niedziela, 20 maja 2018

ROZDZIAŁ 20 - Z POPIOŁÓW (RADEK)

Witam w kolejnym rozdziale TLD!
Ta część będzie ostatnią perspektywą osób, które wyjechały do Krosna i pokaże, co działo się z Radkiem podczas ataku na obóz. Po tym i następnym, kolejne rozdziały będą już krótsze, na co wpływ będą miały rozgrywające się w klasztorze wydarzenia. Mówiąc prosto i krótko - będzie trochę mniej zombie, a akcja bardziej skupi się na ludziach. Może to być trochę dziwne, że w opowiadaniu skupiającym się na świecie opanowanym przez żywe trupy, tych nagle zabraknie, ale nie ukrywam, że TLD od początku miało przedstawiać historie ludzi, którzy przechodzą przemiany wywołane życiem w takim, a nie innym świecie. 
Wracając jednak do Radka - tu na razie zombie nie zabraknie ;)

~~~

1
   Nie pamiętałem dobrze tego odcinka czasu między pierwszą eksplozją, a ucieczką z Krosna. To wszystko działo się zbyt szybko, zbyt intensywnie, bym mógł zapisać w pamięci wszystkie wydarzenia, które rozegrały się tej nocy. Wiedziałem, że w momencie wybuchu siedziałem w restauracji wraz z resztą grupy z klasztoru. Było wesoło, piliśmy. Nagle usłyszeliśmy głośny huk, a na dworze zrobiło się jasno, jak w dzień. Potem rozpoczęły się zamieszki. Upadłem na podłogę, ale nie leżałem na niej długo, gdy zobaczyłem biegnącą do wyjścia Librę. Jak zwykle miała zamiar rzucić się w wir wydarzeń, a przy jej osłabieniu było to jak próba samobójstwa. Wołałem ją, ale mnie nie słyszała, więc pobiegłem za nią. Niestety, gdy doszło do kolejnej eksplozji, a budynkiem hotelu zatrzęsło, musiałem zmienić plan.
   – Chodź! – krzyknąłem do Agaty, jednocześnie chwytając ją za rękę i ciągnąc w stronę wyjścia. Niemal siłą ją wyrzuciłem na zewnątrz i dobrze, bo kilka sekund później rozległo się głuche uderzenie, a jedna ze ścian w korytarzu padła. – Biegnij do południowej bramy!
   Eksplozja miała miejsce w okolicy mostu, być może nawet na nim, a to oznaczało, że tamtejsza brama już nie istnieje.
   – A ty? – Piwne oczy młodej kobiety patrzyły na mnie ze strachem.
   – Biegnij do bramy! – poleciłem jej ostro, po czym odwróciłem się i wróciłem do środka. Było tam wciąż wiele ludzi, którzy potrzebowali pomocy.
   Jednym z nich był Maciej. Zobaczyłem go, leżącego pod kolumną. Pół twarzy miał z czerwieni z mocno poharatanego boku głowy. Musiał oberwać odłamkami.
   – Dasz radę wstać? – zapytałem, chwytając mężczyznę za ramię i pomagając mu się podnieść. Nie było to proste, bo ten wcale mi nie pomagał. Musiał być ogłuszony.
   Niemal ciągnąc Macieja po podłodze, parłem do wyjścia, gdzie tłoczyło się coraz więcej ludzi. Wszyscy chcieli jak najszybciej opuścić budynek. Jakimś cudem naszej dwójce udało się wydostać na zewnątrz, gdzie wcale nie było lepiej.


   Nie musiałem być wprawnym obserwatorem z wysoko rozwiniętym zmysłem dedukcji, by wiedzieć, że obóz właśnie upada. Brama północna przestała istnieć, a sąsiadujące z nią budynki pochłonął ogień,  który przenosił się coraz dalej. To nie był jednak jedyny problem Krosna. I na południu nie działo się dobrze, o czym świadczyły serie wystrzałów oraz krzyki, a także jeszcze odległe, ale wyraźne wycie zombie.
   Kto zaatakował? – zapytałem się w myślach. – Ci, których Maciej nazwał Zbieraczami? A może jakaś inna grupa, z którą zadarł Topór? Komu aż tak się naraził, że ten zdecydował się zniszczyć obóz?
   Widząc to, co działo się wokół, doszedłem do wniosku, że zniszczenie Krosna nie było wcale takie trudne. W sytuacji adrenaliny, wszechobecnego zagrożenia i strachu, mieszkańcy obozu pokazywali, że wcale nie są tak dobrze zorganizowaną grupą, jak mogłoby się zdawać. Byli to tylko ludzie. Przerażeni ludzie, którzy chcieli jak najszybciej opuścić Krosno.
   Z lewej strony doszedł mnie warkot silnika zbliżającego się auta. Zamiast usunąć się z drogi, wszedłem na jej środek, uniemożliwiając przejechanie. Samochód zdawał się przez moment przyśpieszać, ale ostatecznie zahamował z piskiem, niecały metr przede mną.
   – Pojebało cię! – krzyknął mężczyzna, który wychylił głowę z okna kierowcy. – Spierdalaj stąd!
   – Musicie go zabrać! – Poprawiłem wciąż nieprzytomnego Macieja, którego ciężar zdawał się rosnąć z każdą sekundą.
   – Nie ma miejsca! – warknęła jakaś kobieta, która siedziała obok.
   Ignorując ich słowa otworzyłem tylne drzwi, gdzie siedziała już trójka innych osób, i bezceremonialnie wepchnąłem im Macieja.
   – Z tego, co wiem, Topór nie zostawia swoich ludzi – wycedziłem, patrząc w oczy kobiecie. Ta starała się przez chwilę podtrzymać maskę zaciętości, ale spuściła wzrok, zmiażdżona moim spojrzeniem.
   Zaraz po tym, jak samochód odjechał, jakoś omijając pierwsze zombie, które pojawiły się na ulicach, zrozumiałem, w jakiej sytuacji się znalazłem. Nie miałem przy sobie broni. Plecak z nią został w moim pokoju w hotelu, ale tam nie mogłem wrócić. Budynek w każdej chwili mógł się zawalić, a do środka wdzierały się truposze. Jeden z nich mnie zauważył i warcząc ruszył w moim kierunku. Musiałem uciekać.
   Przebiegając przez plac, natrafiłem na zombie, klęczącego nad leżącym na ziemi ciałem młodej kobiety. Trzymała ona w ręce karabin, który najwyraźniej nie przyniósł jej pożytku. Zatrzymałem się i podniosłem broń i nim ożywieniec zdał sobie sprawę z mojej obecności, strzeliłem mu w głowę.
Szybko zdałem sobie sprawę, że pomysł dotarcia do wschodniej bramy nie był najlepszą decyzją. Im dalej biegłem, tym więcej zombie napotykałem. Na odwrót było już jednak za późno. Kilkoro truposzy zaczęło podążać za mną, uniemożliwiając mi zmianę trasy. Musiałem lawirować uliczkami, w nadziei na zgubienie pościgu, a jednocześnie unikać kolejnych żywych trupów. A tych było sporo. Choć w ciemnościach nie udawało mi się dostrzec zbyt wielu szczegółów, to sposób ich poruszania oraz wydawane dźwięki wykluczał możliwość, by to mogliby być ludzie. Nie chciałem strzelać, bo to pewnie ściągnęłoby mi na głowę jeszcze większą grupę, więc pozostało mi tylko liczyć na to, że uda mi się odbiec na tyle, by zostawić ożywieńców za sobą.
   Zatrzymałem się w miejscu, które było jeszcze spokojne. Ukryty za ścianą budynku restauracji byłem na moment niewidoczny dla zombie. Mogłem w końcu złapać oddech. Wciąż trzymałem broń w gotowości, na wypadek gdyby pojawił się jakiś zombie. Co rusz zerkałem za róg, starając się dostrzec jakikolwiek ruch. Na szczęście na razie byłem bezpieczny.
   Bałem się i byłem zmęczony, ale adrenalina naprawdę potrafiła zdziałać cuda. Znużenie, ból napiętych z wysiłku mięśni nóg  oraz głód nagle przestały mieć znaczenie. Liczyło się tylko to, bym wydostał się z Krosna w jednym kawałku.
   Pochylony przemknąłem przez ulicę, docierając do wąskiej uliczki między dwoma domami. Próbowałem znaleźć w ciemności jakąś otwartą furtkę, uchyloną bramę, cokolwiek, co pozwoliłoby mi uniknąć przedzierania się między szwędającymi po ulicach zombie.
   Jest – pomyślałem szczerze uradowany, widząc nadzieję w znajdującym się kawałek dalej białym płocie, który dla mnie nie był dużym wyzwaniem, ale dla truposzy już tak. Już miałem ruszyć w jego kierunku, gdy do moich uszu doleciało gardłowe jęknięcie, dochodzące z bardzo bliska. Nim zdążyłem podnieść broń do strzału, zobaczyłem przed sobą twarz umarlaka w średnim wieku, z mocno przekrzywionymi okularami na twarzy i z rozwartymi szczękami. Złapał mnie on za ramiona, boleśnie wbijając palce i nie pozwalając się obronić. Poczułem na twarzy paskudny smród zgniłego mięsa, którego kawałki wciąż tkwiły w ustach zombie, a oczami wyobraźni widziałem siebie, zasilającego armię nieumarłych. I pewnie tak właśnie by się stało, gdyby za plecami ożywieńca nie pojawiła się niska postać. Ta uderzyła truposza trzymaną w obu dłoniach strzelbą, aż rozległ się trzask pękającej czaszki. Umarlak zwiotczał i padł na ziemię.
   – Co ty byś beze mnie zrobił? – zapytał żartobliwie dobrze mi znany głos.
   – Libra – Przytuliłem przyjaciółkę, ciesząc się z jej obecności tak, jak jeszcze nigdy. Libra odwzajemniła mój gest, obejmując mnie jeszcze mocniej.
   – Szukałam cię – powiedziała, wciąż mnie nie puszczając. Sam musiałem ją odsunąć, by móc obrzucić ją uważnym spojrzeniem. Była cała.
   – Musimy dotrzeć do bramy. Dasz radę? – zapytałem.
   – Chyba sobie żartujesz – parsknęła jak zwykle zadziornie. – Jeszcze cię wyprzedzę.
Nie wątpiłem w to.
   Przebiegając przez dwa skrzyżowania ulic, gdzie znajdowały się zombie, musieliśmy wykorzystać sto procent swoich możliwości, by nie zwrócić na siebie uwagi zbyt wielu ożywieńców. Po przeskoczeniu przez płot mogliśmy nieco zwolnić, ale wcale to nie oznaczało, że to zrobiliśmy.
   Brama wschodnia, która powinna być zastawiona ciężarówkami, była otwarta. Ciężarówka zniknęła, a przez to zombie mogły wchodzić na teren klasztoru bez żadnego problemu. Widząc to nie miałem już wątpliwości, że Krosno padło ofiarą sabotażu. Ale kto był jego twórcą? Nad tym nie miałem czasu się zastanawiać.
   Wraz z Librą opuściliśmy teren obozu biegnąc do momentu, aż nogi odmówiły nam posłuszeństwa. Znaleźliśmy się pośród niczego. Sami. Bez jedzenia i z jednym karabinem – strzelba mojej przyjaciółki nie miała już naboi. Wyczerpany usiadłem na środku drogi, zupełnie nie zważając na potencjalne niebezpieczeństwo. Zasłużyłem na chwilę oddechu.
   – Widziałaś kogoś? – zapytałem.
   Libra pokręciła głową. Przekląłem w myślach.
   – Co teraz? – zapytała siadając obok mnie.
   Spojrzałem na drogę ciągnącą się przed nami. Prowadziła ona do miejscowości, nazywającej się Połupin. W myślach przywołałem mapę okolicy, próbując znaleźć najlepszą drogę. Ta była tylko jedna.
   – Czeka nas długi spacer – powiedziałem.
   Libra westchnęła cicho, po czym wstała.
   – Więc na co czekamy?

2
   Staliśmy przed tunelem w milczeniu, myśląc o tym samym. I nie był to optymistyczny temat.
   Dotarcie do Połupina zajęło nam dwa razy więcej czasu, niż to byłoby normalne, więc miasto zobaczyliśmy w świetle porannego światła. Wraz ze wschodzącym słońcem, opuszczała nas adrenalina, a wracało zmęczenie oraz głód. Na szczęście w jednym z pierwszych domów udało nam się znaleźć trochę jedzenia, które nie było pierwszej świeżości, ale nie mogliśmy wybrzydzać. Odpoczęliśmy też chwilę, ale niezbyt długo. Nie było co marnować czasu.
   Nie zdecydowaliśmy się iść przez miasto, bo to było zbyt dużym ryzykiem. Postanowiliśmy skierować się na wschód, dzięki czemu szybciej opuściliśmy miasteczko i uniknęliśmy większych grup zombie. Napotkaliśmy kilkoro nieumarłych, ale z tymi nie było problemu. Byli wolni, więc wystarczyło ich tylko ominąć.
   Po kilku kilometrach drogi przez las, dotarliśmy na autostradę. Tam zaczęło się robić mniej spokojnie.
   Mogłem się spodziewać, że autostrada będzie zakorkowana. To właśnie tędy ludzie próbowali uciec z ogarniętych szaleństwem miast, a przez to robiły się ogromne zatory. Jeden z nich znajdował się przed nami i ciągnął aż do tunelu.
   Przystanąłem, zagryzając wargę. Niedaleko nas stały dwa auta, które najwidoczniej miały kraksę. Wielki furgon przygniatał wrak spalonej osobówki, której kierowca wciąż leżał w środku. No, prawie. Jego zwęglone ciało zwisało wychylone do połowy przez boczną szybę, a ręce wisiały kilka centymetrów nad ziemią. Nieprzyjemny widok.
   – Wchodzimy? – zapytała Libra, najwyraźniej zrzucając na mnie odpowiedzialność za naszą dwójkę. Nie podobało mi się to, ale nie protestowałem.
   – Zawrócenie w takiej sytuacji będzie głupotą – powiedziałem, drapiąc się po policzku.    Nieprzyjemnie szorstka szczecina zatrzeszczała cicho pod moimi palcami. – A z drugiej strony nie wiemy, co nas czeka w środku.
   To, że od kilku kilometrów nie spotkaliśmy żadnego zombie, wcale nie musiało oznaczać, że nie będzie ich w środku.  Sznur aut nie pojawił się przecież samoistnie. Pasażerowie tych pojazdów musieli gdzieś być – żywi lub martwi. Wizja znalezienia się w całkowitym mroku, gdzie mogłoby się czaić niebezpieczeństwo, nie była przyjemna. Jednak powrót… Nie. On też nie wchodził w grę. Stracilibyśmy cały dzień na dotarcie do Połupina, które wcale nie było bezpieczne.
   Nie wiedziałem, co robić. Mieliśmy dwa wyjścia i każde wiązało się ze sporym ryzykiem. O czym bym nie zadecydował, narazilibyśmy się na niebezpieczeństwo. Jak miałem wybrać?
   – Radek – Libra położyła mi dłoń na ramieniu. Próbowała się uśmiechnąć, ale słabo jej to wychodziło. – Damy radę.
   – Myślisz… – głos mi wiązł w gardle. Chrząknąłem. – Myślisz, że wszyscy przeżyli?


   – Pewnie! – powiedziała od razu. Nie byłem jednak pewien, czy szczerze. – Kto, jak nie oni?
Skinąłem głową. Cóż więcej mogłem zrobić?

3
   Wewnątrz było ciemniej niż bym to sobie wyobrażał. Na początku drogi, dzięki światłu wpadającemu z wylotu tunelu cokolwiek jeszcze widziałem. Samochody stojące ciasno – niemal zderzak w zderzak, z pootwieranymi drzwiami, przez które wypadały wyrzucone z niedokładnie zapiętych walizek rzeczy. Znalazło się też i kilka ciał, ale były one unieszkodliwione. Jednak wciąż istniało niebezpieczeństwo, że dalej może nie być aż tak bezpiecznie. Po prawej stronie znajdowała się stalowa barierka, która odgradzała pas zastawionej ulicy od chodnika. Widziałem tylko jej część, bo reszta znikała w głębokiej, nieprzeniknionej czerni, ale droga ta była na pewno bardziej nadająca się do przebycia, niż jej sąsiadka.
   – Chodźmy – powiedziałem do Libry cicho, ale mój głos i tak zabrzmiał głośniej, niż bym chciał. Echo poniosło się od pustych ścian, odbiło od sklepienia tunelu, pod którym znajdowały się rzędy nieczynnych lamp.
   Przeszliśmy przez barierkę i ruszyliśmy przed siebie. Początkowo nie czułem strachu, a jedynie niepewność wywołana niewiedzą o tym, co czeka nas dalej. Nie pozwoliłem jej jednak mną zawładnąć. Wystarczyło, bym tylko raz spojrzał na twarz Libry, bym wiedział, że tym razem to ja muszę być tym, który dodaje otuchy.
   Kiedy dotarliśmy do pierwszego zakrętu, światło bijące od wejścia tunelu zaczęło słabnąć, aż w końcu zniknęło całkowicie. Wiedziałem, że tak się stanie, a zapalniczka w mojej kieszeni miała być zabezpieczeniem na wypadek takiej sytuacji, ale nie chciałem na razie jej używać. Nie mieliśmy pewności, że tunel w rzeczywistości jest pusty, a ogień mógłby zaalarmować zombie. Nie. Lepiej było nie ryzykować. Zapalniczka musiała pozostać ostatecznością.
   Szedłem przesuwając dłonią po barierce. Rozchodził się przy tym cichy szum, przypominający szuranie nogami. W końcu Libra, cichym, ale ostrym szeptem kazała mi przestać. Zabrałem więc rękę, choć z nieukrywanym żalem. Trzymanie się barierki dawało mi poczucie, że wiem dokąd idziemy. Pozbawiony tego poczułem się jak dziecko zagubione we mgle. Libra chyba też poczuła się mniej pewnie, bo nagle poczułem jak jej dłoń ujmuje moją. Ścisnąłem ją, chcąc dodać jej tym odwagi. Teraz to już z całą pewnością wyglądaliśmy jak dwójka przerażonych dzieciaków.
   Stawiając kolejne, ostrożne kroki, starałem zweryfikować, jak wiele czasu minęło i jaką odległość pokonaliśmy. Jednak nie było to łatwe, bo w tych egipskich ciemnościach nie dało się dobrze określić żadnej z tych rzeczy. Czas płynął jakby po swojemu, a droga zdawała się wcale nie zmniejszać, ani też zwiększać. Ile mógłby mieć cały tunel? Kilometr? Trochę więcej? Być może. Ale czy w tym przypadku nie powinniśmy już zobaczyć światła na jego końcu, mówiącego o dotarciu do celu? Idziemy zbyt wolno – pomyślałem, gdy robiłem kolejne, ostrożne, a przez to i dość drobne kroki. Musiałem w końcu coś zobaczyć.
   Wyjąłem z kieszeni zapalniczkę, uniosłem ją. Ostre, żółte światło poraziło mnie w oczy, które zdążyły się przyzwyczaić do mroku. Płomyk był mały i nie zwiększał naszej widoczności na więcej, niż kilka metrów. No i wcale też nie dodało mi odwagi. Wręcz przeciwnie. Widok zbitych w ciasną siatkę aut, w których znajdowały się uwięzione postaci sprawił, że zdębiałem. Cała krew odpłynęła mi z twarzy, a nogi stały się nagle miękkie. Pasażerowie samochodów zaczęli powoli odwracać głowy w naszą stronę, a gdy już nas dojrzali, rzucili się do szyb. Jeden z nich, zamknięty w stojącym najbliżej barierki pojeździe, tak niespodziewanie uderzył w okno, że aż odskoczyłem przerażony, a zapalniczka wypadła mi z ręki. Znów pochłonęła nas ciemność, ale tym razem obdarta z ciszy. Oprócz walenia w szyby słychać było też wściekłe zawodzenie zombie, od którego krew ścinała się w żyłach.
   – Radek – Libra chwyciła mnie za ramię, wyciągając z obezwładniającego mnie przerażenia. Obróciłem głowę w jej stronę, ale nie potrafiłem odnaleźć jej twarzy. Słyszałem tylko jej przyśpieszony oddech, który pomógł mi ją zlokalizować. – Chodźmy stąd.


   Skinąłem głową, po czym otarłem twarz dłonią. Musiałem walczyć z pragnieniem pognania przed siebie na łeb, na szyję, byleby tylko jak najszybciej opuścić tunel. Pochyliłem się i zacząłem szukać po omacku zapalniczki. Jednym było iście w ciemności, ale w całkowitej ciszy, a drugim, gdy miałoby nam towarzyszyć to okropne zawodzenie. No i nie chciałem zostać zaskoczony przez truposza, któremu jakoś udałoby się wydostać z auta. Moje palce dotykały najprzeróżniejszych rzeczy, których nie potrafiłbym nawet opisać, aż w końcu odnalazły upuszczoną zapalarkę. Wzdychając z ulgą ścisnąłem ją mocno i od razu zapaliłem. Choć widok pozamykanych w samochodach zombie nie był przyjemny, to wolałem go już widzieć, niż wyobrażać sobie najgorsze scenariusze.
   Odcinek spokojnej trasy, którą udało nam się pokonać, w końcu się skończyła, a późniejsza droga nie należała do najprzyjemniejszych. W poprzek chodnika leżało ciało starszej kobiety w długim płaszczu. Futro, które kiedyś musiało być białe, brudne było od czarnej cieczy, która znajdowała się na szyi, dłoniach oraz nogach staruszki. Między grzywką z całą pewnością farbowanych, czerwonawych włosów, znajdował się okrągły otwór – niechybnie dziura po kuli.
   – O cholera – jęknęła nagle Libra.
   Nie zrozumiałem, o co jej chodzi, aż nie oderwałem wzroku od martwej kobiety i nie spojrzałem dalej. Najpierw jednak uderzył we mnie smród tak silny, że aż oczy zaszły mi łzami, a żołądek podjechał do gardła. Zasłoniłem twarz rękawem kurtki, walcząc z chęcią zwymiotowania. Nie stało się to łatwiejsze, zwłaszcza po tym, co zobaczyłem.
   Aż do granicy światła, wyznaczonej przez płomień zapalniczki, leżały ciała. Nietrudno było się domyślić, co się wydarzyło. Ludzie próbowali wydostać się z miasta, ale z jakiegoś powodu tunel został zablokowany. Być może zombie zaskoczyły stojących w korku uciekinierów, co wywołało masakrę i zmusiło służby do interwencji, albo oni sami byli sprawcami tej rzezi. Widziałem kilka trupów, które nie wyglądały na zarażonych wirusem. Emocje musiały wziąć górę, a skutek tego miałem przed oczami.
   Nie mogliśmy zawrócić. Choć przejście po dziesiątkach rozkładających się ciał nie było czymś, co koniecznie chciałem przeżyć, to powrót nie wchodził w grę. Skoro udało nam się dotrzeć aż tu, to musieliśmy zacisnąć zęby i pokonać resztę trasy.
   – Stąpaj ostrożnie – powiedziałem do Libry, po czym naciągnąłem koszulkę na nos i usta. Ta zrobiła to samo.
