niedziela, 21 stycznia 2018

ROZDZIAŁ 11 - GOTOWI NA TO (SASZA)

Lepiej późno, niż wcale ;)
Rozdział drugi i ważny, choć mogłoby się wydawać inaczej. Pojawi się w nim kilka ważnych elementów, które będą miały duży wpływ na późniejszy rozwój wydarzeń. Być może wielu z was je wychwyci ;)

~~~

   Spore, rozłożyste rogi zahaczyły o zwisające nisko gałęzie. Zwierze zatrzymało się, cofnęło, szarpnęło łbem uwalniając się z potrzasku. Na ziemię spadł biały puch, który zdążył osiąść na ziemi oraz drzewach, choć padało od niedawna. Jednak zimno oraz brak wiatru były sprzyjającymi warunkami, by śnieg mógł się utrzymać.
   Poruszyłam ramieniem, które zdążyło już mi zdrętwieć od nieruchomej pozycji. Jednak wystarczył nawet taki ruch, by jeleń zastygł w bezruchu, a ja wraz z nim.
   Ciemne, czujne oczy zwierzęcia obserwowały otoczenie. Zerknęłam na siedzącego u moich stóp Znajdę. Pies zadarł łeb, jakby pytał mnie, co ma robić. Był zniecierpliwiony i najchętniej by rzucił się na jelenia, ujadając przy tym zawzięcie. Już nie raz tak robił, przez co płoszył zwierzynę. Długo musiałam go uczyć, jak ma zachowywać się na polowaniach i przynosiło to oczekiwane skutki.
Przyłożyłam palec do ust, po czym ponownie spojrzałam przez lornetę strzelby. Odnalazłam łeb opatrzony wielkimi porożami. Wzięłam wdech, położyłam palec na spuście i nacisnęłam go, jednocześnie wypuszczając powietrze ustami. Huk wystrzału rozszedł się echem po lesie, zrywając do lotu siedzące na drzewach ptaki. Na śnieg trysnęła czerwona krew, tworząc piękny, ale trochę makabryczny kontrast.
   Uśmiechnęłam się, opuszczając broń.
   - Widziałeś? – zagaiłam do Znajdy. Ten też wydawał się być zadowolony, bo uderzał wesoło ogonem w ziemię.
   Zeskoczyłam z niewysokiej górki na dół, wraz z towarzyszącym mi psem. Z haka przy pasku zdjęłam gruby sznur holowniczy i ukucnęłam przed martwym jeleniem. Kula trafiła go tuż poniżej prawego ucha. Pozwoliłam, by Znajda obwąchał zwierzę, a sama spętałam jego tylne kopyta.
   - Niezła sztuka – usłyszałam gwizdnięcie za plecami, a potem i skrzypienie na śniegu. – Jakieś dwa metry długości, metr dwadzieścia w kłębie… Piękna zdobycz.
   - Na pewno lepsza niż twoje króliki – prychnęłam ściskając mocno linę.
   - Wara od moich królików – Edward pomachał mi dwoma szarakami. – Ostatnio ci smakowały.
   - Nie powiedziałam, że były złe – Wyprostowałam się. – Tylko jeleń, to jeleń.
   Edward  prychnął i przejął ode mnie kawałek liny. Wspólnymi siłami wciągnęliśmy je na sanie, co było sporym wysiłkiem.
   - Sto kilo, jak nic – Głośno sapnął starszy mężczyzna.
- Przyda ci się trochę wysiłku, staruszku – Poklepałam towarzysza po plecach.
   - Wypraszam sobie! – oburzył się Edward i sięgnął do kieszeni kurtki po krótkofalówkę. – Loska? Gdzie jesteście?
   Rozległo się kilka chrzęstów w urządzeniu, a potem usłyszeliśmy charczący głos mężczyzny z grupy, która przybyła z Robem.
   - Sądząc po odgłosie wystrzału, to całkiem niedaleko was. Co jest?
   - Potrzebny jest nam Oskar – Edward spojrzał na martwego jelenia. – Przyślij go do nas. Dwadzieścia metrów na południe od wnyków na króliki.
   - Nie ma sprawy. Na razie.
   - Załatwione – oświadczył z zadowoleniem Edward.
   W oczekiwaniu na przyjście Oskara, postanowiłam skorzystać z okazji i udać się na stronę. Gdy już wychodziłam z bezlistnych, ale gęstych zarośli, usłyszałam szybkie kroki, dochodzące z bliska, a potem ktoś zasłonił mi usta. Brudna, cuchnąca rękawica uniemożliwiła mi odezwanie się, a i poniekąd też oddychanie.
   - Spróbuj choć pisnąć, a rozwalę ci łeb – syknął mi do ucha męski głos.
   Ta groźba w ogóle mnie nie przestraszyła, ale uniosłam obie dłonie by okazać chęć współpracy. Tak, jak myślałam, mój napastnik wykorzystał to, by zerwać mi z ramienia strzelbę. Jednak wtedy stał się mniej ostrożny, a ja uderzyłam go z łokcia w twarz. Oszołomiony zatoczył się do tyłu, a wtedy odwróciłam się do niego, chwyciłam swoją broń i zadałam mu cios kolbą w nos. Już drugi raz tego dnia czerwień zabarwiła biel.
   Mój napastnik – wychudzony mężczyzna koło czterdziestki – leżał na śniegu, trzymając się za twarz. Brudna, duża kurtka, zapewne kiedyś w kolorze niebieskim, była w wielu miejscach poszarpana, a podeszwa jego lewego buta trzymała się tylko dlatego, że przywiązana była kawałkiem sznurka. Kościstą, długą twarz faceta pokrywał niechlujny zarost, a ciemne włosy sterczały na wszystkie strony skołtunione. Wyglądało na to, że wiele czasu spędził z dala od cywilizacji.
   - Złamałaś mi nos! – wykrzyknął niezrozumiale, przez rękawicę przy jego twarzy.
   - Zaczynanie znajomości od groźby zabicia może się tak skończyć – powiedziałam schylając się po nóż, który mi wypadł. – Czym niby chciałeś mnie zabić? Nie masz żadnej broni.
   Gdy wyprostowałam się, mężczyzna niespodziewanie rzucił się na mnie. Mimo swojego marnego wyglądu, zdołał wykrzesać dość sporo siły. Nim się obejrzałam, uderzył lewą połową mojej twarzy w szorstką i twardą korę. Piekący ból rozlał się po mojej skórze i pogłębił, gdy uderzenia powtórzyły się. Kopnięciem w krocze odepchnęłam od siebie przeciwnika, a potem zadałam mu dwukrotny cios strzelbą w plecy, aż ten upadł.
   - Nawet nie próbuj – Wymierzyłam w jego głowę ze strzelby, gdy nieznajomy gotował się do kolejnego ataku. Skierowana w jego stronę broń oraz wyszczerzone kły Znajdy zniechęciły go do podejmowania jakichkolwiek działań.
   - Nie zabijesz mnie – prychnął trzymając się za krocze i krzywiąc przy tym.
   - Zdziwiłbyś się – mruknęłam oglądając przez ramię. Edward trzymał w dłoni pistolet, mierząc do nieznajomego. – Masz linę?
   - Tak – Mężczyzna rzucił mi sznur, który miał przy boku.
   Ukucnęłam przed nieznajomym, który patrzył na mnie i Edwarda nieufnie. Tym bardziej, że mój towarzysz wciąż mierzył do niego z broni. Spojrzałam na jego ręce, dając mu jasny znak, co chcę zrobić, ale ten się nie ruszył.
   - Pójdzie szybciej i mniej boleśniej jeśli będziesz współpracować – powiedziałam.
   Mężczyzna prychnął tylko w odpowiedzi, ale wyciągnął ku mnie obie ręce. Natychmiast spętałam obydwa jego nadgarstki, po czym szarpnęłam za więzy, stawiając go na nogi. Był dość lekki, jak na takiego faceta.
   - Jak się nazywasz? – zapytałam, prowadząc go za ramię.
   - Odwal się – mruknął ze wzrokiem wbitym w ziemię.
   Spojrzałam na Edwarda, który bezradnie wzruszył ramionami.
   - Czy zawsze muszą być tacy opryskliwi? – zapytałam wzdychając.
   - Najwyraźniej taka ich natura – stwierdził Edward.
   W ciągu ostatnich tygodni do klasztoru dołączyło kilka osób, które grupy wypadowe spotkały na drodze. Sama też sprowadziłam dwie osoby i zawsze pierwsze chwile przebiegały wobec tego samego schematu: wrogość, opór, nieufność, a dopiero potem akceptacja. Tym razem nie było inaczej.
   - Co ze mną zrobicie? – zapytał mężczyzna.
   - To zależy od ciebie – powiedziałam prowadząc go w stronę ścieżki.
   Musieliśmy zejść na dół niewysokiego zbocza, gdy zauważyłam, że Znajda wpatruje się w coś znajdującego za mną i warczy. Od razu odczytałam ten znak i rzuciłam się na bok, pociągając za sobą mężczyznę. Zombie zsunął się na dół, gdzie wokół jelenia żerowało kilka innych postaci. Te zauważyły nas i od razu zaprzestały jedzenia ruszając w naszym kierunku.
   - Cholera! – syknęłam zdejmując strzelbę z ramienia.
   Strzeliłam w kierunku najbliższego ożywieńca, a potem w kolejnego. Razem z Edwardem byliśmy tak zajęci eliminacją kolejnych truposzy nie zauważyliśmy, że nasz nowy znajomy zaczął się oddalać. Dopiero szczekanie Znajdy zwróciło moją uwagę.
   - Szlag by to! – syknęłam widząc oddalającą się postać i ruszając w pogoń za nim. – Stój!
   Był dość szybki, więc dogonienie go zajęło mi chwilę. Pogoni nie ułatwiał mi śliski śnieg oraz to, że musiałam lawirować między drzewami. Do tego krew z rozcięcia na czole zalewała mi jedno oko. Przeskakując przez kłodę zahaczyłam o nią nogawką spodni, czego efektem był dość bolesny upadek.    Pod cienką warstwą śniegu krył się kamień, w który uderzyłam lewym barkiem. Przeklęłam siarczyście pod nosem zarówno siebie, jak i felerną gałąź, po czym podniosłam się.
   Mężczyzna znacznie mnie odstawił, czym jeszcze bardziej mnie zdenerwował. Podniosłam broń, krzywiąc się czując wzmożony ból barku, i strzeliłam w kierunku nieznajomego. Ten schylił się i stracił przy tym równowagę. Zobaczyłam, jak ten ślizga się na zaśnieżonym podłożu, a potem upada. Spętane ręce nie pomogły mu w wznowieniu ucieczki. Nim zdążył ponownie stanąć na nogi, docisnęłam go butem do ziemi.
   - Odbiło ci? – syknęłam mu do ucha.
   - Po prostu mnie zostawcie! – krzyknął, a po policzkach spłynęły mu łzy. Cały aż drżał.
   Postawiłam mężczyznę na nogi i spojrzałam na niego uważnie. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, ale jego twarz pokrywały ślady siniaków.
   - Możemy to zrobić – powiedziałam spokojnie. – Najpierw jednak zabierzemy cię do naszego obozu. Potem zdecydujesz, co zrobisz. W porządku?
   Mężczyzna skinął głową dopiero po dłuższej chwili.
   Zawiesiłam broń ponowie na ramieniu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Na spotkanie wyszedł nam Edward, który wyglądał na zaniepokojonego. Uniosłam dłoń, dając mu do zrozumienia, że wszystko jest w porządku, po czym wróciliśmy na dół zbocza.
   Widok rozszarpanego ciała jelenia ponownie rozpalił we mnie wściekłość.
   - Skurwiele! – Kopnęłam leżące najbliżej ciało zombie.
   Zęby truposzy skaziły całe mięso i nie było nawet mowy o możliwości zabrania jelenia. Nawet zjedzenie najmniejszej ilości zarażonego wirusem mięsa mogło mieć tragiczne konsekwencje, a sama myśl o tym, by tknąć posiłek, którym wcześniej żywiły się ożywieńce był obrzydzający.
   - Co tu się stało? – zapytał Oskar, który nagle wyszedł zza drzew.
   Odgarnęłam pojedyncze włosy z twarzy i obejrzałam się na Edwarda, który sprowadził nieznajomego na dół.
   - Dzisiaj musimy zadowolić się królikami – powiedział.
   Zagryzłam policzek i uniosłam twarz ku niebu. Chłód działał przyjemnie na moją rozgrzaną skórę i uspokajał jeszcze przyśpieszony po biegu oddech.
   Od rana byłam zdenerwowana. Dwie grupy wyjechały z klasztoru i o każdą z nich się bałam. Dlatego też postanowiłam wziąć udział w polowaniu. Chciałam wypełnić głowę czymś innym niż tym, co może pójść nie tak. Liczyłam na spokojne łowy, a nie dość, że okazały się być one nieudane, to jeszcze pojawił się ten facet, z którym trzeba było coś zrobić.
   Coś zrobić – powtórzyłam w myślach, kładąc dłoń na kaburze z bronią. Takie coś byłoby najprostszym rozwiązaniem.
   - Saszo?
   Roztargniona spojrzałam na Edwarda i na stojącego obok niego mężczyznę. Widząc jego wychudzoną, zmarnowaną i niepewną postać zaraz odsunęłam od siebie nieprzyjemne myśli. Nie tak załatwialiśmy takie sprawy, ale zawsze przy poznaniu nowej osoby, te myśli pojawiały mi się w głowie.
