poniedziałek, 17 lipca 2017

ROZDZIAŁ 7 - PROSTY PLAN (SASZA)


Po dość ciężkim weekendzie w końcu odzyskałam siły i zajęłam się pisaniem. Rozdział miałam wrzucić jutro, no ale jak zwykle nie mogłam się powstrzymać ;)

Jest to najdłuższy rozdział, jaki dotychczas napisałam i zawarłam w nim chyba wszystkie elementy, na których opierać się będzie TLD – zombie, wrogowie w postaci żywych oraz przemiany bohaterów. Pojawienie się pierwszego antagonisty będzie miało duży wpływ na historię TLD i zapoczątkuje małą wojnę, która w kolejnych rozdziałach nabierze rozmiarów. Spodziewajcie się więc intryg, starć i sporo zamieszania. 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

   Obudziłam się z potwornym bólem z tyłu głowy i lewego boku. Miałam wrażenie, że przy każdym, nawet najmniejszym ruchu ktoś okłada mnie niewidzialnym kijem bejsbolowym, a ja nie mogę się bronić. Ostrożnie podniosłam powieki, ale zaraz je zamknęłam, gdy oślepiło mnie rażące światło. Po chwili ponownie otworzyłam oczy, mrużąc je przed jasnym światłem, jeszcze bardziej potęgującym moje boleści.
    Znajdowałam się w jakimś mieszkaniu, gdzie okna były szczelnie pozasłaniane, a jedynymi źródłami światła były świeczki. Leżałam na kanapie. Spróbowałam wstać, ale wtedy poczułam bolesne ukłucie w boku. W żebrach zostałam owinięta pasem i najwidoczniej posmarowana jakąś maścią o silnie miętowym zapachu. Ktokolwiek to zrobił, starał się mi pomóc. Ale dlaczego byłam sama?
   Powoli zaczynałam sobie wszystko przypominać. Jazda ciężarówką, horda zombie na placu, mój prawie nieudany skok. Potem bieg ulicami, podczas którego nasiliły się moje duszności. Wcześniej nie mówiłam nic Robowi, żeby nie dokładać nam kłopotów. Bałam się, że podczas upadku z mieszkania złamałam żebro i to ono było powodem moich dolegliwości. Gdyby rzeczywiście tak było, nie mogłabym się poruszać, a w tych czasach było to jednoznaczne ze śmiercią.
   Wstałam z kanapy i zobaczyłam swoje rzeczy leżące na fotelu. Siekiera, glock oraz oba plecaki – Roba i mój. Sięgnęłam po pistolet i włożyłam go za pas spodni, po czym zakryłam bluzką. Nie wiedziałam, gdzie  jestem i co z Robem, dlatego wolałam być przygotowana na wszystko.
   Wyszłam do sąsiedniego pomieszczenia z którego dobiegały mnie głosy. Męski oraz żeński. O ile ten pierwszy znałam bardzo dobrze, ten drugi był mi obcy.
 - Sasza! – Ucieszył się na mój widok Rob. Chłopak siedział w towarzystwie młodej, rudowłosej dziewczyny, która zajmowała się jego pociętymi dłońmi.
Uśmiechnęłam się do niego blado, jednocześnie czując lekki zawrót głowy. Odsunęłam sobie jedno z krzeseł i usiadłam na nim ciężko. Nadal oddychało mi się z trudem, ale nie było tak źle jak jeszcze niedawno.
 - Ile czasu minęło odkąd… - zapytałam, nagle tracąc wątek, bo rudowłosa podała mi kubek z wodą i dwie białe tabletki. – Co to?
 - Przeciwbólowe – odparła uspokajającym głosem, gdy spojrzałam na nią podejrzliwie. – Chyba się przydadzą, prawda?
   Nieznajoma miała jasne, niebieskie oczy i krótkie, rude włosy ścięte na boba. Wąskie usta były prawie nieustannie rozciągnięte w uśmiechu, a piegowata twarz nadawała jej nieco zwariowanego charakteru. Budziła zaufanie, ale i tak starałam się być ostrożna. Nikomu nie można było ufać na sto procent.
    - Gdzie my w ogóle jesteśmy? – zapytałam popijając tabletki wodą.
    - W moim mieszkaniu – odparła dziewczyna. – Niedaleko miejsca, gdzie was znalazłam.
   Rob musiał zobaczyć moje zdezorientowane spojrzenie, bo zaczął wszystko wyjaśniać.
    - Gdy uciekaliśmy nagle straciłaś przytomność. Nie mogłem cię dobudzić, a na dodatek schodziły się zombie. Na szczęście pojawiła się Zuza. Zabrała nas do swojego mieszkania i pomogła. Opatrzyła też twoje żebra.
   - Jesteś lekarzem? – zapytałam patrząc jak sprawnie zszywa rany Roba.
    - Ratownikiem medycznym – odparła uśmiechając się. – Potrafię to i owo, ale żaden ze mnie chirurg. Miałam nim być, ale niestety świat postanowił zrobić mi marny żart. A byłam już na ostatnim roku…
   Rozluźniłam się, gdy poczułam, że ból pleców i ręki zaczyna przemijać. Spojrzałam na tarczowy zegar wiszący na ścianie. Wskazywał kilka minut po osiemnastej. Już dawno powinniśmy być poza miastem, ale moje plany wzięły w łeb. Nie sądziłam, że zombie przybędzie aż tyle w tak krótkim czasie. To był zaledwie pierwszy dzień i strach było pomyśleć, co będzie dalej. Musieliśmy czym prędzej dostać się do Błoni, ale we dwójkę byłoby nam ciężko. Tym bardziej, że ja ledwo się ruszałam, a Rob nie mógł nic mocniej trzymać.
   Spojrzałam badawczo na rudowłosą. Wyglądała na miłą, pomogła nam, uratowała życie i mieliśmy u niej dług, ale i tak się zawahałam. Jej wiedza medyczna była niezbędna oraz cenna w tych czasach. Miała też samochód. Musiałam jednak być ostrożna w przyjmowaniu ludzi. Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi, ale Zuza wydawała się być w porządku. Pomogła nam bezinteresownie, chociaż nawet nas nie znała.
 - Jesteś tu sama? – zapytałam uważnie się jej przyglądając.
 - Nie mam nikogo w Nowogrodzie. Przeprowadziłam się tutaj z małej wsi, kilka kilometrów stąd, żeby móc studiować. Próbowałam skontaktować się z moją rodziną, ale na próżno. Mam nadzieję, że nic im nie jest, bo nie dam rady do nich dotrzeć, a nawet jeśli, to wiadomo – Uśmiech znikł z jej twarzy, a zastąpił go smutek. W jej błękitnych oczach pojawiły się łzy. – I tak bym im raczej nie pomogła. Rob opowiedział mi, że chcecie uciec z miasta i gdyby była taka możliwość, to chciałabym do was dołączyć. Samej sobie nie poradzę.
Zagryzłam policzek i spojrzałam na Roba. Jego wzrok mówił mi jasno, co mam zrobić. Tu już nie chodziło tylko o okazanie wdzięczności, czy zebranie silnej drużyny. Zapomniałam, że samotność w tych czasach była jednoznaczna ze śmiercią. Jak mogłabym odmówić komuś, kto prawie błagał mnie o pomoc?
    - Możesz iść z nami – powiedziałam. – W końcu mamy u ciebie dług.
   Niespodziewanie rudowłosa objęła mnie, aż jęknęłam z bólu.
   - Następnym razem uprzedź, gdy będziesz chciała mi połamać żebra – powiedziałam żartobliwie, rozmasowując obolałe miejsce.
   Ustaliliśmy plan na następny dzień. Wychodzenie o tej porze było głupie, dlatego postanowiliśmy przenocować w mieszkaniu Zuzy, choć trochę wylizać rany i zregenerować siły. Po luźnej rozmowie przy dość sytej kolacji, nasza gospodyni przygotowała nam posłania.
   - Co o niej myślisz? – zapytałam Roba, dopijając herbatę.
   - Jest w porządku. Wzbudza zaufanie – odparł. – Dobrze, że zabieramy ją ze sobą.
   Spojrzałam na niego znacząco, nie mogąc powstrzymać rozbawienia. Rob przewrócił oczami.
   - To nie to, co myślisz – westchnął biorąc oburącz kubek.
   - Ta, jasne.
   Rob wstał z krzesła i ruszył do wyjścia, po drodze zatrzymując się obok lodówki. Postukał palcem w wiszące na niej zdjęcie. Przedstawiało ono Zuzę w towarzystwie jakiejś brunetki, która składała na policzku rudowłosej pocałunek. Otworzyłam usta zszokowana, na co Rob parsknął śmiechem i opuścił kuchnię. Nie miałam nic do osób innych orientacji, ale… Dobrze, że nie zaczęłam bawić się w swatkę, bo wtedy bym się wygłupiła.
   Dopiłam resztkę swojej herbaty. Wszystko było postanowione. Wstałam uspokojona i podeszłam do jedynego okna w kuchni, gdzie się znajdowaliśmy, które wychodziło na miasto. Widziałam wieże kościoła, dwa wieżowce i kilkaset budynków, których nie udało mi się rozpoznać w coraz gęściejszym mroku. Była już połowa listopada, a więc oczywiste było, że noce stawały się coraz dłuższe, w przeciwieństwie do dni.
   Nie mogło być gorszej pory na wybuch epidemii zombie. Jesień w pełni, a więc nieraz mogliśmy mieć do czynienia z deszczami, a nawet śniegiem. Do tego dochodziły przymrozki, choroby, braki jedzenia, no i zima za pasem. Musieliśmy jak najszybciej opuścić miasto i założyć coś na kształt osady. W klasztorze mogło się to udać. Dzięki otaczającemu go murowi moglibyśmy żyć w bezpieczeństwie. Pozostawała tylko trudna kwestia broni oraz żywności. Puszkowane produkty spożywcze musiały się kiedyś skończyć. Trzeba by było stworzyć ogród, może i nawet zagrodę dla zwierząt. W końcu na wsi było od groma trzody chlewnej.
   Broń była najtrudniejszą kwestą. W sumie od wprowadzenia ustawy o powszechnym dostępie do niej zaczęło ją posiadać wielu ludzi, ale wciąż było to mało. No i gdzie mielibyśmy jej szukać?
Wyciągnęłam swojego glocka i sprawdziłam magazynek. Pozostało mi osiem naboi. Mało. Bardzo mało. Poleganie na samej broni białej mogło się sprawdzać w walce z niewielkimi grupkami zombie, ale w starciu z większymi stadami potrzebne były pistolety.
   Westchnęłam, ponownie patrząc na przeraźliwie puste miasto. „Puste” tylko z pozoru. W rzeczywistości pełne żywych trupów, niebezpieczne i wrogie. Nie było tu już dla nas miejsca. Czas panowania ludzi się skończył. Z samego szczytu łańcucha pokarmowego spadliśmy na sam dół w ciągu kilku godzin. Wyparły nas stworzenia wolniejsze od nas oraz głupsze, a mimo to udało się im nas zmiażdżyć. Nie chodziło tu już tylko o ich liczebność, przerażający wygląd, czy fakt, że jedli ludzkie mięso. Zombie się nie bały – to było najgorsze. Od zawsze w walkach chodziło o to, by wzbudzić w swoim przeciwniku strach. To uczucie pozwalało wygrać niejedną bitwę, ale co zrobić z wrogiem, który go nie odczuwał? Trupy mogły być tylko workami zgniłego mięsa i kości, ale dopóki się nas nie bały, byliśmy na straconej pozycji.
   Nie zamierzałam się łudzić, że niedługo pojawi się pomoc. Po tym, co zobaczyłam na placu wiedziałam, że ludzkość stoi na krawędzi zagłady. Tysiące, a może już nawet miliony żywych trupów, przeciwko nielicznym ocalałym. Zdawałam sobie sprawę, że być może nasze dni są policzone. Być może nie dziś, nie jutro, nie w tym tygodniu, miesiącu, czy roku – w końcu umrzemy. Miałam jednak zamiar sprawić, by stało się to jak najpóźniej.
   Gdy już miałam wyjść z kuchni, mój wzrok padł na gazetę leżącą na stole. Otwarta była na stronie z reklamami. W szczególności jedna z nich przykuła moją uwagę i rozbudziła nadzieję. Porwałam ją i weszłam do salonu. Zuza rozmawiała o czymś z Robem, ale oboje zamilkli, gdy weszłam do pokoju.
   - Wiesz, gdzie jest Vismag? – zapytałam mając na myśli jedyny, nowo otwarty sklep z bronią. Jeżeli skądś mieliśmy wziąć pistolety, to tylko stamtąd.
 Zuza skinęła głową i już chciała zadać jakieś pytanie, gdy w słowo wszedł jej Rob.
   - Myślisz, że inni już na to nie wpadli? – zapytał sceptycznie.
   - Mam taką nadzieję – powiedziałam kierując wzrok na miasto. W dalszej jego części jeszcze był prąd, bo widziałam światło w oknach. A może to były świece? Z resztą, to było nieważne. Tamci ludzie musieli sobie radzić sami. Tak jak i my.