   Chociaż starałem się unikać chodzenia po trupach – nie tylko ze względu na szacunek dla zmarłych, ale i ze względu bezpieczeństwa, to nie zawsze mi się to udawało. Gdy nastąpiłem na brzuch jakiegoś mężczyzny, ten zachlupotał, a moja noga znacznie się zapadła w rozkładające się ciało. Pokonując obrzydzenie zrobiłem kolejny krok, starając się nie patrzeć w szkliste oczy małego chłopca, którego twarz wystawała spod ciała krótkowłosej kobiety. Twarz dziecka zastygła w grymasie przerażenia, chociaż wargi miał obwisłe tak, że wyglądał jakby się uśmiechał. Był to upiorny widok, a zarazem i smutny. Ten chłopak nie mógł mieć więcej, niż dziesięć lat.
Przytrzymując się barierki, by nie poślizgnąć na śliskich ciałach, zmusiłem się do przejścia kilku kroków po ciałach, których w żaden sposób nie dało się ominąć. W głowie ciągle miałem przeraźliwe, graniczące z pewnością przypuszczenie, że za moment któryś ze zmarłych się ocknie, złapie mnie za nogę i nim zdążę się zorientować, zostanę wciągnięty pod stos rozkładających się trupów. Myśl ta była tak pewna, że przyspieszyłem, nie przywiązując aż tak uwagi do ostrożności. Chciałem tylko znaleźć się na stałym, twardym chodniku, a już najlepiej to po drugiej stronie tunelu. Ale wyjścia wciąż nie było widać.
   Cudem tylko unikając przewrócenia się na stos ciał, dotarłem w końcu do „stałego lądu”. Gdyby ten nie był pokryty kałużami zakrzepłej krwi, pewnie bym ucałował płyty chodnikowe, dziękując za pokonanie najgorszej drogi w moim życiu. Libra dołączyła do mnie po chwili. Mimo tego, że trzymała głowę spuszczoną, widziałem łzy w jej oczach.
   – Wszystko gra? – zapytałem, ściskając ją lekko w ramię.
   – Tak, tylko... – Nie dokończyła. Szloch wyrwał się z jej ust, gdy w tym samym momencie rzuciła mi się na szyję. Poczułem, jak mocno bije jej serce. – Tam były dzieci. Dzieci, Radek.
   – Wiem – powiedziałem, uspokajająco głaszcząc przyjaciółkę po plecach. Przed oczami znów miałem widok chłopca, z martwym, przerażającym uśmiechem na ustach oraz ze strużką krwi, która zatrzymała się tuż nad jego lewym okiem. Nie oszczędzili nikogo. – Coś musiało się stać, że zaczęli strzelać.
   – Jeszcze ci w autach – Libra pociągnęła nosem.
   Rzadko kiedy widziałem przyjaciółkę w takim stanie, ale wiedziałem, dlaczego tak bolał ją ten widok. Pierwszego dnia epidemii, gdy w Lesznie wybuchły zamieszki, a ja wraz z Klaudią próbowaliśmy się dostać do centrum kryzysowego na stadionie, zadzwoniła do mnie Libra. Płakała, a raczej była w histerii. Nie rozumiałem jej słów, ale przeczucie kazało mi po nią jechać. Po wejściu do jej rodzinnego domu, zastałem widok, który wciąż miałem w pamięci. Moja przyjaciółka siedziała na podłodze, cała we krwi, oburącz ściskając pogrzebacz, z którego zwisały kępki włosów. Kilka metrów dalej leżały ciała jej młodszej, dwunastoletniej siostry i rok młodszego brata. Oboje mieli ślady ugryzień od – jak się później okazało – ich matki, którą znalazłem w pokoju. Wszyscy mieli roztrzaskane głowy. Od tego momentu Libra nie mogła znieść widoku okrucieństw świata, które dotykały dzieci. Dlatego tak zareagowała na śmierć Filipa w klasztorze.
   – Odetchnij przez chwilę. Zaraz musimy iść dalej. Dasz radę?
   Tym razem to ona skinęła głową. Otarła jeszcze policzki oraz nos, po czym przybrała zdeterminowany wyraz twarzy. Zuch dziewczyna – pomyślałem, a zupełnie nieadekwatny do sytuacji uśmiech wpłynął mi na usta.
   Ujmując przyjaciółkę za dłoń ruszyłem dalej, zmotywowany myślą, że za moment skończy się ten koszmar.
   Więcej nie natknęliśmy się na usłany trupami chodnik, co przyjąłem z ulgą. Czegoś takiego nie zamierzałem przeżywać po raz drugi. Zmniejszyła się też liczba aut, ale tego nie przyjąłem już z takim spokojem. Tym bardziej, że coraz częściej widziałem podziurawione karoserie, szyby pokryte gęstą pajęczyną pęknięć oraz leżące wewnątrz ciała. Najbardziej zaniepokoiły mnie jednak trupy, leżące na samym przedzie kolumny samochodów. Potem był już tylko pusty odcinek drogi, kończący się niedaleko przed nami. Tam też znajdował się cienki, poziomy pas światła, który przyprawił mnie o szybsze bicie serca. Wyjście. Zanim jednak dotarlibyśmy do wylotu z tunelu, musieliśmy pokonać ostatnią przeszkodę, którą była ustawiona w poprzek drogi, wysoka na metr betonowa zapora, u góry dodatkowo zabezpieczona drutem kolczastym. W sumie cała konstrukcja miała około dwóch metrów, a przejście przez nią wcale nie było takie łatwe. Świadczył o tym młody mężczyzna, zawinięty w metalowe liny i brutalnie pokiereszowany przez kule.
   – Co teraz? – zapytała cicho Libra, lecz dzięki echu, jej głos zabrzmiał głośniej.
   Było tylko jedno wyjście, które wcale mi się nie podobało, ale jeśli chcieliśmy się przedostać na drugą stronę, musieliśmy to zrobić. Podałem Librze zapaliczkę, a sam z ciężkim sercem podszedłem do martwego mężczyzny i szarpnąłem nim, upewniając się, że rzeczywiście jest mocno zaplątany w drut. Gdy już to zrobiłem, wróciłem do leżących nieopodal ciał i ściągnąłem z pleców pierwszej-lepszej osoby jej kurtkę. Nie czułem się z tym dobrze, ale ona już nie żyła, a my właśnie walczyliśmy o to, by móc żyć dalej.
   – Wejdź pierwsza – powiedziałem, gdy już przykryłem najwyższe druty kurtką.
   – Tak chcesz sprawdzić, czy po drugiej stronie jest bezpiecznie? – zapytała zadziornie Libra, opierając obie ręce na biodrach.
   – Masz mnie. Chciałem cię rzucić na pożarcie truposzom, a gdy te się tobą zajmą, ja sobie spokojnie przejdę.
   Dziwnie było żartować w takim momencie, ale jakoś musieliśmy rozładować napięcie. A drażnienie się nawzajem zawsze przychodziło nam z łatwością i pozwalało spuścić trochę pary. Jednak po nieco niepewnej minie Libry poznałem, że ta rzeczywiście nie jest taka chętna do przejścia na drugą stronę jako pierwsza. W przeciwieństwie do tego odcinka tunelu, nie wiedzieliśmy, co znajduje się dalej.
   – Jeśli nie chcesz, to może ja…
   – W porządku – Libra posiliła się o wymuszony uśmiech, gdy podchodziła do trupa. – W sumie, to co może być gorsze, niż to?
   Obejrzałem się na mroczny korytarz za nami, przypominając sobie całą trasę. Rzeczywiście. Niewiele rzeczy mogło być gorsze, niż spacer po dziesiątkach ciał w otoczeniu uwięzionych w autach zombie.
   Pomogłem Librze wspiąć się na ogrodzenie, po raz kolejny dziękując za te jej metr sześćdziesiąt wzrostu oraz drobną budowę ciała, dzięki czemu mogła wejść niemalże wszędzie. Po tym, jak moja przyjaciółka zeskoczyła na ziemię, znajdując się po drugiej stronie zapory, podałem jej zapalniczkę i sam przystąpiłem do wspinania się. Nim jednak chwyciłem się zabezpieczonych kurtką metalowych lin, usłyszałem coś. Z tyłu za mną, w ciemnościach coś się poruszyło. Odwróciłem się, przestraszony tym dźwiękiem,  w którym rozpoznałem odgłos kroków. Ktoś się zbliżał.
   – Radek? Idziesz?
   Nie odpowiedziałem Librze, będąc zbyt mocno skupionym na wpatrywaniu się w mrok. Stałem tak w bezruchu, wytrzeszczając oczy w ciemności, próbując cokolwiek dostrzec. Gdy tylko ucichło echo słów Libry, usłyszałem to samo szuranie, co przed chwilą, tylko w powielonej kilkukrotnie wersji. Na ten dźwięk włosy na karku aż mi się zjeżyły, a oddech zatrzymał w piersi. Instynkt kazał mi jak najszybciej wziąć do rąk karabin, co też zrobiłem. Badając wzrokiem mrok, czekałem. Nie musiałem długo oczekiwać pojawienia się pierwszych sylwetek, które wciąż znajdowały się w ciemnościach, ale mogłem dostrzec ich kontury. A było ich wiele. Nagły chór gardeł wypełnił tunel, a wspomagany przez echo poniósł się pewnie na całą jego długość.
   – Kurwa – powiedziałem do siebie, przykładając kolbę karabinu do ramienia. Zacząłem strzelać.
   Huk wystrzałów był ogłuszający, przez co szybko zaczęło mi piszczeć w uszach, a przez moment nawet pewien byłem, że pękną mi bębenki. W jednej chwili jęki oraz zawodzenie zombie utonęło w ryku wystrzeliwanych naboi. Błyski ognia przy każdym z wystrzałów padały na ściany, na których ukazywał się taniec cieni. Migające kadry zmieniających postawę ożywieńców, przypominały atakowane przez zapalczywego fotografa sceny, które koniecznie chciał uchwycić. Raz po raz odrzut broni wbijał mi w ramię kolbę, niemal pozbawiając rękę czucia i prawie obróciło dookoła osi. Stałem jednak pewnie, zaciskając zęby i prując do grupy zombie, nie pozwalając im przekroczyć wytworzonej w mojej głowie granicy. Umysł podpowiadał mi, że jeśli im na to pozwolę, przegram. Ta myśl nie pozwoliła mi ściągnąć palca ze spustu, nawet gdy wszystkie zombie padły, a metaliczne szczeknięcia nie powiadomiły mnie o pustym magazynku. Dopiero wtedy opuściłem broń.
   To nie było konieczne – pomyślałem, widząc niezbyt dużą ilość zombie, którą potraktowałem całym magazynkiem. Jednak całe napięcie, które towarzyszyło mi od momentu wejścia do tunelu sprawiło, że na widok zombie spanikowałem. Ciemność, droga usłana ciałami, strach i niepewność sprawiły, że jak najszybciej chciałem pozbyć się zagrożenia, a przy tym zapomniałem o rozsądku.
   Marszcząc nos na ostrą woń prochu odwróciłem się z powrotem w stronę zapory, wydychając przy tym powietrze z przeciągłym świstem. Potarłem lewe ucho, ciągle słysząc pisk, który skutecznie wygłuszał wszystko dookoła. To oraz wzburzenie, pod którym wciąż byłem, poskutkowało tym, że straciłem czujność.
   Gdy wspiąłem się po barkach mężczyzny i już miałem przejść na druga stronę, nagle poczułem silne szarpnięcie za nogę, przez które omal nie spadłem. By się przed tym uratować, chwyciłem pierwszą-lepszą rzecz, która znalazła się w zasięgu moich dłoni. Na moje szczęście – lub nie – okazał się tym być drut kolczasty. Kolce wbiły się boleśnie w moją dłoń i przeorały ją, gdy kolejne szarpnięcie próbowało mnie ściągnąć na dół. Trzymający mnie za nogę zombie nie zamierzał mnie tak łatwo puścić, a jego zęby z zapałem próbowały dosięgnąć mojej wierzgającej łydki. Próbowałem kopnąć truposza butem wolnej nogi, jednak to nie było takie proste, gdy z jednej strony próbowałem zignorować ból dłoni, powodowany ściskaniem ostrych, metalowych kolców, a z drugiej walczyłem o to, by nie spaść. Wykorzystując karabin, uderzyłem zombie w rozdziawione zęby, z taka siłą, że aż kilka z nich wypadło, ale to wcale nie sprawiło, że ten mnie puścił. Gdyby nie pomoc Libry, pewnie mnie udałoby mi się wyjść w całości z tego starcia.
   Dziewczyna chwyciła ożywieńca za przód jego zakrwawionego ubrania i przyciągnęła do siatki z drutu, po czym za pomocą jakiegoś narzędzia przebiła się do jego mózgu, tym samym unieszkodliwiając. Przez to, że zombie cały czas się ze mną szarpał, po wyswobodzeniu straciłem równowagę, co na niestabilnej konstrukcji skończyło się dla mnie upadkiem. Spadłem akurat tak niefortunnie, że drut kolczasty rozerwał mi koszulkę na brzuchu oraz dotkliwie mnie zranił. Krzyknąłem z bólu i zaraz po upadku zachłystując się powietrzem.


   – Nic mi nie jest – powiedziałem zduszonym głosem, gdy Libra pomagała mi wstać.
   – O cholera! – syknęła patrząc na mój brzuch.
   – To nic… och.
   Może to przez szok, albo przez strach, ale nie czułem bólu w takim stopniu, jak ten powinien być przy takich ranach. Było ich kilka, ale tylko dwie wyglądały naprawdę poważnie, o czym świadczyła też ilość krwi, którą traciłem. Nagle zrobiło mi się słabo. Libra zareagowała szybko, biorąc moje ramię na swoje barki.
   – Są tam ciężarówki wojskowe. Pewnie mają tam opatrunki – mówiła, jednocześnie prowadząc mnie w stronę wyjścia z tunelu.
   – Idziemy w stronę światła – powiedziałem, bardziej się krzywiąc, niż uśmiechając. Dociskając dłoń do brzucha, czułem przepływającą mi przez palce krew.
   – Poczucie humoru cię nie opuszcza. Będziesz żył.
   Przyspieszyliśmy kroku, choć ja zrobiłem to z niemały trudem, starając się nie myśleć o bolącej dłoni oraz coraz większej ilości krwi, której ślad zostawiałem za sobą. Wylot tunelu znajdował się dokładnie na wprost nas, zaledwie kilkanaście metrów dalej. Rzeczywiście stały tam dwie wielkie wojskowe ciężarówki. To właśnie one, wraz z kolejnymi zaporami, w znacznej mierze odcinały dostęp światła do tunelu. Przecisnęliśmy się pomiędzy betonowymi płytami, docierając do ciężarówek. Libra posadziła mnie na ogromnym zderzaku, po czym sama wspięła się po schodkach do środka pojazdu. Był on zamknięty, ale pozbyła się tego problemu wybiciem szyby za pomocą kawałka metalu, którym wcześniej zabiła zombie. Ja w tym czasie częściowo położyłem się na masce, oddychając chłodnym, ale pozbawionym smrodu rozkładających się ciał powietrzem. Ta rześka bryza pachniała tak cudownie, że nie miałem wątpliwości, że nasz wysiłek nie poszedł na marne.
   – Podejmując decyzje, co zrobić, czasami wierzę w swój rozsądek – powiedziałem, choć nie byłem pewien, czy Libra mnie usłyszała. Mimo wszystko, kontynuowałem. – Tak było z klasztorem. Pomyślałem, że dołączenie do nich może być najlepszą decyzją, którą podjąłem. I przez pewien czas nawet w to wierzyłem. Albo wciąż wierzę. Już sam nie wiem. Chodzi po prostu o to, że im dalej swojego ojca jestem, tym mam silniejsze poczucie, że wcale nie będę taki jak on.
   Libra pojawiła się obok mnie z czerwonym pudełkiem, na którym znajdował się biały krzyż i od razu zabrała się do pracy. Zniosłem to w milczeniu, chociaż nie raz ból był nie do zniesienia. Ja jednak byłem zbyt otumaniony utratą krwi, by móc trzeźwo reagować na felczerskie działania przyjaciółki.
   – Skąd pomysł, że jesteś jak swój ojciec? – zapytała nagle Libra, w międzyczasie przykładając kolejną warstwę opatrunku do moich ran.
   – Bo przez pół życia chciałem być nim – odparłem przez zaciśnięte zęby. – Głupie marzenie jeszcze głupszego dzieciaka, żeby zaimponować wyidealizowanemu tatusiowi. To jeszcze we mnie jest.
   Zielone oczy przyjaciółki spojrzały na mnie krótko, ale ze współczuciem. Libra dobrze znała moją historię. W końcu odegrała w niej ważną rolę.
   Bo przeszłość, jest pulą najgorszych i najlepszych momentów życia – przypomniałem sobie słowa, które usłyszałem dawno temu. Kiedyś ich nie rozumiałem, ale w tamtym momencie doskonale pojąłem ich sens.
   – To dlatego tak bardzo zależy ci na dołączeniu do klasztoru? Chcesz uwolnić się od Topora?
   – Nie tylko dlatego – Oparłem się łokciami o maskę, lekko unosząc. Trwający zaledwie sekundę, ale ostry jak brzytwa ból rozszedł się wzdłuż całej rany, ciągnącej się od lewego biodra do złączenia żeber. – Mam po prostu przeczucie, że to może być TO miejsce. Rozumiesz? Jeśli już któryś obóz ma przetrwać, to właśnie klasztor.
   Nie wiedziałem, dlaczego jestem taki tego pewien, ale to przekonanie siedziało we mnie odkąd tylko stanęliśmy przed bramą obozu. I nie chodziło o miejsce, ani mury. Tam byli ludzie, których determinacja i wola życia czyniła szansą dla wszystkich. Czegoś takiego nie mieli członkowie grupy Topora.
   – Wierzysz tak mocno w sam klasztor, czy w Saszę?
   Mroczki pojawiły mi się przed oczami, a oddech stał się cięższy. Przejechałem dłonią po twarzy. Gdy na nią spojrzałem, zobaczyłem wilgoć. To było oczywiste, bo zabiegi Libry w żadnym stopniu nie były delikatne.
   W co wierzyłem? Ciężko było mi powiedzieć i nie chodziło mi wcale o tematy teologiczne. Te już dawno temu przestały mnie interesować, chociaż byłemu alkoholikowi powinny być one bliskie. Ja jednak zawsze byłem inny – w nie bardzo pozytywnym tych słów znaczeniu.
   Wierzyłem w ludzi i rzeczy, które robili i które nimi kierowały. Potrafiłem wyczuć, kiedy działali na korzyść innych, a kiedy tylko dla swojego pożytku.
   – Wierzę w to, że możemy żyć lepiej i dłużej, ale potrzebujemy do tego osoby, która wie, jak to nam zapewnić. Sasza wie.
   – Topór też – Libra dość mocno pociągnęła bandaż, co wywołało kolejną falę bólu.
   – Dlaczego zablokowali tunel? – zapytałem, zmieniając temat.
   Libra obejrzała się przez ramię, na mroczną czeluść, którą musieliśmy pokonać.
   – Zgaduję, że tyle samo ludzi usiłowało dostać się do Krosna, co z niego uciec – odparła wzruszając ramionami. – Pewnie to była nieudana próba zapanowania nad chaosem. Idioci nie wiedzieli, że nad chaosem nie da się zapanować. To w końcu chaos!
   Uśmiechnąłem się lekko patrząc, jak Libra kończy opatrywanie moich ran. Nie sądziłem, że kilka bandaży zdoła mnie uleczyć, ale na ten moment to musiało wystarczyć.
   – Dasz radę wstać? – zapytała Libra, wyciągając ręce, z pomocy których nie skorzystałem.
   – Sprawdź, czy będzie jakiś pożytek z tych ciężarówek – powiedziałem, klepiąc w maskę pojazdu.
   Gdy tylko Libra zniknęła wewnątrz stara, ja stanąłem na ziemi i odszedłem na bok, by się rozejrzeć.
   W przeciwieństwie do drogi w tunelu, pasma wiodącej na wschód autostrady świeciły pustkami. Dawało to nadzieję na pozbawioną przeszkód podróż, na co bardzo liczyłem. Dość już miałem wrażeń, jak na ten dzień. Zrobiłem jeszcze kilka kroków do przodu, by zobaczyć to, co znajdowało się za zakrętem. Na sąsiednim pasie, którego wcześniej nie widziałem, powstał zdający się nie mieć końca korek wymarłych aut. W środku znajdowało się kilka trupów, które siedząc na fotelach chwiały się, jakby nie były to żywe trupy, a ludzie walczący z obezwładniającym ich snem. Nikt nie wyjechał. Nikt nie wjechał – pomyślałem gorzko.
   Położyłem dłoń na brzuchu. Wciąż bolał. Potrzebowałem jakiś leków przeciwbólowych.
Wzdrygnąłem się, gdy dochodzący z niedaleka warkot wystraszył mnie. Odskoczyłem na bok, czego zaraz pożałowałem. Robienie gwałtownych ruchów nie pomagało w zapomnieniu o bólu.
   Po ziemi, częściowo schowany pod ciężarówką, czołgał się w moją stronę zombie. To, dlaczego nie zaatakował mnie od razu wyjaśniło się, gdy tylko jego wydostał się spod pojazdu. Otóż jego obie nogi oraz znaczna część bioder zostały obgryzione z mięsa aż do kości. Pozostały jedynie strzępki materiału, będącego niegdyś spodniami oraz tylko cudem wciąż trzymające się kawałki skóry i mięśni. Truposz zostawiał za sobą smugi zakrzepłej krwi, gdy wbijając paznokcie w asfalt próbował mnie dosięgnąć. Był to żołnierz o czym świadczyła jego kurtka moro z oznaczeniami na ramionach.
   – Czyli jednak wojsko działało – powiedziałem do siebie.
   Już miałem zawołać Librę, by zajęła się problemem – sam nie mogłem się nawet schylić – gdy zobaczyłem pęk kluczy, przyczepiony do paska byłego żołnierza. W tej samej chwili moja przyjaciółka wychyliła się z kokpitu ciężarówki.
   – Nie ma kluczy! – zawołała i zaraz potem jej wzrok padł na sunącego w moją stronę truposza. Nie cofnąłem się, choć moją stopę od jego palców dzieliły zaledwie centymetry.
   – Chyba je znalazłem.
   Teraz już wszystko musiało pójść dobrze. Po prostu musiało.


poniedziałek, 7 maja 2018

ROZDZIAŁ 19 - KREW NA RĘKACH (ADAM)

Witam w nowym tygodniu, z nowym rozdziałem!
Jestem mile zaskoczona, że coraz więcej osób tu zagląda i interesuje się tą historią, za co jestem bardzo wdzięczna :) Nie sądziłam, że pisanie TLD będzie czymś więcej, niż tylko hobby, a tu okazuje się, że są osoby, które z niecierpliwością oczekują kolejnych rozdziałów! To bardzo budujące i z całego serca dziękuję każdemu, kto śledzi to opowiadanie :*

Wracając do głównego tematu, jakim jest ten rozdział, to jest on krótszy od poprzednich dwóch, ale wcale to nie oznacza, że nudny. Akcji jest sporo, a także ciekawostek, które wyszły na światło dzienne. Poprzedni rozdział z perspektywy Adama zakończył się tym, że odkrył on obóz Wiksy oraz to, że ktoś z klasztoru mu pomaga - takie spotkanie nie może się obyć bez nowych intryg, które zbudują przyszłą akcję! 

Nie przedłużając już - zapraszam do czytania!

