczego nie próbuj. Rozumiesz?
   Dziewczyna skinęła głową, cały czas patrząc na mojego brata. W tym spojrzeniu nie było strachu – wręcz przeciwnie. Max ledwo zdjął dłoń z jej twarzy, gdy ta kolanek kopnęła go w brzuch i wymierzyła w niego z pistoletu.
   – Kurwa mać! – jęknął zgięty w pół Max.
   – Cofnij się – powiedziała do niego dziewczyna. Rozległo się ciche kliknięcie, gdy odbezpieczyła broń. – Oboje. Już!
   – Spokojnie. – Uniosłem obie ręce tak, by to widziała. – Nie mamy złych zamiarów.
   – Gdzieś to kiedyś słyszałam. – Zerknęła na mnie przelotnie.
   – To jest twoja wdzięczność za pomoc? – Max wyprostował się, rozmasowując miejsce gdzie padł cios.
   – Nie potrzebowałam pomocy.
   – Jasne – prychnął mój brat. – A tę hordę zombie prowadziłaś na spacer.
   – Wystarczy – skarciłem brata, na co ten przewrócił oczami. Zwróciłem się do dziewczyny, która nie opuściła broni nawet na milimetr. – Wybacz mu, czasem jego mózg nie łączy się z językiem. Jestem Adam, a to mój brat – Max.
   Nieznajoma jeszcze przez chwilę mierzyła nas niepewnym wzrokiem, ale ostatecznie opuściła broń. Nie schowała jej jednak, a dalej trzymała zapobiegawczo w dłoni. Miałem nadzieję, że nie zdecyduje się jej jednak użyć.
   – Sasza – powiedziała.
   – Skoro już wszyscy się poznaliśmy, możemy stąd iść? – wtrącił się Max. – To stado jeszcze może wrócić – dodał, nie omieszkując posłać Saszy wymownego spojrzenia.
   Przewróciłem oczami. Tak, Max bardzo często bywał dupkiem.
   – Dlaczego miałabym wam zaufać? – zapytała Sasza.
   Max zatrzymał się w pół kroku. Spojrzał na nowo poznaną dziewczynę w sposób, którego nie potrafiłem odgadnąć.
   – Bo to na razie najlepsze, co możesz zrobić – odparł.
   Nie wróciliśmy do mieszkania staruszków. To na dole okazało się być otwarte i puste. Odgłosy zombie dochodziły z zewnątrz, ale truposze na razie nam nie zagrażały. Mimo to czułem niepokój. Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek uda mi się przyzwyczaić do obecności żywych trupów.
   Max ruszył rozejrzeć się po mieszkaniu, a Sasza usiadła na fotelu w salonie. Odłożyła na razie pistolet, ale wciąż trzymała go w zasięgu ręki. Nie dziwiłem się jej, że zachowuje taką ostrożność, bo i ja zerkałem na nią podejrzliwie. Akcja z blondynkami nauczyła mnie, że na każdego trzeba patrzeć z dystansem. Dziwiłem się jednak, że Max, zaraz po wygłoszeniu tyrady o ostrożności i niechęci do zawierania znajomości z innymi ludźmi, pomógł dziewczynie.
   – Jesteś stąd? – zapytałem, przerywając niezręczną ciszę.
   – Tak – odparła krótko, zdejmując brązową, skórzaną kurtkę i odkładając ją na bok. Pod spodem miała czarny golf, który podkreślał jej talię oraz piersi.
   Dopiero wtedy miałem okazję przyjrzeć się nowo poznanej. Sasza była ładną, młodą kobietą, czego nie dało się nie zauważyć. Miała dość ostre rysy twarzy, z mocno zarysowanymi kościami policzkowymi i nieco kwadratową szczęką. Oczy miała szare, nieco ciemniejsze niż Maksa, otoczone gęstymi rzęsami. Ciemny, gruby warkocz włosów opadał jej na ramię, sięgając prawie pasa. Tak, Sasza była ładna.
   – A wy skąd jesteście? – zapytała.
   Gdy przyłapałem się na gapieniu na dziewczynę, zawstydzony odwróciłem wzrok. Odchrząknąłem, starając się zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie.
   – Z Krakowa – odparłem szybko.
   – Co was tu sprowadziło? – Sasza brzmiała już na bardziej wyluzowaną, albo przynajmniej już nie tak spiętą.
   – My… jechaliśmy w odwiedziny do kumpla – powiedziałem, naprędce wymyślając kłamstwo.
   – To niezbyt trafiliście z czasem. – Sasza, po raz pierwszy, uśmiechnęła się lekko. – Zazwyczaj nasze miasto jest bardziej przyjazne dla turystów.
   Również się uśmiechnąłem. Miło był w końcu porozmawiać, choć przez chwilę nie myśląc o tym całym syfie, który rozgrywał się na zewnątrz.