***

      Następnego dnia z samego rana byliśmy ubrani i gotowi do drogi. Zuza dała mi nowe ubranie, bo moja bluza oraz spodnie brudne były od krwi zombie. Rob musiał zostać w tym, co miał.
      Dzięki maści oraz bandażowi uciskowemu żebra prawie całkowicie przestały mnie boleć. Oddychałam już normalnie, ale Zuza przestrzegła mnie przed zbyt dużym wysiłkiem fizycznym.
      - W ogóle nie powinnaś się ruszać przez kilka dni, aż żebra wyzdrowieją – powiedziała patrząc na mnie ze współczuciem, gdy jęknęłam, gdy zbyt gwałtownie schyliłam się po plecak.
- Kilka dni, to stanowczo za długo – powiedziałam zarzucając plecak na ramiona.
Zuza pokręciła zrezygnowana głową, po czym podniosła swój kij bejsbolowy. Rob oddał jej swój pistolet, bo twierdził, że lepiej radzi sobie z automatem. Po minie rudowłosej stwierdziłam, że jeszcze nigdy nie miała styczności z bronią palną, dlatego naprędce wyjaśniłam jej jak przeładowywać oraz odbezpieczać visa. 
   Z mieszkania wyszłam jako pierwsza. Bądź co bądź, byłam najlepiej uzbrojona. Trzymając oburącz siekierę przestąpiłam przez próg i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to krew na przeciwnej ścianie, drzwiach oraz podłodze. Jakby tego było mało, wszędzie leżały kawałki mięsa, które znajdowały się też na schodach prowadzących na górę. Po minie Zuzy i Roba stwierdziłam, że wcześniej ich tu nie było. W nocy jeden zombie musiał mieć tu niezłą wyżerkę.
 - Pośpieszmy się – powiedziałam, gdy rozległo się mlaskanie, które niosło się echem po klatce. Dochodziło ono właśnie z górnego piętra.
   Szliśmy we wcześniej ustalonym szyku, ja na przedzie, Zuza obok, a Rob ubezpieczał tyły. Ślady krwi były oznaką, że blok wcale nie jest taki bezpieczny, jak zapewniała nas rudowłosa. Zeszliśmy po schodach na niższe piętro, a potem na parter. Czerwony trop kończył się przy leżących na podłodze drzwiach, wyrwanych z zawiasami z jednego z mieszkań. Dochodziły z niego głuche jęki, które stały się bliższe, gdy znaleźliśmy się w pobliżu. Nie czekając dłużej wyszliśmy na zewnątrz.
   Na szczęście podwórko przed blokiem było praktycznie puste. Jedynie dwójka umarlaków szwędała się po przeciwnej stronie, ale dopóki nas nie zauważyli, to nie było sensu ich atakować. Gdyby nie ich paralityczny chód, to pomyślałabym, że to normalni ludzie, a nie krwiożercze bestie, które rozszarpałyby mnie na kawałki. Postanowiłam sobie, że nigdy nie dam im ku temu okazji.
   Auto Zuzy – srebrny ford – stał przy samym wejściu do bloku. Wpakowaliśmy się wszyscy do środka i odjechaliśmy.
    - Gdzie mam jechać najpierw? – zapytała wyjeżdżając na ulicę. Stało na niej kilka porzuconych aut, ale dziewczyna sprawnie je wymijała.
    - Do sklepu z bronią – odparłam szybko. Z jedzeniem zawsze dało się coś wykombinować, a z bronią już nie koniecznie.
   Mijaliśmy dziwnie puste ulice, których widok wzbudził we mnie smutek. To było moje miasto, zawsze pełne życia, a teraz stało się zaledwie cieniem samego siebie. Apokalipsa zniszczyła je, wyrwała żywcem niegdyś bijące serce i pożarła na oczach mieszkańców, pozostawiając to. Z niektórych okien unosiły się obłoki dymu, witryny sklepowe były powybijane, a ich wnętrza splądrowane. Samochody stały porzucone na chodnikach lub samej ulicy, na której również walały się również porzucone przez właścicieli rzeczy. Walizki, torby z których wysypywały się ubrania, różne sprzęty domowe, a także czasami i meble. Po co ktoś to wszystko zabierał? Czy komputer bądź telewizor plazmowy mógł uratować kogoś przed zombie, albo wyżywić rodzinę? Rzeczy materialne nie miały już żadnej wartości. Liczyła się tylko broń i jedzenie.
   Z szokiem pomieszanym z obrzydzeniem patrzyłam na przedszkole, obok którego przejeżdżaliśmy. Przy wysokim, metalowym ogrodzeniu stało kilkoro dzieci, które zostały przemienione. Niespełna sześcioletnie dzieciaki przyciskały zmasakrowane twarze do siatki i kłapały zębami, gdy nasze auto przejechało obok nich. Dostrzegłam też ciało dziewczynki, prawie całkowicie obgryzione z mięsa. Leżało ono w piaskownicy, nad którym pochylała się najwidoczniej jej była opiekunka, teraz wpychająca sobie jej wnętrzności do ust. Zuza przyśpieszyła i makabryczny obrazek zniknął nam z pola widzenia.
   Po zaledwie dziesięciu minutach znaleźliśmy się na ulicy Krasickiego, sąsiadującej z tą, gdzie znajdował się sklep. Kazałam Zuzie zatrzymać się właśnie na tej i mieliśmy przejść na drugą, wąską uliczką.
 - Nie wiemy, czy kogoś tam nie ma, a jeżeli jest, to ma już broń. Najpierw sprawdzimy, czy jest bezpiecznie – wytłumaczyłam, gdy wysiedliśmy z auta.
   Przechodząc przez jedną z uliczek, pomiędzy dwoma sklepami odzieżowymi, natknęliśmy się na zombie. Szedł on w naszą stronę ze sporym prętem wbitym w pierś. Po stroju mężczyzny, stwierdziłam, że musiał on pracować na pobliskiej budowie, o czym świadczyła odblaskowa kamizelka oraz mocno przekrzywiony, żółty kask. Złapałam metalową rurę, tkwiącą w ciele robotnika, tym samym zatrzymując go. Zombie zaczął machać rękoma, próbując mnie dorwać, jednocześnie uparcie sunąć w moją stronę, tym samym jeszcze bardziej nadziewając się na pręt. Rob zaszedł bestię od tyłu i wbił jej bagnet w tył czaszki.
 - Lepiej się pośpieszmy zanim pojawi…
   Nagle coś za nami zaszeleściło. Wszyscy gwałtownie odwróciliśmy się w tamtą stronę, trzymając swoje bronie w pogotowiu. Zza kontenera wyszła kobieta. Była ubrana w długi płaszcz, a brązowe, poplątane włosy zasłaniały jej twarz, gdy szła zgarbiona w naszym kierunku. Na dłoniach trzymała zawiniątko, które wydawało ciche jęki.
 - Pomocy – wyszeptała nie podnosząc głowy. Zauważyłam, że cała się trzęsie. Kobieta wyciągnęła w naszym kierunku zwitek koca i chust. Zuza chciała od razu ruszyć z pomocą, ale ją powstrzymałam i sama podeszłam do nieznajomej. Trzymając odbezpieczoną broń przejęłam zawiniątko i odchyliłam ostrożnie kawałek koca. Ujrzałam sinozieloną twarz niemowlęcia, którą pokrywały czarne żyłki. Dziecko otworzyło oczy, które pokryte miało białą błoną. Małe zombie wydało z siebie nieludzki skrzek. Wzdrygnęłam się i wypuściłam je na ziemię odskakując do tyłu. Kobieta nie zareagowała, tylko dalej stała ze spuszczoną głową, ale już się nie trzęsła. Szybko podniosłam broń i wycelowałam w nią. Została ugryziona i właśnie następowała przemiana. Bez oporów nacisnęłam spust.  Rozległ się huk. Trafiłam nieznajomą w głowę, tuż nad prawym okiem miała teraz dziurę, z której wypłynęła krew.
   Niemowlę nadal leżało na ziemi machając małymi piąstkami i skrzecząc. Od razu widać było, że niedawno zostało urodzone. Być może nawet tego samego dnia. Powinniśmy byli je zabić, ale żadne z nas nie miało dość odwagi by ukrócić jego cierpienia. Nie potrafiłam się zmusić do wbicia ostrza noża w jego czaszkę, chociaż trzymałam go w już dłoni. Dziecko, to wciąż dziecko.
   - Pośpieszmy się – powiedziałam, skutecznie maskując drżenie głosu. Zuza ruszyła za mną, ocierając łzy, które spływały po jej policzkach. Mną też to wstrząsnęło. Ten koszmarny świat nie oszczędzał nikogo. Nawet dzieci.
   - Saszo…
   - Co? – warknęłam zatrzymując się. Rob stał nadal w tym samym miejscu, patrząc na nieustannie kwilące, małe zombie.
   - Nie możemy tak go zostawić – powiedział.
   Zmusiłam się do ponownego spojrzenia na niemowlę. To dziecko uosabiało całą brutalność i degenerację tego świata. Słabi nie mieli szans przeżyć.
   Wyciągnęłam nóż i ukucnęłam przed niemowlęciem. Ręka drżała mi, gdy trzymałam broń kilka centymetrów nad twarzą dziecka. Po prostu to zrób. To nie jest dziecko. To trup. Zombie. Ożywieniec. Nie dziecko. Pochłonięta tymi myślami nawet nie wiem kiedy wbiłam ostrze w główkę noworodka. Nawet na to nie patrząc podniosłam się i bez słowa odeszłam na bok, opierając się plecami o ścianę.     W tym czasie Zuza ściągnęła z szyi swój szal i okryła nim niemowlę.
   - W porządku? – Rob stanął przy mnie i położył mi dłoń na ramieniu.
   - Nie – odparłam zgodnie z prawdą. Byłam przerażona rzeczami, które musiałam robić teraz i bałam się, do czego dojdzie  w przyszłości.
   - Przepraszam. Nie powinienem cię do tego zmuszać.
   - Nie przepraszaj. Miałeś rację. Nie mogliśmy go tak zostawić – Spojrzałam na Zuzę. Dziewczyna włożyła okryte zielonym szalem zawiniątko do pustej skrzynki stojącej obok kontenera. Namiastka pogrzebu z namiastką trumny.
   Zuza dołączyła do nas, z oczami czerwonymi od łez. Rob objął ją, mówiąc kilka słów pocieszenia. Rudowłosa nawet próbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł jej raczej kwaśny grymas.
   - Chodźmy już stąd – powiedziała pociągając nosem.
    Chciałam od razu iść pod sklep, ale wtedy zobaczyłam zbliżające się auta. Była tam czarna beema, biały bus oraz srebrna skoda. Auta zatrzymały się tuż przed wejściem do sklepu, a ze środka pojazdu wyszło ośmioro chłopaków oraz dwie dziewczyny. Większość osób rozpoznałam od razu i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Była tam Daria – moja przyjaciółka z liceum. Po skończeniu szkoły nasz kontakt się urwał, ale jej widok mnie ucieszył. Zupełnie inaczej sprawa przedstawiała się z Leną – moim wrogiem numer jeden z lat szkolnych. Jej nie spodziewałam się zobaczyć, a jeżeli już tak, to martwą.  Widziałam tam także kilka znajomych chłopaków, z którymi uczęszczałam do równoległej klasy, ale nigdy się nie przyjaźniliśmy. Ucieszyłam się z tego widoku i chciałam wyjść im na spotkanie, ale coś mnie zmusiło do stania w miejscu i obserwowania rozwoju sytuacji.
Dwoje mężczyzn, których nie znałam, stanęło pod kratą w drzwiach i przywiązywali do niej jeden koniec liny. Ciemnowłosy chłopak dał znać kierowcy, a ten ruszył. Krata z łoskotem wyskoczyła z zawiasów i uderzyła w ziemię. To zwabiło kilka zombie, które szybko i sprawnie zostały zabite przez pozostałych, którzy dzierżyli w dłoniach pałki, łomy i kije bejsbolowe. Jeden z nich, łysy i ubrany w jeansy oraz skórzaną, czarną kurtkę, najpewniej był przywódcą, bo wydawał wszystkich polecenia. Podszedł on do drzwi ze stalowym prętem i po chwili mocowania się z zamkiem, drzwi do sklepu stanęły otworem. Sześciu chłopaków wkroczyło do środka, podczas gdy pozostali pilnowali okolicy. Młodzi mężczyźni wchodzili do sklepu, po czym wychodzili z niego z dużymi, czarnymi torbami, które wrzucali do busa. Ogarnęła mnie złość. Ja chciałam tej broni.
    - Co robimy? – zapytał półszeptem Rob.
  Nie wiedziałam. Naprawdę, nie wiedziałam. Z jednej strony pragnęłam tej broni, była nam potrzebna, ale z drugiej, była tam Daria. Mogliśmy ich zaatakować z ukrycia, zabić jak najwięcej się dało i zabrać busa pełnego broni. To nie było trudne, zwarzywszy na to, że drzwi do samochodu były otwarte, ale czy dalibyśmy radę zrobić coś takiego? Odebrać życie kilkorgu ludzi? Wyciągnęłam glocka i spojrzałam na niego. Z jednym pistoletem nie dało się przeżyć. Musiałam podjąć pierwszą trudną decyzję, na pewno nie ostatnią. Czułam się odpowiedzialna za Zuzę i Roba.
 - To proste – odparłam po chwili milczenia odbezpieczając glocka. Świat szlag trafił, wszędzie były zombie, ludzie umierali co chwila. Dawne zasady moralne nie miały znaczenia, a żeby przeżyć, byłam gotowa zrobić wszystko. – Zabijemy ich.