~~~

1
   – Wstawaj, śpiąca królewno.
   Ten głos połączony z dość mocnym uderzeniem w twarz otrzeźwił mnie od razu. Rozmytym wzrokiem rozejrzałem się wokół, czekając aż moje oczy z powrotem nabiorą ostrości. Zmrużyłem je, gdy natrafiłem na  jasne, oślepiające światło i odwróciłem głowę w drugą stronę. Wtedy zobaczyłem wciąż jeszcze niewyraźną twarz, bardzo blisko swojej. Upiorny uśmiech oraz znajome rysy sprawiły, że ogarnął mnie strach.


   Nie. Tylko nie to.
   – Zaskoczony, co? – głos mężczyzny był drwiący, a sam jego uśmiech, powiększył się jeszcze bardziej. – Chociaż może wcale aż tak bardzo, prawda? W końcu przeczuwałeś, że wcale nie zginąłem, ale nikogo nie ostrzegłeś. Przez ciebie cały wasz obóz jest zagubiony, jak dziecko we mgle.
   Moje ręce spętane były na plecach szorstkim sznurem, a sam siedziałem na zimnej podłodze. Pod ścianami ustawione były drewniane skrzynie, a kilka podobnych znajdowało się na środku magazynu i służyły za stół. Pare świec nie dawało zbyt wiele światła, ale dzięki nim mogłem zobaczyć kilkanaście sylwetek, które w milczeniu i z uwagą przysłuchiwało się słowom swojego przywódcy. Wśród nich była też postać w mnisim habicie, której twarz nie skrywał już kaptur.
   – Teraz jesteś z nimi? – zapytałem ostro, zwracając się wprost do dziewczyny. – Zmieniasz strony jak pieprzona chorągiewka.
   – Gówno wiesz – syknęła Lena, podchodząc bliżej.
   – Właściwie, to tak – przytaknąłem, wbijając w dziewczynę pełne nienawiści spojrzenie. Gdyby nie krępujące mnie więzy, pewnie zrobiłbym użytek z rąk. – Wyjaśnij mi, dlaczego zdradzasz klasztor? Dlaczego zdradzasz Roba? Dali ci wszystko, a ty tak po prostu naplułaś im w twarz.
   Lena w odpowiedzi jedynie prychnęła, ale widziałem, że moje słowa ją zdenerwowały. Nawet jeśli nie znałem powodów jej bratania się z Wiksą, to pewnie i tak bym ich nie zrozumiał. Ta zdrada była gorsza niż nóż w plecy.
   Pomyślałem o Robie i o tym, co będzie, gdy się dowie o czynie swojej dziewczyny. Oczywiście jeśli będzie miał okazję się dowiedzieć – dodałem. Nie wiedziałem, co mnie czeka. Po tym, co się stało na arenie, Wiksa z całą pewnością nie miał w zamiarach wypuszczenie mnie.
   Spojrzałem na jego rękę. Do kikuta w roli protezy zamontowane zostało dość długie ostrze, wyglądające jak naostrzony kawałek metalu. Wiksa zauważył, na co patrzę i uniósł ramię, mierząc we mnie końcem broni.
   – Niezłe, co? – zapytał, wciąż się szczerząc. – Pablo pomógł mi w zrobieniu jej i paradoksalnie od niej zginął. A to pech.
   Wiadomość o śmierci Pawła zaskoczyła mnie. Mimo, że mężczyzna był dupkiem i tchórzem, to nie życzyłem mu takiego losu. No i pomyślałem o małej Nadii. Dziecko straciło już drugiego rodzica.
   – Zadowolony jesteś z siebie? – zapytałem kierowany gniewem. – To i tak nie zmieni faktu, że jesteś nikim więcej, jak szczurem, kryjącym się z resztką ludzi. Nie masz nic. Nie wygrasz z nami i doskonale o tym wiesz.
   Wściekły grymas przeciął twarz Wiksy i już myślałem, że zrobi użytek ze swojej protezy. Skrycie na to właśnie liczyłem. Chciałem wyprowadzić go z równowagi. W takim stanie ludzie przestają myśleć logicznie i łatwo o błąd, który mógłby okazać się dla mnie korzystny.
   Niestety jednak Wiksa nie dał się sprowokować. Gdy już myślałem, że w jakiś sposób ukarze mnie za moje słowa, ten uśmiechnął się w sposób, od którego aż mnie zmroziło. Mężczyzna przejechał dłonią po krótkich, jasnych włosach, z głębokimi zakolami i wyraźnie przerzedzającymi się na czubku głowy.
   – Jesteś bardzo pewny siebie – powiedział. – Aż tak wierzysz, że ty, ta suka albo ktokolwiek inny z waszego zawszonego klasztoru jesteście w stanie mnie pokonać? Naprawdę?
   – Już to zrobiliśmy – powiedziałem hardo.
   – Coś mi się nie wydaje – Wiksa wyprostował się i obejrzał na stojącą kilka kroków za nim siostrę. – Lena też tak myśli i dlatego tu jest. Może nie jesteśmy aż tak różni, jak nam się wydawało.
   Wcześniej nie zauważałem podobieństw między rodzeństwem, ale teraz widziałem, że rzeczywiście kilka rzeczy z wyglądu ich łączyło. Nie licząc koloru włosów oraz oczu, mieli identyczny kształt nosów oraz lekko kwadratową linię szczęki. Wzrostem Lena mocno odstawała od brata, sięgając mu zaledwie do ramienia, a ten był prawie dwa razy szerszy w barkach, niż ona. Ostatnią, łączącą ich rzeczą, był podły charakter, o czym właśnie się dowiedziałem. Nie pomyślałbym nawet, że dziewczyna Roba mogłaby spiskować z naszym wrogiem. Nawet jeśli byli rodzeństwem, to świadomość, jakim człowiekiem był Wiksa, nie powinna pozwolić Lenie pójść z nim na układ. A jednak geny zwyciężyły. Ciągnie swój do swego – pomyślałem.
   – Wiesz – Wiksa ponownie zwrócił się do mnie – może dobrze, że się tu pojawiłeś. To zmieni trochę moje plany, ale może przyśpieszy niektóre rzeczy. Moi ludzie są już zmęczeni koczowaniem w tym magazynie i chętnie by zamieszkali w wygodnym klasztorze.
   – Strażnicy zabiją was, nim w ogóle zbliżycie się do bramy – powiedziałem ostro, mierząc Wiksę wzrokiem.
   – Strażnicy? – Lena zaśmiała się cicho. – Z tego, co wiem, ty miałeś teraz wartę. Brama jest bez opieki, kochany.
   Zacisnąłem zęby ze złości i przekląłem siebie, że nie zaalarmowałem nikogo, gdy zobaczyłem wymykającą się Lenę. Jeśli nie zdarzyłby się cud, mur pozostanie pusty aż do rana, gdy zjawi się mój zmiennik. A do świtu pozostało co najmniej pięć godzin. W takim czasie można wiele zrobić – wejść na teren klasztoru, wybić mieszkańców, przejąć obóz.
   Zawiodłem – pomyślałem z goryczą. – Zawiodłem Saszę. Zawiodłem wszystkich.
   – Spieprzyłeś sprawę po całości, Adamie – Wiksa ponownie pochylił się nade mną, dotykając końcem ostrza swojej protezy mojego czoła. – Ciekawe, jak twoja Sasza zareaguje, gdy wróci z Krosna i zobaczy, że przez ciebie cały obóz padł?


   – Czego chcesz? – syknąłem wściekły.
   – Mógłbym teraz cię zabić – Wiksa złożył jeszcze większy nacisk na moje czoło. Poczułem piekący ból, gdy ostrze rozcięło mi skórę, a po chwili krew zaczęła mi spływać po nosie i skapywać z jego końca. – I zrobiłbym to z największą przyjemnością. Ale jeszcze nie dziś. Na razie jesteś mi potrzebny.
   Wiksa cofnął się, a brak nacisku na moje czoło sprawiło, że głowa sama mi opadła. Stróżka krwi zmieniła tor i zalała mi lewe oko.
   – Jeszcze pożyjesz, Adamie. I jeszcze dla mnie popracujesz.
   – Nigdy! – syknąłem twardo. Nie mogłem uwierzyć, że Wiksa mógłby choćby pomyśleć o tym, że stałbym się jego człowiekiem.
   – Naprawdę? Myślisz, że masz wybór? – Wiksa roześmiał się krótko. – Chyba nie widzisz, w jak gównianym położeniu jesteś. Jeżeli nie będziesz chciał robić tego, co ci każę, poprowadzę ludzi na klasztor. Wybiję wszystkich – co do jednego. Nie będę z tego powodu szczęśliwy, bo w przeciwieństwie do niektórych – nie lubię zabijać. Jeśli zabiję wszystkich mieszkańców, kto będzie pracował? Ludzie, to siła. No, ale niestety. Gdy Sasza i reszta wrócą, ich także zabiję, ale przedtem zobaczą przez kogo się stało, jak się stało. Dumny i honorowy Adam nie chciał uratować kilkudziesięciu żyć, bo ważniejszy był dla niego jego własny tyłek.
   Ścisnąłem mocno spętane dłonie, szarpiąc nimi lekko. Więzy nawet nie drgnęły.
   Nie myślałem o sobie – z całą pewnością nie. Zależało mi na klasztorze, na jego mieszkańcach, na Saszy. Nie zamierzałem ich zdradzić, ale też nie chciałem dopuścić, by ktokolwiek zginął przeze mnie. Dlatego też musiałem zgodzić się na wszystko, czego chciał ode mnie Wiksa. Od tego zależało życie wszystkich.
   – Co mam zrobić? – zapytałem, patrząc z nienawiścią na mężczyznę.
   Ten uśmiechnął się zwycięsko, a we mnie krew się zagotowała.
   Wiksa dał znak stojącym za mną ludziom, a ci podnieśli mnie. Jeden z nich przeciął krępujące mnie więzy. Z ulgą rozmasowałem bolące nadgarstki.
   – Podobno do klasztoru prowadzi nie tylko jedna droga – powiedział, a ja poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy.

2
   Cuchnęło, było ciemno, wilgotno, a każdy krok odbijał się echem w wydającym się nie mieć końca, podziemnym korytarzu. Mrok rozpraszało jedynie kilka latarek, jakie mieli ludzie Wiksy. Padające na pochłonięte przez ciemność korytarze światło płoszyło żyjące w kanale szczury. Te uciekały z piskiem przed intruzami, którymi dla nich byliśmy. Widząc te duże, paskudne stworzenia, czułem zazdrość. Sam chętnie czmychnąłbym do jakiejś nory.
   Drogę tą znałem tylko z opowieści. To tędy Rob, Max, Czesiek i reszta dostali się do klasztoru, gdy ten otoczony był przez zombie. Więcej nikt już z niej nie korzystał. Aż do teraz.
   Prowadziła nas Lena, bo jako jedyna miała już okazję tędy iść. Widziałem ją, będącą na samym przedzie naszej piętnastoosobowej grupy. Wiksa zabrał prawie wszystkich swoich ludzi, co wcale nie wróżyło dobrze. Odkąd usłyszałem o wyprawie na klasztor, nie mogłem pozbyć się złych przeczuć, które ciążyły mi na barkach. Wiedziałem, że cokolwiek się wydarzy po wyjściu na powietrze, będzie to tylko i wyłącznie moją winą. Bo przecież klasztor wciąż był bez opieki. Jeśli nikt nie wyszedł na zewnątrz i nie zauważył mojej nieobecności, nasz obóz był podany jak na tacy.
Obejrzałem się przez ramię za siebie.
    Wiksa szedł z Andrzejem prawie na samym końcu. Rozmawiali o czymś, ale nie mogłem wychwycić ich słów. Te tłumione były przez maski, które wszyscy mieliśmy na twarzach. Przedstawiały one wykrzywione w grymasach twarze, parodiujące znane potwory rodem z Halloween. Mimo tego, że początkowo uważałem je za tandetne, to w mroku kanału przedstawiały się nawet przerażająco.
   Nie wiedziałem, jakie zamiary miał Wiksa co do klasztoru. Zapewniał jednak, że nie zamierza nikogo zabijać. Ale ile mogły był warte jego słowa?
   Przyśpieszyłem, zostawiając za sobą ludzi grupę i dogoniłem idącą z przodu Lenę. Biała maska bohatera filmu Krzyk zwróciła się na moment w moją stronę.
   – Pewnie ciekaw jesteś, dlaczego to robię – odezwała się, uprzedzając moje pytanie.
   – Nie sądzę, że powodem jest siostrzano-braterska miłość – mruknąłem, na co Lena prychnęła.
   – Pieprzyć Wiksę – powiedziała takim tonem, że nie miałem wątpliwości, że nie ma między nimi żadnych cieplejszych uczuć. – Robię to dla siebie. I dla Roba.
   Nie uwierzyłem w te ostatnie słowa. Nie tylko dlatego, że nie mogłem sobie wyobrazić, by tak zimnej i wyrachowanej osobie, jaka szła obok mnie mogło rzeczywiście kimkolwiek zależeć, ale też i z powodu tonu, z jakim to powiedziała. Była w nich dziwna nuta, która odkrywała własne, samolubne cele.
   – Dlaczego ci nie wierzę? – zapytałem.


   – Nie musisz – Lena zatrzymała się i zaraz zrozumiałem dlaczego. Nad naszymi głowami znajdował się właz, prowadzący na teren klasztoru. Ścisnęło mnie w żołądku. – Wystarczy, że ufanie Saszy zaprowadzi cię w kłopoty.
   – O czym ty mówisz?
   Nawet przez maskę Krzyku, zobaczyłem paskudny, złośliwy uśmiech rozlewający się na ustach Leny. W błękitnych oczach pojawił się błysk.
   Nie zdążyłem jednak dostać odpowiedzi na zadane pytanie, bo na przód grupy przedostał się Wiksa. Maska bohatera filmu Halloween zadarła się do góry. Mężczyzna chwycił za kępkę ciemnych, sztucznych włosów i uniósł sztuczną twarz, odsłaniając swoją, prawdziwą.
   – Pora wpuścić kilka psów, do tego kurnika – powiedział i pierwszy chwycił się metalowej drabinki wmurowanej w ścianę. Zaskakująco zwinnie zaczął wspinać się ku górze, a brak ręki nawet mu w tym nie przeszkadzał.
   Za przywódcą ruszyli kolejni, a gdy już sam miałem do nich dołączyć, poczułem szarpnięcie za ramię. Lena podniosła swoją maskę, więc zrobiłem to samo.
   – Naprawdę myślisz, że znasz Saszę? – zapytała kpiąco.
   – Wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jest dobrym przywódcą – odparłem i wskazałem na górę.  – I nie zasłużyła, by robić jej to.
   Moja pewność, co do swoich słów, została jednak mocno zachwiana, gdy Lena wybuchnęła śmiechem. Ten poniósł się echem po pustym korytarzu.  
   – Nic o niej nie wiesz – powiedziała, kręcąc głową z politowaniem. – Sasza nie jest, nie była i nigdy nie będzie dobrym człowiekiem. Nie po tym, co zrobiła. I zasługuje na wszystko, co ją teraz czeka.
   Lena podeszła do drabinki, ale tym razem to ja nie pozwoliłem jej wejść. Mimo, że nie ufałem jej w żadnym stopniu, to jej słowa obudziły we mnie ciekawość.
   Bo prawda była taka, że rzeczywiście niewiele wiedziałem o przeszłości Saszy. Niemal nic. Poznałem ją od strony, którą ukształtował świat po epidemii, a jedynymi osobami, którzy mogli ją znać z innej strony był Rob, Daria i właśnie Lena.
   – Co zrobiła? – zapytałem dziewczynę.
   – Nie powiedziała ci – Lena uśmiechnęła się zwycięsko. – W sumie to mnie nie dziwi. Zawsze była tchórzem. To się nie zmieniło. Ale skoro chcesz wiedzieć…
   – Chcę – powiedziałem twardo, ale zwątpiłem, widząc smutny uśmiech, który pokazała Lena. Pierwszy raz widziałem tak szczere uczucie na jej twarzy.
   – Zabiła mojego przyjaciela.