   – Gdzie są twoi znajomi? – zapytałem. Gdy Sasza spojrzała na mnie zaskoczona, zaraz wyjaśniłem: – Widzieliśmy, jak walczyliście z inną grupą. Przez lornetkę.
   Sasza zmieszała się wyraźnie i spięła. Odwracając wzrok, zagryzła policzek.
   – Rozdzieliliśmy się – powiedziała. – Byłam z przyjacielem i dziewczyną, którą poznaliśmy wczoraj. Uratowała nam życie.
   – Będziesz ich szukać?
   Nie odpowiedziała, gdy z kuchni zawołał mnie Max. Zostawiłem Saszę i przeszedłem do kuchni, gdzie mój brat przetrząsał szafki.
   – Dobra, gadaj o co chodzi. – Skrzyżowałem ręce na piersi. – Dopiero mówiłeś, że nie powinienem zgrywać bohatera, a sam to robisz. Co jest?
   – Nie mogę być dobrym chrześcijaninem? – zapytał, nie przestając zaglądać do kolejnych szafek.
   – Nie pieprz. Nie jesteś nawet wierzący. – Zerknąłem w stronę salonu. Sasza wyciągnęła magazynek ze swojego pistoletu, sprawdziła go, po czym włożyła z powrotem. Wtedy w głowie pojawiła mi się pewna myśl, której nie potrafiłem odrzucić, a która mnie zdenerwowała. – Chyba nie chcesz jej okraść? 
   Mina Maksa mówiła coś wręcz przeciwnego.
   – Chyba oszalałeś. – Z niedowierzaniem pokręciłem głową.
   – Potrzebujemy tej broni – powiedział na swoje usprawiedliwienie. – Poza tym, nie zabierzemy jej wszystkiego.
   – To nie zmienia faktu, że staniemy się nie lepsi niż tamte kobiety – syknąłem. – Max, możemy się z nią dogadać.
   Mój brat wyprostował się, patrząc na mnie z politowaniem. W dłoni miął paczkę suszonej wołowiny.
   – Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Zaprzyjaźnijmy się z nią i razem przeżyjmy te najgorsze chwile, trzymając się za rączki – zironizował. – Dopiero co zabiła człowieka. Widziałem. Jakoś nie wygląda na przejętą albo skruszoną. Z nami może w każdej chwili zrobić to samo. Nie znamy jej.
   – Nie sądzisz, że gdyby chciała nam coś zrobić, to już by to zrobiła? – próbowałem bronić Saszy, choć słowa maksa mną wstrząsnęły.
   – No właśnie.
   Spojrzeliśmy oboje w kierunku drzwi. Sasza stała w nich, opierając się o futrynę i zagryzając policzek. Beznamiętnie patrzyła na Maksa. Pistolet tkwił, zatknięty za jej pasek.
   – Saszo. Max. – Stanąłem między tą dwójką, gotów interweniować, gdyby którekolwiek z nich chciało zrobić coś głupiego. Gromy, jakie ciskali sobie oczami, były wyraźnym znakiem, że powinienem podjąć funkcję mediatora. – To wcale nie tak…
   – Dam wam broń – powiedziała niespodziewanie dziewczyna. Jej słowa wprawiły w osłupienie nie tylko mnie. Max również był  zaskoczony takim obrotem spraw.
   – Ale…?
   – Ale pomożecie mi odnaleźć moich przyjaciół – dokończyła i po chwili namysłu dodała: – I nie zabiję was.
   Wiedziałem, że żartowała, ale dreszcz i tak przebiegł mi po krzyżu. Byłem przekonany, że po tym, jak usłyszała naszą rozmowę, zabije nas, a w najlepszym przypadku zostawi.
   – Dlaczego mielibyśmy wierzyć, że nas nie wykiwasz? – zapytał Max.
   Sasza uśmiechnęła się, po czym wróciła do salonu. Na odchodne rzuciła jeszcze:
   – To najlepsze, co możesz zrobić.

☠☠☠

   Sprawdzenie pozostałych mieszkań zajęło nam aż dwie godziny, ale było warto. Opuściliśmy kamienicę z plecakami, wypełnionymi jeszcze nadającym się do spożycia jedzeniem. Mieliśmy kolejny problem z głowy. A przynajmniej chwilowo.
   – Torbę schowałam w koszu na śmieci – powiedziała Sasza, prowadząc nas przez podwórko.
   W wąskiej uliczce, pomiędzy blokami, stało tam zombie. Na nasz widok natychmiast się ożywiło i warcząc, ruszyło ku nam. Max uniósł pistolet, który dała mu Sasza, w geście ostatecznego pojednania, ale dziewczyna powstrzymała go.
   – Ja to załatwię.
