Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 11 - WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE (ADAM)

   – Powinniśmy sprawdzić okoliczne domy – powiedziała Sasza, patrząc na puste osiedle.
   Ona, Max, Paweł i ja szykowaliśmy samochód do dalszej podróży. Był chłodny, ale rześki ranek i wszystko wskazywało na to, że czekał nas słoneczny dzień. Ulica, na której się znajdowaliśmy, była pusta. To również uważałem za dobry znak.
   – To nie jest zbyt duże ryzyko? – zwątpił Paweł.
   – Musimy uzupełnić zapasy jedzenia – odparła dziewczyna. –. Nie wiemy, jak będzie w klasztorze, a żywność i tak się przyda.
   – Mamy trochę czasu – odezwał się Max. – Możemy sprawdzić kilka domów.
   Zdziwiło mnie to, że poparł pomysł Saszy. Nie sądziłem, że uda im się nawiązać porozumienie, ale najwyraźniej się pomyliłem. Ucieszyło mnie to jednak. Jeżeli już mieliśmy stworzyć grupę, musieliśmy wszyscy się dogadywać.
   – Postarajcie się nie strzelać – powiedział Max, gdy rozdzielaliśmy między sobą pistolety. – Nie wiemy, czy w pobliżu nie ma zombie.
   – Rozdzielimy się na dwie grupy – dodała Sasza. – Sprawdzimy po trzy najbliższe domy i wynosimy się stąd.
   – Musicie to robić? – Beata z lękiem patrzyła na pistolet, który trzymał Paweł.
   – Nie odejdziemy daleko – uspokoiła ją Sasza. – Inga – zwróciła się do blondynki, podając jej strzelbę. Ta przejęła ją po chwili wahania. – Wolę, żebyś nie musiała jej używać, ale miej ją pod ręką.
   – Chodźmy już. – Max klepnął Pawła w ramię i pierwszy ruszył do wyjścia. Cała nasza czwórka wyszła przed dom, niespokojnie rozglądając się wokół. Panująca wokół cisza, powinna nas uspokoić, ale wszyscy byliśmy zdenerwowani.
   – Uważajcie na siebie – rzuciła Sasza, nim Paweł i Max ruszyli w stronę jednego z domów.
   – Wy też – odparł mój brat i skinął dziewczynie głową.
   Sprawdzenie domów odbyło się bez problemów większych, niż zamknięte drzwi. Z tym poradziliśmy sobie szybko, stosując się do zasady: gdy drzwi zamknięte, wejdź oknem. W lodówce znaleźliśmy dość jedzenia na kilka najbliższych dni, co było niemałym sukcesem i nieco złagodziło nerwy. Ten mały sukces wrócił mojej towarzyszce humor, którego wcześniej jej brakowało.
   – O tym zawsze marzyłam – powiedziała, podrzucając i łapiąc w locie puszkę– O zajadaniu się zupą fasolową do końca życia. 
   – Nie przesadzaj. – Spojrzałem na nią spode łba. – Mamy jeszcze marchewkę, groszek i kukurydzę.
   Sasza uśmiechnęła się, na co odpowiedziałem tym samym. Nie mogłem nie pomyśleć, że miała bardzo ładny uśmiech.
   – Chyba możemy już wracać – zakomunikowała, wrzucając do plecaka całą żywność.
   – Dobrze nam idzie. Może sprawdzimy jeszcze jeden dom? – zaproponowałem.
   Odkąd wyszliśmy na zewnątrz, nie zobaczyliśmy ani jednego zombie. W takim przypadku nie widziałem sensu odpuszczenia przeszukiwań, skoro to była prawdziwa żyła złota. Jedzenie było nam potrzebne, a zdobywanie go to była łatwizna.
   – No nie wiem. – Sasza nie wyglądała na przekonaną.
   – Jeżeli do teraz nic się nie stało, to chyba jest nasz szczęśliwy dzień, nie sądzisz?
   Dziewczyna zagryzła policzek, opierając się o blat stołu.
   – Dobra. Ostatni dom i wracamy.
   – Jasne, szefowo – powiedziałem, za co Sasza szturchnęła mnie w bok.
   Trzeci dom okazał się być otwarty, co dla mnie było miłą niespodzianką, ale Saszę widocznie zaniepokoiło. Posłała mi ostrzegawcze spojrzenie, nakazujące zachować ostrożność. Widząc jej reakcję, sam odczułem niepokój i wyciągnąłem jeden ze swoich noży.