3
   Udało nam się wyjść na powierzchnię nie robiąc przy tym żadnego hałasu i wszystko wskazywało na to, że pozostaliśmy również niezauważeni. Nie byłem z tego powodu zadowolony. Liczyłem, że jednak ktoś zorientuje się, widząc moją nieobecność i zaalarmuje pozostałych. Klasztor był jednak spokojny. Zupełnie uśpiony i nieświadomy czającego się tuż pod jego nosem niebezpieczeństwa.
   – Otwórzcie bramę – polecił Wiksa.
   Dwóch mężczyzn od razu ruszyło w stronę wrót, a ja nawet nie wiedziałem, jak mam zareagować. Ogarnęła mnie wściekłość.
   – Mówiłeś, że nikt nie zginie! – syknąłem chwytając Wiksę za rękaw jego kurtki. Zostałem zaraz jednak odepchnięty.
   – I tak się stanie, chyba, że się nie przymkniesz – wycedził ten. – Trochę zaufania, Adamie, a wtedy wszystko obejdzie się bez rozlewu krwi.
   Zacisnąłem pięści, żałując, że nie mam żadnej broni. Wystarczyłby chociaż nóż, a mógłbym zakończyć tą farsę. Niestety byłem bezbronny.
   Brama skrzypnęła, gdy dwaj mężczyźni uwolnili metalowe skrzydła, które rozwarły się na całą szerokość. Myślałem, że na tym Wiksa poprzestanie, lecz wtedy jednak rozbłysło ostre, czerwone światło, które padło na stojące na placu pojazdy. Zmrużyłem oczy, rażony tą niespodziewaną łuną, która okazała się być racami. Tak ostry blask był widoczny pewnie z kilkuset metrów.
   – Ruszać się – odezwał się Wiksa, z powrotem zakładając maskę. – Mamy kilka minut, zanim zejdą się tu trupy i obudzą tamci. Każdy wie, co ma robić?
   Wszyscy oprócz mnie skinęli głowami, po czym zaczęli się rozchodzić. Musieli doskonale znać plan klasztoru, bo poruszali się w pewnie wcześniej ustalonych kierunkach. Pewien byłem, że mieli tą wiedzę od Leny.
   – Idź! – syknęła dziewczyna, uderzając mnie kolbą broni w plecy.
   Nasza dwójka i para mężczyzn weszliśmy do klasztoru głównymi drzwiami, zaraz po innej, trzyosobowej grupie. Tamci mignęli mi na końcu korytarza, gdzie znajdowała się lecznica. Zacisnąłem zęby, obawiając się tego, co może za chwilę nastąpić. Jak długo obóz mógł pozostać nieświadomy?
   Odpowiedź nadeszła po chwili, w postaci kilku głośnych wystrzałów. Odruchowo zgiąłem się, oglądając na otwarte drzwi. Zobaczyłem kilka sylwetek, należących do ludzi Wiksy, którzy za pomocą hałasu próbowali ściągnąć do klasztoru zombie. Ten plan im się udawał. W świetle rac widziałem pierwsze pokraczne postaci wdzierające się na plac.
   – Nie zatrzymuj się! – warknął jeden z mężczyzn, który nam towarzyszył.
   Przyśpieszyłem, ale nie dlatego, że tak mi kazano. Musiałem podjąć jeszcze jedną – choćby ostatnią i spaloną na starcie próbę powstrzymania tego szaleństwa. A nie miałem zbyt wiele czasu.
   – Leno! – zatrzymałem dziewczynę zastępując jej drogę. – Możesz nienawidzić Saszy, ale sama wiesz, że to nie jest dobry sposób na zemstę.
   – Odsuń się…
   – Nie karz niewinnych za coś, czego nie zrobili! To – Obejrzałem się niespokojnie, na coraz większą liczbę nieumarłych na zewnątrz. – To nie jest konieczne!
   – Wszystko jest konieczne! – wycedziła dziewczyna, odpychając mnie na bok.
   W tym samym momencie wszystko zaczęło się na dobre.
   Zbudzeni wystrzałami mieszkańcy klasztoru zerwali się ze swoich łóżek i wybiegli na korytarz. Chciałem ostrzec zamieszkujących parter, ale było za późno. Para, która wypadła ze swojego pokoju i natknęła się na nas, została zaatakowana serią strzałów w plecy przez grupkę, która wcześniej zniknęła za rogiem. Ich ciała zaczęły podrygiwać jakby rażone prądem, gdy kule szarpały nimi. Nie zdążyli nawet podnieść trzymanych w dłoniach broni.
   – Mamy spluwy! – oznajmił jeden z trójki. Mężczyzna zawiesił sobie karabin na ramieniu, po czym schylił się po sporej wielkości torbę. To była nasza broń.
   – Idźcie. Osłaniamy was – odparła Lena, przybierając pozycję do strzału.
   Wiedziałem, co za moment się stanie. Słyszałem dochodzące z góry krzyki, nawoływania, chaotyczny tupot nóg. Lena wraz z jednym z mężczyzn stanęła u podnóża schodów, a drugi odwrócił się w stronę korytarza. Czekali.
   Zobaczyłem, jak pierwsze osoby pojawiają się na szczycie schodów i ku swemu przerażeniu zobaczyłem wśród nich Cześka oraz Loskę. Ci dwaj zdołali schować się z powrotem za ścianę, ale to nie udało się dziewczynie, która nie miała aż tyle szczęścia. Byłem pewien, że kula, która trafiła blondynkę tuż pod lewym okiem, została wystrzelona z broni Leny.
   Magda – bo tak miała na imię dziewczyna – padła na kamienne schody, uderzając twarzą w kant, aż rozległ się przy tym trzask łamanej kości nosowej. Zjechała jeszcze parę schodów w dół, zostawiając za sobą smugę krwi, która skapywała coraz niżej. Widok ten wzbudził we mnie zarówno obrzydzenie, jak i wściekłość.
   Gdybym tylko kilka tygodni temu, na arenie, zabił Wiksę od razu, nie doszłoby do tego wszystkiego. Nikt by tej nocy nie zginął, Sasza i reszta nie musiałaby szukać sojusznika w osobie, którą wszyscy uważaliśmy za wroga, Lena by nie wbiła noża w plecy własnemu obozowi. Mogłem temu wszystkiemu zapobiec, a spieprzyłem sprawę.
   Kierowany czystą furią rzuciłem się na stojącego za mną mężczyznę. Ten nie spodziewał się ataku z mojej strony, dlatego wyrwanie mu broni przyszło mi łatwo. Zaraz po tym, jak pistolet znalazł się w mojej dłoni, wymierzyłem w głowę ukrytego pod maską człowieka Wiksy. Pociągnięcie za spust jeszcze nigdy nie przyszło mi z taką łatwością. Nie dane mi było jednak długo cieszyć się tym małym zwycięstwem. Zaalarmowana Lena oraz drugi z mężczyzn od razu rzucili się w moją stronę, by mnie powstrzymać.
   – Ty zdradziecki skurwielu! – Facet w masce wampira pchnął mnie na ścianę, o którą uderzyłem dość mocno głową. Zaćmiony dałem sobie wyrwać pistolet z dłoni. Znów byłem bezbronny.
   – Nie zabijaj go! Jest nam jeszcze potrzebny! – krzyknęła Lena, nadal oddając pojedyncze strzały w kierunku schodów.
   Kątem oka dostrzegłem ruch z boku, a po chwili trzymająca mnie ręka zwiotczała. Ramię zamaskowanego opadło bezwładnie, gdy kula wbiła się w jego przedramię.
   – Kurwa! – krzyknął padając na ziemię i wijąc się z bólu.
   Jarek trzymał w dłoniach strzelbę i gotował się do kolejnego strzału. Zanim jednak zdążył przeładować broń, pierwsza kula trafiła go tuż nad lewym okiem. Kula oderwała mężczyźnie niemal cały czubek czaszki, posyłając go na ścianę. Jarek padł na nią, zjechał na podłogę i zatrzymał się w pozycji półsiedzącej. Drugi nabój oderwał mu część dolnej wargi, pogruchotał żuchwę i wybił prawie wszystkie zęby. Dolna szczęka oraz podbródek Jarka przestały istnieć.
   Zapadła cisza.
   Odwróciłem się i niezbyt zdziwiłem, widząc Wiksę.
   – Spadamy – powiedział beznamiętnie, po czym odwrócił się i znów zniknął na dworze.
   Nie. Tym razem nie odpuszczę. Zrobię to tak, jak należy.
   Wykorzystując moment, schyliłem się po pistolet i wybiegłem za Wiksą, nim Lena czy ktokolwiek inny zdołał mnie powstrzymać. Z wyciągniętą przed siebie bronią wypadłem na zewnątrz. Miałem czysty strzał, wystarczyło tylko pociągnąć za spust, ale wtedy zostałem uderzony w brzuch z taką siłą, że aż się zgiąłem. Wiksa zatrzymał się.
   – Chciał cię zabić – wysapał facet, po głosie którego rozpoznałem w nim Andrzeja. – Skurwy…
   Intensywność ostrzału nagle przybrała na sile, a jej prekursorami byli mieszkańcy klasztoru, którzy nagle wybiegli na zewnątrz. Ściana nad głowami naszej trójki eksplodowała uderzającymi w nią kulami, obsypując nas pyłem oraz kawałkami betonu. Gdybym był wyprostowany, pewnie kilka naboi trafiłoby we mnie.
   Usłyszałem plaśnięcie, które nie było odgłosem kuli wbijającej się w twardy mur. Odwróciłem się w prawo, by zobaczyć, jak Andrzej odlatuje w tył, dostawszy prosto w pierś. Ciemna plama rozrosła się na jego klatce, a gdy ten wijąc się i jęcząc z bólu próbował zatamować krwotok, kolejny strzał trafił go prosto w twarz. Czerwień zalała mu białą maskę, którą wciąż miał na głowie, a spomiędzy kawałków plastiku widziałem strzępki skóry oraz kości. Mężczyzna był martwy, ale jego nogi oraz ręce jeszcze wierzgały w konwulsjach.
   Od patrzenia na ten makabryczny obrazek wyrwał mnie palący ból w lewym boku. Wpadłem na ścianę, bezskutecznie próbując nie krzyczeć. Musiałem uciekać, nim kolejna kula okazałaby się być dla mnie tą zabójczą. Przyciskając dłoń do krwawiącego miejsca rzuciłem się do ucieczki, a to tylko wzmogło ból, który niemal odbierał mi przytomność. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Musiałem dorwać Wiksę.
   Oprócz chłodu na zewnątrz, uderzył we mnie też fetor dziesiątek gnijących ciał, które zebrały się na terenie klasztoru. Słyszałem serie z karabinów, które dochodziły z miejsca, gdzie znajdował się właz do tunelu. Oznaczało to, że Wiksa i jego ludzie mają zamiar uciec, na co nie zamierzałem pozwolić.
   Omijając zombie, które wyciągały po mnie ręce, próbując chwycić, rzuciłem się biegiem w stronę, skąd wciąż padały strzały. Pistolet, który ściskałem w dłoni, zaczął stawać się śliski. Trzymałem go jednak mocno, powstrzymując się przed przedwczesnym strzałem. Chciałem mieć pewność, że tym razem trafię.
   Truposza, który próbował mnie złapać, strzeliłem najpierw w pierś, a potem poprawiłem celnym strzałem w głowę. To zwróciło uwagę części truposzy, które zaczęły sunąć w moim kierunku. Musiałem się pośpieszyć.
   Trzymając się za krwawiący bok sunąłem uparcie w stronę włazu. Tylko to się wtedy się dla mnie liczyło. Zaślepiony chęcią zemsty zapomniałem o całym otaczającym mnie świecie oraz całkowicie wyłączyłem logiczne myślenie.
   Dlatego też, widząc osobę z jedną ręką, strzelającą do gromadzących się zombie nie zawahałem się. Podniosłem pistolet, robiąc jeszcze kilka kroków, które zmniejszyły między nami odległość i upewniły mnie w przekonaniu, że tym razem nie spudłuję.
   I nie zrobiłem tego.
   Jeden strzał wystarczył, by kula trafiła mężczyznę w pierś, ale na tym nie poprzestałem. Pociągnąłem za spust jeszcze kilka razy. Ten padł na ziemię nie wydając z siebie żadnego dźwięku i już nie wstał. Zamierzałem jednak tym razem upewnić się, że rzeczywiście nie żyje. Nim zrobiłem kilka kroków zrozumiałem, że popełniłem wielki błąd.
   To nie Wiksę zabiłem. W kałuży błota oraz resztek śniegu, które zaczęły przybierać ciemniejszą barwę, leżał Kuba. Ciemne oczy mężczyzny patrzyły w niebo, a na twarzy zastygł mu grymas bólu i strachu. Zmarł od razu.
   – Nie! – usłyszałem nagle dziewczęcy krzyk, a potem zobaczyłem Samantę, stojącą kilka metrów ode mnie. Patrzyła na leżącego na ziemi Kubę, a potem podniosła wzrok na mnie.
   Chciałem jej wytłumaczyć, że to była pomyłka, nieszczęśliwy wypadek, ale nie zdążyłem, gdy niespodziewany ciężar spadł na moje plecy. Prawie przewróciłem się, jednak w porę udało mi się zaprzeć nogą, jednocześnie zrzucając napastnika na ziemię. Zombie od razu zaczął się podnosić, jednocześnie trzymając moją nogę, w którą miał zamiar się wgryźć. Kopnąłem go w twarz i już miałem zakończyć jego żywot za pomocą pistoletu, gdy usłyszałem świst, tuż obok swojej głowy. Rzuciłem się do ucieczki.
   Odbiegłem tak daleko, jak tylko było to możliwe. W końcu jednak rana w boku dała o sobie boleśnie znać i zmusiła mnie do zatrzymania się. Znalazłem się akurat za kościołem, gdzie nie było ani zombie, ani ludzi. Tego na ten moment potrzebowałem – chwili spokoju, na ogarnięcie swoich myśli.
   Oparłem się o ścianę budynku i podciągnąłem rękaw kurtki. Szarpnięciem oderwałem materiał koszuli, który przyłożyłem do wciąż krwawiącej rany. Wciąż pulsowała bólem, ale już trochę mniej.
Nadal padały wystrzały, krzyki oraz coraz słabsze jęki zombie, co było jedynym pocieszeniem. Wyjrzałem zza rogu kościoła i zobaczyłem, że większość nieumarłych leżała na ziemi, a pozostałe kierowały się za bramę, pewnie wabione tam przez kogoś. Reszta mieszkańców klasztoru pozbywała się tych truposzy, które nie zamierzały opuścić murów obozu. Dobrze – pomyślałem. ­
   – Klasztor walczy – mruknąłem, wychodząc z ukrycia. – Klasztor wciąż walczy.
   Zdjąłem maskę, wystawiając spoconą twarz na działanie chłodnego powietrza. Uniosłem ją ku górze, oddychając ciężko. Zrobiłem jeszcze kilka kroków, po czym usiadłem na ziemi. Wokół mnie leżało kilka ciał truposzy, przez co znalazłem się w kałuży ich brudnej krwi. Nie przejąłem się tym jednak.
   Zabiłem Kubę – pomyślałem. Wspomnienie widoku jego martwej twarzy sprawiał, że ściskało mnie w gardle.
   Nie wiedziałem, że to on. Może było to marne wytłumaczenie, ale tak właśnie było. Adrenalina, strach i wściekłość przyćmiła mi jasność umysłu. Sądziłem, że mam do czynienia z Wiksą.    Pomyliłem się, a błąd ten miał mnie kosztować bardzo wiele.  

4
   Nie miałem siły wstać.
   Nic nie mogło mnie zmobilizować do podniesienia się z kałuży cuchnącej krwi, pełnej skrzepów, kawałków kości oraz mózgu. Sporo tej paskudnej breji znajdowało się na moim ubraniu, dłoniach, nawet twarzy. Ta mieszanka nie należała jednak tylko do zombie. I to właśnie było najgorsze. 
   Miało obyć się bez rozlewu krwi – przypomniałem sobie zapewnienia Wiksy. – Nikt miał dzisiaj nie zginąć.
   Odważyłem się w końcu podnieść wzrok. Plac klasztoru usłany był dziesiątkami ciał zombie, a także kilkoma żywych, których jeszcze rano witałem skinieniem głowy, wymieniałem z nimi kilka słów, śmiałem się. Teraz ci nie żyli, a ja miałem ich krew na rękach.
   Oszukał mnie – uświadomiłem sobie. Lepiej późno, niż wcale.
   Wiksa od początku miał to zaplanowane. Namieszał mi w głowie, zdołał przekonać, że nie zamierza zabijać mieszkańców klasztoru, że wcale nie o to mu chodzi.
   – A od początku taki miał zamiar – syknąłem. – Ludzie, to siła.
   Siła, której musiał pozbawić klasztor. Jak inaczej miałby zyskać przewagę w ostatecznej walce? Wiksa chciał tylko jednego, a ja podałem mu to jak na tacy.
   Wystawiłem mu Saszę.
   – Tu jest.
   Głos dobiegał z bliska i bynajmniej nie brzmiała w nim troska. Nie, żebym na nią zasługiwał.
   Uniosłem głowę, gdy padł na mnie cień, zasłaniający poranne słońce. Do niego zaraz dołączyły dwa kolejne.
   – Wiedziałem, że nie można mu ufać – Czesiek niemal na mnie splunął.
   Dźwignąłem się z miejsca i wstałem. Ból przeszył mój bok, który znowu zaczął krwawić.
   – To nie tak – powiedziałem. – Ja nie…
   Pięść, twarda jak kamień, trafiła mnie w sam środek twarzy. Ponownie wylądowałem na ziemi, uderzając w nią dość mocno tyłem głowy. Ciemność zaczęła mnie pochłaniać.
   – Zabierzcie go do celi – polecił Czesiek, a ja poczułem, jak ktoś chwyta mnie za ramiona. Nie zamierzałem się opierać. 
   – Nie… zdradziłem – wyszeptałem.


   – To okaże się, gdy wróci Sasza – odparł Czesiek. – Bierzcie mi go sprzed oczu.
   – Nie rozumiecie. Wiksa…
   Drugi cios był jeszcze mocniejszy i boleśniejszy, niż poprzedni. Z całą pewnością był zadany czymś innym, niż pięścią. Stawiałem na kolbę strzelby, którą miał Czesiek. To uderzenie skutecznie pozbawiło mnie chęci na dalsze rozmowy oraz przytomności.


niedziela, 29 kwietnia 2018

ROZDZIAŁ 18 - ŚWIT ŻYWYCH (ROB)


1
   Wykorzystując całą swoją siłę, naparłem na ogromny ciężar ciał, które przyciskały mnie do podłogi, robiąc tym samym sobie miejsce, bym mógł się wyczołgać. Przez to, jak długo leżałem, unieruchomiony kilkoma zmarłymi, cały zdrętwiałem. Chwytając się nogi zmarłego, leżącego niedaleko, podciągnąłem się i wreszcie się uwolniłem. Miło było wziąć oddech, nie cuchnący zgnilizną rozkładających się zwłok. Samo wspomnienie ostatnich – zdawać by się mogło – godzin, obracało mój żołądek o sto osiemdziesiąt stopni. Ale powodem tego mogły być też wypite przeze mnie piwa oraz stres. Ani jednego, ani drugiego mi nie brakło tego wieczora.