   - Wracajmy do ciężarówki – powiedziałam, ruszając w stronę drogi, gdzie zostawiliśmy pojazd. – Zawiadom resztę.
   Po dotarciu do leśnej drogi, gdzie zatrzymaliśmy ciężarówkę, weszłam na przyczepę i sięgnęłam po swój plecak. Wydobyłam ze środka zawiniętą w folię kanapkę oraz termos z herbatą. Gdy wyszłam na zewnątrz, Edward z nieznajomym byli już na miejscu.
   - Trzymaj – wyciągnęłam kanapkę w stronę mężczyzny. Ten spojrzał na mnie nieufnie, ale wziął prowiant.
   Obserwowałam, z jaką zachłannością mężczyzna pochłania kanapkę, co wyglądało, jakby nie jadł nic od kilku dni. I być może tak właśnie było. Gdy skończył jeść, podałam mu termos, który prawie całkowicie opróżnił.
   - Dziękuję – powiedział, ocierając spierzchnięte usta. Było to jego pierwsze słowo, nie będące przesycone wrogością.
   - Teraz może nam powiesz kim jesteś? – Splotłam ręce na piersi i usiadłam na brzegu przyczepy.
   - Nie znam was – Do jego spojrzenia wróciła ta sama nieufność, która towarzyszyły mu od początku.
   - Nie jesteśmy złymi ludźmi – powiedział Edward, a ja spojrzałam na towarzysza zaciskając zęby.
Nie byliśmy też dobrzy. Po prostu staraliśmy się nie być tymi najgorszymi. Z jakim skutkiem? To okazywało się zazwyczaj później.
   - Mam na imię Rafał – zaczął mężczyzna niepewnie. – I pięć dni temu uciekłem z bazy wojskowej w Żaganiu.
   Te słowa odbiły mi się echem w głowie. Spojrzałam na Edwarda, a on na mnie. W jego oczach zobaczyłam strach. Sama poczułam niepokój. Nie miałam przyjemnych wspomnień związanych z ostatnim wyjazdem w tamte rejony. Straciliśmy wtedy dwóch ludzi, a Max został poważnie ranny. Nie chciałam powtórki z tego.
   - Uciekłeś? – powtórzył Edward.
   Rafał skinął głową.
   - Gdy szabrowaliśmy sklep. Wykorzystałem okazję i uciekłem.
   - Dlaczego? – zapytałam.
   W oczach mężczyzny pojawiło się zakłopotanie. Uniósł ręce, zaraz jednak wyglądał, jakby chciał je opuścić, ale zdecydował się sięgnąć do zamka swojej kurtki. Uważnie obserwowałam jego ruchy, nie chcąc zostać zaskoczona przez jakąś ukrytą do tej pory broń. Nie było jej jednak. Zobaczyłam za to tors Rafała, pokryty mnóstwem różnokształtnych siniaków oraz długich ran, wyglądających jak po zadaniu biczem lub czymś podobnym.
   - Nie chciałem tam umrzeć – powiedział drżącym głosem mężczyzna.
   Wymieniłam spojrzenia z Edwardem. Już wtedy wiedzieliśmy, że nasze porachunki z Żaganiem nie zostały zakończone.

***
    
   Do klasztoru wróciliśmy jeszcze przed południem. Kazałam Edwardowi zaprowadzić Rafała do Ryśka, a sama ruszyłam do swojego pokoju. Chciałam odpocząć, ale jak zwykle – nie było mi to dane.
   - Zostaw mnie! – usłyszałam dziewczęcy krzyk, dochodzący z bocznego korytarza. Jego ton oraz męski, drwiący śmiech zmusił mnie do zatrzymania się.
   Cofnęłam się o kilka kroków i zobaczyłam Samantę, którą zaczepiał Siwy – jeden z nowych członków naszego obozu.
   Od początku ten dwudziestopięciolatek sprawiał problemy. Nie szanował i nie słuchał nikogo, był chamski, leniwy i zdawał się robić wszystko, by wszystkich do siebie zniechęcić. Jego ciągłe sprawki doprowadzały do tego, że zaczynałam się poważnie zastanawiać nad wyrzuceniem go z klasztoru, co nikogo jeszcze nie spotkało.
   Jednak teraz, gdy zobaczyłam jak Siwy bezczelnie napastuje Samantę, nie wytrzymałam.
   - Zostaw ją – powiedziałam ostro.
   Siwy obejrzał się przez ramię i wyszczerzył nierówne zęby.
   - O co ci znowu chodzi? – zapytał tonem niewiniątka.
   Skinęłam Samancie, by się oddaliła, co ta od razu zrobiła. Ona nie musiała być w to mieszana.
   - Naprawdę chcesz stąd wylecieć – podeszłam do niego, gdy już zostaliśmy sami.
   - Próbuję żyć normalnie – Splótł ręce na piersi.
   - Normalnie? Nie rozśmieszaj mnie – prychnęłam. – Nie robisz nic pożytecznego. Jedynie zawadzasz. Podaj mi jeden powód, dla którego nie miałabym cię wyrzucić stąd.
   Zobaczyłam konsternację na twarzy Siwego. Ta, po dłuższej chwili, zamieniła się w zrezygnowanie, a potem w złość.
   - Nie prowokuj mnie – powiedział patrząc na mnie spode łba.
   Przeliczył się, albo był zbyt pewny siebie myśląc, że w ten sposób mnie przestraszy.
- Nie boję się ciebie – Spojrzałam mu prosto w oczy. – To raczej ty powinieneś bać się mnie. Pozbycie się takiego bezwartościowego gnoja jak ty, nie będzie dla mnie żadnym problemem. A ludzie jeszcze mi za to podziękują. Lepiej pomyśl o tym.
   Minęłam Siwego, chcąc wreszcie pójść na upragniony odpoczynek, ale wtedy zostałam chwycona za ramię i dość mocno pchnięta na ścianę. Wiszący na niej obraz wbił mi się boleśnie w i tak już obolałe ramię. Jęknęłam, chwytając się za pulsującą część ciała. Spojrzałam na Siwego, którego ręka leciała w moim kierunku. Nie dotarła jednak. Inna, męska dłoń zacisnęła się wokół nadgarstka dwudziestopięciolatka. Nim ten zdążył w ogóle zorientować się, co się dzieje, jego przedramię zostało brutalnie wygięte w drugą stronę. Siwy krzyknął, a kolana się pod nim ugięły.
   - Max – syknęłam przez zaciśnięte zęby, wciąż czując dominujący ból barku. Ten jednak nie zareagował i nadal miażdżył wzrokiem Siwego, wykręcając mu rękę jeszcze bardziej. Czekałam tylko na dźwięk pękającej kości. Nie wątpiłam, że Max jest zdolny to zrobić.
   Przełykając ból odsunęłam się od ściany i stanęłam obok przyjaciela, chwytając go za rękaw bluzy. Dopiero wtedy spojrzał na mnie.
   - Już wystarczy – powiedziałam twardo. – Puść go.
   Max zacisnął usta i ponownie spojrzał na Siwego. Ten wił się na podłodze, a po czerwonych policzkach spływały mu grube krople łez. Gdy Max puścił jego rękę, młody mężczyzna załkał, przyciągając ją do siebie. Nie spodziewał się nawet jednego, szybkiego ciosu z pięści w twarz.
Na moje wymowne spojrzenie, Max tylko wzruszył ramionami.
   - Puściłem go.
   Przewróciłam oczami i ruszyliśmy korytarzem w stronę sypialnianej części klasztoru.
   - Musimy porozmawiać o twoim rozumieniu niektórych moich poleceń – powiedziałam, próbując rozruszać ramię. Nie było to jednak proste. Ból był cholernie duży. – I ustalić jakieś zasady w klasztorze. Ludziom zaczyna odbijać.
   - Siwy to wyjątek – stwierdził Max, patrząc badawczo na mój bark. – Co z nim?
   - Chyba muszę wybrać się do Ryśka – skrzywiłam się, gdy przy kolejnej, bolesnej próbie rozruszania ręki.
   - Wybiłaś go? – zapytał i bez ostrzeżenia dotknął mojego ramienia.
   - Kurwa! – zacisnęłam zęby, gdy piorunujący ból rozszedł się po całym moim barku.
   - Chyba go wybiłaś – stwierdził Max. – Daj rękę.
   - Chcesz mi go nastawić? – zdziwiłam się i zapobiegawczo cofnęłam się.
   - Pójdzie raz – dwa.
   - Ewentualnie złamiesz mi rękę – Uśmiechnęłam się kwaśno. – Nie, dzięki. Pójdę do specjalisty.
   - Hej – Max sam złapał mnie za przedramię. – Zaufaj mi.
   Przewróciłam oczami, ale także zacisnęłam palce wokół jego prawej ręki. Max uniósł je, tworząc kąt prosty i położył lewą dłoń na moim barku. Skrzywiłam się i syknęłam, gdy lekko ścisnął mój bark.
   - Odliczać, czy znienacka? – zapytał.
   - Może lepiej od… kurwa! – krzyknęłam, gdy Max niespodziewanie szarpnął moją ręką na bok.    Bark wskoczył na swoje miejsce, ale ból, jaki towarzyszył temu zabiegowi był tak duży, że aż nogi się pode mną ugięły.
   Wzięłam głęboki wdech, zaciskając powieki, pod którymi zaczęły gromadzić się łzy i oparłam czoło na ramieniu Maxa.
   - Zabiję cię – powiedziałam cicho, czekając nieruchomo na minięcie najgorszej fali bólu.
   - Nie ma za co – odparł ten, rozmasowując mój bark. O dziwo – to pomagało.
   - Najpierw przyżegałeś mi ranę, teraz nastawiałeś bark. Czym ty w ogóle się kiedyś zajmowałeś?
   - Różnie bywało – powiedział takim tonem, że aż musiałam na niego spojrzeć, szukając w jego mimice tego, co chciał przez to powiedzieć.
   A zobaczyłam… strach? Nie byłam pewna.
   Max był osobą, z której twarzy niewiele dało się wyczytać. Zawsze poważny, zdystansowany i nieufny. Rzadko kiedy miałam okazję widzieć w jego oczach coś innego, niż determinację lub złość. Jednak podczas tych nielicznych momentów, gdy zrzucał maskę nieczułego dupka, widziałam jak wielki ciężar przeszłości nosi. W końcu sama miałam tak samo.
   - Saszo?
   Rob stał kawałek dalej, najwyraźniej mocno zakłopotany. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak dwuznacznie wyglądała ta sytuacja.
   Odsunęłam się od Maxa i podeszłam do brata, który wszedł za mną do mojego pokoju. W końcu chciałam wykorzystać ten moment spokoju, który zapewne i tak zaraz miał mi zostać odebrany.
Podeszłam do wiszącego na ścianie lustra i sięgnęłam po kawałek materiału, który nasączyłam wodą. Za jego pomocą zaczęłam zmywać zaschniętą krew z czoła.

   - Co się dzieje? – zapytałam, gdy Rob rozsiadł się w fotelu. – Jeżeli znowu jakieś problemy, to…
   - Żadne problemy – przerwał mi brat. – Chciałem tylko ustalić, ilu ludzi mogę wziąć do tartaku.
   No tak – westchnęłam. Kompletnie zapomniałam o wyjeździe do tartaku, którym kierować miał Rob. Potrzebowaliśmy opału na zimę oraz surowca do umocnienia bramy oraz postawienia nowych wież, a także otoczenia klasztoru palami przeciw zombie. Najbliższy tartak znajdował się pod Głogowem, a przewidziana długość takiego wypadu wynosiła dwa dni. Nie dość, że było to daleko, to jeszcze potrzeba było wielu ludzi, by przewieść surowiec.
   - A ilu potrzebujesz? – zapytałam.
   - Ośmiu, może dziesięciu – odparł Rob. Widząc moją nietęgą minę, kontynuował. – Możemy odłożyć ten wyjazd do momentu, aż reszta grup wróci.
   - Nie trzeba – Machnęłam ręką. – Od tygodni nic się nie wydarzyło. Te dwa dni raczej nic nie zmienią.
   Próbowałam zabrzmieć przekonująco, ale trudno było sprawić, by Rob mi uwierzył, skoro ja sama tego nie robiłam. Od powrotu z Żagania praktycznie spałam z otwartymi oczami i z dłonią na broni. Bałam się ataku na klasztor i nic nie potrafiło odwieść moich myśli od tych rejonów. Dlatego też tam bardzo naciskałam na stawianie kolejnych umocnień i zawsze chciałam, by w klasztorze znajdowało się jak najwięcej osób, które mogłyby go bronić w razie czego.
   - Ja także o tym myślę – powiedział Rob, patrząc na swoją dłoń, która została przebita gwoździem. – Ale nie możemy ciągle żyć w strachu. W końcu to udzieli się reszcie, a ze zbiorowej paniki nic nigdy dobrego nie wynikło. Musimy żyć dalej i starać się być gotowym. Być może problem się sam rozwiąże, jak było to z Toporem i Wiksą?
   Zagryzłam policzek, zaciskając palce na blacie komody. Ta pierwsza grupa jakby zapadła się pod ziemię i żadna z grup wypadowych nie zauważyła jej obecności w okolicach, a Wiksa nie żył.
   Podobno – dopowiedział mój umysł.