***
   Plan był prosty. Rob, miał wejść na dach budynku, przy którym staliśmy, mając automat miał zabić, lub postrzelić jak najwięcej ludzi z wrogiej grupy, Zuza miała w tym czasie przejąć busa wyładowanego bronią, a ja miałam ją ubezpieczać. Byłam pewna siebie i nie przewidywałam jakiejkolwiek porażki. Uprzedziłam tylko moich towarzyszy, by nie strzelali do Darii, ani trzech chłopaków, których znałam. Co jak co, ale ich śmierci nie chciałam. Pozostali… Cóż. Uratować wszystkich nie mogłam.
   Poczekałyśmy obie z Zuzą, aż Rob znajdzie się na dachu, cały czas mając na oku wrogą grupę. Musiałam przyznać, że radzili sobie całkiem nieźle. Pojawiające się, pojedyncze zombie załatwiali od razu, za pomocą swoich broni, a później, gdy dostali pistolety, przywódca grupy wystrzelił krótką serię do zbliżających się truposzy. Został nagrodzony okrzykami zadowolenia i gwizdami podziwu. Widać było, że są dobrze zorganizowani, ale to nie znaczyło, że nagle zapragnęłam do nich dołączyć. Wolałam swoją, małą grupkę.
   - Wszedł – powiedziała Zuza podchodząc do mnie. Dziewczyna zaakceptowała mój plan szybciej od Roba, nie opierała się. Miała duszę wojowniczki, za co jeszcze bardziej ją polubiłam.
   - Gotowa? – zapytałam. Rudowłosa skinęła głową, ściskając nóż. Całkiem sprawnie się nim posługiwała, co zdążyłam zauważyć, gdy w uliczce pojawiał się jakiś zombie.
Wyszłam pierwsza, a rudowłosa zaraz za mną. Podbiegłyśmy do jednego z porzuconych aut, za którym się schowałyśmy Nikt z wrogiej grupy nas nie zauważył. Zbyt zajęci byli plądrowaniem sklepu. Skinęłam Zuzie, dając jej znak, by ruszała dalej. Dziewczyna przekradła się do przodu, kryjąc za kolejnym samochodem. Wyjrzałam na stojących pod sklepem młodych mężczyzn. Najstarszy mógł mieć najwyżej trzydzieści lat, a najmłodszy jakieś piętnaście. Wszyscy trzymali już w dłoniach bronie palne i zajęci byli wypróbowywaniem ich na sporadycznie pojawiających się trupach. Rzadko kiedy udawało im się je trafić, co upewniło mnie, że to zwykli amatorzy, pierwszy raz trzymający taki sprzęt w rękach. Obejrzałam się na dach budynku, gdzie wypatrzyłam Roba. Pora było wkroczyć do akcji.
  Odbezpieczyłam glocka i wymierzyłam w młodego, ciemnowłosego chłopaka, który trzymał w dłoni karabin. Żaden z jego kumpli nie spodziewał się ataku. Dopiero gdy młody wydał krzyk bólu, gdy kula przeszyła jego udo, unieśli bronie. Znajdowałyśmy się od nich jakieś pięćdziesiąt metrów, a mimo to zobaczyłam w wzroku ich przywódcy zaskoczenie, pomieszane ze wściekłością.
   - Kto strzela? – ryknął silnym, pasującym do jego potężnej postury głosem.
   - Ktoś nas atakuje! – odparł młody mężczyzna w wełnianej czapce.
   Nie strzeliłam ponownie, nie chcąc zdradzić swojej pozycji. Była teraz kolej Roba. Chłopak już wcześniej uprzedził mnie, że nie zamierza nikogo zabijać, a ja to rozumiałam. Nie wymagałam też tego od niego. Odebranie komuś życia miało być ostatecznością. Ja sama nie wiedziałam, czy byłabym zdolna do takiego kroku. Między postrzeleniem, a zabiciem człowieka była spora różnica, która w niektórych przypadkach oczywiście mogła się sprowadzać do tego samego, ale o tym już nie myślałam.
   Powietrze przeszył huk wystrzału. Wychyliłam się akurat w momencie, gdy kula z broni Roba trafiła w ścianę, tuż obok głowy przywódcy grupy. Uśmiechnęłam się na widok jego przerażonej miny, wyłaniającej się z obłoków pyłu.
   - Zabijcie ich! – ryknął do towarzyszy, samemu wystrzeliwując serię z karabinu. Schowałam głowę w ramionach, gdy posypał mi się na nią deszcz szkła z szyby auta.
   Ostrzał trwał jeszcze jakieś parę minut i był tak chaotyczny oraz nieskuteczny, że sama poczułam złość na myśl o takim marnowaniu naboi. Gdy w końcu wszystko ucichło, położyłam się na ziemi, szukając wzrokiem Zuzy.
   Dziewczyna sprawnie ukrywała się przed oczami przeciwników, kryjąc się za autami, śmietnikami i powoli zbliżając do busa. Była już prawie przy samochodzie, gdy ten sam chłopak, którego postrzeliłam, zaalarmował swoich towarzyszy. Rudowłosa w porę wycofała się, chowając za auto, zanim ci wypuścili w jej stronę serie, które rozbiły szyby porzuconego samochodu, dziurawiły karoserie oraz opony. Zuza znalazła się w beznadziejnej sytuacji, która w każdej chwili mogła się skończyć dla niej tragicznie. Nie zamierzałam jednak do tego dopuścić. Wyskoczyłam z ukrycia, ostrzeliwując przeciwników. Byłam świadoma, że wystarczyłaby jedna kula, bym zakończyła swoją brawurową akcję, ale nie mogłam pozwolić, by rudowłosa zapłaciła życiem za mój plan. Wykorzystując chwilowe zmieszanie wrogiej grupy, strzeliłam w kierunku chłopaka, mniej więcej w moim wieku. Gdy dotarło do mnie, że go znam, było już za późno. Kula trafiła go w głowę. Nie miał szans tego przeżyć.
   - Biegnij! – zawołałam do Zuzy, która skryła się za autem parę metrów ode mnie. Ta natychmiast ruszyła w stronę busa.
   Do ostrzału dołączył Rob, któremu udało się zranić przywódcę grupy. Łysy zawył z bólu, łapiąc się  za ramię. To chyba była kropla, która przelała czarę goryczy.
   - Zabijcie ją! – ryknął do reszty swoich ludzi. Jeden z nich wycelował we mnie, ale wtedy jego czaszkę przeszyła kula. Był na tyle blisko, że mózg i krew rozbryznęły się na mojej twarzy, którą otarłam z obrzydzeniem rękawem. Gdy ciało opadło, zobaczyłam Zuzę ściskającą pistolet. Skinęłam jej głową.
   Znajdowała się już przy samochodzie. Właśnie miała dłoń na klamce, gdy pojawił się gruby, wysoki chłopak.  Złapał dziewczynę za nadgarstek i uderzył nią o bok busa. Rudowłosa ugięła się na nogach, ale nie odpuściła. Zobaczyłam, że drugą, wolną ręką sięga po nóż. Ostrzę błysnęło i zanurzyło się w barku grubasa. Ten wrzasnął uderzając Zuzę z pięści w twarz, aż upadła na ziemię.
Wpadłam w wściekłość. Zaczęłam strzelać na oślep. Byleby tylko trafić któregoś z tych skurwieli, a najchętniej przywódcę. Niestety wtedy ci zapakowali się do aut i odjechali w piskiem opon, zostawiając na ulicy nas i trzy trupy. W beemie zobaczyłam zaskoczony wzrok Darii. Patrzyłam na nią z pogardą. Nie pomogła mi, więc ja nie miałam zamiaru już jej oszczędzać. Byłyśmy teraz wrogami.
   Podbiegłam do podnoszącej się Zuzy i pomogłam jej stanąć na nogi. Miała zaczerwieniony policzek oraz rozciętą górną wargę, ale mimo to starała się uśmiechać.
   - Nic mi nie będzie. Wszystko gra.
   - Nie gra. Nic kurwa nie gra! – krzyknęłam kopiąc leżącą na ziemi puszkę, nadal wypełnioną piciem. Ta uderzyła w leżącego chłopaka.
   - Au! – jęknął. Wraz z Zuzą spojrzeliśmy na siebie, a potem na niego. Chłopak usiadł, wyraźnie niezadowolony, że odkryliśmy, że jednak żyje. Trzymał się za udo, w które go postrzeliłam i z którego sączyła się krew. To jeszcze dzieciak – pomyślałam.
   - A może wszystko się jeszcze ułoży? – zapytałam się na głos, uśmiechając jak najprzyjaźniej umiałam do chłopaka. Uklękłam przed nim, wciąż trzymając palec na spuście tak, aby wyraźnie to     widział. – Jak się nazywasz?
   - Pierdol się! – syknął z drżeniem w głosie. Był blady jak ściana.                                                                 
   - Nie sądzę, żeby twoi rodzice tak ci dali na chrzcie. Jak się nazywasz?
   Chłopak milczał wlepiając we mnie swoje duże, brązowe oczy, w których tańczyły iskierki złości i strachu. Miał taką dziecinną twarz, że aż trudno mi było uwierzyć, że jego przywódca mógłby go chcieć w swojej grupie.
   - Sasza – spojrzałam na Zuzę. Wskazywała na uliczkę, z której wyszedł zombie. Zakrwawiony mężczyzna z odgryzioną połową twarzy szedł w naszym kierunku powarkując przy tym.
   - Zajmiesz się nim?
   Nie trzeba było dwa razy prosić. Rudowłosa wyciągnęła nóż i ruszyła na zdechlaka.
   - Widzisz? – złapałam chłopaka za podbródek i zmusiłam by spojrzał na zombie. Zuza złapała sztywnego za szyję i wbiła mu nóż w oczodół. Za nim wyszedł jednak następny. – Zaraz będzie ich tu więcej. Nam się uda uciec, ale jak myślisz, jak daleko uda ci się uciec z tą nogą? Pięć metrów? Dziesięć? W końcu cię dopadną, a ty nie będziesz się miał jak bronić. Dorwą cię, rozszarpią, będą odgryzać każdy kawałek twojego ciała, a ty będziesz błagał o pomoc, ale nikt ci nie pomoże. Sam widzisz, że lepiej dla ciebie, żebyś mówił. Jak się nazywasz?
   - Michał – powiedział spuszczając wzrok. Cały drżał. – Młody – dodał zaraz.
   - No widzisz. Nie było tak trudno, prawda? Kim jest twoja grupa? Skąd jesteście?
   - Nie mogę powiedzieć – odparł z wyraźnym strachem wymalowanym na twarzy.
   - Michał, nie pogrywaj ze mną. Gadaj.
   - Ale ja naprawdę nie mogę powiedzieć!
    Złapałam jego udo i zacisnęłam palce na ranie. Chłopak wrzasnął.
   - Gdzie jest wasz obóz? – pytałam naciskając kciukiem na ranę. Poczułam ciepłą krew spływającą mi po dłoni.
   - Nie mogę! Nie mogę!
   - Sasza! Przestań!
   Za mną stał Rob. Wyglądał na przerażonego moim zachowaniem, ale zignorowałam go. Od tego co wiedział młody mogło zależeć nasze życie.
   - Biegnij pomóc Zuzie – powiedziałam ostro do przyjaciela. Rudowłosa nadal załatwiała pojawiające się zombie, których było coraz więcej. Rob zawahał się, czym zdenerwował mnie jeszcze bardziej. Popatrzyłam na niego groźnie i krzyknęłam głosem nieznoszącym sprzeciwu – Już!
Michał łkał, a po jego policzkach spływały duże krople łez, mieszające się z potem, który pojawił się na jego czole. Kula musiała uszkodzić jakąś żyłę, dlatego tak krwawił, a ja jeszcze bardziej pogarszałam jego stan torturując go. Niestety, musiałam.
   - Powiesz mi? – poczekałam chwilę, ale młody nawet na mnie nie spojrzał. Widząc jego wahanie się, przyłożyłam lufę glocka do jego drugiej nogi – Mam ci przestrzelić drugą?
   - Nie! – powiedział szybko. – Wiksa mnie zabije.
   - Ja to zrobię jeżeli nie zaczniesz gadać. Kim jest Wiksa?
   - To ten duży, łysy. On… on nas wszystkich zebrał. Mieszkaliśmy na jednym osiedlu, ale gdy to się zaczęło,  kazał się wszystkim zbierać i jechać do hotelu. Tam teraz mieszkamy.
   - Hotelu? Którym?
  - Hotel „Royal” pod Głogowem.
   Znałam to miejsce. Hotel znajdował się jakieś pięćdziesiąt kilometrów od Nowogrodu i rzeczywiście, było to dobre miejsce do obrony. Wysoki, mocny płot, solidne mury, dużo miejsca.
   - Ilu was jest? – zapytałam szybko, słysząc coraz bardziej paniczne głosy Roba i Zuzy. Zombie  zwabione hałasem zaczęły coraz liczniej pojawiać się na ulicy.
   - Dwudziestu. Może trzydziestu – odparł i zaraz spojrzał na mnie hardo. – Wiksa was zabije. Będziesz błagać o życie. Wróci po mnie i…
   - Nie sądzę żebyś go interesował, chłopcze. Zostawił cię na pastwę losu. Krótko mówiąc – ma cię w dupie, więc lepiej się zamknij, bo inaczej naprawdę cię zostawimy.
   Chwyciłam Młodego za ramię i dość brutalnie poderwałam go z ziemi. W tym czasie moi przyjaciele wrócili do mnie, zziajani po walce z trupami, których z resztą było coraz więcej. Musieliśmy uciekać.
   - Biegnijcie do auta – powiedziałam „oddając” Młodego Robowi.
   - A ty? – zapytał podtrzymując krzywiącego się z bólu chłopaka.
   - Potrzebujemy broni – odparłam z niepokojem zerkając na coraz liczniej schodzące się trupy.
   - Wrócimy po nią później – zaoponował chłopak, ale ja nie dałam się przekonać.
   - Idźcie – powiedziałam tonem nieznoszącym sprzeciwu i wpadłam do sklepu.
   Grupa Wiksy zrobiła tam niemały bałagan. Niektóre półki były poprzewracane, towary leżały na   podłodze wraz z manekinami prezentującymi ubrania, a gabloty zostały rozbite. Chwyciłam jedną z leżących na wystawie torb i zaczęłam pakować do niej wszystko to, co się ostało. Nie było tego dużo, ale na razie musiało wystarczyć. Gdy ściągałam ze ściany strzelbę, zostałam niespodziewanie zaatakowana. Ktoś wyskoczył na mnie z boku i razem ze mną wpadł na stojące pod ścianą wieszaki. Zaplątana w ubrania nie widziałam, kim był napastnik, ale podpowiedzią były dla mnie długie, blond włosy za które złapałam. Mocnym szarpnięciem wyrwałam garść jasnych pukli, tym samym posyłając moją przeciwniczkę na podłogę. Sama podniosłam się i kopnęłam dziewczynę czubkiem mojego buta w udo. Ta zawyła z bólu. Rozglądnęłam się za swoją bronią, którą zobaczyłam leżącą kawałek dalej. Ruszyłam po nią, lecz wtedy nagły ciężar spadł na mnie, przygniatając do ziemi. Poczułam falę bólu w obitych żebrach, o których zdążyłam już zapomnieć. Wściekła zacisnęłam zęby, bezradnie patrząc na uciekającą dziewczynę. Przeklęłam pod nosem, wyczołgując się spod półki. Zaciskając zęby podniosłam wyładowaną w połowie torbę, akurat w momencie, gdy do środka wpadł pierwszy zombie.
   - To są chyba jakieś żarty.
   Zarzuciłam torbę na ramię i złapałam za moją niezawodną siekierę. Rozpłatanie czaszki zombie nie było już dla mnie problemem, ale przez obite żebra sprawiało mi to ból. Był on jednak do zniesienia. Wyszłam na zewnątrz, szukając wzrokiem swoich towarzyszy. Nie zobaczyłam jednak ani ich, ani samochodu. Zamiast tego ulicę opanowała horda zombie. Było ich naprawdę dużo.
   Przeklęłam ponownie, rzucając się do ucieczki, równocześnie szukając w torbie naboi do mojego glocka. Drżącymi dłońmi uzupełniałam magazynek, cały czas oglądając się za siebie. Trupy podążały za mną niczym cień. W końcu odbezpieczyłam broń, posyłając pierwszą kulę w głowę zombie, który stanął mi na drodze. Przeskoczyłam nad jego ciałem, kierując się w wąską uliczkę, jedną z tych, które prowadziły do dziesiątek innych, a człowiek gubił się jak w labiryncie. Kilka razy musiałam nagle zmieniać trasę, gdy drogę odcinały mi zombie. Nieraz tylko cudem udawało mi się nie wpaść w ich ręce. Moja szaleńcza ucieczka zakończyła się w momencie, gdy ból żeber stał się nie do zniesienia, a przez to znowu pojawiły się duszności. Problemem była też dość ciężka torba, którą dźwigałam na ramieniu. Zatrzymałam się, wykorzystując chwilowy brak zagrożenia w pobliżu. Musiałam się jednak śpieszyć – ożywieńce mogły się pojawić w każdej chwili. Znajdowałam się akurat na blokowisku, więc stało tu kilka koszów na śmieci. Otworzyłam brązowy, plastikowy kubeł i wrzuciłam do niego torbę. Wyciągnęłam z niej jeszcze strzelbę oraz garść naboi, które wrzuciłam do kieszeni. Pozostałam z nią, ze swoim glockiem, siekierą oraz nożem. To musiało wystarczyć. Ruszyłam dalej.
   Przebiegłam zaledwie kilka metrów, gdy zostałam wciągnięta w głąb jakiegoś pomieszczenia. Chciałam krzyknąć, ale wtedy czyjaś dłoń zamknęła mi usta. Było tam ciemno, bo jedyne okno, które znajdowało się wewnątrz, było zasłonięte jakimś materiałem. Jednak cienkie promyki światła, które przebijały się przez tą zasłonę, zdołały oświetlić twarz stojącej przede mną postaci. Dostrzegłam wyraźnie męskie rysy twarzy, którą pokrywał ciemny zarost oraz jasne, przewiercające mnie na wylot oczy. Mężczyzna był wyższy ode mnie i wyraźnie silniejszy, przez co nie mogłam się ruszyć. Dopiero po chwili zobaczyłam jeszcze jedną osobę, która stała za plecami mojego „wybawiciela”.
   Z deszczu pod rynnę – pomyślałam, dyskretnie sięgając po glocka