   Dlatego też zwymiotowałem i przez kilka minut walczyłem z konwulsjami pustego już żołądka. Splunąłem paskudnie smakującą śliną, wytarłem usta i wyprostowałem się.
   Sala była pusta – oczywiście nie licząc dziesiątek ciał, usłanych na podłodze oraz paru zombie, pałaszujących swoje ofiary w dalszych częściach restauracji. Jakiś mężczyzna z rozszarpanym gardłem i zmasakrowaną twarzą, właśnie podniósł się do pozycji siedzącej i wydał z siebie cichy jęk. Jego mlecznobiałe oczy – widzące, lub nie – skierowały się w moją stronę. Warknął. To był znak, bym jak najszybciej opuścił budynek.
   Nie wiedziałem dokładnie, kiedy nastąpił wybuch. Rozmawialiśmy, piliśmy, śmialiśmy się. Nic nie wskazywało na to, że za kilka sekund stanie się coś takiego. Głośny huk, który zatrząsł całym budynkiem, posłał wszystkich na podłogę. I dobrze, bo następny wybił szyby z okien. Na głowy posypały nam się odłamki, które boleśnie zraniły mnie w twarz, gdy nie zdążyłem skryć głowy w ramionach. Szkło było wszędzie, gdy czołgałem się pod stół, chcąc tam ukryć. Nikt nie wiedział, co się dzieje. Wszyscy krzyczeli, nawet nie wiedziałem co. Ktoś wybiegł tylnym wyjściem na zewnątrz, a za nim kolejni. Początkowe zamieszanie zmieniło się w panikę. Ludzie zaczęli się przepychać, nawzajem tratować, a następny wybuch tylko wzmógł powszechne szaleństwo.
   Wśród krzeseł, stołów i innych ludzi, którzy jeszcze nie zdążyli się podnieść, wypatrzyłem Edwarda. Leżał, skulony na podłodze, gdy ktoś po prostu po nim przebiegł. Starszy mężczyzna jęknął, gdy ciężki but nastąpił mu na bok. Natychmiast opuściłem swoje bezpieczne schronienie i odpychając innych ludzi, znalazłem się przy przyjacielu.
   – Wstawaj! – Chwyciłem go za ramię i podniosłem.
   – Gdzie reszta? – zapytał, próbując przekrzyczeć panujący wokół raban.
   – Nie wiem – odparłem, rozglądając się. Nigdzie nie dostrzegłem nikogo, z naszej grupy. Może już uciekli – pomyślałem.
   Nagle mój wzrok padł na sporą, wciąż powiększającą się rysę na przeciwległej ścianie. Pękniecie biegło w górę, na sufit i odchodziło od niej coraz więcej mniejszych linii. Sypiący się tynk nie był dobrym znakiem.
   – Musimy uciekać – powiedziałem, kierując się w stronę drugiego wyjścia.
Jednak nie dane mi było dotrzeć nawet do połowy, gdy usłyszałem za sobą krzyki. Nie takie, jakie brzmiały do tej pory. Te było pełne przerażenia, ostrzegały.
   – Zombie! Cofnijcie się! – wołał ktoś.
   W drzwiach pojawiła się grupa nieumarłych, która od razu zaatakowała najbliżej się znajdujących. To powinno zrazić ludzi do użycia tej drogi ucieczki, ale z jakiegoś powodu tak się nie stało. Być może nie usłyszeli ostrzeżeń, albo sądzili, że uda im się minąć ożywieńców i bezpiecznie opuścić restaurację, jednak tak się nie stało. Sądząc po nasilających się krzykach oraz wyciu truposzy, tych było na zewnątrz jeszcze więcej. A ja nie miałem przy sobie broni.
   Chciałem ruszyć w stronę drugiego wyjścia, gdy i w tamtych drzwiach stanęli nieumarli. Tamci wciąż płonęli żywym ogniem i przenieśli go na nieszczęśników, których udało im się zaskoczyć. Od razu dopadł mnie smród spalenizny.
   – Rob! – Edward rzucił mi odłamaną od krzesła nogę. Taką samą sam dzierżył w dłoni.
   Trzymając pałkę, ruszyłem na najbliższego ożywieńca. Mocnym ciosem w bok stopionej twarzy powaliłem go na ziemię. Po zadaniu ciosu przez Edwarda, rozległ się trzask. Kolejnego truposza, który klęczał mi na drodze nad swoją ofiarą, uderzyłem niczym bejsbolista piłkę, zamiast niej, posyłając w powietrze kilka zębów. Spojrzałem na leżącą na podłodze dziewczynę. Patrzyła na mnie, błagając wzrokiem o pomoc. Mówić nie mogła. Miała rozerwane gardło, a przy każdym otworzeniu ust, wylewała się z nich krew. Nie mogłem jej pomóc.
   Powalając jeszcze jednego zombie, którego stopione ubranie przyległo do ciała, znalazłem się na prostej drodze do wyjścia. Chciałem już ruszyć w tamtym kierunku, gdy spostrzegłem, że nie ma przy mnie Edwarda. Dostrzegłem mężczyznę, kierującego się w stronę walczącego z zombie chłopaka.
   – Edward! – zawołałem za nim, ale ten albo mnie nie usłyszał, albo nie chciał słyszeć.
   Uderzył truposza pałką w plecy, ale to go wcale nie powaliło. Jedynie odwróciło jego uwagę od dzieciaka, który wykorzystał moment i od razu uciekł. Wdzięczność ludzka – pomyślałem ze złością, biegnąc przyjacielowi z pomocą. Edward chciał już zadać ożywieńcowi kolejny cios, gdy ten uniósł rękę i pochwycił starszego mężczyznę. Z przerażeniem zobaczyłem, jak blisko zębów żywego trupa znalazł się Edward. Nie zastanawiając się nad miejscem uderzenia, trafiłem zombie prosto w rozwartą szczękę, ale go nie powaliło.
   – Biegnij do wyjścia! – poleciłem mężczyźnie, kopnięciem przyszpilając ożywieńca do filaru. – Dogonię cię!
   – Rob…
   – Już! – syknąłem.
   To nie był dobry moment na sprzeczki. Kątem oka widziałem, że zombie wcale nie robiło się mniej. Padł nawet pierwszy strzał. Miałem nadzieję, że zapoczątkuje on serię, która zakończy ten koszmar.
Wyrwałem pałkę z zębów truposza i uderzyłem go nią między oczy. Jej koniec złamał się, ale nawet dobrze się stało. Dzięki ostremu końcu, mogłem bez większego problemu przebić się do mózgu ożywieńca.
   Rozejrzałem się po sali, z ulgą przyjmując fakt, że Edward posłuchał mojego polecenia. Mógł dobrze sobie radzić w walce, ale nie mogłem zapominać, że miał swoje lata. A nie zamierzałem pozwolić, by coś mu się stało.
Już chciałem uciec z restauracji, gdy dostrzegłem znajome postaci, przebiegające przez salę. Od razu rozpoznałem w nich swoją siostrę oraz Maxa. Chciałem krzyknąć, zawiadomić ich o swojej obecności, ale wtedy na ramionach poczułem uścisk. Odskoczyłem na bok, wyciągając przed siebie swoją broń. Przede mną stała ta sama dziewczyna, która jeszcze przed chwilą wykrwawiała się z rozszarpanym gardłem. Właśnie przez to jej nie usłyszałem – nie wydawała żadnych odgłosów, charakterystycznych dla zombie.
   Truposz wyciągnął obie ręce w moją stronę i ruszył na mnie. Chciałem cofnąć się, gdy zahaczyłem nogami o inne, leżące na ziemi ciało. Upadłem, a po chwili zostałem przygnieciony przez młodą przemienioną.
   – Szlag by cię! – syknąłem, chwytając ją za rozszarpane gardło i odsuwając tak daleko od siebie, jak byłem w stanie wyprostować rękę. Wbiłem ostry koniec pałki w dziurę w szyi dziewczyny, przebijając się aż do mózgu. Truposz znieruchomiał, a ja odetchnąłem.
   Nie na długo jednak.
   Kolejny zombie, który dostrzegł we mnie swój obiad, ruszył na mnie. Już miałem zrzucić z siebie ciało, gdy padł strzał, a kula przebiła się przez czaszkę ożywieńca. Ten runął na mnie, a jego ciężar na moment wycisnął z moich płuc całe powietrze. Jeszcze jeden zombie, który dołączył do stosu zwłok, unieruchomił mnie na dobre.
Próbowałem dostrzec strzelca, ale ciężko mi było nawet unieść głowę, nie mówiąc już nawet o wydostaniu się z tej pułapki. Z trudem wyswobodziłem jedną rękę i już miałem ściągnąć z siebie znajdujące się na szczycie ciało, gdy dobiegły mnie głosy ludzi. W pierwszej chwili chciałem ich zawołać, ale treść ich rozmowy mnie zaintrygowała. Tym bardziej, że jedną z tych osób była Libra.
   – Starczy. Spadamy stąd – zarządził jakiś facet zaraz po tym, jak padł ostatni strzał. – Reszta jest na zewnątrz.
   – Więc się nimi zajmijmy – fuknęła Libra.
   – Długo cię tu nie było. Już nie działamy bezmyślnie. Zasady się zmieniły.
   – Zasady? – prychnęła dziewczyna. – Zasady Topora? Daj spokój. Ten facet nie ma zasad.
   – Zdziwiłabyś się. Chodźmy. Znowu się schodzą.
   To Libra – uświadomiłem sobie, czując jednocześnie złość, jak i żal. Lubiłem tą dziewczynę i nawet nie podejrzewałem, że to ona mogła szpiegować nas dla Topora.
   Ale to by się zgadzało. Ona i Radek pochodzili z tych okolic. On pewnie też jest w to wszystko zamieszany – pomyślałem. – Wszyscy im zaufaliśmy, a oni byli zdrajcami. Świetnie.
   Przymknąłem oczy i położyłem głowę na podłodze. Kark już mnie bolał od trzymania jej w górze. Musiałem odpocząć. Choćby kilka minut, ale musiałem.
   Okazało się, że moje „kilka minut” trwało dość długo, bo gdy wyszedłem na zewnątrz, niebo zaczęło przybierać różowo-żółtą barwę. Patrząc na świt oraz na to, co pozostało z obozu w Krośnie, ogarnęła mnie melancholia. Ilość ciał i skala zniszczeń były dowodem na to, że każdy – nawet najlepszy obóz mógł upaść.
   Ciała – tych jeszcze nieprzemienionych bądź unieszkodliwionych zombie, słały się gęsto po ulicach. Było sporo krwi, pełno odłamków, które powstały w wyniku wybuchów. Prawy bok hotelu praktycznie przestał istnieć, tak samo jak most, gdzie znajdowała się barykada. Teraz była tam tylko czarna plama z pozostałością ciężarówki. Na ścianie budynku znajdującego się po drugiej stronie ulicy, rozbiło się auto. Całe było we krwi i tylko dzięki nielicznym prześwitom mogłem dowiedzieć się, że kiedyś było białe. Pod jego kołami wciąż znajdowało się zombie. Truposz machał rękoma, nic sobie nie robiąc z tego, że jedną z nich miał połamaną. Inne ożywieńce chodziły bez celu po terenie obozu, a było ich dość sporo.
   – I co teraz? – zapytałem się, ale odpowiedź nie nadeszła.
   Wszyscy zniknęli. Ludzie Topora, moi towarzysze. Miałem ich szukać? Nie. To by było zbyt ryzykowne. Chodzenie wśród zombie z nogą krzesła w roli broni nie było zbyt rozsądne. Tym bardziej, że nawet nie wiedziałem, gdzie mam szukać swoich. Saszę i Maxa ostatni raz widziałem… Godzinę wcześniej? Więcej? Możliwe. Nastał przecież już świt. Jedynym i najlepszym wyjściem było opuszczenie terenu obozu, a potem… O „potem” mogłem pomyśleć potem.
   Powalając idącego w moją stronę zombie jednym ciosem nie spodziewałem się, że będzie to dla mojej dotychczasowej broni ostatnie uderzenie. Przekląłem pod nosem, gdy połowa nogi krzesła uderzyła o ulicę, a mnie pozostała w ręce druga część. Do niczego już się nie nadawała.  Wściekły cisnąłem nią przed siebie. Nie przewidziałem, że uderzy ona prosto w metalowy kosz, a to zwróci na mnie uwagę zombie.
   – Cholera.
   Widok idących na mnie zombie, powoli zamykających w okręgu, uświadomił mnie o beznadziejności sytuacji. Bez broni i sam, przeciw kilkunastoosobowej grupie, która stale się powiększała. Nie miałem nawet czego użyć, by chociaż zawalczyć przed śmiercią.
   Nie tak chciałem umrzeć. Nie. W ogóle nie chciałem umrzeć. Jeszcze nie dokończyłem spraw, które zacząłem.  To nie był mój czas, do cholery!
   Uderzyłem pięścią najbliżej znajdującego się truposza, posyłając go na trzech, idących za nim. Cała czwórka upadła. Tak samo postąpiłem z następnym, a kolejnego kopnąłem w brzuch. Powiedzenie: żywcem mnie nie weźmiecie, jeszcze nigdy nie było dla mnie tak prawdziwe i bliskie.
   Już miałem zadać kolejny, tym razem ostatni dla mnie cios, gdy rozległ się huk wystrzału. Odruchowo schyliłem się, kryjąc głowę. Kula nie była jednak przeznaczona mi. Trafiła ona jednego z zombie, a następne pozostałych. Po zaledwie kilku sekundach, stałem pośród podziurawionych ciał ożywieńców. Żywy.
   – Niezły prawy sierpowy, chłopcze! – zawołał idący na czele kilkuosobowej grupy Topór. Już sam jego uśmieszek sprawiał, że krew się we mnie gotowała, ale musiałem okazać mu choć odrobinę wdzięczności. – Ty mogłeś wziąć udział w walce na arenie.
   – Dzięki – mruknąłem, choć nie sprecyzowałem za co dziękuję. Pomoc, czy pochwałę.
   – Rob – Hindus przedarł się na przód i uściskał mnie po przyjacielsku. Zaraz to samo zrobiła Agata.
   – Dobrze was widzieć – powiedziałem, szczerze ucieszony ich widokiem.
   – Jest też Edward. Czeka z resztą w obozie za miastem – oświadczyła Agata, na co kamień spadł mi z serca. Dobrze było wiedzieć, że staruszek sobie poradził.
   – Sasza i Max też tam są? – zapytałem.
   – Gdyby tak było, nas by tu nie było – powiedział Topór, patrząc na mnie pobłażliwie. – Wybacz, chłopcze, ale nie jesteś dla mnie na tyle ważny, bym narażał dla ciebie swoich ludzi.
   Przemilczałem tą złośliwość. Wcale nie zależało mi na tym, by Topór uważał mnie za kogoś istotnego. To było ostatnie, czego bym od niego chciał.
   – Nie bocz się, chłopcze, tylko łap za broń – Topór rzucił mi pistolet, po czym wziął karabin w obie ręce. – Żywa, lub martwa, panowie! Nie ukrywam, że wolałbym tą pierwszą opcję, ale drugiej nie negować!
   Posłałem Toporowi groźne spojrzenie, którego ten nie zauważył, albo nie chciał zauważyć. Sam byłem świadom opcji, że moja siostra mogła nie mieć tyle szczęścia, co my – bo to zawsze musieliśmy brać pod uwagę, ale to, że Topór wypowiedział na głos moje największe obawy, prawie wyprowadziło mnie z równowagi. Sasza była najbliższą mi osobą i nie wyobrażałem sobie, by mogło jej zabraknąć w moim życiu, w którym była praktycznie od zawsze.
   – Jak się uratowałeś? – zapytała nagle Agata, odciągając mnie od nieprzyjemnych tematów. – Edward mówił, że miałeś do niego dołączyć, ale nie zrobiłeś tego. Potem już nie miał jak wrócić do środka.
   – I dobrze, że tego nie zrobił – powiedziałem szczerze. – Próbowałem uciec na zewnątrz, ale zobaczyłem Saszę i Maxa, chciałem ich dogonić, ale pojawiły się zombie i tak się jakoś stało, że spędziłem trochę czasu przygnieciony ciałami.
   – Przyjemna historia – powiedział sarkastycznie Hindus. – W naszym przypadku obyło się bez takich przyjemności. Po prostu wybiegliśmy za Erykiem i Marcinem – dodał, wskazując na idących z przodu mężczyzn. – Byliśmy pewni, że jesteście za nami.
   Widziałem cień poczucia winy na twarzy Hindusa. Pewnie źle się czuł z tym, że przez nieuwagę zostaliśmy w tyle, ale to nie była niczyja wina. Po prostu przypadek.
   – W porządku – powiedziałem, kładąc dłoń na jego ramieniu. – Co się działo później?
   – Zarządzono ewakuację  – odparła Agata. – Wepchnęli nas do ciężarówek i wywieźli drugim mostem za miasto. Zatrzymaliśmy się na dworcu i liżemy rany.
   – Sporo ludzi zginęło – dodał Hindus, o czym wcale nie musiał mi mówić. Wystarczyło tylko, bym rozejrzał się wokół. Nie trudno było odróżnić zombie, od mieszkańców Krosna.
   – Skąd się wzięło tyle zombie? – zastanowiłem się na głos.
   – Wlazły przez wschodnią bramę – odpowiedział na moje pytanie Topór, czego w ogóle się nie spodziewałem. – Była otwarta.
   Nie powinienem był, ale nie mogłem się powstrzymać przed złośliwością.
   – Może miałeś szpiega wśród swoich?
   – Wątpię, chłopcze – powiedział pewnie mężczyzna, mierząc z karabinu do nadchodzącego zombie. Trafił go jednym, celnym strzałem, po czym odwrócił się do mnie, z wyższością wymalowaną na twarzy. – Ja bym sobie na to nie pozwolił.
   Miałem broń i okazję, by spełnić swój zamiar i zabić Topora. Agata i Hindus ze swoimi karabinami mogliby mi pomóc, pozbywając się jego ludzi. Wzięlibyśmy ich z zaskoczenia. Poszłoby bez problemu, gdybyśmy tylko…
   – Topór – Jeden z mężczyzn zatrzymał się i wskazał na stojącą obok parku ciężarówkę. Wóz otoczony był przez dziesiątki zombie, które uderzały w blachy i trzęsły nim. Ktoś musiał być w środku.
   Obejrzałem się na Topora, ale wcale nie musiałem namawiać go do działania. Pierwszy ruszył w kierunku ciężarówki, a my za nim.
   – Oby się posłuchali – mruknął, przybierając pozycję do strzału, po czym krzyknął na całe gardło. – Na ziemię!
   Minęły zaledwie trzy sekundy ciszy, nim zmącił je wystrzał z czternastu karabinów. Kule masakrowały ciała zombie oraz przebijały się przez cienkie blachy ciężarówki. Brudna krew nieumarłych zostawiała ślady na białym pojeździe, tworząc makabryczne dzieło sztuki. Dołączyłem do strzelających, eliminując kilku nieumarłych. Gdy tylko padł ostatni, ruszyłem w kierunku pojazdu.
Otworzyłem skrzydło drzwi i z bijącym sercem spojrzałem do środka. Na podłodze leżały dwie osoby, kryjące głowy w ramionach.
   – Sasza? – zapytałem niepewnie i gdy upewniłem się, że to moja siostra, zawołałem do reszty. – To Sasza i Max?


   Objąłem wyraźnie ogłuszoną dziewczynę mocno i dopiero wtedy do mnie dotarło, co się wydarzyło tej nocy. Jak wielkie szczęście mieliśmy, że udało nam się dotrwać do świtu i pozostać przy tym żywymi. Choć wiedziałem o tym już wcześniej, to teraz miałem pewność, że przetrwamy.    Niezależnie od sytuacji – przetrwamy.