   Mimo, że wierzyłam Adamowi, gdy ten powiedział o upadku hotelu, to część mojej podświadomości nie była przekonana. Od zawsze tak miałam. Jeżeli o czymś nie przekonałam się na własnej skórze, to nie miałam stuprocentowej pewności.
   - Może – westchnęłam, splatając ręce na piersi. Wciąż nie byłam przekonana, a nieprzyjemne myśli zaczęły chodzić mi po głowie.
   Bardzo głupie myśli.
   - Pójdę już – Rob wstał z fotela i ruszył do wyjścia. Gdy był jednak przy samym drzwiach, zatrzymał się i spojrzał na mnie niepewnie. – Wiem, że to nie moja sprawa, ale czy między tobą, a Maxem… Wiesz.
   Nie mogłam się powstrzymać od parsknięcia śmiechem. Rozumiałam, co Rob mógł sobie pomyśleć, ale nic nie mogłam poradzić na to, że ten pomysł był dla mnie aż tak abstrakcyjny. Max był dla mnie jak rodzina i nigdy nawet nie spojrzałam na niego inaczej, niż jak na przyjaciela.
   - Nie, Rob – pokręciłam głową. – Max nastawił mi bark.
   - Och – Mój brat zażenowany potarł kark. – W porządku.
   Pożegnałam Roba uśmiechem, który znikł, gdy tylko drzwi się za nim zamknęły.
   Gotowi na wszystko – pomyślałam, gryząc koniec kciuka. – Ale czym jest to „wszystko”?

***

   - Co robisz?
   Zastygłam w bezruchu, zagryzając policzek i zaciskając dłoń na pasku plecaka. Niechętnie odwróciłam się, świadoma czekającego mnie kazania.
   - Nie przekraczamy granic klasztoru samotnie – przypomniał mi Max, mocno wymownym tonem. – Sama tak ustaliłaś.
   - Skoro, to moje ustalenie, to mogę je złamać – wzruszyłam ramionami, postanawiając rozluźnić atmosferę. Na Maxa to jednak nie podziałało, a raczej zdziwiłabym się, gdyby udałoby mi się go rozbawić. Ten człowiek zdawał się w ogóle nie posiadać poczucia humoru.
   Zrezygnowana przewróciłam oczami.
   - Skąd pomysł, że jadę samotnie?
   - Wzięłaś dwa pistolety – Spojrzał na kaburę przy pasku i mojego trapera, w którym ukryłam drugą broń. – Chcesz zapewnić sobie plecy drugą spluwą, bo nikt nie będzie cie osłaniał.
   Zawsze, skubany, trafia.
   - Wiesz, że to trochę przerażające? Prawie, jakbyś siedział mi w głowie – Popukałam się w skroń.
Max splótł ręce na piersi unosząc brwi i czekając na wyjaśnienia. Zrezygnowana westchnęłam głośno.
   - Chcę zrobić krótki zwiad w parę miejsc. I nie – nie będę sama. Zabieram Znajdę. Zadowolony?
   - Jak najbardziej. Daj mi pięć minut – Odwrócił się w stronę swojego pokoju.
   - Nie powiedziałam, że cię zabiorę – zaprotestowałam, marszcząc brwi.
   - Nie pytałem o zgodę.
   Nim zdążyłam zaprotestować, Max zniknął w swoim pokoju. Nawet nie miałabym z czym dyskutować. W takich sprawach Maxa nie dało się przekonać do swoich racji. Był strasznie uparty, a odkąd został postrzelony i zabroniłam mu brać udziału w wypadach, stał się jeszcze bardziej nieznośny. Był on typ typem człowieka, który zawsze musiał coś robić.
   Po opowieści Rafała, jak to uciekł z bazy, gdy stało się tam nieprzyjemnie, zaczęłam czuć oddech wroga na karku. I to nie jednego. Nie miałam jednak pewności, co do tego, który jest prawdziwy. W sumie to do niczego nie miałam pewności. Dlatego musiałam pojechać i na własne oczy zorientować się w sytuacji. Tylko tak mogłam uspokoić myśli.
   Nie chciałam, by Max jechał ze mną. Ostatnim razem, gdy byliśmy w tamtych rejonach, oberwał dość poważnie. Wciąż nie był w pełni sprawny i mógł zaprzeczać, ale tak było. Jednak jego wrodzony upór nie dawał sobie przemówić do rozsądku. Dlatego też kilka minut później siedzieliśmy w moim, ciemnozielonym jeepie, którego znalazłam w zeszłym tygodniu. Odkąd udało mi się usiąść za kółkiem i przeżyć, moje umiejętności jazdy znacznie się poprawiły. No i polubiłam to robić.
   - Kiedy Rob jedzie z grupą do tartaku? – zapytał Max.
   - Jutro – odparłam przekręcając kluczyk w stacyjce i odpychając ciekawski pysk Znajdy, który z jakiegoś powodu chciał mi usiąść na kolanach. – Jeżeli oczywiście pogoda na to pozwoli.
   Niebo zasłonięte było stalowo-szarymi, ciężkimi chmurami. Zwiastowały one śnieg, albo i nawet zamieć. Jeżeli chciałam zdążyć zobaczyć to, co chciałam i wrócić przed śnieżycą, musiałam się śpieszyć.
   - Wypad? – zapytał Edek, gdy podszedł do okna z mojej strony. Znajda oczywiście wykorzystał tą sytuację, by połasić się do mężczyzny i przy okazji zasłonić mi sobą całe pole widzenia. – Nic nie wspominałaś na radzie.
   - To krótki wyskok. Wrócimy najpóźniej jutro i to wtedy, jeżeli rzeczywiście zacznie padać – uspokoiłam mężczyznę, ponownie odsyłając psa na tylne siedzenia.
   - A na to się zanosi – Edward zadarł głowę, patrząc w górę. – Lepiej szybko wracajcie, albo od razu gotujcie się na spędzenie nocy tam.
   Spojrzałam w stronę bramy – umocnionej i osłaniającej plac klasztoru przed oczami z zewnątrz. Tam było miejscem nieprzyjaznym, surowym i bezlitosnym. Nie dało się tam żyć, ale nie chciało się też tam umrzeć. Tam było złe, ale tam ciągle chciało się wracać.
   - Poradzimy sobie – powiedział Max pewnie, a ja tylko przytaknęłam.
   - Więc powodzenia – Edek zasalutował niedbale.
   - Przyda się – mruknęłam.
   - Możecie włączyć coś – powiedział Kuba, ciągnąc za sporą zasuwę przy bramie. – Dzisiaj jest ich trochę w okolicy.
   - Nie ma sprawy – powiedziałam i pomachałam strażnikom na pożegnanie.
   Wyjechałam na ciągnącą się w dół wzgórza, wyłożoną kocimi łbami drogę, a Max sięgnął do schowka, skąd wyjął kilka płyt.
   - Vader, Behemoth, Kat – przeczytał nazwy zespołów heavy metalowych, których były właściciel jeepa musiał być fanem.
   - Chyba  Vader jest najbliższe mojemu sercu – westchnęłam wspominając swoją małoletnią fascynację tą mroczną popkulturą.
   Po chwili wnętrze samochodu wypełnił głos Piotra Wiwczareka w piosence Triumph Of Death. Spojrzałam na Maxa, unosząc jedną brew, na co ten tylko wzruszył ramionami.

   - Żebyś nie wykrakał – mruknęłam.
   Wabione głośną muzyką trupy kierowały się w stronę jeepa, który powoli oddalał się od klasztoru. Nierzadko też odbijały się od boków auta, a niektóre po prostu wpadały pod koła. Zombie było istotą prostą, żeby nie powiedzieć głupią.
   - To dokąd jedziemy? –zapytał Max, gdy przejeżdżaliśmy wąskimi uliczkami w Błoniach.
   - Nie spodoba ci się to.

***

   - Chyba zwariowałaś! – wykrzyknął Max, już nawet nie wiedziałam, po raz który.
   - Dlatego właśnie nie chciałam cię zabierać – powiedziałam spokojnie.
   - I wtedy pojechałabyś tam sama – mruknął. – Fantastycznie.
   - Jeżeli uważasz, że w Głogowie nie ma już żadnego zagrożenia, to dlaczego się denerwujesz? – zapytałam.
   - Bo to głupota, narażanie się i marnowanie paliwa – wyliczył, wciąż nie spuszczając z tonu. – Adam i ci jego znajomi powiedzieli ci, że tamten obóz już nie istnieje. Po co chcesz tam jechać?
   - Bo chcę mieć w końcu kilka godzin snu więcej! – wykrzyknęłam, zatrzymując gwałtownie jeepa.
   Zrezygnowana zgasiłam silnik i oparłam się o fotel, przecierając szczypiące mnie oczy. Odchyliłam głowę o zagłówek, patrząc na coraz bielszą drogę przed nami. Od jakiś kilku minut nieprzerwanie sypał śnieg.
   - Mam złe przeczucia, Max – powiedziałam, odgarniając luźne kosmyki włosów z twarzy. – I one nie miną, jeśli nie zobaczę zgliszczy hotelu na własne oczy.
   Max nic więcej nie powiedział, ale w jego oczach zobaczyłam zrozumienie.
   Odpaliłam jeepa i ruszyliśmy w dalszą drogę, wśród coraz gęstszego opadu śniegu.
   Zima bardzo korzystnie dla nas wpływała na zombie. Te chudsze i słabsze po prostu zamarzały, a pozostałe stawały się znacznie wolniejsze. Nie wiedziałam, czy mrozy będą w stanie wykończyć je całkowicie, ale taki obrót spraw bardzo by mnie ucieszył. Oznaczałoby to, że już na wiosnę cały ten koszmar mógłby się skończyć.
   Zastanawiające było, jak by wyglądał świat po zakończeniu apokalipsy. Ta trwała zaledwie od miesiąca, a tak wielu ludzi zdążyło przejść diametralne przemiany, stać się zupełnie kimś innym. Tak było ze mną. Nie wydawało mi się, że po tym wszystkim mogłabym wrócić do swojej pracy na kasie i żyć tak, jak gdyby nigdy nic. Ten rozdział był już zamknięty. Teraz jedyne, co pozostało we mnie dawnego, to imię.
   - Saszo – głos Maxa nagle wyrwał mnie z przemyśleń. Spojrzałam we wskazywanym przez mężczyznę kierunku i zobaczyłam idącą poboczem postać.
   Nie było to zombie – choć w pierwszej chwili właśnie tak pomyślałam. Chód wędrowca był ociężały i lekko zataczający się. Kilka warstw brudnych, podartych ubrań zwisało na nim, brunatny kawałek płaszczu ciągnął się po ziemi, zgarniając coraz więcej śniegu. Wędrowiec trzymał w prawej ręce plecak, który prawie za sobą ciągnął.
   Zwolniłam, gdy znaleźliśmy się obok nieznajomego. Ten nawet nie spojrzał w naszą stronę, ani nie zatrzymał się. Jego przekrwione, nienaturalnie szeroko otwarte oczy wpatrzone były w jakiś odległy punkt, a usta poruszały się szybko, choć nie padało z nich żadne słowo.
   Zwariował – pomyślałam, oblizując suche usta.
   - Hej! Ty! – zawołałam do niego, ale mężczyzna nie przerwał swojej wędrówki. Zupełnie, jakby znajdował się w swoim świecie, setki kilometrów od nas.
   Wymieniłam spojrzenia z Maxem. Mój towarzysz ledwie widocznie pokręcił głową, ale ja nie miałam zamiaru odpuścić.
   Zatrzymałam jeepa i wyszłam z auta, nim Max zdążyłby powstrzymać mnie przed tym. Stanęłam mężczyźnie na drodze, ale ten nie zaprzestał wędrówki. Chwyciłam go więc za ramiona i zmusiłam do zatrzymania się.
   - Poczekaj! – krzyknęłam mu w twarz.
   Przekrwione, niebieskie oczy spojrzały na mnie, a ich wyraz diametralnie się zmienił. Bierne otępienie ustąpiło głębokiemu przerażeniu. Mężczyzna krzyknął i zaczął się szarpać. Byłam tak zaskoczona takim obrotem spraw, że nie zareagowałam nawet, choć powinnam.
   - Nic ci nie zrobię! – próbowałam uspokoić mężczyznę, ale z marnym skutkiem.
   Znajda ujadał w aucie jak szalony, nieznajomy krzyczał, a mnie coraz trudniej było zapanować nad tą sytuacją.
   - Saszo! Zostaw go! – Max wyskoczył z jeepa, jednocześnie gotując się do wymierzenia w nieznajomego z broni.
   - Nie rób te…
   Nie zdążyłam dokończyć, gdy przerwał mi błysk odbitych promieni słonecznych, który mnie oślepił. Ostrze noża kuchennego poszybowało w górę,  a ja nie zdążyłam się przed nim odsunąć. Ostry, piekący ból rozciągnął się od mojej szyi, aż po kość szczęki. Zatoczyłam się do tyłu, przyciskając dłoń do rany. Ciepła krew przelała mi się przez palce.
   - Max! Nie!
   Było już za późno. Max w paru krokach znalazł się przy wciąż krzyczącym i miotającym się mężczyźnie. Lufa strzelby mojego towarzysza wymierzona została w głowę wędrowca. Nastąpił huk, a pobocze drogi splamiła krew. Wycie Znajdy stało się jeszcze głośniejsze.