środa, 12 lipca 2017

ROZDZIAŁ 6 - BEZINTERESOWNA POMOC (ROB)


Kolejny rozdział i nowa postać, która dostaje się do elitarnej grupy tych ważnych ;)
Zuza będzie ważną bohaterką, co do której mam wielkie plany. 
Ten rozdział jest najkrótszym, który do tej pory napisałam, ale zawarłam w nim wszystkie wydarzenia, które chciałam. Pojawiły się zombie, akcja, walka i nowy bohater. 
W ostatnim rozdziale wspominałam o zmianie ich liczby i dzisiaj doszłam do wniosku. że pora ją zwiększyć z 28 do 46. Wychodzi po 15 rozdziałów na jednego bohatera plus epilog, w którym wybiorę jedną postać - niekoniecznie tą, z której perspektywy pisałam. Nie jest to wszystko pewne, ale okaże się to w najbliższych tygodniach. Tak, mam zamiar skończyć pierwszy tom TLD do końca lipca. To śmiałe postanowienie, ale mam nadzieję, że nie opuszczająca mnie ostatnimi czasy wena mi na to pozwoli. Mam napisane 19 rozdziałów, dwie wersje robocze oraz jedną nie dokończoną. Myślę, że uda mi się zrealizować swój cel i skończyć Apokalipsę, tym bardziej, że na boku piszę już sobie drugą część. Mam już jej tytuł, postacie się tam pojawiające oraz główne wątki, ale wszystko to na razie pozostanie tajemnicą ;) 