   Sasza wyciągnęła zza paska siekierę i zamachnęła się nią. Ostrze wbiło się w bok głowy zombie, rozpłatując czaszkę i uwalniając falę ciemnej krwi.
   – Strzelanie, to marnowanie naboi – powiedziała patrząc na Maxa. – I robienie niepotrzebnego hałasu. Chyba, że chcesz wyprowadzić zombie na spacer.
   Widząc minę Maxa, parsknąłem śmiechem. Nigdy nie lubił krytyki i wytykania mu błędów, a Sasza wyglądała na taką, która będzie to robić z przyjemnością. Zapowiadała się ciekawa podróż.
   – Cholera! – Sasza przyległa do ściany, pociągając mnie za sobą.
   – Co jest? – zapytałem półszeptem.
   Dziewczyna wychyliła się zza winkla.
   – Zombie. Dość sporo – oznajmiła. – Nie przedostaniemy się.
   Wyjrzałem na podwórko i rzeczywiście – stała tam całkiem spora grupa zombie. Nie liczyłem, ale na oko było ich około czterdziestka. Była to zapewne część hordy, która ścigała Saszę.
   – Jakiś plan? – zapytała dziewczyna, patrząc to na mnie, to na Maksa.
   Ja miałem tylko jeden, ale najprostszy i najbezpieczniejszy – uciec. Choć broń była niewątpliwie ważna, nie chciałem przez nią tracić życia.
   – Tak – odezwał się nagle Max. Oboje spojrzeliśmy na niego w wyczekiwaniu. – Niewiarygodnie głupi i ryzykowny, ale zawsze. 

☠☠☠

   Po raz kolejny powtórzyłem w myślach zadanie, jakie zostało mi przydzielone, by przypadkiem czegoś nie spaprać. Plan Maksa rzeczywiście był głupi i ryzykowny.  Próbowałem nawet zaprotestować, przed wprowadzeniem go w życie, ale zostałem przegłosowany.
   – To samobójstwo – powiedziałem, otwierając klapę kontenera. Cuchnęło w nim okropnie, ale lepszy był fetor odpadków, niż rozkładających się ciał.
   – Nie kracz – skarciła mnie Sasza, pierwsza wchodząc do środka. Po jej minie widać było, że takie siedzenie w śmieciach nie było niczym przyjemnym, ale starała się tego nie pokazywać.
   Plan Maksa polegał na tym, że podczas gdy on miał wywabić zombie, my, ukryci w kontenerze, mieliśmy zdobyć torbę. Sasza od razu przystanęła na ten plan, podczas gdy ja miałem sporo wątpliwości. Zauważyłem za to, że pomimo niezbyt dobrego początku, mój brat i nowo poznana dziewczyna potrafili się dogadać.
   Niechętnie wszedłem do kontenera, a Max podniósł klapę, by ją za nami zamknąć.
   – Wiesz, co robić? – zapytała Sasza.
   – Będę na was czekał w parku – odparł ten. Wcześniej Sasza dokładnie opisała mu trasę, którą powinien się kierować, by zgubić zombie.
   – Uważaj na siebie – powiedziałem do brata.
   – Jak zawsze. – Posłał mi uspokajający uśmiech, po czym zamknął klapę.
   Po odcięciu nas od świeżego powietrza oraz światła, momentalnie stało się w środku duszno. Smród śmieci stał się wyraźniejszy, a w mroku niewiele było widać. Widziałem jedynie zarys sylwetki siedzącej naprzeciw mnie dziewczyny.
   Zaufaliśmy jej oboje, a przecież w ogóle jej nie znaliśmy. Nie powinienem był się na to godzićpomyślałem. Max i Sasza mogli być ryzykantami, ale ja, swoją biernością, pozwalałem im na wypadki, które mogły się zdarzyć. Jako jedyny, rozsądnie myślący, powinienem zrobić wszystko, by wybić im ten pomysł z głowy. Chyba, że Sasza chce nas wciągnąć w jakąś pułapkęta myśl zaatakowała mnie nagle, ale zaraz ją odrzuciłem. Owszem – miała ona silną osobowość, którą potrafiła wykorzystać, ale nie wyglądała na taką, która podstępem poświęciłaby życie innych, dla osiągnięcia własnego celu. Miała w sobie dużo determinacji oraz charyzmy, ale na pewno nie była zła. Jeżeli nawet Max – nielubiący się podporządkowywać nikomu, zaufał jej, to i ja musiałem.
   – Dlaczego tak patrzysz? – zapytała nagle, wyrywając mnie z przemyśleń.
   – Zastanawiam się, co naprawdę tobą kieruje – odparłem.
   – Troska o przyjaciół, chęć przeżycia, zwykła, ludzka dobroć – wymieniła. – Albo po prostu was polubiłam.