   Znowu – ponownie z mojej winy ktoś musiał zginąć. Ciężar tych odebranych żyć zaczynał mi nieznośnie ciążyć.
   - Nic ci nie jest? – Max odwiesił strzelbę na ramieniu i podszedł do mnie. – Pokaż to.
   - Nic mi nie jest – Odsunęłam się od jego dłoni, ale ten chwycił mnie za brodę, odsłaniając ranę. Szarpnęłam się, gdy jakaś głęboka złość ogarnęła mnie i z niewiadomego powodu jej źródłem stał się Max.
   Dlatego też nie wiedziałam, które z nas było bardziej zdziwione, gdy moja pięść poleciała w kierunku jego szczęki. Bynajmniej nie był to lekki cios. Max dłuższą chwilę stał nieruchomo, jakby o czymś myślał. Ja czekałam na jego reakcję – jakąkolwiek. Jedyne, co dostałam, to wzruszenie ramionami.
   - W porządku – powiedział i odwrócił się w stronę auta. Z tylnego siedzenia wyciągnął apteczkę, a Znajda wykorzystał otwarte drzwi, by wyskoczyć na zewnątrz. Pies najpierw zawarczał na leżące niedaleko ciało, a potem zaskomlał, siadając u moich stóp.
   - Co? – Tylko tyle byłam w stanie powiedzieć.
   - Lepiej ci?
   Byłam wciąż zdenerwowana, ale to uczucie było znacznie mniejsze. Jakby część ciężaru nagle zniknęła.
   - Może.
   - Czasem trzeba komuś przywalić. To znacznie poprawia humor.
   Nie mogłam się z tym nie zgodzić.
   Siedziałam cierpliwie na masce jeepa, głaszcząc łeb Znajdy, podczas gdy Max zajmował się moją raną. Ta nie była groźna, ale cholernie bolała. No i miała zostać po niej blizna.
   - Też powinieneś komuś przywalić – stwierdziłam. – Może wtedy przestałbyś być takim ciągle spiętym dupkiem.
   - Zapamiętam, że mam u ciebie otwarty kredyt – mruknął Max, przyklejając do mojej szyi opatrunek. – Gotowe. Jedziemy dalej, czy…
   Zeskoczyłam na ziemię, a Znajda, najwyraźniej pewien tego, że nic mi nie jest, odbiegł na pobocze.
   Znajdowaliśmy się pośrodku niczego, za jednym lasem i przed drugim. Po obu stronach były tylko puste, zaśnieżone pola. Nawet zombie nie było, co uznałam za dobry znak. Oprócz tego mężczyzny, nie spotkaliśmy żadnego żywego od momentu opuszczenia klasztoru.
   - Jesteśmy już prawie na miejscu – Machnęłam ręką. – Skoro dojechaliśmy aż tak daleko, to nie ma sensu zawracać. Zakończmy to, co zaczęliśmy.
   Max wyraźnie niechętnie, ale przystał na moją decyzję. Rzadko kiedy się ze mną nie zgadzał.
   - Ale ja prowadzę – wymierzył we mnie palcem i podszedł od strony kierowcy, nim ja zdążyłam to zrobić.
   Przewróciłam oczami – co zaczynało mi już wchodzić w nawyk – i zajęłam miejsce pasażera. Znajda posłusznie wskoczył na tylne siedzenia, sapiąc przy tym głośno i wywalając język. Odchyliłam się na fotelu i wyjrzałam przez okno. Widok leżącego w kałuży krwi mężczyzny szybko znikł mi z oczu, ale pozostał w pamięci.

***

   Głogów zmienił się od ostatniej mojej wizyty. Miasto wyglądało jeszcze gorzej, niż na początku epidemii. Co prawda na ulicach nie było aż tak wiele zombie, jednak pożary, kradzieże, zdewastowane budynki nadawały temu miejscu jeszcze bardziej przerażającego klimatu. Spalone fasady, powybijane okna, rozbite auta i ogólne wymarcie powodowało aż ciarki na mojej skórze. Obserwowałam to, jednocześnie kierując Maxa, gdzie ma jechać. Poza tym, nie rozmawialiśmy w ogóle. Chyba nawet Znajdzie udzieliła się powaga tej sytuacji, bo i on był cicho jak mysz pod miotłą.
   - To tutaj – powiedziałam i serce zabiło mi mocniej na widok wyłaniającego się budynku hotelu.
A raczej tego, co z niego zostało.
   Adam i jego przyjaciele nie kłamali. Hotel upadł. Został spalony, brama leżała wyrwana z zawiasów, a po terenie chodziły zombie. Nie było szans, by to miejsce ocalało. Jego mieszkańcy zginęli, albo uciekli, ale wychodziło na jedno – nie stanowili już dla nas zagrożenia.
   - Saszo?
   Zdezorientowana obejrzałam się na Maxa, który stał obok drzwi jeepa. Posiliłam się o blady uśmiech – zupełnie nie szczery.
   - Jeden problem z głowy – powiedziałam, ponownie patrząc w stronę czarnej fasady hotelu.
   Znajda podszedł z nosem w cienkiej warstwie śniegu pod przewrócony śmietnik i wyciągnął z niego jakąś papierową torbę, z pewnością zawierającą resztki jedzenia. Obserwowałam poczynania psa, oparta o bok auta. Rana szczypała mnie i swędziała, ale powstrzymywałam się przed naruszeniem opatrunku.
   - Dlaczego chciałaś tu przyjechać? – zapytał Max, patrząc na mnie uważnie.
   - Już ci mówiłam – odparłam zaskoczona tym pytaniem.
   - Adam mówił nam, że hotel upadł  – Max zrobił kilka kroków do przodu, nie spuszczając ze mnie wzroku. Przez to zaczynałam czuć się dziwnie. – Wszyscy mu uwierzyliśmy. Ty nie. Dlaczego?
   Zagryzłam policzek z powrotem patrząc na zniszczony budynek. Wciąż było coś, co nie dawało mi spokoju.
   Bez słowa ruszyłam w stronę hotelu, a sądząc po skrzypiących krokach za mną, Max również.
Brama została wyważona. Lewe skrzydło leżało na ziemi, a prawe wisiało marnie tylko na jednym zawiasie. Kierując się w stronę budynku, zwróciłam uwagę kilku zombie, które chodziły po terenie. Znajdująca się najbliżej mnie, dotkliwie poraniona postać zawarczała na mój widok i wyciągnęła ręce w moim kierunku. Pozwoliłam się jej do mnie zbliżyć, wyciągając przy okazji nóż. Gdy przemieniony znalazł się dostatecznie blisko, chwyciłam go za przód brudnej koszulki i mocnym ciosem przebiłam ostrzem lewą skroń ożywieńca. Odrzuciłam wątłe ciało na bok i obejrzałam się za siebie. Max podobną metodą pozbywał się innego truposza.
   - Nie odpowiedziałaś – zauważył przekładając nóż z jednej ręki do drugiej.
   Zignorowałam mężczyznę i ruszyłam dalej. Zombie, który wyrósł mi na drodze, pozbawiony był dolnej szczęki, a w górnej tkwiło zaledwie kilka zębów. Można było powiedzieć, że był niegroźny, ale i tak musiałam się nim zająć. Natarłam na truposza i przygwoździłam go do ściany. Lewą ręką unieruchomiłam jego głowę, ściskając mu gardło, a prawą wbiłam mu nóż w zbielałe oko.
   - Skąd pomysł, że mu nie uwierzyłam? – burknęłam i położyłam dłoń na klamce drzwi z zamiarem wejścia do środka. Ta część hotelu jakoś uniknęła ognia.
   Nie dane mi było jednak zbyć Maxa. Ten pchnął mocno drzwi, tylko cudem nie przycinając mi przy tym palców. Przestraszona aż odskoczyłam, nie rozumiejąc aż tak gwałtownego zachowania mojego towarzysza. 
   - Gdyby tak było, nie przyjechałabyś tutaj – powiedział ostro i zaraz uśmiechnął się złośliwie. – Ty mu nie ufasz. Dobrze wiesz, że nie powiedział nam wszystkiego. Wiesz, że on sam nie ma pewności co do swoich słów. Wiesz, że Wiksa wcale nie musiał zginąć. Dlatego tu jesteś.  
   Nie wiedziałam, co powiedzieć. Gdy już myślałam, że wiem, jakie słowa obrony mają paść z moich ust, głos wiązł mi w gardle, a w głowie pojawiała się pustka. Chociaż dobrze wiedziałam, że Max ma rację, to i tak chciałam zaprzeczyć. Taka była moja natura – chcąc, nie chcąc – musiałam postawić na swoim.
   - O co ci chodzi, Max? – zapytałam ostro. – Nie chciałam cię tu zabierać. To ty się uparłeś, więc po co te pretensje?
   Max cofnął się, ale dalej opierał się ręką o drzwi, uniemożliwiając mi wejście do środka.
   - Powiedz, że mu ufasz. Jeżeli tak rzeczywiście jest, to odejdziemy stąd. A jeśli nie...

   - To co? – Spojrzałam na niego gniewnie, będąc już bardzo zła. – Ufam Adamowi i nie obchodzi mnie to, co sobie wymyślasz. Traktujesz go jak wroga, chociaż jest twoim bratem. Był w grupie Wiksy, ale wrócił do nas. Jest z nami i wierzę, że jest po naszej stronie. Dlaczego ty nie możesz tego zrobić?
   Pociągnęłam mocno za klamkę i weszłam do środka. Od razu uderzył mnie chemiczny smród spalenizny.
   Hol nie wyglądał źle. Zachował się w takim stanie w większości dla tego, że podłoga była marmurowa, a ściany betonowe. Jednak w dalszej części pomieszczenia, gdzie znajdowały się schody, wszystko było czarne. Prowadząca na piętro droga prawie przestała istnieć za sprawą sczerniałych schodów, które wyglądały, jakby w każdej chwili miały się zarwać. Na podłodze leżał śnieg, który wpadł przez pozbawione szyb okna. Gdy szłam, moje kroki odbijały się echem po pustym wnętrzu.
   - Dlaczego tak traktujesz Adama? – zapytałam i tym razem to ja wzbudziłam w Maxie zmieszanie.
   - Sprzymierzył się z tamtymi – powiedział, chociaż wcale nie zabrzmiało to przekonująco.
   - Każdy z nas zmuszony byłby zrobić to samo, gdybyśmy znaleźli się w takiej sytuacji i dobrze o tym wiesz. Adam i reszta pomogli nam i tu masz tego dowód – Wskazałam na wszystko, co znajdowało się wokół. – Co przede mną ukrywasz, Max?
   Spiął się cały, a jego mina jasno wskazywała na to, że trafiłam w sedno. Max miał jakiś sekret, o którym wiedział również Adam. To zapewne było powodem, dla którego tak bardzo starał się trzymać mnie z dala od brata. Jednak co mogło być tak wielką tajemnicą?
   - Max – spuściłam z tonu i podeszłam do towarzysza. Ten usilnie unikał mojego wzroku. – Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim.
   Splotłam ramiona na piersi, wyczekująco patrząc na mężczyznę.
   Czasem zupełnie nad nim nie nadążałam. W jednej chwili wszystko było w porządku, a zaraz potem stawał się wobec mnie wrogi, a ja zupełnie traciłam orientację. Nie wiedziałam, czy działo się tak z mojej winy, a uporczywe analizowanie sytuacji nie przynosiło żadnych efektów. Max był po prostu zmienny.
   - Wracajmy do domu – powiedział i wyszedł na zewnątrz, pozostawiając mnie samą w pustym, zniszczonym budynku.
   Przez dłuższą chwilę stałam nieruchomo, czując coraz większą bezradność. Miałam wrażenie, że wszystko zaczyna mi się sypać. W Maxie miałam największe oparcie i traktowałam go na równi z Robem. Jednak z tą różnicą, że mój brat był uosobieniem mojego dawnego życia. Max był tym światem.
   - Co ty ukrywasz, Max? – zawołałam za nim.
   Nie dostałam odpowiedzi. Huk wystrzału oraz wbicie się kuli w bok jeepa skutecznie pozbawiło mnie ochoty na kontynuowanie rozmowy. Skuliłam się odruchowo, ale zaraz Max zaciągnął mnie za pobliski budynek. Znajda zaraz do nas dołączył, skomląc i szczekając. Ukucnęłam, by uspokoić psa, a Max wyglądnął zza rogu.
   - Druga kamienica. Pierwsze piętro – powiedział. – Raczej jeden strzelec. 
   - Widzisz go? – zapytałam wyprostowując się. 
   - Nie, ale jest w pierwszym oknie. Raczej nie strzela z dużego kalibru.
   Drgnęłam, gdy padł kolejny strzał, który wbił się w róg ściany, wzbijając w górę obłoki pyłu. Zakaszlałam, gdy duszący pył dostał mi się do gardła.
   - Możesz go zdjąć? – zapytałam. 
   - Nie mam pozycji. I jestem za daleko – odparł, próbnie podnosząc strzelbę. 
   - Szlag by to – syknęłam.
   Znaleźliśmy się w beznadziejnej sytuacji. Mogliśmy odejść pieszo, lub zaryzykować i dostać się do naszego auta, a żeby to zrobić, musielibyśmy znaleźć się pod ostrzałem. 
   - Poczekaj tutaj – powiedział nagle Max. 
   - Co chcesz zrobić? – zapytałam patrząc jak mężczyzna kieruje się w stronę końca budynku.