  
~~~

Obudził mnie duszący i drażniący w nos zapach dymu. Zaniosłem się kaszlem, wypluwając ślinę o metalicznym smaku. Miałem wrażenie, jakbym miał usta wypełnione jakąś gęstą mazią, ohydną z resztą. Zanim jeszcze otworzyłem oczy, dotarł do mnie dziwny, charczący dźwięk, który stawał się coraz bardziej wyraźny. Wydawało mi się, że dobiega z całkiem bliska, ale nie z boku, czy góry. Z dołu.
Uniosłem powieki i krzyknąłem. Pode mną tłoczyła się spora grupka zombie. Trupy wyciągały ku mnie ręce, skowycząc przy tym żałośnie oraz warcząc. Ja sam leżałem na skraju dachu samochodu dostawczego tak, że moja głowa oraz prawa ręka zwisały luźno poza jej granicą. Odsunąłem się szybko na bezpieczny środek pojazdu i dopiero wtedy zauważyłem Saszę. Dziewczyna nie ruszała się, ale chyba powoli odzyskiwała przytomność, bo słyszałem jej ciche pomrukiwania. Ruszyłem ku niej, krzywiąc się przy każdym ruchu. Spadając uderzyłem całą swoją klatką piersiową, która teraz mnie bolała. Miałem nadzieję, że nie złamałem sobie żadnego żebra, ani nie uszkodziłem swoich organów wewnętrznych.
- Saszo? Saszo, słyszysz mnie? – Lekko potrząsnąłem przyjaciółkę za ramię. Ta powiedziała coś niewyraźnie i zrobiła ruch, jakby chciała mnie odepchnąć. – To ja, Rob. Obudź się.
Sasza otworzyła oczy, które zaraz ponownie zamknęła. Odczekałem chwilę, aż odzyska w pełni kontakt z rzeczywistością i dopiero wtedy pomogłem jej usiąść. Dziewczyna miała na skroni ranę, z której ciekła krew, ale na szczęście już zdążyła się zasklepić. Jednak tak ja mi, musiał dokuczać jej ból głowy.
- Jednak żyjemy? – zapytała z bladym uśmiechem.
- Ano tak – odparłem patrząc w górę.
Z mieszkania nadal wydobywały się kłęby dymu, które pojawiły się też w mieszkaniu obok. Płomienie musiały przejąć nie tylko sąsiednie pokoje, ale i pozostałe lokale w kamienicy. Gryzący zapach plastiku mieszał się ze smrodem spalonego mięsa i przez to oddychało nam się coraz ciężej. Musieliśmy jak najszybciej oddalić się stamtąd, jeżeli nie chcieliśmy się zaczadzić, albo zostać przygniecionymi przez zgliszcza budynku. Problemem były jednak otaczające nas zombie. Pojedyncza eliminacja przez strzelanie była bez sensu. Prędzej stracilibyśmy wszystkie naboje, niż załatwili ciągle pojawiające się trupy. Zeskoczenie z dostawczaka także było niemożliwe. Oboje ledwo co staliśmy, a co dopiero gdybyśmy mieli uciekać.
Stanąłem nad kabiną pojazdu i pochyliłem się, by ocenić skalę zniszczeń po jego spotkaniu ze ścianą. Nie wyglądało to aż tak źle. Samochód nie mógł jechać z dużą prędkością, bo jedynymi usterkami, jakie zauważyłem, była wgnieciona maska, zbity reflektor i dość mocno zarysowany bok. Dostawczak mógł jeszcze spokojnie działać, więc nie rozumiałem dlaczego kierowca nie odjechał. Odpowiedź nadeszła w postaci wściekłego walenia z wnętrza kabiny. Przestraszony odskoczyłem do tyłu.
- Co jest? – Sasza podeszła do mnie. Zauważyłem, że chodzenie przychodzi jej z większym trudem niż mnie.
- Trup w szoferce – oznajmiłem ponownie pochylając się nad oknem przednim kabiny. Nie było szans, bym dostał się do środka przez drzwi, więc musiałem zaryzykować zbicie szyby. W sumie nie było to aż tak niebezpieczne, bo samochód był na tyle wysoki, że pozostałe zombie z ledwością dosięgały do maski.
Po przedstawieniu Saszy mojego planu ściągnąłem z ramienia pistolet maszynowy i uderzyłem z całej siły kolbą w okno. Pierwszy cios nie rozbił szkła, a jedynie spowodował lekkie wgniecenie, otoczone siatką pęknięć. W drugi raz włożyłem o wiele więcej siły, dlatego gdy broń przebiła się do wnętrza szoferki, zombie wykorzystał tą okazję i złapał za nią. Nie chcąc oddać automatu mocniej chwyciłem za lufę, by wyciągnąć go z łap bestii, całkowicie zapominając, że balansuję na krawędzi. Na utratę równowagi nie trzeba było długo czekać. Zacząłem zsuwać się z dachu, prosto w wyciągnięte ręce oraz rozwarte szczęki trupów. By uchronić się przed upadkiem, złapałem się pierwszej rzeczy, która znalazła się w moim zasięgu, a była to ostra krawędź dziury w oknie, jaką sam zrobiłem. Ból przeszył moje palce, gdy szkło przecięło je, a mimo to zaraz dołożyłem drugą rękę. Krew zaczęła spływać po szybie coraz większymi strużkami, jeszcze bardziej rozjuszając uwięzionego truposza. Przemieniony próbował dosięgnąć moich dłoni, powoli uwalniając się z pasa, który niezbyt skutecznie go unieruchamiał. Do tego szyba, której się trzymałem, zaczynała się kruszyć, a pocięte palce coraz mniej się na niej zaciskały. Działo się tak za sprawą zgromadzonych na dole ożywieńców, które zaczęły chwytać mnie za nogawki spodni, próbując ściągnąć na dół. Z pomocą przyszła mi Sasza. Dziewczyna trzymała w dłoni palącą się racę, którą rzuciła daleko przed siebie. O dziwo większość zombie podążyło w kierunku czerwonego światła, tym samym puszczając mnie. Przyjaciółka złapała mnie za nadgarstki i wciągnęła na dach.
- Dzięki – powiedziałem zmęczony jak po ciężkim biegu.
- Nie ma za co, bohaterze – odparła dziwnie się krzywiąc i trzymając za lewy bok. – Co z twoimi dłońmi?
Spojrzałem na swoje palce dość poważnie. Zacząłem się obawiać, czy nie przeciąłem sobie ścięgien, bo wtedy oznaczałoby to, że nie będę mógł nimi poruszać. Sasza rozwiała jednak moje obawy.
- Możesz zginać palce, więc ścięgna są całe – powiedziała, po czym sięgnęła do swojego plecaka. Wyjęła z niego rolkę bandaża, którym fachowo owinęła moje dłonie.
- Skąd wiesz takie rzeczy? – zainteresowałem się.
- Interesuję się różnymi rzeczami, w przeciwieństwie do niektórych – odparła z kwaśnym uśmiechem.
Zanim zdążyłem zadać kolejne pytanie, Sasza zaczęła powiększać dziurę w oknie szoferki podeszwą swojego buta. Znajdującego się wewnątrz trupa załatwiła wbijając mu nóż w czaszkę, a jego ciało wyrzuciła na zewnątrz przez okno. Gdy wszedłem do środka, dziewczyna spojrzała z powątpiewaniem na moje ręce. Wiedziałem o co chodzi. Ja z takimi „kikutami” nie mógłbym nawet dobrze złapać kierownicy, a Sasza prowadzić nie potrafiła. Jednak sytuacja była, jaka była.
- Przekręć kluczyk w stacyjce – powiedziałem zapinając pas. Raz już uczyłem Saszę prowadzić i nie wspominałem tego dobrze.
- To są chyba jakieś żarty – mruknęła niezadowolona, ale wykonała moje polecenie. Silnik zaryczał.
- Dobrze, teraz wciśnij sprzęgło i włącz pierwszy bieg. Puść sprzęgło…
Samochodem szarpnęło tak mocno, że moje czoło prawie spotkało się z deską rozdzielczą. Zainteresowane dotychczas flarą trupy, ponownie zwróciły na nas swoją uwagę.
- …powoli – Spojrzałem wymownie na przyjaciółkę, na co ta przewróciła oczami. – Jeszcze raz. Puszczając sprzęgło, jednocześnie wciśnij wsteczny. Wiesz, który to pedał?
- Masz mnie za głupią? – zapytała piorunując mnie wzrokiem.
- Po prostu to zrób.
Dziewczyna ponowiła wszystkie swoje kroki i tym razem, o dziwo, wyszło jej. Ruszyliśmy do tyłu akurat w momencie, gdy trupy zaczęły dobijać się do drzwi samochodu.
- Teraz stój i dawaj gaz do dechy.
Wgniotło nas w siedzenia, gdy ruszyliśmy przed siebie z piskiem opon, pozostawiając daleko w tyle zombie. Co chwilę instruowałem Saszę co ma robić, aż sama nie pojęła co i jak. Zadziwiające było, że podczas naszych poprzednik nauk jazdy nic jej nie wychodziło, a teraz nauczyła się bez większego problemu. Być może apokalipsa, z jaką przyszło nam się zetknąć obudziła w niej ukryte dotychczas umiejętności rajdowca.
- Cholera – syknąłem patrząc na swoje dłonie. Krew przebiła się przez bandaże i pozostawiła ślady na moich spodniach. Rany te chyba były poważniejsze, niż mi się wydawało.
- Jednak trzeba będzie to zszyć.
Spojrzałem na przyjaciółkę z przerażeniem, a jej uśmieszek tylko spotęgował mój strach.
- Zapomnij, że pozwolę…
Nie dokończyłem, bo rozległ się głośny huk, a za nim seria kolejnych. Resztki szyby przed nami zabarwiły się na czerwono, która całkowicie pozbawiła nas widoku na drogę. Nie musiałem jednak tego widzieć, by wiedzieć, co się dzieje. Wjechaliśmy z grupę zombie, a raczej – sądząc po odgłosach – hordę. Nie zważając na ból palców złapałem za swój automat. Sasza w tym czasie próbowała zapanować nad samochodem, ale szło jej to coraz ciężej. Zaczęliśmy zwalniać, aż w końcu całkowicie stanęliśmy. Bezskuteczne było wciskanie gazu czy też próba cofania. Utknęliśmy. Na dodatek trupy otoczyły nas z każdej strony.
- Na dach – Sasza pierwsza wstała z fotela i już po chwili zniknęła na górze, po czym pomogła mi w dołączeniu do niej. Widok, jaki tam zastałem odebrał mi mowę.
Trupów musiały być setki – prawdopodobnie spora część naszego miasta. Zajęły one cały miejski plac, gdzie zazwyczaj odbywały się różne uroczystości, w tym koncerty oraz ważne występy. Zawsze wtedy było tam sporo ludzi, a teraz zajęli ich miejsca martwi. I wszyscy próbowali nas dostać. Ciężarówka zaczęła się nawet kołysać, wprawiona w ruch przed ściskające się na dole zombie. Wiedziałem, że w końcu dojdzie do tego, że zostanie przewrócona, a wtedy…
- Co robisz? – zapytałem, gdy Sasza przeszła na jedną stronę dachu, po czym ruszyła na drugą, jakby szykowała się do skoku.
- Skoczymy – powiedziała, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
Spojrzałem na reklamę, zawieszoną między dwoma budynkami po przeciwnych stronach ulicy. Zdawać by się mogło, że nie była to wielka odległość i taki skok nie był dużym wyzwaniem, ale nie w tej sytuacji.
- Saszo, to nie jest dobry pomysł – powiedziałem mając na myśli nie tylko hordę zombie pod nami, ale i moje nie do końca sprawne palce. Ledwo co mogłem je zginać, a co dopiero chwytać się liny.
- Albo skok, albo oni – Wskazała na coraz ciaśniej tłoczące się trupy. – Możemy zginąć próbując, albo zginąć czekając bezczynnie. Nie wiem jak ty, ale ja wolę zaryzykować.
Miała rację. Szlag by to, ale ją miała. Byliśmy w tak beznadziejnej sytuacji, że powinno być mi wszystko jedno, co zrobię. No, ale niestety, nie było. Mimo to postanowiłem spróbować.
- To kto pierwszy?

***

Nie wierzyłem, że to się uda, ale jeszcze wczoraj nie wierzyłem w istnienie zombie, więc byłem dobrej myśli. Zgiąłem kilka razy palce, czemu towarzyszył ostry ból oraz silniejsze krwawienie i wycofałem się na sam koniec dachu ciężarówki. Nie pękaj, stary – pomyślałem. – Nie po to w szkole skakałeś w dal na pięć metrów, żeby teraz ci się nie udało.
- Tam przynajmniej był piasek, a nie głodne zombie – mruknąłem do siebie.
Wziąłem ostatni wdech, rozluźniłem palce i spojrzałem przed siebie. Modliłem się w duchu, by noga mi się nie omsknęła, ani żebym nie potknął się o nic, co z resztą wcale nie byłoby trudne. Miałem wrażenie, że moje kolana były jak z waty, a sama wizja skoku potęgowała to uczucie.
- Jeżeli przeżyję – Spojrzałem na Saszę poważnie, choć byłem przerażony jak mała dziewczynka – to cię zabiję.  
Ruszyłem biegiem, zanim zdążyłbym się rozmyślić. Odbijając się od krawędzi dachu, zamknąłem oczy i wyciągnąłem ręce przed siebie. Wydawało mi się, że lot ten trwał strasznie długo, a nie niecałe kilka sekund. Leciałem i leciałem, a lina się nie pojawiała. Byłem nawet przekonany, że zaczynam spadać, ale wtedy moje ręce natrafiły na gruby, stalowy sznur. Złapałem się go natychmiast. Nie zważając na ból, podciągnąłem się, oplatając drucianą linę również nogami. Towarzyszyły temu entuzjastyczne okrzyki Saszy, zachęcające mnie do dalszego przeciągania się na taras restauracji.
Znajdował się on na pierwszym piętrze budynku, do którego przyczepiono reklamę. Po paru minutach strachu, zwisania nad setkami wygłodniałych trupów i walki z coraz większym bólem mięśni, spadłem na stoliki oraz krzesła obijając się przy tym solidnie. Była to jednak nieduża cena za bezpieczeństwo.
Podniosłem się i pomachałem Saszy, dając jej znak, że teraz jej kolej. Dziewczyna przeszła na koniec dachu ciężarówki gotując się do rozbiegu, gdy samochód zakołysał się niebezpiecznie. Przez moment przekonany byłem, że pojazd zostanie przewrócony, a moja przyjaciółka spadnie, ale wtedy ta ruszyła biegiem przed siebie. Odbiła się od krawędzi dostawczaka akurat w chwili, gdy trupy po raz ostatni na niego natarły, ostatecznie go powalając. Zombie stojące po drugiej stronie zostały zmiażdżone przez kilkutonowy pojazd niczym karaluchy, zgniecione butem. Bałem się oderwać od nich wzrok i nie zobaczyć swojej przyjaciółki. Śmierć Saszy byłaby dla mnie wielkim ciosem, po którym mógłbym się nie podnieść. W ostatnich godzinach polegałem na niej, była ona jedyną bliską mi osobą w tym świecie. Gdyby zginęła…
Moje obawy okazały się jednak niepotrzebne. Sasza wisiała na linie, tak jak ja jeszcze niedawno. Po jej minie stwierdziłem, że ona sama nie wierzy, że jednak się jej udało. Tym razem była moja kolej na entuzjazm.
- Mówiłeś coś o zabiciu mnie? – zapytała, gdy podniosła się z podłogi tarasu.
- Na razie ci daruję – odparłem zamykając ją w uścisku.
Szklane drzwi do restauracji okazały się być zamknięte, ale nie była to przeszkoda nie do pokonania. Sasza użyła swojej siekiery do rozbicia szkła i już po chwili znaleźliśmy się wewnątrz.
Lokal był pusty. Krzesła były założone na stoliki, okna pozasłaniane, a bar był zamknięty, o czym informowała wisząca na nim tabliczka. Ruszyliśmy przez pustą salę, przezornie zachowując ciszę. To, że nikogo nie było widać nie oznaczało, że restauracja rzeczywiście była pusta. Na dole znajdowała się bliźniaczo podobna część kawiarni. Tam musieliśmy już zachować niewidzialność. Przez pozasłaniane roletami okna widać było sylwetki trupów, tłoczących się na zewnątrz. Przemknęliśmy się do kuchni, gdzie znajdowały się drzwi prowadzące na tyły lokalu. By je otworzyć musieliśmy narobić trochę hałasu, ale nie przysporzyło nam to kłopotów.
Znaleźliśmy się w uliczce, gdzie natrafiliśmy na dwójkę zombie. Sięgnąłem po mój bagnet, a Sasza podniosła siekierę. Ruszyłem na wybranego przez siebie trupa, który na mój widok wydał z siebie przeciągły skowyt i uniósł ręce, próbując mnie złapać. Przygniotłem go do ściany budynku trzymając za zakrwawiony, kremowy sweter, po czym wbiłem mu ostrze mojej broni prosto w oczodół. Skrzywiłem się zniesmaczony, gdy zanieczyszczona krew spłynęła po mojej ręce. Pamiętając o hordzie ożywieńców w pobliżu, ostrożnie położyłem truposza na ziemi i obejrzałem się na swoją przyjaciółkę. Ta akurat wyciągała ostrze siekiery z głowy swojego zombie. Skinąłem w stronę ulicy przed nami, a ta pokiwała mi głową.
Biegiem pokonaliśmy dwie przecznice, nie zatrzymując się nawet na zabicie truposzy. Po porostu je omijaliśmy. Gdy znajdowaliśmy się kilka metrów od parku, Sasza stanęła przy koszu na śmieci, o który oparła się dysząc ciężko. Wyglądało to tak, jakby się dusiła.
- Co się dzieje? – zapytałem podtrzymując dziewczynę. Była blada, a przy każdym wdechu krzywiła się z bólu.
- Żebra. Bolą jak cholera – odparła trzymając się za bok.
- Długo? – Pomogłem jej usiąść na krawężniku. Duszności oraz ból mogły oznaczać stłuczenie, bądź pęknięcie żeber. W obu przypadkach było to niebezpieczne dla życia Saszy.
- Od upadku – powiedziała biorąc płytki wdech, który brzmiał dość nienaturalnie. Zanim zorientowałem się co się dzieje, Sasza zemdlała.
- Cholera! – syknąłem ostrożnie kładąc przyjaciółkę na chodniku.
Próby dobudzenia Saszy nic nie dały, a na dodatek na ulicy pojawiły się trupy. Niewiele myśląc sięgnąłem po broń, zabijając trójkę tych, które znajdowały się najbliżej. Hałas oczywiście zwabił kolejne trupy i to w podwójnej ilości.
Przeklinając w myślach wziąłem Saszę na ręce z zamiarem ucieczki, gdy zza rogu wyjechał srebrny samochód. Bezceremonialnie potrącił on idącego na mnie zombie, aż ten przekoziołkował przez maskę i z plaskiem uderzył o ulicę. Samochód zatrzymał się parę metrów dalej. Nie wiedząc co robić, czekałem w bezruchu zastanawiając się, czy sięgnąć po broń. Wtedy z auta wyszła młoda, rudowłosa dziewczyna. Trzymanym w dłoniach kijem bejsbolowym rozwaliła czaszkę zbliżającego się do niej trupa.
- Będziesz tak stał? – zapytała mnie.
Nie czekając dłużej wsadziłem Saszę na tylne siedzenia, a sam usiadłem z przodu. Nieznajoma ruszyła z piskiem opon, taranując kolejną dwójkę zombie.
- Ugryziona? – zapytała patrząc na Saszę.
- Nie. Tylko zemdlała. Dzięki za pomoc.
- Nie ma sprawy – powiedziała z przyjaznym uśmiechem. – Jestem Zuza.
- Rob, a to moja przyjaciółka – Sasza  – Ścisnąłem dłoń rudowłosej. – Dokąd jedziesz?
Zuza ponownie się uśmiechnęła, potrząsając rudą grzywką. Była to całkiem ładna dziewczyna, na oko wyglądająca na dwadzieścia pięć lat. Krótkie włosy związane miała w kucyka, na nosie oraz policzkach dość sporo piegów. W niebieskich oczach nieustannie igrały iskierki wesołości. To była jedna z tych osób, które bez problemu zjednywały sobie innych. Moją sympatię już miała.
- Chcecie się dołączyć? – zapytała z szelmowskim uśmiechem.
- Jeżeli byłaby taka możliwość.
- Więc nie zadawaj pytań i siedź cicho – powiedziała skupiając się na drodze.
Może i nie było to najmądrzejsze, ale nie protestowałem i podporządkowałem się Zuzie. Wzbudzała moje zaufanie, a fakt, że uratowała nas było dowodem, że nie miała raczej złych intencji. Poza tym – potrzebowaliśmy jej pomocy i miałem nadzieję, że ta okaże się być bezinteresowna.

piątek, 7 lipca 2017

ROZDZIAŁ 5 - KOMPLIKACJE (ADAM)



Kolejny rozdział z perspektywy Adama. Max i on dalej są w Nowogrodzie (która jest wymyśloną przeze mnie miejscowością), z którego próbują uciec. 
Jak może zauważyliście, po prawej stronie na pasku znajduje się kilka nowych zakładek, m.in. link do oficjalnego fanpagea TLD na Facebooku, strony, gdzie można znaleźć nowe blogi i zareklamować swojego oraz licznik rozdziałów, które już napisałam. 28 jest na razie niepewne i sądzę, że niedługo ta liczba się zwiększy. Po prostu czuję, że nie dam rady zmieścić się w tej liczbie, choć taki był zamiar. Chciałam rozbić akcję tego tomu na dwie, ale robiąc tak musiałabym zmienić całą koncepcję co do jednej postaci. Na razie zostawię w założeniu, że będzie 28 rozdziałów, ale liczcie na więcej ;) 