   Prychnąłem opierając głowę o ściankę kontenera. Sasza przez dłuższą chwilę przewiercała mnie wzrokiem na wylot, aż poczułem się niezręcznie. Pomimo jej sarkazmu, rządzenia się, hardości i bezpośredniości – zaczynałem ją lubić. To było najdziwniejsze.
   – Spróbuj mi zaufać, Adamie – powiedziała po chwili.
   Nie odpowiedziałem jej nic, bo rozległ się wystrzał, a za nim kolejny. Wiedziałem, że to Max, a mimo to wzdrygnąłem się. Mocniej ścisnąłem rękojeść mojego noża, jakbym próbował w jakiś sposób dodać sobie sił i odwagi.
   Gdy usłyszeliśmy przechodzące obok nas zombie, oboje aż wstrzymaliśmy oddech. Jeden ruch i zostalibyśmy okrążeni przez dziesiątki zombie, a z tej pułapki trudno by było się nam wydostać. Czekaliśmy więc. Pochód trupów zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Kilka razy rozlegało się głuche łupanie truposzy, które wpadły na nasz kontener. Wtedy z trudem udawało mi się zachować spokój. Po paru minutach od przejścia ostatniego ożywieńca, wyszliśmy na zewnątrz. Łapczywie chwyciłem świeże powietrze w płuca, w którym i tak wyczułem smród rozkładu.
   Prowadzony przez Saszę przeszedłem na podwórko. Po drodze natknęliśmy się na trójkę zombie. Pierwszego z nich moja towarzyszka załatwiła od razu, tak jak poprzednio, używając swojej siekiery. Ja w tym czasie chwyciłem truposza za przód brudnej koszuli i przycisnąłem go do ściany. Ten szarpał się, próbując mnie ugryźć, ale już za życia był cherlawy, więc przytrzymanie go nie stanowiło dla mnie problemu. Wbiłem nóż w jego białe, lewe oko, wkładając w to całą siłę. Nie nacieszyłem się jednak długo swoim pierwszym, udanym starciem, bo trzeci zombie rzucił się na mnie, o mało co nie przewracając. Złapałem przemienioną kobietę za długie blond włosy, by uniemożliwić jej ugryzienie mnie. I to uratowało mnie przed zarażeniem. Chwilę potem Sasza wbiła nóż w tył głowy zombie.
   – W porządku? – zapytała.
   – Tak. Pośpieszmy się – powiedziałem, ruszając przodem.
   Ledwo co wyszliśmy na podwórko, a zobaczyłem trójkę ludzi, która biegła w kierunku koszy na śmieci. Dwójka mężczyzn oraz kobieta szybko pokonali dzielący ich dystans od śmietników i otworzyli jeden. Saszy, jak na zawołanie, zapaliła się czerwona lampka w głowie. Biegiem ruszyła w ich kierunku, wyciągając po drodze pistolet, o istnieniu którego nie miałem pojęcia.
   – Nawet się nie próbuj ruszyć! – krzyknęła do najstarszego mężczyzny, który zastygł pochylając się nad otwartym koszem. Pozostała dwójka stała z boku, ściskając w dłoniach szpadel oraz młotek.
   – A co? Zabijesz mnie? – zapytał kpiąco mężczyzna. Wyglądał na jakieś czterdzieści lat, miał jasne włosy oraz trochę ciemniejszy zarost. Jego towarzyszami byli nastolatkowe, więc od razu pomyślałem, że mamy do czynienia z ojcem i jego dziećmi.
   – Może. Jeżeli się nie wycofasz, to będę musiała głęboko to przemyśleć.
   Słowa Saszy nie zrobiły większego wrażenia na mężczyźnie, w przeciwieństwie do mnie. Wierzyłem, że jest gotowa to zrobić. Widziałem tą determinację w jej oczach.
   – Więc proszę bardzo! – Mężczyzna wyprostował się i rozłożył ręce. – Strzelaj. Bez tej torby i tak jesteśmy skazani na śmierć.
   – Tato – pisnęła dziewczyna, przyciskając mocniej łopatę do piersi.
   – Taka prawda – warknął do córki. – Wy macie broń.
   – Tak – potwierdziła moja towarzyszka. – Jest w tej torbie.
   – Bądźcie ludźmi. – Głos mężczyzny stał się bardziej błagalny. Spojrzał na mnie, jakby szukał wsparcia. – Proszę.
   Już miałem zwrócić się do Saszy, by załatwić to inaczej, gdy stojący dotychczas w ciszy chłopak, rzucił się w naszą stronę z młotkiem. Miał desperację w oczach, która sprawiła, że nie myślał logicznie. Nie spodziewał się, że moja towarzyszka zadziała tak instynktownie i pociągnie za spust. Ona także była zaskoczona, gdy na piersi chłopaka pojawiła się czerwona plama. Upadł, a my w milczeniu obserwowaliśmy, jak gaśnie w nim życie.