   - Po prostu poczekaj. I zajmij go – rzucił przez ramię.
   - Niby jak? – oburzyłam się. 
   - Nie wiem. Ciągle gadasz. Może wykorzystaj to?
   Przewróciłam oczami, powstrzymując się przed odgryzieniem Maxowi. Nie był to czas i miejsce na sprzeczki.  Przybliżyłam się do rogu i lekko wychyliłam. Nie zobaczyłam nikogo, choć usilnie wpatrywałam się we wskazane przez Maxa okno. Brakowało w nim szyby. Ta sytuacja przypomniała mi ostrzelanie przez nieznajomego mężczyznę pod Nowogrodem sprzed kilku tygodni. Wtedy zginęła Inga.
   - Hej! Ty, dupku! – zawołałam. – Nie znasz zasady: nie strzelaj, nim nie zapytasz?
   Nie dostałam odpowiedzi i wcale jej nie oczekiwałam. Nie sądziłam, że strzelec – kimkolwiek był – zechce pójść na ugodę. Już sam fakt, że strzelał do nas nie wskazywał na to, że zechce nas ot tak puścić.
   - Nie mamy złych zamiarów! Chcemy tylko zabrać nasz wóz i odjechać! – kontynuowałam, opierając się o chropowaty mur plecami.
   - Idźcie stąd, to nic wam się nie stanie! – rozległ się donośny, męski głos, bynajmniej nie przyjazny. 
   - Chętnie, ale daj nam wziąć naszego jeepa! – odkrzyknęłam, odbezpieczając swoją broń, uprzednio sprawdzając stan magazynka. Nie chciałam korzystać z tej ostateczności, ale musiałam być na nią gotową.
   - Odejdźcie! – Tym razem głos był jeszcze bardziej zdenerwowany i towarzyszył mu wystrzał. Kula znowu trafiła w mur obok mnie.
   Ponownie zakaszlałam i otarłam twarz z pyłu. Facet był albo zniecierpliwiony, albo mocno zdesperowany. Nie był jednak zimnokrwistym mordercą. Dawał nam wyjście.
   - Mamy obóz – zaczęłam, choć rozsądek podpowiadał mi, bym tego nie robiła. – Jest nas dość sporo. Mamy mur, który nas chroni i dach nad głową. Nie głodujemy i na razie też nie cierpimy na brak broni. Jest u nas bezpiecznie.
   Ta chwilowa cisza zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Zamknęłam oczy na moment, próbując zagłuszyć głos, mówiący mi, że jestem głupia. Głupia i naiwna. Chciałam się przekonać, że ratując ludzi, zmniejszę tym samym dług wobec tych, których zabiłam. Dlatego ciągle upierałam się, by przyjmować nowych. Chciałam tym ocalić siebie, nie ich.
   - Wyjdź! – krzyknął mężczyzna.
   Spełniłam jego polecenie po chwili wahania. Z rękoma w górze stanęłam na ulicy, zdając sobie doskonale sprawę, że mogłam tym wystawić się na śmierć. A jednak podjęłam takie ryzyko.
W oknie pojawił się mężczyzna średniego wieku, w zielonej kurtce i z wiatrówką w dłoniach. Mierzył do mnie, ale nie miał palca na spuście.
   - Skąd jesteście? – zapytał, chyba nawet nie zwracając uwagi na to, że byłam sama.
   - Z okolic – odparłam wymijająco. 
   - Nie pieprz, tylko mów! – jego głos stał się jeszcze bardziej groźny. Palec znalazł się na spuście.
   - Z obozu niedaleko! Nie mogę ci powiedzieć gdzie.
   Ruszyłam do przodu, robiąc początkowo małe, niepewne kroki. Z czasem stały się jednak bardziej śmiałe.
   - Możesz do nas dołączyć. Gwarantuję ci, że zostaniesz przyjęty.
   - Ile warte jest twoje słowo? – prychnął mężczyzna.
   - Sam to ocenisz – odparłam, znajdując się już prawie pod samą kamienicą. – Mogę cię jednak zapewnić, że zrobię wszystko, byś przeżył.
   Mężczyzna opuścił broń, a po jego minie stwierdziłam, że był gotowy mi zaufać. Nieznajomej, którą pierwszy raz widział na oczy, powierzył swoje życie.
   Nagle zobaczyłam cień za plecami faceta, a potem na jego szyi pojawił się nóż. Ostrze przejechało po gardle mężczyzny, uwalniając falę czerwonej krwi. Ogarnięty konwulsjami nieznajomy zatoczył się do przodu, po czym wypadł z okna. Odskoczyłam do tyłu, gdy ciało uderzyło w pokryty warstwą śniegu chodnik. Jeszcze przez chwilę mężczyzna walczył o życie, po czym znieruchomiał. Dopiero wtedy spojrzałam w górę.
   Max patrzył na mnie, zaciskając mocno szczękę. Czułam się, jakbym go zawiodła. I może tak właśnie było.
   Zacisnęłam zęby i minęłam ciało mężczyzny, kierując się w stronę hotelu.
   Gdy wracaliśmy do klasztoru, żadne z nas nie odezwało się do siebie nawet słowem. Ja nie wiedziałam, co mam powiedzieć, a Max najwyraźniej nie miał na to ochoty. Jedynie Znajda, swoim sapaniem, przerywał tą frustrującą ciszę. Docieraliśmy do Błoni, gdy mój towarzysz w końcu się odezwał, choć nawet nie spojrzał w moją stronę.
   - Nie uratujesz wszystkich – powiedział, w czym bardzo przypomniał mi w tamtym momencie Roba.
   - Skąd pomysł, że taki mam zamiar? – fuknęłam.
   Max zignorował moje pytanie i dalej ciągnął swoje.
   - Robisz się słaba.
   - Czyli powinnam zabijać każdego, kto stanie mi na drodze? – zapytałam wściekła, patrząc na ubrudzone krwią ręce Maxa. – Jak ty?
   - Nie – Szare oczy spojrzały na mnie w końcu, a ja od razu pożałowałam, że wdałam się w tą dyskusję. – Powinnaś robić to, co uważasz za słuszne.
   - Może wcale już nie wiem, co takie jest – mruknęłam odwracając głowę w stronę okna. Śnieżyca się rozpoczęła, a my zdążyliśmy wrócić. Jedno, małe zwycięstwo nad górą porażek.
Brama zaczęła powoli i opornie otwierać się przed nami. Rozpoznałam Edwarda, który chronił twarz w kapturze i za szalem oraz Szymona. Obaj mężczyźni z trudem panowali nad skrzydłami bramy, którymi targał wiatr. W końcu udało im się to i znaleźliśmy się na bezpiecznym terenie klasztoru.
Gdy tylko wyszłam z jeepa, poczułam przenikający do szpiku kości chłód. Skinęłam tylko głową obu mężczyzną, mającym wartę i ruszyłam w stronę klasztoru. Zapragnęłam jak najszybciej znaleźć się w ciepłym miejscu.
   - Dobrze wiesz – usłyszałam za sobą głos Maxa, który prawie musiał krzyczeć, by nie został zagłuszony przez wiatr. – Zawsze wiedziałaś.
   Spojrzałam na niego i zastanowiłam się, co tak właściwie sprawiało, że był jedną z najbliższych osób i jedyną, do której zwracałam się po porady. Max był… trudny. Czasami po prostu nie dało się z nim rozmawiać, a mimo to chciałam go mieć przy sobie. Było to o wiele bezpieczniejsze, niż miecie w nim wroga.
   - W ogóle mnie nie znasz, Max – powiedziałam.
   - Możliwe – odparł i posłał mi ostatnie spojrzenie, po czym ruszył pomóc Edkowi i Szymonowi w zamknięciu bramy. Ja poszłam w swoją stronę.

sobota, 13 stycznia 2018

ROZDZIAŁ 10 - DRUGA STRONA (RADEK)

Oto i jesteśmy w 1/3 II tomu.
Ten rozdział miał pojawić się dopiero w przyszłym tygodniu, ale postanowiłam dodać go dzisiaj, bo kolejne kilka dni zwłoki to byłaby przesada. Przez egzaminy nie mam zbyt wiele czasu na pisanie, a przez to rozdziały będą pojawiać się rzadziej. Jednak mam nadzieję w ten weekend nadrobić wszystkie moje zamierzenia i zacząć spełniać moje noworoczne postanowienia ;)

Perspektywy Radka od dawna nie było, bo ta ostatnia miała miejsce aż sześć rozdziałów temu, ale było to zamierzone. Ostatni rozdział zawierał przeskok czasowy, a ja nie chciałam mieszać, cofając się tylko po to, by opisać drogę Radka i Libry z Krosna do klasztoru. Ani nie byłoby to ciekawe, ani potrzebne, dlatego jego historię zaczynamy od dość mocnych elementów. 

Nie przedłużając - zapraszam do czytania.

~~~

   Minęły trzy tygodnie w ciągu których zdążyłem poznać klasztor, jego mieszkańców oraz panujące tam zasady. Zawsze byłem dobrym obserwatorem i dzięki temu szybko pojąłem politykę tego obozu. Wiedziałem, do kogo się zgłosić z danym problemem, udało mi się zapamiętać plan wart, na pamięć znałem też członków Rady i zrozumiałem, kto tak naprawdę rządzi tym miejscem. Bezapelacyjnie była to Sasza, za którą stał Max, a potem Rob. Pozostali również byli ważni, ale do tej trójki należało podejmowanie najważniejszych i ostatecznych decyzji.
   Przedstawiali oni tak różne postawy, że aż dziwiłem się, jak mogą dochodzić do porozumienia. Z czasem odkryłem jednak, że razem się dopełniają. Podczas gdy Sasza była porywcza i lubiła działać nieco pochopnie, Rob ze swoim opanowaniem oraz rozwagą ściągał ją na ziemię. Za to ta radziła się w większości spraw z Maxem, który zawsze miał rozwiązanie na każdy problem i zdawał się mieć pojęcie o wszystkim. Trzy różne osobliwości, razem utrzymywały klasztor w całości.
   Jadąc tu nie wiedziałem do końca, czego mam się spodziewać. Choć starałem się myśleć obiektywnie i nie kierować się plotkami na temat mieszkańców klasztoru, jakie krążyły w Krośnie, to nie mogłem się ich pozbyć z głowy. Pojawiały się w niej obrazy zdegenerowanej społeczności, która nie zawahałaby się przed zabiciem każdego, kto stanie im na drodze. I, choć zawsze byłem człowiekiem trzeźwo myślącym, nie potrafiłem przekonać się, by zmienić moje nastawienie co do tego miejsca. W przeciwieństwie do Libry – którą naprawdę niewiele rzeczy mogło przestraszyć lub wyprowadzić z równowagi – ja naprawdę obawiałem się przyjazdu do klasztoru. Jego widok wypełnił mnie strachem, który towarzyszył mi aż do zatrzymania się naszego wozu przed bramą obozu. Byliśmy zmęczeni długą podróżą, zmarznięci oraz coraz bardziej mokrzy od padającego deszczu ze śniegiem. A na dodatek mierzono do nas z broni.
   - Kim jesteście? – zapytał groźnie rosły, młody facet, którego twarz skrywał kaptur. Obok niego stała rudowłosa dziewczyna, która trzymała w rękach strzelbę.
   - Szukamy schronienia – odparłem unosząc obie ręce. Mój głos drżał, choć starałem się brzmieć pewnie. – Od trzech dni jesteśmy w drodze. Wczoraj skończyło nam się jedzenie. Błagam, pomóżcie nam.
   Para wymieniła się spojrzeniami w których była niepewność.
   Nie kłamałem. Droga z Krosna znacznie nam się przedłużyła, a to za sprawą zastawionych przez opuszczone samochody dróg, zombie oraz usterek w naszym aucie, które powodowały niewygodne trasy. Jedzenie także nam się skończyło, bo nikt nie przewidział, że podróż ta będzie trwała dodatkowe trzy dni. Było to jednak z jednej strony dobre, bo tym bardziej wyglądaliśmy na zmęczonych podróżnych, łaknących schronienia.
   - Wyjmijcie wszystkie bronie, jakie macie i połóżcie je na ziemi! – rozkazała nam rudowłosa. Mimo swojej postury, zdawała się być niebezpieczną postacią.
   Posłusznie spełniliśmy jej polecenie, po czym cofnęliśmy się o krok w tył. Wtedy wielkolud otworzył jedno ze skrzydeł bramy, wciąż do nas mierząc, podczas gdy jego towarzyszka zebrała bronie.
   - Musimy was przeszukać, nim was wpuścimy – powiedziała dziewczyna.
   - Jesteśmy twoi – odparła typowo dla siebie Libra. Nigdy nie traciła rezonu – niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajdowała.
   Po przeszukaniu, które nie przyniosło żadnych niespodzianek, zostaliśmy wpuszczeni na teren klasztoru.
   Naszym przewodnikiem została rudowłosa, która zaprowadziła nas do białego budynku, znajdującego się obok kościoła.
   Nie wiedziałem, czego dokładnie się spodziewałem, po zobaczeniu mieszkańców klasztoru, ale na pewno nie były to dzieci, śmiech i dźwięki gitary. W Krośnie nie było żadnej z tych rzeczy.