~~~

   Oddychałem coraz ciężej, a nogi bolały mnie od biegu. Do tego powietrze było ciężkie i duszne od wszechobecnego dymu. Czułem smród spalonego mięsa, plastiku oraz sam zapach benzyny. Wybuch cysterny wyrzucił w górę deszcz odłamków, które spadły na nas, podpalając przy tym ubrania. W odbiciu witryny sklepowej zauważyłem ciemne smugi na swojej twarzy, a moje włosy były szorstkie w dotyku i ewidentnie krótsze. Nie był to jednak problem, którym miałem zamiar się przejmować. W tamtym momencie najważniejsze było wydostanie się z tłumu, który nas porwał.
   Setki ludzi uciekało przed trupami, nie pozwalając nam się wydostać z tej żywej fali. Starałem się trzymać blisko Maxa, ale bezlitosne przepychanki ogarniętych paniką mieszkańców powodowały, że kilka razy traciłem go z oczu. Znajdowaliśmy się w niebezpiecznym położeniu. Taki tłum ściągał trupy. Co chwilę widziałem, jak ktoś zostaje schwytany i przez wyłaniające się znikąd łapska, po czym w jego ciele zagłębiały się krwiożercze zęby. Często zombie znajdowały się dosłownie centymetry ode mnie, tylko cudem nie udawało się im mnie pochwycić.
   Rozglądnąłem się wokoło, szukając czerwonej czapki-bejsbolówki brata. Ta chwila nieuwagi starczyła, bym został staranowany przez tłum i powalony na ziemię. Ludzi nie obchodziło to, że leżę. Zupełnie nie przejmowali się moim upadkiem, dalej uciekając przed siebie, zadeptując mnie przy okazji. Zaciskałem zęby, gdy stopy w ciężkich, jesiennych butach miażdżyły moje ręce, klatkę piersiową i nogi. Skuliłem się do pozycji embrionalnej, chroniąc głowę. Czekałem, aż to się skończy, ale ta fala zdawała się nie mieć końca. Ktoś – pewnie jakaś kobieta – przebiegła po mnie w szpilkach. Obcas wbił mi się boleśnie w bok. Zaraz jednak karma dopadła ową właścicielkę nieszczęśliwego obuwia, gdy ta wyłożyła się na ziemi, po czym tak jak ja, została stratowana. Miała ona jednak mniej szczęścia ode mnie. Mężczyzna w glanach – pewnie nie specjalnie – nadepnął jej na twarz, miażdżąc nos oraz pozostawiając po sobie odcisk podeszwy. Zaraz potem następni zaczęli zadeptywać ją, aż ta przestała się ruszać. Dostrzegłem wgniecenie, jakie powstało na jej policzku, spomiędzy pomalowanych na czerwono ust wystawał na wpół odgryziony język, a lewe oko prawie całkowicie wyszło z oczodołu i patrzyło na mnie nic niewidzącym wzrokiem. Wpadłem w panikę. Zacząłem czołgać się w kierunku chodnika, gdzie stał samochód z przyczepą. Wysokie zawieszenie pozwoliło mi bez trudu wpełznąć pod auto, gdzie mogłem w końcu odetchnąć. Pierś bolała mnie i miałem nadzieję, że żadne z moich żeber nie pękło pod ciężarem tych wszystkich ludzi. Przewróciłem się na plecy, słuchając setek par nóg, które dalej biegły kilka metrów ode mnie. Były wśród nich trupy – widziałem je dobrze. Ulica spływała czerwienią. Panika rosła. Ludzie umierali.
   - Boże – powiedziałem, patrząc w zardzewiałe i brudne podwozie samochodu. – Jeżeli tak zaplanowałeś koniec świata, to masz niezłe poczucie humoru.
   Odruchowo dotknąłem srebrnego krzyża, którego nosiłem na szyi odkąd skończyłem jedenaście lat. Jego chłód zawsze podnosił mnie na duchu i dodawał sił.
   Sięgnąłem po pistolet, który nadal znajdował się za paskiem moich spodni. Odbezpieczyłem go, czemu towarzyszyło ciche kliknięcie. W tym samym momencie jakaś dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Poderwałem się, zapominając o samochodzie nade mną, czego skutkiem było uderzenie czołem w rurę wydechową tak mocno, że aż ujrzałem gwiazdy. Zamroczony spojrzałem na bok. Zobaczyłem tam twarz, którą widziałem jeszcze niedawno, zdeptaną, zmiażdżoną setkami par nóg. Nie ma języka – ta myśl była dla mnie jak kolejne uderzenie w głowę. Dziwna i kompletnie bezsensowna w tamtej chwili. Fakt, że kobieta, którą jeszcze parę minut temu widziałem martwą, a teraz czołgała się w moim kierunku był dla mnie nieistotny. Moje myśli skupiły się wokół brakującej części ciała ożywionej i zastanawianiu się, gdzie ona była.
   Naznaczona odciskami butów twarz kobiety usilnie próbowała zbliżyć się do mojego ramienia, nieustannie otwierając i zamykając prawie bezzębne usta. Kłapiąca szczęka otrząsnęła mnie z chwilowego szoku  sprawiła, że zareagowałem automatycznie. Wymierzyłem broń w rozwarte usta przemienionej, której mlecznobiałe oczy wpatrywały się we mnie. Pociągnąłem za spust, zanim ta zdążyła wydać z siebie ten kolejny, okropny odgłos. Huk wystrzału odbił się od metalowego podwozia sprawiając, że zapiszczało mi w uszach.
   Lekko ogłuszony zacząłem wyczołgiwać się spod samochodu, ale wtedy zobaczyłem kolejne twarze nieumarłych. Trupy znajdowały się z prawie każdej strony, niemal odcinając mi drogę ucieczki. Drapiące, próbujące mnie złapać łapska co rusz chwytały mnie za ubranie, na co reagowałem panicznym szarpaniem. Okrążenie zewsząd sprawiło, że pojawiły się u mnie pierwsze objawy klaustrofobii. Ze strachu zapomniałem o trzymanej broni, przypominając sobie o niej dopiero w momencie, gdy jeden z zombie był już kilka centymetrów ode mnie. Strzeliłem mu prosto w rozwarte usta. To samo stało się z pozostałymi ożywieńcami. Nie czekając dłużej na kolejne trupy, które chciałyby mnie pożreć, wyszedłem spod auta.
   Nie do końca docierało do mnie to, co działo się wokół. Głosy ludzi były jakby stłumione, a oni sami zdawali się poruszać w zwolnionym tempie. Miałem wrażenie, że to wszystko dzieje się obok mnie, za szklaną szybą. Oparłem się ciężko o bok auta i dotknąłem bolącego czoła. Krwawiłem, ale to również nie zrobiło na mnie wrażenia. Nagle poczułem kolejne palce na swoim barku. Sięgnąłem po pistolet, gotowy od razu oddać strzał. Okazało się to być jednak niepotrzebne. To był Max.
   - Rusz się! – Pociągnął mnie za sobą.
   Wtedy czas wrócił do swojego normalnego tempa. Biegłem za bratem, co chwilę potykając się, aż w końcu odzyskałem poczucie równowagi. Nadal mnie mdliło i zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie mam wstrząśnienia mózgu, ale nie był to czas, by o tym myśleć.
   Zza rogu wyszedł na nas trup. Max od razu uderzył go karabinem w głowę i dobił, gdy ten już leżał. Zrobił to w tak szybki oraz sprawny sposób, że pomyślałem, że robił to nie pierwszy raz.
  - Tutaj! – Otworzył drzwi do jakiegoś budynku. Zanim wciągnął mnie do środka, zobaczyłem szyld z napisem: Biuro rachunkowe.
   – Musimy zastawić te drzwi – powiedział podchodząc do sporej szafy, stojącej przy wejściu. Wspólnymi siłami zaczęliśmy ją przesuwać, gdy do środka wpadła para nieznajomych. Mężczyzna i kobieta koło trzydziestki byli zziajani oraz przerażeni. Ich strach spotęgowała broń Maxa, którą ten w nich wymierzył.
   - Nie strzelaj! – Mężczyzna uniósł ręce, a jego towarzyszka zaraz po nim.
   - Znajdźcie sobie inną kryjówkę – odparł mój brat, nie zdejmując palca ze spustu.
   - Człowieku! Nie widzisz, co się tam dzieje? – pisnęła kobieta ze łzami w oczach. Jej spojrzenie padło na mnie i było w nim desperackie błaganie o pomoc.
   - Max, opuść broń – powiedziałem spokojnie, ale stanowczo. Ten zrobił to, lecz wcześniej próbował zgromić mnie wzorkiem. Nie mogłem jednak mu ulec, ci ludzie także potrzebowali pomocy.
   - Dziękujemy – wyszeptała kobieta, w nerwowym geście pocierając ramię. – Na zewnątrz jest… strasznie.
   - Tutaj nie będzie lepiej, jeżeli będziecie tak stali – Max przewiesił sobie karabin przez ramię i ponownie podszedł do szafy. Wspólnymi siłami przesunęliśmy dość ciężki mebel pod same drzwi, po czym weszliśmy w głąb biura.
   Składało się ono z trzech pokoi na dole i czterech na górze. Pięć z nich było pomieszczeniami pracowników, z biurkami, komputerami oraz masą kolorowych segregatorów na półkach. Oprócz nich był też kantorek, a także łazienka, gdzie od razu zaszyła się Milena – jak przedstawiła się blondynka. Jej narzeczony – Wiktor – został z nami na górze. Woleliśmy na razie nie ryzykować wytropieniem przez zombie, a także zauważeniem przez kolejnych ludzi, szukających schronienia. Na zewnątrz wciąż było niespokojnie, ale czego mogliśmy się spodziewać po samym centrum miasta?
   - To wszystko jest jakieś chore – powiedział już po raz któryś Wiktor, przeczesując rude włosy palcami. Odkąd usiedliśmy, usta mu się nie zamykały. – Gdy usłyszałem o ludziach, wstających z martwych uznałem, że to głupi żart, albo ktoś nie dosłyszał i sobie dopowiedział. Wiecie, jestem człowiekiem, który myśli trzeźwo, dlatego nie uwierzyłem w te plotki.
   - Jakie plotki? – zapytałem.
   - No o tej kostnicy, gdzie dwoje ludzi obudziło się w lodówkach. Wszyscy mówili, że to „boska interwencja” – mówiąc to wykonał w powietrzu cudzysłów. – Ja od razu założyłem, że jakiś konował nie potrafił poprawnie stwierdzić zgonu. Wiecie, takie przypadki się już zdarzały na świcie. Człowiek mdlał, albo zapadał w śpiączkę, a potem budził się w kostnicy i wszyscy byli przekonani, że to kolejny przypadek zmartwychwstania. Ale wtedy zaczęli gryźć. Kurwa, nawet nie wiem, kiedy to pojawiło się u nas.
   Zerknąłem na Maxa, który podszedł do okna. Wyglądał na wyczerpanego. Nie dziwiłem mu się. Ja także byłem zmęczony, no i jeszcze dochodził do tego ból głowy. Rozcięcie na czole już nie krwawiło, ale bolało nadal. Na szczęście nie trzeba było jej szyć.
   - A wy? Jesteście z Nowogrodu? – Wiktor spojrzał najpierw na Maxa, ale ten nie był skory do rozmowy, więc przeniósł wzrok na mnie.
   - Nie. Z daleka – odparłem krótko.
   - Urlop? Chyba niebyt udany – Mężczyzna zaczął ugniatać palce, uśmiechając się przy tym nerwowo. – Milena i ja w wakacje byliśmy w Mrągowie. To było coś, mówię wam…
   Nagle z dołu doszedł nas huk. Wiktor i ja poderwaliśmy się z krzeseł, a Max chwycił za broń. Patrząc na karabin w jego rękach, sam sięgnąłem po pistolet. Wszyscy trzej patrzyliśmy na zamknięte drzwi, zza których zaczęło dochodzić miarowe łupanie, jakby ktoś wchodził po schodach. Kroki te jednak brzmiały dziwnie niepokojąco, bo pomiędzy nimi były zbyt duże odstępy czasu, a także stłumione warczenie.
   Spojrzałem na brata, a ten wykonał ledwo widoczny ruch głową w kierunku drzwi. Od razu zrozumiałem, o co mu chodzi. Jeżeli to był trup, to Milena była w niebezpieczeństwie i musieliśmy działać szybko.
   Stanąłem za drzwiami, kładąc dłoń na złotej klamce. Max ustawił się na wprost nich, trzymając karabin gotowy do oddania strzału. Wiktor trzymał się blisko niego, patrząc z przerażeniem przed siebie. W końcu dostałem znak i pociągnąłem za klamkę, wpuszczając do środka Milenę, ale… to nie była już ona.
   Pozbawiona emocji twarz z białymi oczami była tylko ciałem bez osobowości. Potwór od razu rzucił się w kierunku stojących naprzeciw niej mężczyzn, wydając z siebie skowyt. Max był gotowy do oddania strzału, ale przeszkodził mu w tym Wiktor.
   - Nie! – krzyknął odpychając go brutalnie na bok. Max uderzył plecami w ścianę, zwalając na podłogę oprawione w ramkę dyplomy.
   Wiktor wyciągnął ręce w kierunku kobiety, która zrobiła to samo. Nie był to jednak z jej strony gest zapraszający do wpadnięcia sobie w ramiona. Była to próba pochwycenia mężczyzny. Ale ten wcale tego nie zauważył.
   - Kochanie – powiedział ze łzami w oczach. – Wszystko będzie dobrze. Nic ci nie będzie. Słyszysz mnie, skarbie? Znajdziemy pomoc.
   Milena była coraz bliżej swojego narzeczonego. Byłem tak oszołomiony zachowaniem Wiktora, że nie mogłem się zmusić do jakiejkolwiek reakcji. On chyba naprawdę myślał, że jego narzeczona żyje.
   Kobieta złapała za kołnierz koszuli Wiktora i próbowała przyciągnąć go do siebie, wydając cały czas te zwierzęce warknięcia. Ten jednak trzymał ją z dala od siebie, na razie nie pozwalając jej zanadto się do siebie zbliżyć.
   - Wiktorze, puść ją. Ona nie żyje – Max ponownie uniósł broń, gotowy oddać strzał, ale przeszkadzał mu w tym narzeczony, trzymający Milenę za sobą.
   - Ona jest chora! – zaprotestował ostro. – Musimy ją tylko zamknąć, aż znajdą lekarstwo, a wtedy wszystko będzie dobrze.
   - Nie ma lekarstwa! – syknął Max. – Ona jest martwa. To tylko worek mięsa i kości. Odsuń się od niej!
   - Nie pozwolę ci jej zabić!
   Wtedy Max pociągnął za spust. Kula trafiła Milenę w prawe udo, ale ta nawet nie zareagowała.
   - Ty sukinsynu! – krzyknął Wiktor, gotowy rzucić się na Maxa, ale wtedy przypomniał sobie o kobiecie.
   - Właśnie postrzeliłem ją w nogę. Gdzie krew? Dlaczego nie krzyczy? Dlaczego jeszcze stoi?
    Kolejna kula przeszyła odsłonięty lewy bok trupa.
   - Lewe płuco. Powinna już nie żyć. Dlaczego więc stoi? Bo jest martwa!
   Wiktor nie wyglądał na przekonanego. Odwrócił się do przemienionej i wziął jej twarz w dłonie. Jej paznokcie zaczęły orać mu skórę tam, gdzie była ona odsłonięta.
   - Wszystko będzie dobrze, kochanie. Wszystko będzie…
   Tym razem strzał padł z mojej borni. Kula trafiła Milenę tuż nad prawym uchem i wyszła z drugiej strony, rozbryzgując jej mózg na kremowej ścianie. Zaskoczony Wiktor uchronił ją przed upadkiem, przyciskając jej ciało do siebie. W jego oczach był kompletny szok.
   - Coś ty zrobił? – zapytał, nie odrywając wzroku od twarzy kobiety. – Zabiłeś ją. Zabiłeś moją Milenkę!
   - Ona już nie żyła – powiedziałem z naciskiem. Na ramieniu, które nieustannie pocierała, miała ślad po ugryzieniu.
   Wiktor poderwał się z kolan i już miał się na mnie rzucić, gdy za jego plecami pojawił się Max. Uderzył on mężczyznę karabinem w tył głowy, aż ten padł nieprzytomny na podłogę.
   - Chodźmy stąd – powiedział mijając mnie. Ruszyłem za nim bez słowa sprzeciwu. Ja również nie chciałem zostać w tym biurze ani minuty dłużej.