2
   Dworzec kolejowy, do którego przyjechaliśmy, znajdował się dość daleko od najbliższych zabudować, co czyniło z niego dobrym miejscem na postój.  Przed wejściem do środka stało kilkoro ludzi z bronią, najwyraźniej patrolujących okolicę.
   Odwróciłem się do siedzącej obok mnie Saszy, chcąc rzucić krótkim komentarzem na temat spóźnionej ostrożności Topora, gdy zobaczyłem minę swojej siostry. Znałem ją tak długo, że doskonale potrafiłem wyczytywać emocje z jej twarzy.
   – Co jest? – zapytałem.
   Sasza spojrzała na mnie, marszcząc brwi, po czym zagryzła wargę, odwracając wzrok. To oznaczało, że trapiło ją coś wielkiego.
   – Saszo? – Ścisnąłem jej dłoń, czego ta nie odwzajemniła.
   – Pamiętasz Rudego? – zapytała niespodziewanie.
   Ta nagła zmiana tematu zbiła mnie z tropu, ale samo wspomnienie naszego wspólnego znajomego – Patryka Rudzińskiego aka „Rudego”, wywołało uśmiech na mojej twarzy.
   – Jasne – odparłem. – Jak mógłbym, skurczybyka, zapomnieć? Przez niego złamałem rękę.
   Nie była to do końca wina Rudego, ale poniekąd tak. To on podpuścił mnie – dwunastoletniego szczeniaka – że nie dotrę do wieży radiolinii od niego. Ciągle obstawiał przy tym, że ja i mój rower jesteśmy wolniejsi od niego, czemu ja się sprzeciwiałem. Postanowiliśmy więc rozstrzygnąć spór wyścigiem poprzez nierówny teren trwającej budowy, pełen dołów i niebezpiecznych nasypów. Sasza próbowała wybić nam z głów ten niedorzeczny pomysł, ale żadne z nas jej nie posłuchało. Skończyło się to tak, że rzeczywiście nie dotarłem do mety szybciej od Rudego, a po wpadnięciu do dołu przez najbliższe miesiące miałem rękę w gipsie. Przez ten cały czas nasłuchałem się przechwałek kolegi oraz „a nie mówiłam” w wydaniu Saszy. Patrząc na swoje dzieciństwo z perspektywy czasu, byłoby w nim o wiele mniej wizyt w szpitalu, gdybym jej słuchał.
   – Dlaczego w ogóle o niego pytasz? – zapytałem.
    – Przegrałeś przeze mnie – zaczęła z cieniem uśmiechu, majaczącym się na ustach. – Zepsułam hamulec w twoim rowerze, gdy nie patrzyłeś.
   Wbiłem w Saszę zaskoczone spojrzenie, zupełnie nie wiedząc, co powiedzieć. Choć ta sprawa była już przedawniona, to byłem w szoku, że po tylu latach dowiedziałem się o sabotażu mojej własnej siostry.
   – Co? Zepsułaś mi hamulce? – Starałem się zachować powagę, ale ledwie co powstrzymywałem śmiech.
   – Nie chciałam, żebyś brał udział w tym durnym wyścigu – burknęła. – Myślałam, że zauważysz zepsute hamulce i się wycofasz. Za późno się zorientowałeś i cały mój plan wziął w łeb.
   Nie dałem rady być dłużej poważny. Roześmiałem się, kryjąc twarz w dłoniach. Kiedyś pewnie byłbym wściekły, że Sasza mnie tak urządziła, ale teraz to było komiczne. Chciała mnie powstrzymać przed zrobieniem sobie krzywdy, a w efekcie jej działań rzeczywiście ją sobie zrobiłem.
   – A ja myślałem, że to Rudy majstrował przy moim rowerze – powiedziałem, gdy już minął mi napad śmiechu. – A to byłaś ty. Bezczelna sabotażystka. Przez tyle lat nic mi nie powiedziałaś?
   – Nie było okazji – Sasza wzruszyła ramionami, skubiąc skórki przy swoich paznokciach. – Gdybym powiedziała ci od razu, byłbyś zły?
   – Pewnie tak – westchnąłem. – Na pewno tak. Ale potem pewnie doszedłbym do wniosku, że zrobiłaś to, bo się o mnie bałaś.
   – Czyli powinnam być szczera od początku? – Spojrzała na mnie, a ja nagle poczułem, że ta rozmowa wcale nie dotyczy tylko tematu wypadku z dzieciństwa.
   – Powinnaś, ja bym się pewnie wściekł i skończyłoby się to tym, że nie odzywałbym się do ciebie przez co najmniej tydzień – odparłem, obejmując siostrę ramieniem. – Jednak teraz, po takim czasie, przynajmniej wiem, dlaczego tak bardzo nie chciałaś, żebym się ścigał.
   – Naprawdę?
   – Bo oprócz tego, że się o mnie bałaś, to już wtedy byliśmy rodziną. A o rodzinę się dba i oszczędza im rzeczy, które mogą być dla nich ciężkie. Takie, jak na przykład wieść, że mała sabotażystka przyczyniła się do rozwalenia mojego ulubionego roweru.


   Samochód w końcu zatrzymał się, tak samo jak trzy pozostałe, jadące za nami. Wyszliśmy na zewnątrz, tak jak i pozostali. Nawiązałem kontakt wzrokowy z Maxem, który tylko skinął mi głową i nie wskazywało na to, że ma zamiar do nas dołączyć. Zauważyłem, że między nim, a Saszą panuje chłodny dystans. Nie znałem powodu tej nagłej wrogości, ale też nie zamierzałem się w to wtrącać. A przynajmniej na razie.
   Z wnętrza budynku wyszło kilka osób. Od razu wypatrzyłem wśród nich Edwarda oraz biało-czarną strzałę, która ruszyła w kierunku Saszy. Znajda skoczył na nią, o mało przy tym jej nie przewracając.
   – Cześć, piesku – Sasza ukucnęła, by móc należycie przywitać się ze zwierzęciem.
   Ja również potarmosiłem kudłaty łeb psa, który i na mój widok się ucieszył, po czym ruszyłem przywitać się z Edwardem. Widok mężczyzny – całego i zdrowego – bardzo mnie uradował.
   – Byłem pewien, że wam się udało – powiedział, poklepując mnie po plecach i zaraz zamykając w uścisku Saszę. Również Maxowi przypadło w udziale krótkie objęcie ramion starszego mężczyzny.
   – Czyli jesteśmy w komplecie – oświadczył Hindus, z zadowoleniem patrząc po naszej grupce.
   Nie. Wcale nie byliśmy w komplecie. Brakowało dwóch osób, z którymi koniecznie chciałem się rozprawić. Niestety, nigdzie ich nie widziałem.
   – A Radek i Libra? – zapytałem.
   Zobaczyłem nerwowe spojrzenie Agaty oraz smutek i zmieszanie wymalowane na twarzy Hindusa. Od razu wiedziałem, że jednak nie wszystkim się udało.
   – Radek wyciągnął mnie z hotelu, nim runęła ściana – wytłumaczyła kobieta. – Kazał mi biec do południowej bramy, a sam wrócił do środka, by pomóc reszcie. Nie wiem czy udało mu się wyjść.  Gdy powiedziałam o tym Librze, wróciła się po niego. Nie widzieliście ich nigdzie?
   Pokręciłem głową, tak samo jak Sasza. Choć bardzo chciałem, nie potrafiłem nie przejąć się tą wiadomością. W końcu, przez pewien czas, Radek i Libra byli jednymi z nas. To, że zostali przysłani przez Topora w roli szpiegów, już nie miał znaczenia. Miałem jednak nadzieję, że jakoś im się udało przeżyć.
   Okazało się, że z Krosna na dworzec dotarło nieco ponad trzydzieści osób. Mała była to liczba w porównaniu z tym, ilu mieszkańców liczył ten obóz. Widziałem jednak ilość ciał, leżących na ulicach, przemienionych oraz tych jeszcze nie. Straty były ogromne, a ci, którym udało się przetrwać, pewnie rozbiegli się w różnych kierunkach.
   To było nie na miejscu, ale uśmiechnąłem się w duchu, widząc obraz porażki Topora. Na moment zapomniałem o tym, że miał nam pomóc, wraz ze swoimi ludźmi, pozbyć się naszych problemów, a teraz sam je miał. Triumfowałem, bo spełniło się to, o co zabiegałem na spotkaniu Rady. Topór prawie został zniszczony. Prawie.
   Rannych było wielu, ale tylko parę osób dość poważnie. W większości były to zadrapania, otarcia oraz niegroźne rany. Ale były też przypadki złamań i nawet jedno przebicie metalową częścią zbrojenia. Felczer miał pełne ręce roboty, w czym pomagał mu każdy, kto był w stanie i miał jakąkolwiek wiedzę medyczną. Jedną z tych osób był Edward.
   Ja sam oczyściłem swoje rozcięcia, które spowodowało spadające szkło i rozmawiałem przy tym z Saszą, której Agata zamieniała opatrunek na ramieniu. Hindus siedział pod ścianą, drażniąc się ze Znajdą o kawałek jakiejś szmaty, której pies za nic nie chciał wypuścić z zębów. Rozmawialiśmy o niczym szczególnym, gdy zauważyłem nieobecność Maxa. Podzieliłem się tym spostrzeżeniem z przyjaciółmi.
   – Był ranny. Felczer powinien go zobaczyć – powiedziałem.
   – To nie jest aż tak poważne – mruknęła Sasza takim tonem, że aż spojrzałem na nią badawczo. Nagle wydała się być bardzo rozdrażniona, albo zdenerwowana.
   – Mimo to…
   – To duży chłopiec, Rob – Siostra uciekła ode mnie wzrokiem, zakładając koszulę. Warkocz ciemnobrązowych włosów zaplecionych z kucyka opadł na jej ramię. – Poradzi sobie.
   Wymieniłem spojrzenia z Agatą, która wyglądała na tak samo zbitą z tropu, jak ja. Dotychczas Sasza nie bagatelizowała nikogo, kto został ranny, a już na pewno nie Maxa. Po tym, jak został postrzelony, była względem niego nawet nadopiekuńcza, więc ta nagła zmiana nastawienia była zaskakująca.
   Wstałem z plastikowego krzesła, jakich pełno było na dworcu, i dogoniłem odchodzącą Saszę. Udało mi się ją zatrzymać dopiero na zewnątrz, gdzie pogoda znacznie się zmieniła. Było o wiele chłodniej, a niebo przykryły stalowoszare chmury. Miałem nadzieję, że nie oznacza to powrotu zimy. Chwile wiosennego klimatu dały nam nadzieję na rychłe ocieplenie.
   – Saszo.
   Zatrzymała się i spojrzała na mnie. Pierwszy raz widziałem takie zmęczenie, wymalowane na jej twarzy. Tak nie powinna wyglądać niespełna dwudziestodwuletnia dziewczyna. Sam też zauważyłem w swoim wyglądzie zmiany, ale nie miałem takiego wyczerpania w oczach, jakie miała moja siostra. Dziewczyna sprzed miesiąca, którą znałem całe życie, gdzieś zniknęła w ciągu tych kilku tygodni. Powinna zwolnić – powiedziałem sobie w myślach. Nagle ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, że tyle zrzuciliśmy na jej barki. Ja także.
   – Gdy wrócimy do klasztoru…
   – Czy to ma sens? – zapytała niespodziewanie, wchodząc mi w słowo.
   Ściągnąłem brwi, zaskoczony tym pytaniem.
   – Co takiego?
   – To… – Sasza rozejrzała się wokół, jakby szukała obiektu, który mógłby posłużyć do sprecyzowania jej myśli. – To wszystko. Jaki jest sens walki, przetrwania, chwytania się każdego dnia jeśli i tak wszyscy w końcu umrzemy?
   Przetwarzałem w myślach jej słowa, ciągle nie wierząc, że wypowiedziała je osoba, której determinacja napędzała nas wszystkich. Sasza była swoistym symbolem walki dla ludzi w klasztorze i jej zwątpienie mogło mieć fatalne skutki. A w tych czasach konsekwencja w dążeniu do celu była czymś ważnym, istotnym.
   – Naprawdę tak myślisz? – Podszedłem bliżej siostry. – Chcesz, żebyśmy się poddali?
   – Nie – zaprotestowała gwałtownie. – Nie chcę, żeby ktokolwiek odpuszczał.
   – To o co mnie właściwie pytasz?
   Sasza przejechała dłonią po naznaczonej zmęczeniem twarzy. Ta noc była bezsenna dla nas wszystkich, a świt upomniał się o nieprzespane godziny.
   – Nie wiem. Zapomnij o tym. Sama już nie myślę o tym, co mówię – wyjaśniła, ale niezbyt przekonująco. Głowę bym dał, że moja siostra miała jakiś kryzys. Poważny, lub nie, ale męczył ją.
   – Wiesz, że możesz mi o wszystkim powiedzieć, prawda? – Położyłem dłoń na jej ramieniu, uważnie się przyglądając.
   W odpowiedzi ta tylko skinęła głową, uciekając wzrokiem. Ten padł na coś, co gwałtownie zmieniło jej wyraz twarzy. Znowu stał się on zacięty i zdeterminowany, tak jak cała postawa Saszy. Ja również się wyprostowałem, widząc nadchodzącego Topora. Za mężczyzną szła czwórka jego ludzi z bronią i wyglądający jakby dokądś się wybierali.
   – Tu jesteś, ptaszyno – Topór uśmiechnął się do Saszy w typowy dla siebie, cwaniacki sposób. Ten wyraz zniknął jednak, gdy zerknął na mnie. Czułem, że przyjaciółmi nie zostaniemy.
   Żeby chociaż mi na tym zależało – pomyślałem.
   – Mamy mały problem – kontynuował. – Zgadnijcie, ile nas dzieli od najbliższego mostu, który nie jest zniszczony?
   – Zgaduję, że dużo – odparła Sasza.
   – Punkt, ptaszyno. Prawie trzydzieści kilometrów, a nasze auta nie mają aż tyle paliwa, by dotrzeć do waszego klasztoru. Jeżeli przelejemy większość do jednego samochodu, nie zabierzemy nawet połowy ludzi. Trzeba zorganizować więcej paliwa.
   Domyślałem się, dokąd zmierza ta rozmowa i już wiedziałem, co na to powie Sasza. I nie podobało mi się to.
   Byliśmy zmęczeni po bezsennej nocy oraz walce z zombie. Mogliśmy odpocząć choć ten jeden dzień, a po paliwo ruszyć z samego rana. Nigdzie się przecież nie spieszyliśmy. Dworzec był jak na razie bezpiecznym przystankiem, a i trupów w okolicy nie widziałem. Jaki był więc sens wyruszania na kolejny, wyczerpujący wypad?
   – Oczywiście, nie musicie brać w tym udziału – dodał Topór, nie oszczędzając kpiącej nutki w swoim głosie.
   Gdzieś miałem jego złośliwości.  W tamtej chwili liczyło się dla mnie tylko dobro naszych.
   – Saszo…
   – Pojedziemy – powiedziała twardo, zerkając na mnie z ukosa. Nie byłem zadowolony, ale przytaknąłem jej słowom.
   – Na to liczyłem – Topór uśmiechnął się zadowolony, biorąc się pod boki.
   – Ty nie jedziesz? – zapytała Sasza, biorąc karabin, który podał jej jeden z mężczyzn. Sam także taki dostałem.
   – Mam inne sprawy na głowie – odparł. – Ale nie myślcie, że zostawię was bez nadzoru. Będzie z wami ktoś, kto pokieruje całą wyprawą.
   Topór spojrzał za nas, gdzie również się odwróciliśmy. Max siedział na masce jednego z aut, uważnie nas obserwując. Nie wyglądał na zadowolonego – łagodnie mówiąc.
   – To jak, niedźwiedziu? – Topór wyciągnął jeden ze swoich toporków. Podrzucił go, po czym efektownie złapał ponownie za trzonek. – Wesprzesz grupę?
   Max wstał z maski i podszedł do nas. Bez słowa wyciągnął dłoń, a wtedy Topór podał mu swoją broń.


   Nie wiedzieć czemu, to oraz mina Saszy sprawiły, że poczułem się nieswojo. To było zupełnie tak, jakby Max opowiedział się po stronie człowieka, który jeszcze do niedawna był naszym wrogiem. Jakby był należał do jego obozu.
   Bo przecież zawsze o to chodzi. O ludzi. Ci, którzy mają silniejszą grupę wygrywają, a pozostali… Cóż. Jedni zyskują, a drudzy tracą.

3
   Nasza grupa składała się z siedmiu osób. Oprócz mnie, Saszy i Maxa, był też Eryk i Marcin, facet, do którego zwracano się Olo, a także i Łukasz – czego zupełnie się nie spodziewałem. Nie wyglądał on na osobę, która dałaby sobie radę na wypadzie, trzymając w rękach broń. Gdy zobaczyłem miny członków grupy Topora, uznałem, że i oni w to nie wierzyli.