   My byliśmy surowym społeczeństwem, które cechowało realistyczne podejście do tego świata. Topór uważał, że by przetrwać, trzeba żyć tak, by być w każdej chwili gotowym na atak. Dlatego też wszyscy członkowie naszego obozu chodzili spięci,  a jedynymi chwilami swobody były te przy ogniskach z butelką alkoholu.
   W klasztorze było inaczej. Tak, jakby stał się on ostoją dawnego świata.
   Ruda zaprowadziła nas do sporej sali, która musiała być biblioteką. Było tam pełno ludzi, którzy tłoczyli się na kanapach ustawionych przy kominku, wsłuchując się w grającego na gitarze starszego mężczyznę. Od tak dawna nie słyszałem muzyki, że jej dźwięki wypełniły moje oczy łzami. Byłem oczarowany tą atmosferą i sądząc po minie Libry – ona także.
   Nasza przewodniczka zostawiła nas i podeszła do siedzącej w fotelu dziewczyny, która z uśmiechem kołysała małe dziecko na rękach. W pierwszej chwili jej nie poznałem. Dopiero te niezwykłe, szare oczy przywołało w mojej pamięci nasze ostatnie spotkanie.
   Tam była twardą wojowniczką, która jako jedyna zdołała uciec mojemu ojcu i przy tym go postrzeliła. Tutaj widziałem młodą kobietę z niemowlęciem. Dwie różne osoby w jednej.
   - Nie możemy tego zrobić – powiedziałem cicho.
   - Przestań, Radek – skarciła mnie Libra, choć nie zabrzmiała wcale pewnie. – Mamy zadanie i będziemy się trzymać jego planu.
   - Ci ludzie… to miejsce…
   - Przestań! – syknęła boleśnie wbijając mi paznokcie w przedramię. – Chodzi o nią. Nie o nich.
   Nie wiedziałem o planie porwania Saszy aż do momentu wyjazdu. Gdy Libra mi o nim powiedziała, chciałem się wycofać. Nie znałem zamiarów Topora co do niej, ale przeczuwałem, że nie jest to nic dobrego. Mężczyzna, któremu odciął rękę wyjechał od nas ledwo żywy i został sprzedany temu całemu Wiksie za skrzynkę broni. No i mój ojciec zabijał przywódców grup, by przejąć kontrolę nad resztą.
   - Libro…
   Urwałem, bo Sasza stanęła przed nami, uważnie nas lustrując swoimi przenikliwymi, szarymi oczami. Przez moment pewien byłem, że mnie rozpoznała i cały się spiąłem.
   - Chcecie do nas dołączyć? – zapytała, a ja już wiedziałem, że nie ma odwrotu.
   Skinąłem głową. 
   Teraz Libra i ja byliśmy jednymi z nich – należeliśmy do społeczności klasztoru. I czuliśmy się tam dobrze.
   Początkowe obawy, niepewność i dystans, jaki zachowywaliśmy wobec mieszkańców tego obozu znikł, gdy lepiej Poznaliśmy tą „drugą stronę”. Nie okazała się być ona taka, jak rysowali ją „nasi”. Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej zżywałem się z tymi ludźmi. Wreszcie nie czułem na karku oddechu Topora i nie zadręczałem się jego codziennym widokiem. Po prostu żyłem.
   - Trzymajcie to! – zawołał Roc, który wbijał ostatnie gwoździe przy konstrukcji wieży.
   Razem z Robem jeszcze mocniej natarliśmy na drewniany pal, utrzymując go w pionie do momentu, aż okazał się stabilny. Mięśnie ramiom drżały mi z wysiłku i oczekiwałem jutrzejszych zakwasów, ale poczucie dobrze wykonanej roboty wynagradzało mi to wszystko.
   - Przerwa, panowie! – oznajmił Rob, przerzucając młotek z jednej ręki do drugiej.
   - Nareszcie – facet, nazywany Loską, otarł z czoła pot i sięgnął po stojącą na ziemi butelkę wody.    Opróżnił ją do połowy za jednym łykiem.
   Choć było zimno, wszyscy byliśmy zgrzani. Dlatego też pracowaliśmy w odstępach, by za bardzo się nie spocić. Wtedy łatwo było o chorobę, a tego nam nie było trzeba.
   - Nieźle to wygląda – powiedział Rob, opierając ręce na biodrach i patrząc na częściowo skończoną wieżę. – Brakuje jej jeszcze zadaszenia oraz osłon, ale konstrukcja nabiera kształtów.
   Nie można było się z nim nie zgodzić. Żadne z nas nie miało doświadczenia w budowaniu takich rzeczy, ale jak na pierwszy raz, to poszło nam nieźle.
   - Jeszcze dwa dni i będzie koniec – stwierdziłem.
   - Już dawno by był, gdybyście się nie opieprzali!
   Na dźwięk wiecznie niezadowolonego tonu Olgierda, wszyscy przewróciliśmy oczami. Ten facet potrafił zirytować każdego swoim rządzeniem się i równoczesnym niewykonywaniem żadnej pracy. Jego zadaniem było dopilnowanie, by powstały te wieże oraz nowe umocnienia, ale sam nic nie robił, by nam pomóc. Zachowywał się tak, jakby bycie członkiem Rady zwalniało go z takiego obowiązku, ale Rob również do niej należał, a jednak nam pomagał.
   - Macie dzień opóźnienia! – Olgierd pomachał nam przed twarzami złożonym planem wież. – Mieliście skończyć wczoraj!
   - A skończymy jutro – Oskar wzruszył ramionami i ściągnął z dłoni grube rękawice.
   - Chyba nie zdajesz sobie sprawy, jak ważne jest…
   - Zaczyna się – Loska splótł ręce na piersi i oparł się o nowowzniesioną konstrukcję. Od razu naraził się na karcący wzrok Olgierda.
   - Mówiłeś coś?
   - Żebyś w końcu się zamknął i pomógł nam, jeżeli tak bardzo boisz się stanąć przed Saszą i zrelacjonować jej postępy – powiedziałem, czym zostałem nagrodzony poparciem reszty ekipy.
Olgierd zgrywał twardziela, ale wszyscy wiedzieli, że przed Saszą kuli się jak szczeniak. Było to zabawne, zważywszy na to, że była od niego ponad dwa razy młodsza. Jednak posiadała charyzmę oraz nieznane nam sposoby na to, by podporządkować sobie osoby pokroju Olgierda. No i miała też wsparcie Maxa, którego można było się obawiać.
   - Co ty pieprzysz? – oburzył się mężczyzna, co było potwierdzeniem moich słów. Aż cały poczerwieniał na twarzy, jakbym odkrył jakiś jego sekret. – Że niby boję się jakiejś małolaty? Jest niewiele starsza od mojej córki! I to baba!
   - Czyli się jej nie boisz? – zadrwił Loska, patrząc gdzieś za plecy Olgierda.
   - Padło wam na łby – Postukał się w skroń. – Żadne babsko nie będzie mną rządzić i mam gdzieś, co pomyśli sobie o tej budowie. Sasza jest tak samo głupia jak reszta kobiet i w ogóle nie wiem, co robi w Radzie. Na tym miejscu powinien być ktoś odpowiedzialny i kto wie, jak rządzić.
   - Ktoś taki jak ty?
   - Właśnie – powiedział dumnie mężczyzna. Zaraz jednak jego twarz stężała, gdy zorientował się, do kogo należy głos.
   Cała nasza grupa próbowała nieudolnie ukryć śmiech, gdy z pełnymi strachu oczami obejrzał się za siebie.
   Stojąca za nim Sasza w towarzystwie Maxa miała ręce splecione na piersi i wyczekująco patrzyła na Olgierda.
   Tego dnia wyglądała wyjątkowo groźnie i poważnie. Ubrana była w czarne spodnie, eksponujące jej długie nogi, skryte w sięgających połowy łydek workerach. Miała na sobie skórzaną, brązową kurtkę z polarem przy kołnierzu, a pod nią zwykły, biały t-shirt. Przy biodrze miała kaburę z bronią oraz pochwę z nożem. Wraz ze stojącym obok Maxem, którego tylko Oskar przewyższał wzrostem, tworzyli team, który mógł wzbudzać strach. W dużej mierze robił to sam Max, którego jedno spojrzenie potrafiło zgromić człowieka i odebrać mu całą odwagę.
   - Ja… - Olgierd obejrzał się na nas, jakby szukał wsparcia. Nie dostał go jednak. Zrezygnowany przeczesał palcami rzadkie włosy, ściskając mocniej plan w dłoni. – Wieża będzie gotowa jutro.
   - Dzisiaj – powiedziała Sasza. – Pomożesz reszcie w budowaniu. Przyda im się wsparcie takiej odpowiedzialnej osoby, która wie, jak rządzić.
   Ta ostatnia złośliwość wywołała u nas jeszcze większe rozbawienie. Już od dawna nie miałem okazji śmiać się tak szczerze. W tym miejscu, z tymi ludźmi, potrafiłem się rozluźnić.
   - Radek, pozwól z nami.
   Zaskoczony spojrzałem na Saszę, czując ścisk w gardle. Od razu pomyślałem o tym, że zostałem odkryty. A nie chciałem tego. Szpiegowanie klasztoru porzuciłem już dawno i nie miałem zamiaru wracać do Krosna. Prawdę o pochodzeniu moim i Libry miałem zamiar wyjawić w niedalekiej przyszłości, w jakiś delikatny sposób. Nie sądziłem, że zostaniemy zdemaskowani.
   Wstałem ze stosu desek, na której dotychczas siedziałem i ruszyłem za Saszą oraz Maxem. Ci zaprowadzili mnie do klasztoru, a potem do gabinetu na piętrze, gdzie odbywały się spotkania Rady. Na miejscu były już osoby, które zdążyłem poznać – w tym jeden człowiek Rady – Jarek. Była tam też nieco starsza ode mnie Kamila oraz Hindus. Cała trójka siedziała na krzesłach i pochylała się nad rozłożonym na blacie stołu planem.
   - Jesteś z Krosna – powiedziała Sasza, czym obudziła moje najgorsze obawy.
   - Ja naprawdę nie chciałem – z moich ust wyrwał się potok słów. – Nie jestem… To znaczy nie byłem…
   - Chwila – przerwał mi Jarek. – Mówiłeś, że urodziłeś się w Krośnie. Nie jesteś stamtąd?


   Ulga, jaką poczułem, była chyba aż zanadto widoczna, bo Sasza zmarszczyła brwi, a Max patrzył na mnie podejrzliwie.
   - Jestem. To znaczy urodziłem się tam, ale potem przeprowadziłem do Leszna – wytłumaczyłem, mając nadzieję, że przyjmą tą wersję, która nie mijała się aż tak bardzo z prawdą.
   - Czyli znasz to miasto – podsumowała Sasza.
   Skinąłem głową nie wiedząc, co tym samym robię.
   - Świetnie. Pojedziesz z nimi.
   - Na wypad?
   - Nie. Na przejażdżkę – Max przewrócił oczami zirytowany, za co Sasza skarciła go spojrzeniem.
   - Tak. Na wypad. Będziesz ich przewodnikiem – powiedziała. – Pokażesz nam miejsca, gdzie moglibyśmy znaleźć żywność, leki, generatory…
   - Jasne, ale ty nie jedziesz?
   Sasza powstrzymała Maxa, gdy ten chciał już rzucić jakąś kolejną, pewnie niezbyt miłą uwagą. Zdążyłem już zrozumieć, że nie robił tego złośliwie, a wynikało to z jego charakteru. Libra miała podobnie – mówiła otwarcie to, co czuła i myślała.
   - Nie. Pojedziesz z Kamilą, Hindusem i Jarkiem. Odpowiada ci to?
   Ponownie skinąłem głową, bo naprawdę nie miałem nic przeciwko. Z ulgą przyjąłem też fakt, że Sasza nie znajdzie się w Krośnie Odrzańskim, gdzie przecież znajdował się obóz Topora. Jednak jak miałem ostrzec resztę przed nim, nie wydając się przy tym? To była cholernie popaprana sytuacja.
   - Dobrze. Przygotujcie się.
   Wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia, a ja wciąż nie mogłem ruszyć się z miejsca. Myślałem o sporym kredycie zaufania, jaki został mi powierzony i zastanawiałem się, jak go nie zmarnować.
Libra z rana wyjechała na inny wypad, dlatego nie mogłem zwrócić się do niej o radę, a oprócz niej, nikogo innego w klasztorze nie mogłem wtajemniczyć. To byłoby równoznaczne z wydaniem na siebie wyroku śmierci. Wszyscy tutaj byli wobec siebie bardzo lojalni.
   - Radek? – usłyszałem kobiecy głos, który oderwał mnie z przemyśleń.
   Wstałem z krzesła i zobaczyłem stojącą w drzwiach gabinetu Saszę. Najwyraźniej jeszcze nie wyszła, zainteresowana moją biernością. Chociaż to było niemożliwe, to miałem wrażenie, że odkryła moje zamiary co do klasztoru.  
   - Ja musiałem tylko… - Potarłem czoło, całkowicie zapominając, co chciałem powiedzieć.
   - Denerwujesz się wyjazdem? – zapytała podchodząc do mnie. Jej ton głosu zmienił się. Nie był już ostry, a nawet znalazła się w nim nuta troski. Ta dziewczyna nie była zła, raczej matkowała wszystkim, dbając o nich. Nawet o mnie, choć na to nie zasługiwałem. – Wybrałam cię, bo uważam, że jesteś gotowy i wierzę, że sobie poradzisz.