***

    Po opuszczeniu biura powitał nas widok pustej ulicy. „Pustej” w znaczeniu – żadnych żywych, ani martwych. Wszędzie stało mnóstwo aut, walały się śmieci, walizki, różnego rodzaju sprzęty oraz ciała – większość z nich obgryzione do kości. Ruszyliśmy przed siebie, w nie do końca znanym przez nas kierunku. W końcu nie znaliśmy Nowogrodu.
   - Musimy znaleźć jakieś auto – powiedział Max, zaglądając do stojącego w poprzek chodnika czarnego chevroleta.
   - Raczej miejsce, gdzie przenocujemy – poprawiłem go, opierając się o znak drogowy.
   Nie chodziło już o to, że ja padałem z nóg, ale o krótkość późnojesiennych dni. Mój zegarek wskazywał za dziesięć trzecią, a to oznaczało rychły zachód słońca. Nie sądziłem, że wędrówka w ciemnościach po nieznanym mieście, w którym na dodatek pełno było żywych trupów mogłoby zaliczać się nawet do tych „niezłych” pomysłów. Nie ważne było, że mieliśmy broń, skoro w mroku nawet nie widzielibyśmy gdzie strzelać – z resztą z tego, co zauważyłem, to hałas zwabiał zombie. Musieliśmy znaleźć miejsce na nocleg.
   - Nie ma na to czasu – Zdeterminowany ton Maxa wskazywał, że niełatwo będzie mi go przekonać. Mimo wszystko jednak musiałem to zrobić. Albo chociaż spróbować.
   - I tak już nie uciekniemy przed tym, Max – powiedziałem, zwracając tym samym na siebie jego uwagę. – Nie widzisz? Skoro wirus zdążył się pojawić tutaj, zanim my zdążyliśmy opuścić małopolskie, to wyobraź sobie, co dzieje się teraz. Jest już za późno. Mogę się założyć, że na zachodzie wcale nie jest lepiej.
    Konsternacja na twarzy Maxa dała miejsce złości, którą wyładował uderzeniem pięści w dach auta. Zaniepokojony rozejrzałem się wokoło, ale na szczęście nie pojawiły się żadne trupy. Na ten dzień miałem dość walki.
   - Miałem nadzieję, że jednak się uda – powiedział zrezygnowany, ściągając z głowy czapkę. Przejechał kilka razy dłonią po krótkich, ciemnych włosach, po czym znowu nałożył bejsbolówkę.
    - Uda nam się – odparłem pewnie. – Damy sobie radę. Jak zawsze, z resztą.
Uniosłem rękę. Max uśmiechnął się i przybił mi „braterską piątkę” – jak nazywaliśmy ten gest w dzieciństwie.
   - To jaki jest plan? – zapytałem.

***

    Po niecałej pół godziny przemierzania zdemolowanych ulic, przedzierania się labiryntami bocznych uliczek oraz unikania żywych trupów, dotarliśmy do niedużej, przydrożnej kaplicy. Budynek stał naprzeciw parku i otoczony był półtorametrowym, żelaznym płotem. To ogrodzenie w połączeniu z mocnymi drzwiami powodowało, że było to miejsce mogące zagwarantować bezpieczeństwo. Było to dość paradoksalne, ale tego dnia już nic nie mogło mnie zdziwić.
   Wewnątrz stały jedynie dwa rzędy drewnianych ławek, które zajmowały trzy czwarte pomieszczenia. Dokładnie naprzeciw wejścia znajdował się mały ołtarzyk przyozdobiony kwiatami, figurkami Jezusa oraz Maryi i świeczkami. Nad tym wisiały obrazy przedstawiające wizerunki świętych, a także sceny biblijne. Mina Maxa na widok tego wszystkiego sprawiła, że parsknąłem śmiechem.
   - Paradoks, prawda? – zapytałem rozbawiony.
   Max, w przeciwieństwie do mnie, był niewierzący. Nigdy nawet nie był w kościele, a teraz, na moich oczach, sprawdzało się powiedzenie „jak trwoga, to do Boga”.
   - Oby Bóg był dla nas miłosierny i czuwał nad nami w nocy – powiedział z kwaśnym uśmiechem.
Zignorowałem tą docinkę i ściągnąłem plecak. Twarde, drewniane ławki nie były najwygodniejszym miejscem do spania, ale nie mogliśmy narzekać na niewygodę, skoro po ulicach biegały żywe trupy. Sto razy bardziej wolałem skończyć z obolałym kręgosłupem, niż rozerwany na strzępy.
   Leżąc z głową na wyrobionej już, płaskiej poduszce, którą znalazłem na ławce, wpatrywałem się w kopulasty sufit. Jedyne źródła światła – cztery małe witraży rozlokowane na dwóch, przeciwnych sobie ścianach dawały go coraz mniej. Mimo, że było jeszcze wcześnie, to zacząłem odczuwać senność. Dzień pełen wrażeń wyssał ze mnie całe zasoby energii, ale jeszcze starałem się walczyć z zamykającymi się powiekami.
   - Myślisz, że żyje? – zapytałem.
   Nie musiałem precyzować, o kogo mi chodzi. Max to doskonale wiedział.
   - Nie sądzę – odparł, tak jak ja patrząc w górę.
   Mój brat zawsze podchodził do życia realistycznie. Dla niego albo coś było czarne, albo białe. Nie było dla niego półśrodków czy półprawdy. Jeżeli Wiktor nie miał przy sobie broni, a do tego tak podchodził do „żywota” zombie, to zapewne już był martwy.
   - Chciał nas zabić – powiedziałem, choć sam nie wiem po co, cały czas ciągnąłem ten temat. – Gdyby miał broń, pewnie by to zrobił.
   - Skąd wiesz? – Max spojrzał na mnie. Im większy mrok zapadał, tym mniej były dla mnie widoczne jego rysy twarzy, ale oczy nadal widziałem doskonale. Taki kolor, jaki posiadał mój brat nie widziałem nigdy u nikogo innego. Intensywnie szare, przypominające dwa kawałki lodu. Czasami, gdy się wściekał, miałem wrażenie, że przenikają one ludzi na wskroś powodując, że ci momentalnie tracą całą hardość.
   - Był zły i zrozpaczony. Wierzył, że jego dziewczyna żyje i da się ją wyleczyć. Jak ty byś postąpił, gdyby komuś, na kim ci zależy grożono śmiercią? Byłbyś zdolny go zabić?
   Nie sądziłem, że Max zdolny był by odebrać komuś życie, ale dzisiejsze przeżycia sprawiły, że zacząłem się nad tym zastanawiać. Przypadek Wiktora pokazał mi nowe realia świata. Ludzie byli teraz zagubieni, przestraszeni, popchnięci do ostateczności by chronić siebie, albo swoich bliskich. Wszechobecne zagrożenie, ciągła walka o życie oraz niepewność przeżycia do kolejnej doby mogły spowodować, że nie tylko martwi staliby się zagrożeniem. Musieliśmy mieć świadomość, że pewnego dnia, może i nawet następnego, przyszło by nam pociągnąć za spust. Wiedziałem, że jest taka możliwość, ale chciałem, by pojawiła się ona jak najpóźniej.
   - Nie wiem. Być może tak.
   Spojrzałem na niego zaskoczony. Lekki ton, z jakim powiedział te słowa sprawił, że naszła mnie dziwna myśl, jednak zaraz ją oddaliłem. Max w żadnym stopniu nie wyglądał na mordercę. Przynajmniej nie w moich oczach. Ja znałem jego prawdziwą naturę, nie tą maskę, którą zakładał przed innymi ludźmi. Jednak mimo to, wciąż miałem wrażenie, że ta druga osoba, to tylko kolejna, wykreowana przez niego postać, a ta prawdziwa wciąż jeszcze siedzi w środku jego.