   Łukasz – choć starszy ode mnie – był szczupły i krótko mówiąc – niewyrośnięty. Jego twarz nie pokrywał nawet cień zarostu, przez co wyglądał na młodszego, niż w rzeczywistości. W ogóle nie wpasowywał się w naszą grupę, a zaledwie kilka minut po wyruszeniu poznałem powód, dla którego zdecydował się wyruszyć z nami.
   Szedłem tuż za Saszą, która była nieustannie zagadywana przez chłopaka i nie mogłem się powstrzymać od śmiechu, widząc jego nieudolne próby zaimponowania mojej siostrze. Ta przyjmowała jego paplaninę chłodną obojętnością, lecz to wcale go nie zrażało. Wciąż mówił jak najęty, jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy z braku zainteresowania.
   Przemierzaliśmy las, gęstniejący z każdą chwilą. Przez korony wysokich sosen, światło słońca miało utrudniony dostęp do ziemi, a przez to robiło się mroczniej. Suche, zmarznięte gałązki trzaskały pod naszymi butami, a panująca wokół cisza sprawiała, że każdy – nawet najcichszy szept – niósł się echem.
   – Otoczyła nas kilkunastu… nie. Kilkudziesięciu osobowa grupa umarlaków – mówił Łukasz, a w jego głosie brzmiała ekscytacja. – Nie mieliśmy jak uciec. Gdybym nie znalazł…
   – Wybacz, ale muszę porozmawiać z Robem – przerwała chłopakowi Sasza, przystając.
   Łukasz wyglądał na zawiedzionego, gdy dziewczyna dołączyła do mnie. Dla Saszy było to jednak jak wybawienie, o czym świadczyło westchnięcie ulgi.
   – Trzeba mu przyznać – uparcie dąży do celu – powiedziałem, nie mogąc się powstrzymać od tego komentarza.
   – Niech odezwie się do mnie jeszcze raz, to przestrzelę mu nogę – mruknęła.
   Parsknąłem śmiechem, rozglądając się po naszej grupie.
   Eryk szedł na samym jej przedzie, rozmawiając z Marcinem. Obaj mężczyźni trzymali w dłoniach strzelby, w każdej chwili gotowi do obrony.
   Łukasz dołączył do Ola, teraz jego męcząc rozmową. Widząc zaciśnięte usta mężczyzny oraz irytację w oczach uznałem, że i on nie cieszy się z towarzystwa chłopaka.
   Max szedł kawałek od grupy, niemal wtapiający się tło gęsto rosnących drzew. Co chwilę znikał mi z oczu, a ponowne wypatrzenie go było nie takie łatwe. Przez kolor skórzanej kurtki, którą dostał od kogoś, zlewał się z otoczeniem. Kiedy tak szedł, lekko przygarbiony, z pochyloną głową, przypominał niedźwiedzia, jak z resztą nazywał go Topór.
   Trudno mi było rozgryźć, o co poszło jemu i Saszy, bo coś na pewno się stało. Ta dwójka, gdy już się kłóciła, to o coś poważnego, ale nawet po spięciu po głosowaniu na radzie, nie było między nimi aż takiej wrogości. No, wrogości ze strony Saszy, bo Max po prostu trzymał się z daleka.
   – Saszo?
   – Tak? – Moja siostra niechętnie się odezwała. Zupełnie tak, jakby wiedziała, jaki temat zamierzam drążyć.
   – To nie moja sprawa, ale co się między wami stało?
   Zagryzła policzek – jasny znak, bym dał jej możliwość wycofania się z odpowiadania na to pytanie. Jednak tego nie zrobiłem. Równie dobrze mógłbym wejść w ławicę piranii.
   – Nic poważnego, Rob – powiedziała beznamiętnie, patrząc gdzieś daleko przed siebie.
   – Odnoszę inne wrażenie – Wzruszyłem ramionami. – Chodzi o to, o co mnie pytałaś? Max ma jakąś tajemnicę?
   Sasza zatrzymała się, a co za tym idzie – ja też.
   Dziewczyna zwiesiła bezradnie ramiona, zaciskając przy tym mocno wargi. Szare oczy na moment spojrzały w niebo, jakby szukały w nich wsparcia.
   – Max jest… złożony – powiedziała zmęczonym tonem. – Wiesz o tym. Nie potrafi wyłożyć wszystkich kart na stół nawet jeśli będzie się na niego naciskać. Jeśli ma tajemnice, to wyjawi je lub nie. Nic na to nie poradzimy. Z takimi typami nie da się współpracować.
   – Skąd ja to znam – Uśmiechnąłem się.
   – Mówisz o mnie? – Sasza zmrużyła oczy, splatając ręce na piersi.
   – Poniekąd.
   W wyrażeniu swojej opinii na ten temat, Saszy przerwał krzyk. Głośny krzyk, pełen bólu i przerażenia. Niewiele myśląc pobiegliśmy w jego kierunku. To, co zobaczyłem, wywołało moją złość oraz odrazę.
   Łukasz leżał na ziemi, a na jego nodze zaciskała się stalowa szczęka wnyk. Ostrza mocno wbiły się w skórę rannego, rozcinając ją niemal do kości.
   – Uwolnijcie mnie! – krzyczał, a po jego policzkach spływały łzy. – To boli!
   – Chwila, Łukaszu – Saszy ukucnęła przed sidłami, oglądając ich mechanizm. Znała się trochę na tym. Chwyciła za szczęki, próbując nimi poruszyć, ale to spowodowało tylko jeszcze głośniejszy krzyk chłopaka.
   – Krzycz jeszcze, a ranna noga będzie twoim najmniejszym problemem – mruknął Max, rozglądając się wokół.
   – Wybacz, że nie może opowiadać żartów, gdy nogę miażdży mu siła prawie dwudziestu kilo – syknęła Sasza, groźnie łypiąc na Maxa. Ten tylko przewrócił oczami i wciął karabin w ręce. Jego ostrożność sprawiła, że i ja zacząłem spoglądać przez ramię. – Cholera!
   – Co jest? – zapytał Eryk, który dotychczas trzymał się z tyłu i unikał patrzenia na nogę chłopaka.
   – To mechanizm nie sprężynowy, a zębatkowy. I to stary – wyjaśniła Sasza, marszcząc brwi.
   – To problem?
   – Bez narzędzi tego nie otworzymy – powiedziała. Zauważyłem sposób, w jaki spojrzała na Łukasza i wiedziałem też, co on oznacza.
   Nie mieliśmy narzędzi. Niczego, oprócz broni palnej, która z pewnością nie byłaby w stanie podważyć zacisku szczęk wnyk, oraz kilka noży, które również się do niczego nie nadawały. A Łukasz był uwięziony. I wciąż tracił krew. I krzyczał. A echo bardzo dobrze niosło się po lesie.
Nie mogliśmy znajdować się daleko od zabudować. Przeszliśmy nieco ponad kilometr, a sam dworzec leżał dość niedaleko głównej drogi. A w okolicy były zombie. Przekonaliśmy się o tym w nocy. Choć to były tylko przypuszczenia, to nie mogliśmy nie brać pod uwagi, że trupy mogły być w pobliżu.
   – Pomóżcie mi – Sasza zdjęła plecak, klękając przy sidłach.
   – Co zamierzasz zrobić? – zapytał Eryk, kucając obok niej.
   – Otworzyć to – odparła.
   Również ukląkłem i poinstruowany przez Saszę złapałem za górną część metalowej paszczy, a Eryk za dolną. Sasza w tym czasie przyniosła solidnie wyglądający konar drzewa.
   – Na trzy – powiedziała, a my skinęliśmy głowami. – Raz. Dwa. Trzy!
   Pociągnąłem szczękę w swoją stronę, a Eryk w swoją. Choć obaj wkładaliśmy w to całą siłę, wnyki ani drgnęły, za to spowodowały, że Łukasz znowu zaczął krzyczeć.
   – To nic nie da – powiedziałem, wycierając zdrętwiałe od ściskania palce w spodnie.
   – Jeszcze raz – nie odpuszczała Sasza.
   Wymieniłem z Erykiem pełne zwątpienia spojrzenia. Obaj dobrze wiedzieliśmy, wszyscy to wiedzieli, nawet Sasza i Łukasz, że wnyki się nie otworzą. Stary i zardzewiały mechanizm zatrzasnął się na dobre. Nawet mając do tego narzędzia, nie udałoby się nam ich ruszyć.
   A mimo to spróbowaliśmy znowu. Skutek był ten sam.
   – Przestańcie! – załkał Łukasz, unosząc się na łokciach. Był blady, a czoło miał mokre od potu. Jasna grzywka aż się do niego lepiła.
   – Chcesz przeżyć, czy nie? – warknęła Sasza.
   – Jakby miał jakiś wybór – prychnął Max.
   Rzadko kiedy i mało komu udawało się wytrącić moją siostrę z równowagi na tyle, by utraciła panowanie nad sobą. Wydawało mi się, że nawet nie próbowała się powstrzymać, tylko od razu zerwała na równe nogi. Byłem przez chwilę pewien, że wykorzysta trzymany przez siebie konar w ataku na Maxa, ale tego nie zrobiła. Choć i do tego niewiele brakowało.
   – Jeżeli masz coś do powiedzenia, to niech przynajmniej będzie to coś istotnego – powiedziała, wyrażając złość każdą komórką swojego ciała oraz tonem głosu. – Chyba, że rzeczywiście jesteś takim tchórzem, jak myślę.
   Trafiła w sedno, choć tylko ich dwójka wiedziała, jaki temat tym poruszyła. Podejrzewałem, że to właśnie on był powodem ich sporu. To, w jaki sposób mierzyli się oboje wzrokiem, sprawiało, że sytuacja robiła się jeszcze bardziej napięta. A my mieliśmy i tak już jeden kłopot za dużo.
   – Możecie podyskutować o tym później? – warknąłem. – To naprawdę nie jest odpowiedni moment.
   – Święta racja.
   Spojrzałem na Marcina, który patrzył przed siebie w las. Właśnie stamtąd  nadchodziła kilkuosobowa grupa zombie. Przekląłem cicho na ten widok, a w głowie pojawił mi się obraz jeszcze większego stada, który pojawi się w tych okolicach.
   – Zajmijcie się nimi – poleciła mężczyznom Sasza, a sama wróciła do nas. – Jeszcze raz.
   Wraz z Erykiem pociągnęliśmy za stalowe szczęki, wkładając w to całą siłę. Palce bolały piekielnie, a na opuszkach niektórych z nich pojawiły mi się głębokie otarcia. Jednak wysiłek i ból przyniosły efekty. Wnyki drgnęły, a to oznaczało, że dało się je otworzyć.
   Rozległo się kilka strzałów, które powinny załatwić sprawę z zombie. Tak się jednak nie stało. Gdy obejrzałem się na eliminujących nieumarłych, zobaczyłem kolejną grupę ożywieńców – większą od poprzedniej.
   – Lepiej się pośpieszmy – powiedziałem, ponownie chwytając za szczękę.
   Tym razem ciągnięcie nic nie dało. Wnyki jakby na nowo się zacięły. Z z sykiem puściłem je, patrząc na swoje poranione palce.
   – To nic nie da – Eryk wytarł krew z opuszków w palce. Spojrzał na Łukasza, który patrzył na niego przerażony. – Przykro mi, dzieciaku.
   – Nie możecie mnie zostawić! – zaprotestował ten głośno. – Nie chcę umierać!
   – Nie umrzesz – powiedziała twardo Sasza. – Jeszcze raz.
   Eryk spojrzał na mnie, ale nic nie mogłem zrobić. Gdy moja siostra się na coś upierała, nic nie mogło zmienić jej zdania. Nawet coraz większa grupa zombie, która gromadziła się za naszymi plecami.
   Sądząc po odgłosach wystrzałów, robiło się gorąco. Jeżeli zaraz nie uda nam się tego otworzyć, będziemy musieli go zostawić – pomyślałem. Nie chciałem tego robić, ale nie raz trzeba było podejmować się rzeczy, których normalnie byśmy nie zrobili. Czasem trzeba było po prostu być egoistą.
   Ostatni raz – bo wiedziałem, że więcej już nie dam rady – szarpnąłem za szczękę. Zaskoczony zobaczyłem, że podnosi się ona. Nie na tyle, by Łukasz mógł wyjąć nogę, ale wystarczająco, by Sasza mogła wcisnąć kij między nie, zabezpieczając je przy tym przed ponownym zatrzaśnięciem.
Ta chwila szczęścia została jednak zmącona, gdy przybiegł do nas Marcin.
   – Trzeba stąd spadać – powiedział, wskazując już nie na grupę, a stado zombie. – Kończy nam się amunicja.
   – Za chwilę. Zaraz…
   – Nie mamy chwili – przerwał Saszy Max.
   Stado było około sto metrów od nas, ale jego ilość znacznie przeważała nasze możliwości. Nawet razem nie mieliśmy tyle amunicji, by się z nimi rozprawić.
   – Przykro mi – Eryk wstał. – Naprawdę.
   Z niedowierzaniem patrzyłem, jak on, Marcin i Olo zaczynają się wycofywać. W jeszcze większym szoku był Łukasz, który wyglądał tak, jakby nie wiedział, co się dzieje. Dopiero gdy mężczyźni odeszli kawałek, wpadł w histerię.
   – Nie! Nie możecie! Wracajcie tutaj! Nie! – wrzeszczał, przekrzykując tym jęki zombie. W głosie chłopaka brzmiała zarówno żałość, jak i strach. Gdy spojrzał na nas, pełnymi łez oczami, zobaczyłem w nich rozpacz i błaganie. – Nie zostawiajcie mnie. Nie chcę umierać.
   – Nie zostawimy – Sasza chwyciła oburącz kij. Nic nie wskazywało na to, że ma zamiar podążyć za Erykiem i resztą. Chociaż to byłoby najrozsądniejszym rozwiązaniem.
   – Saszo…
   – Ubezpieczajcie nas – poleciła nam Sasza, nie podnosząc wzroku. – Zaraz to się otworzy.
   Nie wiedziałem, kogo próbuje przekonać – nas, Łukasza czy siebie, ale wiedziałem, że nic jej nie zmusi do ucieczki, a sam bym jej nie zostawił. Dlatego wziąłem karabin i wymierzyłem w najbliższe zombie. Pierwsza salwa kul powaliła aż trzech ożywieńców, którzy wysunęli się znacznie na prowadzenie.
   Podczas gdy Max i ja eliminowaliśmy kolejnych truposzy, Sasza walczyła z wnykami. Starcie to przegrywaliśmy wszyscy. Zombie wcale nie ubywało, a stalowe szczęki wciąż tkwiły na nodze Łukasza. Na dodatek rozległ się szczęk, gdy nacisnąłem spust karabinu. Mój magazynek był pusty.
   – Koniec amunicji – powiedziałem, odwracając się do Saszy. Ta bez słowa zdjęła swoją broń i podała ją mnie.
   – Jeszcze chwila, Rob – powiedziała, nim zdążyłem sam cokolwiek powiedzieć.
   Za chwilę będzie za późno – pomyślałem, patrząc na stado. Te znajdowało się już o wiele bliżej i nawet kolejne salwy kul nic nie dały. To była najwyższa pora, by uciekać.
   – Musimy iść! – krzyknąłem do Saszy, ale ta nie posłuchała.
   Jeszcze mocniej natarła na kij i ku swojemu zdziwieniu zobaczyłem, że szczęki drgają. Niewiele, a jednak. Ten mały sukces sprawił, że Sasza włożyła jeszcze więcej siły rozwieranie wnyków. I może by się jej udało, gdyby nie niespodziewany trzask. Konar pękł, a sidła znowu się zacisnęły.
   – Kurwa – tylko tyle wydusił z siebie Łukasz, gdy jego nadzieja na uwolnienie zgasła, jak płomyk świecy na wietrze. Spojrzał na nas, pełnymi bezradności oraz błagania wzrokiem, gdy nagle jego twarz przecięło przerażenie. Zdążył tylko krzyknąć „nie”, zanim ostrze toporka wbiło się w jego nogę.
   Toporek opadał ze świstem, a jego ostrze zagłębiło się w połowie piszczela. Krew zaczęła tryskać na zaciętą twarz Maxa, gdy ten unosił co chwilę rękę, ponawiając uderzenia. Nie wierzyłem w to, co miałem przed oczami. Ten obraz był tak makabryczny, że z trudem nie poszedłem śladem Eryka i reszty ludzi. Byłem też na to zbyt sparaliżowany.
   Rozległ się zgrzyt kości,  kiedy Max wyciągał ostrze z pogłębiającej się rany. Łukasz krzyczał bez przerwy. Próbował się cofnąć, ale to mu się nie udało. Druga ręka Maxa przytrzymywała jego nogę w miejscu. Jedyne, co osiągnął dzięki temu szarpaniu się, to poszerzenie rany. Wśród krwi, skóry oraz mięśni pojawiła się kość. Jednak nie to było najstraszniejsze. Gorsza była pozbawiona wyrazu twarz Maxa, po której spływała czerwień. Ten wyraz, jaki miał na niej wymalowany, widziałem już wtedy, gdy katował Smitha.
   Max był jak w transie. Ani na moment nie przerwał pracy toporkiem, nawet po to, by otrzeć oczy. Dopiero wtedy, gdy ostrze wbiło się w ziemię, szarpnięciem uwolnił je i dopiero wtedy jakby oprzytomniał. Wyprostował się, a z rękami po łokcie umazanymi we krwi wyglądał jak rzeźnik.
Nie wiem, jak długo stalibyśmy w bezruchu, gdyby nie zbliżające się zombie, które otrzeźwiły nas z szoku. Sasza przyklękła przed nogą nieprzytomnego Łukasza, zdejmując najpierw kurtkę, a potem koszulę. Przyłożyła materiał do rany, tworząc prowizoryczny opatrunek, który od razu przesiąkł krwią.
   – Musimy uciekać – powiedziała, patrząc na grupę nieumarłych, znajdującą się zaledwie kilka metrów od nas.
   Przewiesiłem karabin przez ramię i wziąłem Łukasza za jedno ramię, a Max za drugie. Pomimo utraty nogi, chłopak wciąż ważył swoje, a to, że był nieprzytomny, wcale nie polepszało sprawy. Noga Łukasza – ta cała – szurała po ziemi, gdy biegliśmy przed siebie. Mocno trzymałem rękę przewieszoną przez ramię, ale ta i tak mi się wyślizgiwała.
   Sasza ubezpieczała nas, oczyszczając drogę z zachodzących nam ją zombie oraz prowadziła do wyjścia z lasu. Ten zdawał się jednak nie mieć końca, a kolejne metry wypełnione drzewami wcale nie napawały optymizmem. Tym bardziej, że zaczynaliśmy tracić siły, a Łukasz krew.
   On nie przeżyje – pomyślałem, zerkając na bladą twarz chłopaka, pozbawioną jakichkolwiek emocji. Nawet jeśli udałoby się nam uciec przed zombie, to niczego by to nie zmieniło. Nie mieliśmy nic, czym moglibyśmy opatrzyć należycie rany, ani też uchronić ją przez zakażeniem. Łukasz był martwy, a targanie go tylko narażało nas na niebezpieczeństwo.
   A mimo to nie zaproponowałem, by go zostawić. Nie zrobiłbym tego. Żadne z nas by tego nie zrobiło. Nie byliśmy tacy.
   – Tutaj! – zawołała Sasza, stojąc u wyjścia z lasu.
   Choć zdawało się to być niemożliwe – przyśpieszyłem.
   Wybiegliśmy na niedużą polanę, którą ze wszystkich stron otaczał las. Rosła też tam dość wysoka, bladożółta trawa. Choć miałem wątpliwości, czy schowanie się w niej uchroni nas przed zombie, nie protestowałem. Innego wyjścia nie mieliśmy.
   Dotarliśmy do środka polany, gdzie położyliśmy Łukasza na ziemi, a potem sami się na nią rzuciliśmy. Wysokie zarośla rzeczywiście ukryły nas, ale przez to nie widzieliśmy nieumarłych. Mogliśmy liczyć tylko na swój słuch i w niewielkim stopniu węch. Przez zimno, zombie aż tak szybko się nie rozkładały. W ogóle miałem wrażenie, że w ostatnim czasie niektóre ożywieńce przestały gnić. Zupełnie tak, jakby logiczny proces biologiczny nagle przestał ich dotyczyć.
   Coś trzasnęło. I to niedaleko nas. Zacisnąłem palce na kępkach trawy, czekając na dalsze wydarzenia. Spojrzałem na Saszę, leżącą tuż obok mnie. Ona też to usłyszała.
   Karabin wbijał mi się w pierś, ale nie miałem odwagi się choćby poruszyć, a co dopiero go zdjąć. Zamknąłem oczy, dzięki czemu skupiłem się tylko na słuchu.
   Szuranie oraz pomruki nie były aż tak odległe. Nawet wyraźne, choć mogła to spowodować moja wyobraźnia. Naprawdę niewiele brakowało, bym zerwał się na równe nogi i ruszył do ucieczki. Powstrzymywało mnie tylko to, że byli ze mną moi przyjaciele.
   Nagle rozległ się pomruk – bardzo bliski, ale i bardzo ludzki. Spojrzałem na Łukasza, który mocno zaciskał powieki i kręcił głową, jakby coś mu się śniło. Do tego wciąż wydawał z siebie ciche jęki, krzywiąc się przy tym. Zakryłem mu usta dłonią, co spowodowało, że chłopak otworzył oczy. Przestraszony wlepił we mnie zaskoczone spojrzenie. Przyłożyłem tylko palec do ust, ale ten albo tego nie zrozumiał, albo nie mógł być cicho. Nagle musiał przypomnieć sobie o bólu i zaczął łkać. Spływające po policzkach łzy moczyły moją dłoń, która jeszcze bardziej zwiększyła nacisk na jego twarz. To nic nie dało. Czułem na sobie spanikowane spojrzenia moich towarzyszy i słyszałem coraz bliższe szmery.
    Nie ma innego wyjścia – powiedziałem sobie w myślach, jednocześnie zaciskając palce i na nosie Łukasza. Chłopak najpierw nie rozumiał, co robię, ale zaraz pojął. I zaczął protestować. Nie sądziłem, że po utracie takiej ilości krwi będzie miał na to jeszcze siły, ale walczył. Próbował odsunął moją rękę od swojej twarzy, wbijał mi w nią paznokcie, drapał i szczypał w twarz. Gdy wsadził mi palec do oka, odsunąłem się. Chłopak wziął głęboki wdech, zachłystując się przy tym powietrzem, ale nie zdążył nawet zakaszleć, bo w jego czaszkę, tuż powyżej oczu, wbił się toporek. Rozległ się trzask pękającej kości, który miałem okazję już usłyszeć tego dnia. Był tak samo mrożący krew w żyłach, jak widok nieruchomych oczu, patrzących na mnie z wyrzutem, które zalewała czerwień.
Max nie wyjął toporka aż do momentu, gdy przestaliśmy słyszeć szuranie po trawie. Nawet po tym, gdy ostatni zombie opuścił polanę, my nie ruszyliśmy się z miejsca przez jeszcze kilka minut. Żadne z nas się nie odezwało, ani nie okazywało ochoty ruszenia w dalszą drogę.
   Ja pierwszy przerwałem martwą ciszę, tylko po to, by obrócić się na plecy i ulżyć miejscom, w które wbijał się karabin. Spojrzałem w niebo – tak samo stalowoszare, jak wcześniej – po czym przymknąłem oczy. Chłodne powietrze, które wypełniło mi płuca, wcale nie ostudziło wrzącej mi w żyłach krwi. nie zrobiły tego nawet płatki śniegu, które nagle zaczęły spadać.
   Zima nie odpuszczała.