   - Też mam taką nadzieję – Uśmiechnąłem się blado. To wcale nie odwróciło uwagi Saszy, od uważnego badania mojej twarzy i próby przejrzenia moich myśli. Postanowiłem zmienić temat, bo naprawdę zaczynałem się denerwować, gdy te szare, przenikliwe oczy próbowały odkryć mój sekret. – Po prostu martwię się o Librę. Zawsze działaliśmy razem i gdy miałem ją pod ręką, mogłem ją choć trochę kontrolować. Jak pewnie zauważyłaś, jest dość… narwana.


   - Zauważyłam – powiedziała uśmiechając się. To zupełnie nie pasowało do jej wizerunku, jaki tworzyła, ale musiałem przyznać, że wyglądała ładnie z nim. – Jest ze świetną ekipą. Nie musisz się martwić.
   - Łatwo powiedzieć – westchnąłem. – Po drugiej stronie muru nie jest łatwo.
   - Nigdzie nie jest – zreflektowała z dziwną nutą w głosie. – Po każdej stronie jest ciężko.
   Sasza wyszła z gabinetu, uprzednio upewniając się jeszcze, że na pewno dam sobie radę na wypadzie. Chciałem był tego stuprocentowo pewny tak, jak ona, ale dziwny niepokój, objawiający się palącym bólem w przełyku, nie chciał dać o sobie zapomnieć. Wracałem do Krosna. Nie chodziło już o to, że miałem znaleźć się po drugiej stronie muru, ale również i po drugiej stronie niewidzialnej granicy między Saszą, a Toporem. I nie wiedziałem, jak to się może skończyć.

***

   Jedynym miejscem, do którego mogłem pokierować moich towarzyszy była Galeria Handlowa Horex. Gdy jeszcze byłem w obozie Topora, nikt nie przyjechał w to miejsce, bo oblężone było ono przez zombie. Miałem nadzieję, że trupy ulotniły się już, a ludzie z mojego dawnego obozu nie pomyśleli, by tu przyjechać. I – jak się okazało – moje nadzieje okazały się słuszne.
   Na parkingu przed niedużym centrum handlowym oprócz aut nie znajdowało się nic. Jedynie kilka ciał zombie, które pokryte były warstwą szronu oraz w zaawansowanym stadium rozkładu mówiło o dawnej obecności żywych trupów.
   Wraz z Jarkiem wysiedliśmy z auta i poczekaliśmy, aż Hindus zaparkuje swoje, w którym jechał z Kamilą. Wzięliśmy dwa samochody, by mieć więcej miejsca na zapakowanie ewentualnej żywności oraz potrzebnych rzeczy.
   - Idziemy jedną grupą – zakomunikował Jarek, zawieszając sobie na ramieniu strzelbę. – Nie będziemy ryzykować, że coś się komuś stanie, a druga grupa pędzie za daleko, by pomóc. Trzymamy się razem i osłaniamy. Żadnego strzelania, chyba, że będzie to absolutnie niezbędne. Jasne? Wchodzimy.
   Główne drzwi, prowadzące do galerii, były na wpół otwarte. Stało się tak za sprawą zmiażdżonej między skrzydłami kobiety. Leżała obok sporej kałuży krwi, a w zaciśniętych pięściach miała kawałki mięsa. Ktoś wbił jej kawałek szkła w oko.
   Przestąpiliśmy nad ciałem i całą czwórką znaleźliśmy się w środku.
   Panował tam nieprzyjemny smród oraz ciemność. Wydobyłem z kieszeni latarkę, tak jak zrobili to pozostali, i ruszyłem za nimi. Marmurowa podłoga pełna była plam oraz smug z krwi, a także trafiały się też ciała przemienionych, których ktoś zdążył unieszkodliwić. Przechodziłem obok przewróconej tablicy informacyjnej, gdy usłyszałem warczenie. Odskoczyłem na bok akurat w chwili, gdy ręka zombie sięgnęła w kierunku mojej nogi. Truposz był przygnieciony i nieszkodliwy w takiej pozycji, ale musiałem pozbyć się nawet cienia ewentualnego zagrożenia. Wyciągnąłem nóż, w który każdy z nas był dodatkowo wyposażony, i pochyliłem się nad truposzem, uprzednio przygniatając moim ciężkim butem jego machającą rękę. Z niesmakiem przebiłem jego oko, co było najłatwiejszą drogą do uszkodzenia mózgu.
   Skłamałbym, gdybym powiedział, ze zabijanie zombie przynosiło mi radość. Nawet nie przychodziło mi to z łatwością. Wiedziałem, że to już nie ludzie, ale czasami, gdy widziałem przemienionego bez większych obrażeń, budziła się w mojej głowie myśl, że przecież ktoś mógłby znaleźć lekarstwo na wirusa i go uratować. Może było to marzenie ściętej głowy, ale nie mogłem się przekonać do tego, że świata już nie da się zmienić. Nie chciałem żyć w takim. Bo co to było za życie? Ciągła walka, strach, martwienie się o zapasy, niewiedza, czy dożyje się do kolejnego dnia. Dopóki działałem, myśli o tym schodziły na boczny tor, ale podczas bezsennych nocy wracały one i to ze zdwojoną siłą. Jeszcze nie wiedziałem, jak skończy się moja historia, ale nie sądziłem, że dożyję starości.
   Jarek przekazał nam na migi, że ja wraz z Hindusem mamy podejść drzwi segmentowych przy zamkniętej aptece i otworzyć je. Te – na całe szczęście – były niedomknięte, dlatego przy użyciu niewielkiej siły unieśliśmy je. Było to jednak sporym błędem.
   - O kurwa – jęknął Hindus.
   W naszą stronę odwróciło się kilkanaście sylwetek, które zawyły wspólnie i ruszyły na nas. Chciałem zamknąć z powrotem drzwi, ale te ani drgnęły. Mechanizm zaciął się w najgorszym, możliwym momencie. Musiałem odpuścić, bo zombie zbliżyły się aż zanadto. Chcieliśmy wycofać się w stronę wyjścia, ale wtedy do środka weszli ludzie. Na moment wszyscy staliśmy jak wryci, zaskoczeni swoją obecnością, ale zombie szybko przypomniały o swojej. Kule drugiej grupy także zrobiły swoje.
   Skręciliśmy w prawo, mijając kolejne, mniejsze sklepiki. Następny zakręt kończył się wejściem do sporego sklepu AGD i RTV. Przeskoczyliśmy przez zamknięte bramki, słysząc za sobą zarówno strzały, kierowane najwyraźniej do zombie, jak i ich jęki. Schowaliśmy się za jedną z półek, która zastawiona była sprzętem kuchennym.
   - Co robimy? – zapytała Kamila, ściskając w obu dłoniach swój pistolet. Ciemna grzywka prawie całkowicie zasłoniła jej twarz, ale kobieta nawet nie pomyślała o odgarnięciu jej.
   - Niech wykończą truposzy, albo one ich – odparł  Jarek, wyglądając zza rogu półki. – Któraś grupa musi wygrać. Tak, czy siak, zajmiemy się zwycięzcami.
   Nie podobał mi się ten plan, ale nie mieliśmy wyjścia. Jednak pierwszy raz miałem nadzieję, że w tym starciu żywi przegrają. Wolałem strzelać do zombie, niż do ludzi.
   - Radek, Hindus – Jarek zwrócił się do nas. – Idźcie bliżej drzwi. Jeżeli ktokolwiek wejdzie – strzelajcie.
   Skinąłem głową, choć wcale nie czułem się gotowy to zrobić. Zwyczajnie się bałem stanąć naprzeciw żywego człowieka i tak po prostu odebrać mu życie. Jednak podążyłem we wskazanym przez Jarka kierunku, kryjąc się za półką ze sprzętem AGD. Przysunąłem się do końca regału i ostrożnie wychyliłem, dostając widok na wejście do sklepu. Trwałem w tej niewygodnej pozycji dłuższą chwilę, aż strzały ucichły.
   Ten moment był najgorszy. Zupełnie nie wiedziałem, co mam w tamtej chwili myśleć. Nie znałem zwycięzców tego starcia i oczekiwanie na ich pojawienie się było najdłuższym i najgorszym w moim życiu. Nawet moment śmierci Klaudii aż tak się nie przeciągał, nie tworząc wokół mnie tak sporego spowolnienia. Nic jeszcze nie wywołało u mnie aż takich emocji, jak właśnie to doznanie.
W końcu rozległo się echo szybkich, całkowicie sprawnych kroków – z całą pewnością nie należących do zombie. Ścisnąłem mocniej oburącz mój karabin, który już tyle razy uratował mi życie i naprawdę miałem nadzieję, że zrobi to i tym razem.
   Szóstka dobrze zbudowanych mężczyzn wybiegła zza rogu. Tam, ich przywódca, uniósł rękę, zatrzymując pozostałych i dając im niemy znak do zachowania czujności. Grupa rozdzieliła się na dwie, po trzy osoby, które przyległy do ścian korytarza, po obu stronach wejścia. Tym sposobem stali się dla nas całkowicie niewidzialni, ukryci przez boczne ścianki. Spojrzałem na ukrywającego się dokładnie naprzeciw mnie Hindusa. W prawej dłoni trzymał swój pistolet, a lewą położył na rękojeści maczety, którą zawsze ze sobą zabierał. W jego brązowych oczach zobaczyłem to, o czym sam myślałem. Musieliśmy zadziałać.
   Poczekałem, aż grupa pojawi się we wnętrzu sklepu, a gdy to się stało wyprostowałem się i cisnąłem znajdującym się na półce czajnikiem. Ten rozbił się na ścianie przy wejściu, zwracając tym samym uwagę całej grupy. To był moment, by zaatakować.
   Hindus oddał kilka strzałów w kierunku nieznajomych i, sądząc po głosach, zranił co najmniej dwóch z nich. Pozostali oddali strzały, zmuszając mojego towarzysza do skrycia się. Ta salwa kul trwała dość długo. Siedziałem skulony za półką, kryjąc głowę między ramionami, chowając się przed drzazgami oraz kawałkami zniszczonych sprzętów.
   - Dość! – zawołał jakiś mężczyzna, którego głos wydał mi się znajomy. Próbowałem nawet się wychylić, by dostrzec jego właściciela, ale uniemożliwiła mi to zarwana półka z sąsiedniego regału. Zobaczyłem jednak, że napastnicy powoli przemieszczają się w naszym kierunku.
   Złapałem kontakt wzrokowy z Hindusem i na migi przekazałem mu, że ma się wycofać. Sam zrobiłem to samo, przemykając między kolejnymi regałami. Dotarłem nawet do miejsca, gdzie kryła się Kamila. Kobieta nie rozumiała, co się dzieje, ale gdy pchnąłem ją lekko w plecy zrozumiała, że musimy uciekać.
   - I co teraz? – zapytała szeptem, gdy znaleźliśmy się na końcu sklepu, gdzie znajdowały się telewizory.
   Rozejrzałem się wokół, szukając Jarka, Hindusa, lub po prostu czegoś, co pomogłoby nam wyjść z tej sytuacji. wtedy dostrzegłem czerwoną butlę, znajdującą się na ukos od nas. To właśnie gaśnica mogła stać się naszym wybawieniem. Musieliśmy zadziałać szybko, bo usłyszałem dochodzące z całkiem bliska kroki.
   - Strzel w gaśnicę – powiedziałem, wskazując Kamili rzeczony obiekt. Widok wątpliwości na twarzy kobiety zbudził we mnie tylko zniecierpliwienie. – Na mój znak.
   Przekradłem się bliżej końca regału i wychyliłem zza niego. Odszukałem wzrokiem pozostałą dwójkę moich towarzyszy, a także znajdujących blisko nich, członków wrogiej grupy. Gdy jeden z nich znalazł się o kilka kroków od mężczyzn, nie czekałem dłużej.
   - Teraz! – krzyknąłem do Kamili i w tym samym momencie pociągnąłem za spust. Kule przeleciały centymetry od nóg nieznajomych, zmuszając ich do wycofania się.
   Hindus i Jarek zrozumieli, co się dzieje, bo gdy tylko powietrze wypełnił biały, gęsty dym, ruszyli biegiem w stronę wyjścia. Zdezorientowani i zagubieni mężczyźni krzyczeli do siebie, poleciało kilka kul w naszym kierunku.
   Zgięty w pół, przerażony i biegnący całkowicie na ślepo przed siebie nie spodziewałem się ataku. Na podążającą przede mną w stronę wyjścia Kamilę wypadła postać, która pchnęła ją na półkę z lampami. Szarpiące postacie upadły na ziemię, a nieznajomy mężczyzna przycisnął moją towarzyszkę do niej i uderzył z pięści w twarz. Zareagowałem od razu, zakładając przeciwnikowi „dźwignię” na szyję i odciągając go od Kamili. To dało jej szansę na ucieczkę, ale mnie jej chwilowo pozbawiło.