   Już w przedpokoju dostrzegłem dziwną rzecz. Na podłodze były ślady błota dwóch par butów. Jedne większe od drugich. Ciągnęły się one aż do salonu. Tam, dostrzegłem, że okna były pozasłaniane, a na kanapie leżały koce oraz poduszki. Ktoś musiał tam nocować.
   Chciałem ostrzec, idącą na przedzie Saszę, ale wtedy z pomieszczenia obok wypadła na mnie postać. Przygniotła mnie ona swoim ciężarem do ściany i uderzyła pięścią w twarz. Kątem oka zobaczyłem, jak Sasza sięga po broń, ale wtedy jakaś dziewczyna rzuciła się na nią. Między obiema kobietami wywiązała się szarpanina. Sam zajęty byłem mężczyzną, okładającym mnie raz po raz to w twarz lub w brzuch.
   Czułem paskudny, metaliczny smak krwi w ustach, uderzenia mężczyzny w brzuch odbierały mi dech oraz przewracały żołądek do góry nogami. Wobec silniejszego przeciwnika byłem bezbronny. Wtedy jednak zobaczyłem jak rudowłosa dziewczyna przyciska Saszę do podłogi, równocześnie zaciskając palce na jej szyi. Widok desperackiej próby zaczerpnięcia powietrza przez moją towarzyszkę spowodował, że narosła we mnie złość. Sięgnąłem po nóż, którego mój oprawca nie zauważył, i bez zastanowienia wbiłem mu go w brzuch. Ostra stal bez problemu przebiła się przez warstwę ubrań. Mężczyzna wydał z siebie słaby jęk, któremu towarzyszył obfity wylew krwi z jego ust. Wyglądał na zaskoczonego, a zarazem przerażonego. Zataczając się, wpadł na stojący pod ścianą stolik, przewracając go. Dopiero wtedy mogłem w całości dostrzec jego twarz.
   Wyglądał na jakieś pięćdziesiąt lat. Miał włosy obficie poprzetykane siwizną, cień zarostu oraz ascetyczną twarz. Brązowe oczy do końca patrzyły na mnie z niemym oskarżeniem, aż się nie zamknęły.
   Otrząsnąłem się z szoku i spojrzałem przerwały walkę. Rudowłosa zauważyła śmierć swojego towarzysza, co dało Saszy okazję do obrony. Sięgnęła po figurkę, która spadła ze stolika i uderzyła nią napastniczkę w głowę. Nieznajoma osunęła się na podłogę, trzymając za miejsce, gdzie spadł cios. Przez palce przeciekała jej krew.
   – Ty… ty…– nie była w stanie się wysłowić i nawet nie miała ku temu dalszej okazji, gdy Sasza uderzyła ją ponownie. Tym razem pozbawiona przytomności padła. Cios był mocny i niewątpliwie poważny. Nie wiedziałem nawet, czy czasem nie śmiertelny. Tym postanowiłem zająć się jednak później.
   – W porządku? – zapytałem, pomagając Saszy wstać. Mnie samego bolało wszystko, od przez mężczyznę ciosów. 
   – Miałam spytać o to samo – odparła lekko charczącym głosem, dotykając szyi.
   Obejrzałem się na wpółsiedzącego mężczyznę. Na jego brzuchu wciąż rosła plama krwi. Wtedy zorientowałem się, że w dłoni wciąż trzymam zakrwawiony nóż. Wytarłem ostrze w nogawkę spodni, po czym drżącą dłonią włożyłem je za pasek.
   – Co z nią zrobimy? – zapytałem zmieniając temat. Nie chciałem myśleć o tym, że właśnie zabiłem człowieka. – Długo nie będzie nieprzytomna.
   – Niech sobie radzi. – Sasza wzruszyła ramionami, poprawiając plecak. – Wracajmy już, bo reszta…
   Nie zdążyła dokończyć. Ze strachem patrzyła ponad moim ramieniem, a kolory momentalnie odpłynęły z jej twarzy. Odwróciłem się i zobaczyłem, że mężczyzna wcale nie był martwy. Żył i mierzył w nas z małego rewolweru. Z wyraźnym ostatkiem sił udawało mu się trzymać broń. Chwyciłem za swój pistolet, ale było już za późno. Padł strzał. Usłyszałem świst kuli tuż przy sobie, ale nie dostałem. Poczułem za to na twarzy coś mokrego i ciepłego, po czym rozległ się głuchy huk i pisk Saszy. Ta leżała na podłodze, trzymając dłoń przy szyi. Krwawiła.