4
   Potarłem skostniałe z zimna dłonie, a potem zacisnąłem i wyprostowałem palce kilka razy, aż poczułem w nich mrowienie. To nagłe zimno wcale nie było nam na rękę. Było nawet gorsze od śniegu, który na całe szczęście przestał padać. Zdążył za to utworzyć cienką warstwę bieli na leśnym podłożu.
   Milczeliśmy wszyscy, idąc od siebie w pewnych odległościach. Po tym, jak opuściliśmy polanę, zostawiając na niej Łukasza, nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Może było to spowodowane ogólnym zmęczeniem, albo też wciąż trwającym szokiem. Naraziliśmy życie, próbując uratować Łukasza, a ten i tak zginął.
   Spojrzałem na Maxa, a potem na toporek, który miał wciśnięty za pasek. Wciąż znajdowała się na nim krew. 
   Nie winiłem przyjaciela za to, co zrobił. Musiał, bo inaczej zostalibyśmy namierzeni przez zombie, ale to, w jaki sposób najpierw odciął nogę chłopaka, a potem wbił mu ostrze w twarz, przerażało mnie. Brak jakichkolwiek emocji podczas robienia takich rzeczy był charakterystyczny dla psychopatów. Czy Max był psychopatą? Wątpiłem.
   – Pieprzyć to – syknęła nagle Sasza, zatrzymując się.
   Zaskoczony spojrzałem na nią, tak samo jak Max. Przystanęliśmy obaj patrząc, jak Sasza opiera się o drzewo, uprzednio zrzucając plecak na ziemię.
   – Nie powinniśmy się zatrzymywać. Stado może być w pobliżu…
   – Oh, zamknij się – Sasza spiorunowała Maxa spojrzeniem. Pierwszy raz widziałem, żeby patrzyła na kogoś z taką nienawiścią. – Zabiłeś go.
   Max momentalnie się wyprostował, a jego twarz stężała.
   – I zrobiłbym to ponownie, gdybym tylko musiał – powiedział spokojnie, po czym ruszył z miejsca.    – Ruszajmy się. Niedługo będzie ciemno.
   – Z kim ty właściwie trzymasz, Max? – zawołała za nim Sasza. Była wściekła.
   Max zatrzymał się i spojrzał na Saszę. Sam był zły, ale nie tylko. Wyglądał tak, jakby słowa mojej siostry dotknęły go dogłębnie. Wiedziałem, że jeśli nie przerwę tej kłótni w tym momencie, ta rozwinie się do tego stopnia, że nasza grupa rozpadnie się na dobre.
   – Hej! – Stanąłem między Saszą i Maxem, zapobiegawczo oddzielając ich od siebie. – Nie obchodzi mnie, o co wam chodzi i to jest teraz najmniej ważna sprawa. Jakbyście nie zauważyli, to nie mamy prawie amunicji, jesteśmy – nie wiadomo gdzie i nie wiemy nawet, co mamy robić, więc zamiast nawzajem skakać sobie do oczu, zastanówcie się, nad tym, jaki mamy plan. W innym przypadku nie będę miał oporów przed zmarnowaniem tej reszty kul na was.
   Ruszyłem przed siebie, nawet nie czekając na reakcję towarzyszy na moje słowa. Byłem głodny, zmęczony i zły. Jeśli już wszyscy krzyczeli, to i ja miałem do tego prawo.
   Przeszedłem zaledwie kilka kroków, gdy nagle przystanąłem, gdy zobaczyłem w trawie krew, a potem ciągnący się wprost w zarośla kawałek zrytej ziemi. Przezornie wziąłem broń w dłonie i podszedłem bliżej krzaków. Zerkając jeszcze na nadal milczących Saszę i Maxa, odsunąłem gałęzie.
Wśród pnączy jeżyn, leżało ciało, a raczej przemieniony mężczyzna, którego twarz wydała mi się znajoma. Po przyjrzeniu się mu rozpoznałem w nim Ola. Jego pierś wyglądała tak, jakby rozerwały ją dzikie zwierzęta. Zombie nie zrobiłyby takiej masakry i nie odgryzałyby kości. To były drapieżniki, które były na tyle zdesperowane, że rzuciły się na człowieka. Zazwyczaj tego nie robiły, chyba, że były wygłodniałe, ranne lub wyczuwały zagrożenie. Albo gdy ktoś wkroczył na ich teren.
   – Lepiej stąd spadajmy – powiedziałem, ruszając do przyjaciół.
   – Co? Czemu?
   Minąłem Saszę, pozostawiając ją bez odpowiedzi. Próbowałem sobie przypomnieć, jak wielkie mogą być terytoria wilków. Te zależały od tego, ile pokarmu mogły na nim znaleźć, a po tym, jak nie miał kto zajmować się regulowaniem liczby populacji zwierząt, pewnie znacznie się rozrosły. Nikt już nie pilnował, by zwierzyna trzymała się wyznaczonych granic. Mogły chodzić, gdzie chciały.
   – Rob!
   Zatrzymałem się, ale nie dlatego, że zawołała mnie Sasza. Na cienkiej warstwie śniegu, która zdążyła się utworzyć, zobaczyłem ciemniejszy ślad. To oraz kilka odcisków łap, które wciąż były widoczne.
   Na dole niewysokiego zbocza leżał kolejny mężczyzna. Jego poznałem od razu. To był Eryk. Leżał wykręcony na prawym boku wyciągając ją przed siebie. Drugą ręką trzymał się za brzuch, z którego wylewały się jego wnętrzności. Krew jeszcze nie zakrzepła i do przemiany nie doszło. Oznaczało to, że został zaatakowany niedawno.
   Sasza i Max dołączyli do mnie, a po ich wyrazach twarzy poznałem, że już pojęli, o co mi chodzi.
   – Wynośmy się stąd.
   Max nie musiał mówić dwa razy.
   Przez ponad kilometr biegliśmy, zatrzymując się jedynie kilka razy, by złapać oddech. Strach oraz adrenalina powodowały, że zapominaliśmy o paleniu w płucach, zmęczeniu i bólu rozgrzanych mięśni. Żadne z nas nie zamierzało skończyć tak, jak ludzie Topora.
   Dotarliśmy do zbocza niewysokiego wąwozu, na dnie którego znajdowała się droga. Bardzo dobrze widziałem czarny asfalt między drzewami. Cywilizacja! Przyśpieszyłem.
   Sasza pierwsza zdążyła zbiec na dół, zatrzymując się dopiero na środku ulicy. Zaraz dołączył do niej i Max. Też znalazłbym się przy nich, gdyby nie przypadek.  A to wszystko za sprawą obluzowanego kamienia, na który nadepnąłem. Ten przechylił się, a ja poczułem ostry ból w lewym kolanie. Wydałem zduszony krzyk, przeskakując na drugą nogę, ale wtedy straciłem równowagę i runąłem w dół, zgarniając za sobą suche liście oraz gałęzie. W ostatniej chwili udało mi się zasłonić twarz, dzięki czemu uchroniłem się przed uderzeniem nią w ziemię.
   – Kurwa! – syknąłem, zarówno z bólu, jaki i ze złości. Zacząłem się podnosić, odsuwając od siebie drapiące gałązki rosnących blisko drogi świerków.
   – Nic ci nie jest? – Sasza chciała podejść do mnie, gdy nagle została pociągnięta przez Maxa na drugą stronę drogi.
   Nie wiedziałem, dlaczego zakrył jej usta dłonią i zmusił do położenia się na ziemi, aż nie doszedł mnie dźwięki silnika samochodowego. Ponownie przyległem do wilgotnego podłoża, zsuwając się do rowu, starając się ukryć wśród gałęzi oraz kęp suchej trawy. W tamtym momencie byłem wdzięczny za swoją kurtkę w ziemistym kolorze. Przynajmniej zlewałem się otoczeniem.
   Terenowy, ciemnozielony samochód przejechał obok nas, nawet nie zwalniając. Chciałem odetchnąć z ulgą, ale wtedy auto zatrzymało się, kilkanaście metrów od nas.
   Nie wiedziałem, co robić. Nie miałem pojęcia, dlaczego samochód się zatrzymał. Być może za późno się ukryliśmy i ci ludzie zobaczyli któreś z nas? Miałem nadzieję, że tak się nie stało, ale i tak wziąłem do ręki karabin. Ostatnie kule, jakie miałem w magazynku, nie mogły się zmarnować. W razie czego, musiałem być precyzyjny. Podźwignąłem się trochę i podczołgałem bliżej ścieżki. Po jej drugiej stronie zobaczyłem twarze Saszy i Maxa. Ci nie mieli tak dobrego widoku na auto, więc przekazałem im na migi, by pozostali na swoich miejscach. Odpychając się łokciami dotarłem odrobinę za bezpieczną linię drzew. Naraziłem się tym na wykrycie przez nieznajomych, ale dzięki temu widziałem lepiej.
   – Po cholerę się zatrzymałeś? – warknął gruby, niski głos, należący do idealnie pasującego do niego mężczyzny. Niemal łysy facet w kurtce moro i z śrutówką na ramieniu wyszedł z terenówki, chuchając w dłonie.
   – Muszę się odlać. Wyluzuj – Drugi mężczyzna – kierowca, o wiele wyższy od towarzysza i z siwymi włosami ruszył w stronę drzew.
   – Mówiłem, żebyś tyle nie pił! – zawołał za nim gruby, sam wyjmując paczkę papierosów z kieszeni. Odpalając go, pochylił się i zaglądnął przez szybę na tylne siedzenia. Dopiero wtedy zauważyłem trzy cienie postaci, które siedziały z tyłu. Mężczyzna otworzył drzwi i powiedział coś do tamtych. Ze środka wyszedł jeszcze jeden facet.
   – Jebana siksa – syknął, gdy tylko stanął na nogach.
   – Nieźle ci przywaliła – skomentował gruby, nie kryjąc swojego rozbawienia. – Po czymś takim raczej nie stanie ci do końca tygodnia.
   – Żebyś się, kurwa, nie zdziwił – sarknął tamten.
   Spojrzałem na moich towarzyszy i wiedziałem, że pomyśleli o tym samym, co ja. Ci, siedzący w aucie, zostali porwani i wszystko wskazywało na to, że jedną z tych osób była kobieta.  A ci mężczyźni nie mieli wobec niej, lub nich, przyjaznych zamiarów.
   – Antek! Rusz się, kurwa! – zawołał gruby, po czym dodał ciszej. – Pizga, jak na Syberii.
   – Nie drzyj się, debilu – Antek wyszedł zza drzew, zapinając spodnie. – Wsiadać. Wracamy do domu. 
   Trzeci z mężczyzn, który siedział z tyłu, przed wejściem do auta wsadził tam najpierw głowę. Doszedł mnie stłumiony krzyk, a zaraz potem głuchy odgłos uderzenia, po którym nastąpiło łkanie. Głowa jednej z uwięzionych odskoczyła na bok, a potem już się nie pokazała w tylnej szybie.
Mężczyźni wsiedli do auta, po czym te odjechało powoli. Dopiero gdy te zniknęło mi z oczu, zacząłem się podnosić.
   Bardzo wyraźnie widziałem ślady opon, odciskające się na drodze. Dzięki temu, że śnieg już nie padał i utrzymywał się mróz, można było bez problemu dotrzeć do miejsca, gdzie obozowali mężczyźni. Jednak drugą kwestią było to, czy chcieliśmy to zrobić.
   Mogłem sobie mówić, że to nie był nasz problem, że mieliśmy swoje sprawy i nie zawsze musieliśmy odgrywać bohaterów, ale to były tylko słowa. Gdybyśmy zostawili tych ludzi wiedząc, co może ich czekać, nie bylibyśmy lepsi od tamtych.
   – To może być spory kawał drogi stąd – powiedział Max.
   Wymieniłem z Saszą spojrzenia. Także miała wątpliwości, ale wiedziałem, że zmaga się z takimi samymi myślami, co ja.
   Poprawiłem karabin na ramieniu, w myślach przeliczając ilość kul. Miałem nadzieję, że była ona wystarczająca.
   – Więc lepiej ruszajmy – powiedziałem.
   Podążyliśmy śladem auta, a mnie z każdym krokiem opuszczały wątpliwości, co do słuszności tej decyzji, ale i napełniały obawy, czy tym nie wpakowaliśmy się w jeszcze większe kłopoty.

5
   To była leśniczówka. Co do tego nie miałem wątpliwości. Otoczony z każdej strony lasem, piętrowy budynek nie wyglądał na miejsce, które przetrwałoby szturm hordy zombie wielkości podobnej, którą widzieliśmy. Cóż, nawet mniejsza grupa nieumarłych byłaby sporym zagrożeniem, ale najwidoczniej okupującym to miejsce mężczyznom to wcale nie przeszkadzało. Ci nawet specjalnie się nie kryli, a nawet eksponowali swoją obecność. W pewnym momencie nie musieliśmy już nawet podążać za śladami opon. Wystarczyło tylko nadstawić uszu. Niosące się echem głosy wskazały nam drogę.
   Zakradliśmy się tak blisko, na ile pozwalały nam drzewa, za którymi mogliśmy się ukryć. To także były przezorne względy bezpieczeństwa z naszej strony, bo nie widziałem żadnych strażników, obserwujących okolicę. To była albo ignorancja, albo czysta głupota. Nie chodziło już nawet o zombie, a o osoby takie, jak my, które w każdej chwili mogły odkryć obecność innych ludzi. A wielu pewnie skusiłoby się, by przejąć to miejsce.
   Pomijając fakt, że leśniczówka nie miała zbyt pewnego ogrodzenia, ani też nie sprawiała wrażenia fortecy nie do zdobycia, to na dachu znajdowały się panele słoneczne, a na terenie widziałem dwie studnie. W tych czasach wiele było osób, które oddałyby życie za takie luksusy.
   Na tarasie dostrzegłem trzech mężczyzn, w tym tego samego grubasa, który wraz z kompanami jechał autem. Wszyscy oni zachowywali się dość głośno, jakby zupełnie nie przejmowali się tym, że mogli zostać odkryci. Dzięki temu, że byli zajęci sobą, my mogliśmy zakraść się aż do drewnianej szopy, znajdującej kawałek od leśniczówki. Ukucnęliśmy.
   – Co dalej? – zapytałem cicho.
   – Jest ich co najmniej pięciu – odparł równie ściszonym głosem Max, wyglądając zza rogu szopy. –  A my mamy jeden i to niepełny magazynek.
   – Tyle wystarczy – powiedziała pewnie Sasza i zaczęła ściągać kurtkę. Pod spodem miała tylko koszulkę, więc z całą pewnością było jej zimno na tym mrozie, ale to w niczym jej nie przeszkadzało. 
   – Co robisz? – zapytał Max, marszcząc brwi.
   – Zastawiam pułapkę – odparła krótko, rozpuszczając włosy i wcierając garść błota w ubranie. Kilka smug też ubrudziło jej twarz. – Przygotujcie się.
   Zrozumiałem, co Sasza zamierza zrobić i nie spodobał mi się ten pomysł. Rola przynęty była ryzykowna, a nie chciałem, by mojej siostrze coś się stało tylko dlatego, że coś poszło nie tak. Wystarczył zaledwie jeden mały błąd, by to mężczyźni z leśniczówki byli górą.
   Ale nawet znając to ryzyko, nie powstrzymałem Saszy, a sam nawet wyciągnąłem nóż. Wraz z Maxem wstaliśmy, przylegając do ściany, podczas gdy Sasza wyszła z ukrycia, od razu padając na ziemię.
   – Kto tam? – zawołał któryś z mężczyzn.
   Sasza podniosła się z kolan i objęła za ramiona.
   – Pomóżcie mi – powiedziała słabym głosem, w którym dało się wychwycić drżenie. Granie wyczerpanej, przerażonej i bezbronnej kobiety szło jej naprawdę nieźle.
   – Kim jesteś? – zapytał inny głos, dochodzący jakby z mniejszej odległości.
   – Zombie zaatakowały moją grupę. Uciekłam do lasu i zabłądziłam. Pomóżcie mi, błagam – mówiła dalej, wciąż stojąc w tym samym miejscu.
   Ścisnąłem mocniej rękojeść noża, słysząc zbliżające się kroki. Jeżeli chcieliśmy wyjść zwycięsko z tego starcia, musieliśmy działać szybko. Max to zrozumiał i zaczął kierować się na drugi koniec szopy, gdzie zaraz zniknął za rogiem.
   – Spokojnie, skarbie – Zobaczyłem buty grubasa. – Tutaj nic ci nie grozi.
   To był najlepszy moment, by zaatakować. Wyskoczyłem z ukrycia, od razu chwytając grubego za włosy, odsłaniając tym gardło. Nóż wbił się w grube podgardle mężczyzny, uwalniając parującą na chłodzie krew. Gulgoczący odgłos, który wydostał się z ust faceta, szybko ucichł, gdy puściłem go.
   – Co do…
   Szpakowaty mężczyzna w czapce z daszkiem nie miał okazji dokończyć, bo na czubku jego głowy wylądował toporek.  Ostatni facet również padł martwy, gdy Sasza zagłębiła swój nóż w jego oku aż po rękojeść.
   – Schowajmy ich, zanim ktoś zobaczy – zarządził Max, chwytając szpakowatego za nogi i ciągnąc za szopę.
   Sasza również zajęła się drugim mężczyzną, a ja przez moment stałem nieruchomo, patrząc na ociekający krwią nóż. Jakby dopiero wtedy do mnie dotarło, co my właściwie zrobiliśmy. Zabiliśmy trójkę ludzi, jakby to było nic wielkiego. Nawet nie wiedzieliśmy, kim właściwie byli, a mimo to bez wahania pozbawiliśmy ich życia. Przerażało mnie to. Sam siebie przerażałem. Gdybym chociaż miał wyrzuty sumienia…
   – Rusz się, Rob – pośpieszyła mnie Sasza.
   Otrząsnąłem się i wytarłem ostrze w swoje spodnie. Zaciągnąłem grubasa do reszty jego kompanów, co było niemałym wysiłkiem i pozostawiło na ziemi zrytą smugę ziemi, na której nie było widać krwi – na szczęście. Przejąłem od Saszy strzelbę, którą odebrała szpakowatemu. Ona i Max również uzbroili się w ich bronie.
   Odcinek, oddzielający szopę od leśniczówki miał około pięćdziesiąt metrów, a pokonaliśmy go zgięci w pół, trzymając strzelby w pogotowiu. Tak udało nam się dotrzeć na taras, a potem przylec do ściany budynku, niezauważonymi przez nikogo.
   Dość wyraźnie słyszałem dobiegające z wewnątrz głosy. Po zaglądnięciu przez okno, zobaczyłem czwórkę mężczyzn, siedzących w salonie i dwie kobiety, trzymające się z boku. Nie wyglądały na szczęśliwe – łagodnie mówiąc. Jedna z nich miała nawet podbite oko. To sprawiło, że zniknęły moje wątpliwości co do naszych działań.
   Nie mogliśmy wejść od frontu. To niosłoby ze sobą zbyt duże ryzyko. Gdybyśmy wpadli do środka i zaczęli strzelać, a okazałoby się, że w środku jest jeszcze więcej osób, mogłoby to się dla nas źle skończyć. I musieliśmy też myśleć o tych kobietach. Im też mogła stać się krzywda.
   Odwróciłem się do swoich towarzyszy, chcąc ustalić z nimi plan działania, gdy w oknie za ich plecami zobaczyłem twarz. Dziewczęcą twarz, przyciśniętą do szyby. Duże, niebieskie oczy patrzyły na nas błagalnie, a dolna warga nieznajomej drgała. Zastygłem w bezruchu, nie wiedząc, czego mam się zaraz spodziewać. Gdyby dziewczyna zaczęła krzyczeć, uznając nas za wrogów, musielibyśmy uciekać.
   Ale nieznajoma tego nie zrobiła. Przyłożyła za to palec do ust, po czym wskazała nim na podwórko, a potem na dół. Nie zrozumieliśmy, więc powtórzyła te ruchy jeszcze kila razy.
   – Piwnica – powiedziała w końcu Sasza. – Mamy wejść piwnicą.
   Skinąłem głową dziewczynie, pokazując tym, że rozumiemy. Tej nagle jakby spadł kamień z serca. Jeszcze raz położyła palec na ustach, po czym zniknęła w głębi domu. Zanim jednak to zrobiła, posłała mi jeszcze spojrzenie, które wręcz błagało o pomoc. Zamierzałem jej udzielić, a przynajmniej zrobić wszystko, co było w mojej mocy.
   Na podwórku, pod boczną ścianą leśniczówki, znajdowała się klapa, która zapewne była wejściem do piwnicy. To – ku naszemu zdziwieniu – było otwarte. Ci mężczyźni rzeczywiście mieli się za nie wiadomo kogo, albo byli po prostu idiotami.
   Zeszliśmy na dół, zamykając za sobą klapę. W tym samym momencie, odcinając światło słoneczne, pochłonęła nas ciemność. Rozglądnąłem się po wszechpanującym mroku, widząc jedynie nieco ciemniejsze kontury. Póki wzrok nie przyzwyczaił się nam do zmiany światła, musieliśmy polegać na pozostałych zmysłach. Najbardziej na węchu. Wilgotny zapach piwnicy oraz stęchlizny, tłumiony był przez ostrą, dobrze mi znaną woń. Benzyna. Tak pachniała benzyna. Wyciągnąłem rękę do stojących najbliżej półek i wyczułem pod palcami kształt kanistra. Właśnie znaleźliśmy to, czego szukaliśmy.    Jednak najpierw musieliśmy zająć się siedzącymi na górze mężczyznami.