***

   Rankiem obudziłem się obolały i zziębnięty. W nocy temperatura mocno spadła i nawet moja zazwyczaj dająca ciepło, jesienna kurtka nie uchroniła mnie przed mrozem. Zesztywniały usiadłem na ławce, rozluźniając barki oraz kark. Przy każdym ruchu rozlegało się strzelanie odrętwiałych stawów.
   - Najgorsza noc w moim życiu – mruknąłem rozmasowując obolały kark.
   Max również nie wyglądał lepiej. Spanie w zimnej kaplicy, na twardych ławkach dało nam się we znaki i jeszcze długo odczuwaliśmy tego efekty.
   - Jaki mamy plan? – zapytałem jedząc czekoladowego batona, którego znalazłem w swoim plecaku. Był twardy i zapewne dawno już przeterminowany, ale byłem tak głodny, że było mi to obojętne.
   - Taki sam, jak wczoraj. Szukamy auta, znajdujemy zapasy i spadamy stąd jak najdalej.
   - A potem?
   Max założył na ramię karabin. To była jego ulubiona broń. Kolba wykonana była z jasnego drewna, na której wyryte były litery MW, a komora zamkowa, lufa oraz celownik optyczny były czarne. Karabin Zastava M76 był świetną bronią, a w rękach mojego brata – zabójczą.
   - O to będziemy się martwić, gdy już znajdziemy zapasy i auto – powiedział zarzucając na ramiona plecak. Nie widząc na razie sensu na dalszą rozmowę, również wstałem i zabrałem swoje rzeczy.
Max odsunął ławę, którą poprzedniego wieczora zastawił drzwi i wyszliśmy na chłodne, poranne powietrze. Wtedy zamarliśmy.
   Wokół żeliwnego ogrodzenia stała ponad dziesiątka trupów, która na nasz widok ożywiła się z apatii i zaczęła dość głośno zawodzić. Wyciągali ku nam ręce, ale żadnemu jak na razie nie udało się przedostać na drugą stronę. Najeżony grotami płot wbijał się w ciała tych, którzy zbyt zachłannie pchali się w naszą stronę. Brudna, gęsta krew skapywała na oszroniony trawnik, tworząc coraz to większe kałuże.
   Sięgnąłem po pistolet, ale wtedy powstrzymał mnie Max.
   - Nie potrzebny nam hałas – powiedział i wszedł z powrotem do kaplicy. Wrócił stamtąd z dwoma ciężkimi świecznikami.
   Nie była to może najlepsza broń, ale na pewno skuteczna. Wystarczyło jedne uderzenie, by czaszka nadzianego na płot trupa pękła, brudząc żeliwo kawałkami mózgu, krwi oraz kępkami włosów. Powtórzyłem zaprezentowany przez Maxa cios, osiągając taki sam efekt. Taka walka z zombie była prosta – mogliśmy trzymać się od nich w bezpiecznej odległości równocześnie z łatwością ich eliminować. Raz tylko przeżyłem chwilę grozy, gdy pierwszy atak nie uszkodził kości truposza i musiałem go poprawić. Wtedy, stojący niedaleko przemieniony złapał mnie za rękę, tym samym wpadając za ogrodzenie. Ożywieniec trzymał mnie mocno, dlatego upadłem razem z nim. Gdyby nie szybka reakcja Maxa, który załatwił trupa kolbą swojego karabinu, ten zapewne by mnie ugryzł. Czułem już na swojej twarzy odór wydobywający się z jego gnijących ust.
    Po wyeliminowaniu wszystkich zombie, ruszyliśmy dalej. Szukaliśmy po ulicach sklepów spożywczych, ale te albo były w miejscach, gdzie roiło się od trupów, albo też zostały doszczętnie splądrowane. Po godzinie bezowocnych poszukiwań, natrafiliśmy w końcu na mini market, nie będący zdemolowanym. Już podchodziliśmy do białych drzwi z jednym, wąskim okienkiem, gdy pojawiła się w nich okropna, zakrwawiona twarz. Oboje odskoczyliśmy wystraszeni. Przy dużej witrynie sklepowej pojawiła się około dwudziestka przemienionych. Po ich strojach wnioskowałem, że byli to pracownicy marketu oraz klienci.
   - I co teraz? – zapytałem na głos.
   Zombie tłukły w szkło dłońmi, przyciskały do nich wykrzywione w grymasie, makabryczne twarze. Ich warczenie było stłumione, ale i tak wywoływało dreszcze. Czułem się niekomfortowo stojąc tak blisko ich, chociaż oddzielała nas podwójna szyba, ale nie było ono przecież niezniszczalne.
   - Idziemy dalej – Max oderwał pełen złości wzrok od zduszonych jak sardynki trupów i ruszył dalej.
   - Chcesz zostawić taką żyłę złota? – zapytałem z niedowierzaniem. Dobrze widziałem wypełnione jedzeniem półki, których potrzebowaliśmy.
   - A jak niby chcesz się dostać do środka nie zwabiając więcej tych popieprzeńców? – zapytał ostro. – Jeżeli masz jakiś plan, to proszę bardzo. Słucham.
   Zagryzłem wargę patrząc na budynek. Był to większy sklep spożywczy. Jeden z tych samoobsługowych. Wejście do środka głównymi drzwiami było niemożliwe z dwóch powodów: po pierwsze - drzwi były zamknięte od środka, a po drugie - nawet gdyby udało by się nam je otworzyć, to jak mielibyśmy sobie poradzić z dziesiątkami zombie, które wypadły by na nas, nie robiąc przy tym hałasu? Odpowiedź prosta: nijak. To było niewykonalne.
Już miałem zamiar się poddać i przyznać Maxowi rację. To oznaczałoby dalsze włóczenie się po mieście, licząc przy tym na szczęście, że znajdziemy jedzenie gdzieś indziej. Wtedy jednak wpadł mi do głowy pewien szalony i cholernie niebezpieczny pomysł. Z rogu stojącej obok sklepu kamieniczki wyjąłem obluzowaną cegłę i podrzuciłem ją. Wydawała się być odpowiednia.

***

   - To głupi pomysł – powiedział już po raz któryś Max sprawdzając zawartość magazynka swojego pistoletu.
   - Najlepszy, jaki mamy – odparłem kładąc plecak na dachu pozostawionego na pastwę losu auta. Na szczęście zostały w nim kluczki. – Gotowy?
   - A mam jakiś wybór?
   Nie odpowiedziałem. Oboje nie mieliśmy.
   Max  ruszył za róg sklepu, gdzie miał czekać na mój ruch. Denerwowałem się – nie mogłem zaprzeczyć. Bałem się śmierci jak każdy człowiek i nie miałem ochoty jeszcze żegnać się ze światem. Nie ważne, że stał się on mocno porąbany.  
   Gdy upewniłem się, że mój brat stoi w wyznaczonym miejscu, wziąłem do ręki cegłę i stanąłem naprzeciw sklepu. Początkowo Max sam chciał wykonać tą część planu, ale przekonałem go, że jestem szybszy. Po prawdzie jednak chodziło o to, że strzelałem gorzej, a gdyby coś poszło nie tak, to miałem pewność, że będę ubezpieczany.
Ręce mi się pociły ze zdenerwowania, a rozsądek podpowiadał mi, że powinienem odpuścić, ale już nie było odwrotu. Wziąłem głęboki wdech i z całej siły rzuciłem cegłówką w witrynę. Ta rozbiła się w drobny mak, uwalniając grupę zombie, która wylała się na chodnik. Poczekałem chwilę, aż wszystkie się podniosą i dopiero wtedy zacząłem je wabić.
   - Hej! Tutaj, śmierdziele! Chodźcie do mnie!
   Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zombie ruszyły na mnie, przepychając się między sobą. Szedłem tyłem, cały czas wołając trupy i obserwując Maxa. Gdy tylko ostatni ożywieniec opuścił sklep, wpadł on do środka i już po chwili wybiegł na zewnątrz z czerwonym koszykiem prowiantu. Z zadowoleniem patrzyłem jak kolejne zapasy lądują w aucie. Nie sądziłem, że pójdzie nam to tak łatwo.
   Załatwiłem jednego z truposzy, który podszedł zbyt blisko mnie, uderzając go znalezioną na ulicy, metalową rurą. Wpadł on na idących z tyłu zombie, a te przewróciły się jak kręgle, dając mi jeszcze parę chwil wytchnienia. Trupy z pozoru były powolne, ale widząc ofiarę dostawały wigoru. Najtrudniej było się trzymać z dala od tych najmniej poranionych, które prawie truchtały.
   - No chodźcie! Dalej! Jestem tu! – wołałem zachęcając ożywieńców do dalszego pościgu. Znajdowaliśmy się już jakieś sto metrów od sklepu.
   Nagle jeden z truposzy odwrócił się akurat w momencie, gdy Max zamykał bagażnik auta. Bestia warknęła i zaczęła iść w jego stronę, a za nim ruszyło kilka zaalarmowanych przemienionych. Mój brat, nieświadom jeszcze zagrożenia, znikł w sklepie.
   - Nie! Tutaj! Chodźcie tutaj! – krzyczałem głośniej, ale tamta grupka całkowicie mnie ignorowała.
Wyminąłem ich i biegiem wróciłem pod sklep, gdy nagle poczułem ciężar na plecach, który powalił mnie na ziemię. Coś ciężkiego leżało na mnie, warczało i próbowało przegryźć się przez materiał mojej kurtki. Złapałem za rurkę próbując uderzyć napastnika, ale ten wierzgał i za nic nie chciał puścić. Przewróciłem się na plecy, przygniatając bestię swoim ciężarem. Sięgnąłem po nóż, którego dotychczas nie miałem okazji użyć. Walka taką bronią była bardziej skomplikowana, niż mogło się wydawać, dlatego trzymałem się prostszych metod. Tutaj jednak nie miałem wyboru. Wyrwałem się z uścisku, po czym dźgnąłem bestię w głowę, ale ostrze nie przebiło się przez twardą kość czaszki, tylko zsunęło po niej, rozcinając czoło zombie. Zaatakowałem ponownie, tym razem zatapiając nóż w lewym oku truposza.
   Nie widząc już sensu zachowania ciszy, sięgnąłem po pistolet. Strzeliłem w kierunku trzech najbliższych zombie, po czym ruszyłem do sklepu. Zastałem tam Maxa, który stał za ladą i walczył z truposzem, jednocześnie unikając złapania przez dwóch kolejnych.
   - Hej! – krzyknąłem.
   Zombie odwróciły się do mnie, a wtedy wycelowałem w ożywieńca, którego trzymał Max. Ten wykorzystując chwilową nieuwagę pozostałych trupów, wyciągnął swój pistolet i zastrzelił pozostałą dwójkę.
Zapadła  cisza, ale nie trwała ona długo. Znajome warczenie rozwiało moją cichą nadzieję, o końcu walki na ten dzień.
   - Cholera! – syknął Max patrząc za mnie.
   Do sklepu, przez tą samą witrynę, którą rozbiłem, zaczęły wdzierać się zombie. Było ich sporo, na pewno więcej, niż pozostało mi kul w magazynku.
   Zaczęliśmy biec między półkami pełnymi towarów. Zombie podążały za nami, rozlewając się po całym sklepie i tym samym odcinając nam wszystkie drogi ucieczki. Widziałem już stanowisko z mięsem, które oznaczało koniec marketu. Zatrzymałem się będąc w trzech czwartych drogi i złapałem za regał, gdzie znajdowało się jedzenie oraz artykuły dla zwierząt. Półka przewaliła się na bok, zaradzając drogę truposzom, które mimo to dalej próbowały się do nas przedostać.
   - Kurwa – Max zaczął rozglądać się w panice.
   I z prawej i z lewej strony zaczęły już wychodzić zombie. Oboje podnieśliśmy swoje bronie, stając do siebie plecami. Mieliśmy marne szanse na wyjście z tego cało, ale nie zamierzałem się poddać bez walki.
Gdy truposze były jakieś kilka kroków od nas, do głowy przyszedł mi kolejny pomysł. Wskoczyłem za jedną z lodówek na mięso, ciężkich od wody oraz rozmrożonych produktów, i zacząłem ją pchać.
   - Pomóż mi! – krzyknąłem do brata.
   Max dołożył swoich sił i razem zapchaliśmy zombie z powrotem do alejki, z której wyszły. Tam przycisnęliśmy ożywieńców do półki, gdzie znajdowały się alkohole i zaczęliśmy uciekać w stronę wyjścia. Udało się nam. Gdy trupy wybiegły na zewnątrz, my byliśmy już w bezpiecznym aucie.
   - Spadamy! – zawołałem, siadając na fotelu obok kierowcy.
   Max ruszył ostro z miejsca i już po chwili byliśmy z dala od grupy zombie. Te goniły nas do momentu, aż zniknęły mi z pola widzenia.
   - A ty we mnie nie wierzyłeś – powiedziałem oburzonym tonem.
   - Pomijając fakt, że prawie przez ciebie zginęliśmy, to był niezły plan.
   - Nie ma za co – Uśmiechnąłem się złośliwie.
   Odetchnąłem głęboko, próbując unormować swój oddech. Przeczesałem palcami swoje mokre od potu włosy, a potem otarłem wilgotne czoło. Mimo zmęczenia, byłem szczęśliwy. Mieliśmy samochód, zapasy i oboje żyliśmy. Miałem nadzieję, że teraz wszystko zacznie się układać.