   Mężczyzna poderwał gwałtownie głowę, uderzając mnie jej czubkiem w dolną szczękę. Z bólu do oczu aż napłynęły mi łzy i przez chwilę miałem wrażenie, że zęby mi pękły. Straciłem przez to na moment siłę, a mój przeciwnik to wykorzystał. Wyswobodził się z mojego uścisku i chwycił leżącą na podłodze lampę biurową, którą zdzielił mnie prosto w twarz. Zamroczony, z ustami pełnymi metalicznego smaku krwi, wpadłem na stojącą za mną półkę, do której zostałem brutalnie przyciśnięty. Na mój brzuch oraz parę razy na twarz spadło kilka uderzeń, przed którymi nie byłem w stanie się obronić. Ból, co chwilę rozchodzący się po moim ciele, odbierał mi całą siłę. Nie mogłem nawet unieść rąk, by zaatakować, bądź chociaż odepchnąć przeciwnika. Ten był o wiele silniejszy ode mnie. Jedyną moją szansą mogło okazać się sięgnięcie po broń.
   Niewiele myśląc wyciągnąłem nóż zza paska, bo pistolet wypadł mi już na początku naszego starcia. Skierowałem ostrze w brzuch mężczyzny. Te znalazło się centymetry od brzucha napastnika, gdy jego ręce owinęły się wokół moich nadgarstków. Mężczyzna wydał mi się dziwne znajomy, ale zaraz to wrażenie zostało zatarte przez cios z czoła w twarz. Zalałem się krwią i tak tym zaoferowany, że nie zauważyłem, kiedy została we mnie wycelowana broń.
   - Ani drgnij, skurwielu – syknął mężczyzna, po czym zawołał przez ramię, do reszty swoich towarzyszy.- Tutaj, panowie!
   Ten głos także wydawał mi się być znany. Spojrzałem na jego właściciela i zamarłem. On także zdawał się mnie rozpoznać.
   - Kurwa, Radzio? – zapytał z niedowierzaniem, po czym opuścił broń. – Ja jebię. Nie wierzę! Kurwa! – roześmiał się krótko, podchodząc do mnie, jakby chciał mnie uściskać. – Przecież zginąłeś na wypadzie! Topór tak mówił. Ty jebańcu! Znowu przeżyłeś!
   - Olek, to nie jest tak…
   - Ludzie w to nie uwierzą! Jedziemy do Krosna, tam…
   Nastąpił huk, a głowę Olka przeszył pocisk. Ekscytacja na twarzy młodego mężczyzny przemieniła się w grymas zaskoczenia oraz bólu. Olek upadł tuż obok moich nóg, gdzie zaczęła rosnąć kałuża krwi.
   Facet, którego poznałem podczas warty w Krośnie zginął, przez kolejne kłamstwa Topora. Niewinny człowiek zapłacił najwyższą cenę, bo mój ojciec był podłym dupkiem.
   - Radek! – rozległ się krzyk Kamili. Kobieta stała niedaleko wejścia, co ledwie widziałem przez gęstą mgłę.
   Przykro mi – ostatni raz spojrzałem na martwego Olka, którego zdążyłem nawet polubić, po czym biegiem ruszyłem w stronę moich towarzyszy. Nawet przez myśl mi nie przeszło, by zostać z tą drugą grupą. Oni byli z Krosna, a ja… Cóż. Ja już stamtąd nie pochodziłem.
   - Co się stało? – zapytałem, gdy zobaczyłem podpierającego się o ścianę Jarka. Trzymał się za lewy bok, gdzie rosła czerwona plama.
   - Draśnięcie – wyjaśnił krótko, krzywiąc się.
   Pomogłem mężczyźnie, powalając mu oprzeć się na swoim ramieniu i razem ruszyliśmy w stronę wyjścia. Dopóki reszta tamtej grupy błądziła w białej parze, mieliśmy przewagę. Wybiegliśmy na zewnątrz, wcześniej mijając gęsto usłanych na podłodze truposzy. Przebiegnięcie po ich galaretowatych, cuchnących i obrzydliwych ciałach nie było najprzyjemniejsze. Szczególnie dla Hindusa, który poślizgnął się i wpadł całym w kałużę ciemnobrązowej krwi.
   - Wracamy do klasztoru – powiedziałem zaraz po tym, jak usiadłem za kierownicą, po posadzeniu go obok.
   - Nie! – sprzeciwił się ostro. – Mamy zadanie!
   - Jarek, jesteś ranny, a nas prawie nie wystrzelano. Wracamy!
   - Nie rozumiesz? – syknął Jarek, gdy ja wyjechałem z parkingu prosto na drogę. Hindus z Kamilą jechali tuż za nami. – Nie widziałeś całego tego towaru? Potrzebujemy go!
   Zauważyłem generatory, na których nam tak bardzo zależało, ale ryzykowanie życia dla małej dawki prądu? Aż tak zdesperowani i stęsknieni za przeszłością byliśmy?
   - Zatrzymaj się tutaj.
   Niechętnie spełniłem polecenie Jarka i zatrzymałem ciężarówkę na poboczu drogi, tuż za jakimś magazynem. Wszyscy od razu wyszliśmy na zewnątrz, by porozmawiać wspólnie o tym, co robić dalej.
   - Mamy zadanie i wykonamy je – uparcie obstawiał przy swoim Jarek, gdy Kamila bandażowała jego ranę. – Kurwa! – syknął z bólu, patrząc z wyrzutem na Kamę.
   - Przestań się mazać – zganiła go ta. – Radek ma rację. O mało co nie zginęliśmy dla agregatów. To nie jest tego warte.
   Spojrzałem z wdzięcznością na kobietę, na co ta uśmiechnęła się do mnie delikatnie.
   - Jeżeli tam wrócimy, będziemy mieli element zaskoczenia – dalej próbował nas przekonać trzydziestoparolatek. – Skurwiele nie będą się spodziewać.
   - Też myślę, że powinniśmy wrócić – powiedział Hindus.
   No to pięknie – pomyślałem. Były dwa głosy za i dwa przeciw. Mogłem jeszcze upierać, by odpuścić sobie ten wypad, ale to Jarek przewodził i on miał ostateczny głos w tej sprawie. Miał autorytet, był członkiem Rady oraz wykonywał polecenia bezpośrednio z samej góry, czyli od Saszy. A jej decyzje mało kto odważyłby się podważać. Musieliśmy się dostosować.
   - Dobrze – powiedziałem, ku zaskoczeniu wszystkich. – Zróbmy to.
   - No! – Jarek klasnął w dłonie z wyraźnym zadowoleniem i wstał z przyczepy ciężarówki.
   - Tylko zróbmy to bez żadnych strat – zastrzegłem jeszcze, nim mężczyzna wziąłby broń i sam pobiegłby do walki.
   - Nikt z naszych nie zginie – powiedział, kładąc mi dłoń na ramieniu. – Masz na to moje słowo.
   Nikt z naszych – pomyślałem gorzko, a przed oczami pojawiła mi się scena, gdy głowę Olka przeszył pocisk. Nie znałem go za dobrze, ale nie życzyłem mu śmierci. Nikomu tego nie życzyłem.
   Wróciliśmy pod galerię, uprzednio zostawiając ciężarówki kawałek dalej. Chcieliśmy najpierw wybadać teren, by upewnić się, czy grupa Topora wciąż tam była. Stojący przy drzwiach mężczyzna z bronią był jasnym dowodem na to, że ludzie z Krosna jeszcze nie odjechali. Najwyraźniej nawet śmierć kompana nie mogła zakłócić ich misji.
   - Radek, ty chodź ze mną – powiedział Jarek, po czym zwrócił się do Hindusa i Kamy. – Wy obejdźcie budynek z drugiej strony i zaczajcie się przy drugim wyjściu. Wejdźcie do środka, ale ostrożnie.
   Wszyscy pokiwali ze zrozumieniem głową. Ścisnąłem mocniej swój pistolet i spojrzałem na Kamę. Kobieta przyglądała mi się uważnie od dłuższego czasu, jakby chciała o coś zapytać. A ja przeczuwałem o co.
   Razem z Jarkiem skradaliśmy się za pozostawionymi na ulicy autami, które porzucili właściciele. Te były na szczęście gęsto zastawione, więc mogliśmy pozostać niezauważeni przez strażnika w drzwiach galerii. Zatrzymaliśmy się przy rodzinnym vanie, gdzie mój towarzysz na migi przekazał mi, że mamy się rozdzielić. Tego nie było w planie. Chciałem zaprotestować, ale Jarek wyskoczył z ukrycia, tym samym odsłaniając się przed człowiekiem z wrogiej grupy.
   - Stój! – krzyknął młody mężczyzna i oddał jeden strzał w kierunku Jarka. Temu udało się schylić i uniknąć kuli.
   Działaj! – aż krzyknął mój instynkt. Wychyliłem się zza ukrycia i wymierzyłem w młodego mężczyznę. Pociągnąłem za spust. Strażnik wydał z siebie głośne westchniecie, gdy przód jego brązowej kurtki oszpeciła powiększająca się z każdą chwilą, ciemna plama. Członek grupy z Krosna upadł.
   Zabiłem go – pomyślałem z przerażeniem. – Zabiłem człowieka.
   - Musimy się śpieszyć! – Jarek klepnął mnie w plecy i ruszył w kierunku galerii. Pobiegłem za nim, kierowany czystym instynktem. Ledwie spojrzałem na martwego chłopaka, któremu Jarek zabrał z dłoni karabin.
   Nie musieliśmy się zastanawiać, gdzie się kierować. Odgłosy strzałów poprowadziły nas do sklepu, z którego wcześniej uciekliśmy. Zobaczyłem Hindusa oraz Kamę, którzy kryli się za ścianą obok drzwi, wypruwając z karabinów kolejne serie.
   - Trafiłem jednego! – oświadczył Hindus, nie zabierając palca ze spustu.
   - Ilu ich zostało? – zapytał Jarek, również przyłączając się do strzelaniny.
   - Czterech? Może trzech – odparła Kama i wycelowała w kierunku poustawianych na półkach sprzętów kuchennych. Rozległ się jęk, który wywołał na twarzy kobiety upiorny uśmiech. – Trzech. Na pewno trzech.
   - Przerwać ogień! – krzyknął ktoś z wnętrza sklepu.
   Wszyscy spojrzeliśmy pytająco na Jarka, który zaintrygowany uniósł dłoń. strzały całkowicie ucichły.
   Wyjrzałem zza rogu i zobaczyłem, jak czyjaś głowa podnosi się, a wraz z nią obie ręce. Nie poznałem mężczyzny, który najwyraźniej chciał z nami negocjować.
   - Już wystarczy – powiedział, powoli zbliżając się do nas. Nie miał przy sobie żadnej, widocznej broni, ale nie mogliśmy uznać, że w ogóle jej nie posiada. – Poddajemy się.
   Jarek zacisnął zęby mocno, aż mięśnie na jego twarzy drgnęły. Mężczyzna potarł dłonią zarośnięty policzek i poprawił ciemnozieloną, wełnianą czapkę, która zsunęła mu się nisko na czoło. Czekaliśmy na jego słowa, bo żadne z nas nie odważyło się poruszyć.
   - Wyjdźcie! Wszyscy z rękami w górze! – zawołał w końcu mocnym głosem. – I żadnych sztuczek! Dobrze wam radzę!
   Dwójka mężczyzn oraz jedna kobieta posłusznie spełnili polecenie Jarka. Patrzyli oni na nas niepewnie, ze strachem, czającym się za postawą twardych ludzi.
   - Puścicie nas? – zapytał ten sam facet, który podjął próbę negocjacji.
   - To zależy od was – odparł Jarek, po czym zwrócił się do Hindusa oraz Kamili. – Przeszukajcie ich.
   Ja nadal mierzyłem do trójki młodych ludzi zastanawiając się, czy którekolwiek z nich mnie kojarzy. Raczej nie, skoro nie podnieśli jeszcze alarmu. Gdyby tak się stało, pewnie straciłbym całe zaufanie, jakie udało mi się zdobyć.
   Gdy Kama pochylała się nad jedyną w grupie dziewczyną, by przeszukać nogawki jej spodni, tamta wyciągnęła coś zza siebie. Nim zdążyłem ostrzec towarzyszkę, błyszczące ostrze zabarwiło się krwią, gdy rozorało twarz kobiety. Ta krzyknęła przeraźliwie i przyłożyła rękaw kurtki do rany. Hindus chwycił młodą kobietę za nadgarstek i wyrwał jej ostrze, a potem sięgnął po pistolet. Strzelił do napastniczki. Kula trafiła ją tuż nad ustami, a rozprysk mózgu oraz krwi spadł na stojące za nią półki. Te przewróciły się, gdy bezwładne ciało spadło na nie.
   - Ty skurwielu! – krzyknął jeden z mężczyzn, z prawdziwym i dobrze mi znanym bólem w spojrzeniu. Tak samo wyglądałem po stracie żony.
   Facet ruszył na Hindusa, ale wtedy Jarek strzelił w jego kierunku. Kula pozbawiła mężczyznę nosa, ale nie zabiła go. Zrobił to mój towarzysz, ponownie pociągając za spust. Pełen przerażenia i obrzydzenia patrzyłem na dziurawą twarz, gdzie z ust wciąż wydobywało się ciche charczenie.
   - Jeszcze ci nie dość? – zapytał ostro Jarek, podczas gdy ja i Hindus zajęliśmy się Kamilą. Kobieta straciła przytomność.
   Ostatni żyjący mężczyzna pokręcił głową, a zaraz pokiwał i znowu pokręcił. Był w szoku. Jarek dopadł do niego i chwycił go za gardło. Dość duża dłoń mężczyzny była w stanie zgnieść grdykę faceta.
   - Lepiej się módl, żeby ona przeżyła – syknął mu prosto w twarz. – Inaczej sam, osobiście, cię zabiję.