   – Sasza! – krzyknąłem. Działając instynktownie wymierzyłem w mężczyznę i pociągnąłem za spust. Potem znowu. Obie kule trafiły go w pierś, ostatecznie pozbawiając życia. – Spokojnie, Saszo. Nic ci nie będzie – Przykląkłem przy niej, zupełnie nie wiedząc, jak mam jej pomóc. Dłoń trzymała przy złączeniu szyi z barkiem, ale przez golf nie widziałem, jak poważnie oberwała.
   – Kurwa mać! – syknęła.
   – Wszystko będzie dobrze – powiedziałem uspokajająco i rozejrzałem się za czymś, co mogłoby posłużyć do zatamowania krwotoku. Wybór padł na mały obrus.
   – Tak mówią ludzie, gdy wcale nie jest dobrze. – Skrzywiła się, zabierając rękę od rany.
   – Przynajmniej humor cię nie opuszcza – mruknąłem.
   Nagle usłyszałem za sobą kroki. Wymierzyłem za siebie, nadal uciskając ranę, ale okazało się to być niepotrzebne. Do domu wszedł Max, trzymający przed sobą strzelbę.
   – Co się stało? – zapytał podchodząc do nas.
   – Zaatakowali nas. Myślałem, że facet nie żyje. Chciał zastrzelić mnie, ale spudłował – mówiłem bez ładu dopiero wtedy rozumiejąc powagę sytuacji. Sasza wyglądała gorzej z każdą chwilą, a biały obrus zdążył zmienić kolor na czerwony. Do tego wyglądało na to, że dziewczyna traciła przytomność.
   – Trzeba będzie to szybko zatamować – stwierdził Max, klękając obok. – Najlepiej przypalić ranę. Znajdź w kuchni szeroki nóż i rozgrzej go nad kuchenką.
   Nie ruszyłem się z miejsca, wciąż jeszcze będąc w szoku. Dopiero widok nieprzytomnej twarzy Saszy, zmusił mnie do działania. Weź się w garśćupomniałem się, przechodząc do kuchni. Zacząłem przetrząsać szuflady w poszukiwaniu noża, gdy w tym czasie Max położył Saszę na stole. Własnym nożem rozciął materiał jej golfa, odsłaniając ranę. Czystym ręcznikiem zastąpił przesiąknięty obrus.
   Położyłem nóż nad płomieniem palnika, denerwując się, gdy ten zbyt wolno się nagrzewał. W tym czasie Sasza otworzyła oczy.
   – Nie ruszaj się. – Max powstrzymał ją, gdy próbowała się podnieść.
   – Ten facet…
   – Nie żyje – dokończyłem. Max zerknął na mnie wzrokiem, którego nie potrafiłem podtrzymać. Zacisnąłem zęby, skupiając się na coraz bardziej czerwonym nożu.
   Sasza była blada i wyglądała, jakby nie rozumiała co się wokół niej dzieje. Kula przeszła na wylot i tylko cudem nie uszkodziła tętnicy.
   – Przyżegałeś kiedyś ranę? – zapytałem.
   – Raz – odparł krótko. – Będzie bolało – zwrócił się do Saszy.
   – Wiem. Dawajcie, zanim się rozmyślę – powiedziała ta, biorąc głęboki wdech i zamykając oczy.
   Max założył grubą rękawicę kuchenną i wziął rozgrzany do czerwoności nóż. Ciepło, bijące od niego, aż parzyło. Stanąłem przy prawym ramieniu Saszy i przytrzymałem je, gdyby dziewczyna miała zacząć się szarpać.
   – No to zaczynamy.
   Max przyłożył nóż do rany i w tej samej chwili Sasza wrzasnęła przeraźliwie. W powietrzu pojawił się zapach spalenizny, od którego aż mnie zemdliło. Mocniej docisnąłem ramię dziewczyny do stołu, a ta wyraźnie walczyła ze sobą, by pozostać nieruchomo i już więcej nie krzyknąć. Zęby zaciskała tak mocno, że aż poczerwieniała na twarzy, a z oczu popłynęły łzy.
   – Wytrzymaj – powiedziałem do niej, gdy Max przeniósł nóż na ranę wylotową.
   – Gdy będzie po wszystkim – odezwała się, nie otwierając oczu – to was zabiję.
   – Gotowe – oświadczył mój brat.
   Zmusiłem się do spojrzenia na ranę i z ulgą stwierdziłem, że krwawienie ustało. Pojawiły się za to pierwsze bąble po oparzeniu. Skóra była mocno zaczerwieniona, w niektórych miejscach nawet lekko stopiona. Nie wyglądało to najlepiej, ale przyżeganie było konieczne. Musieliśmy jednak zadbać o środki na poparzenia, żeby nie wdało się zakażenie.
   – Nie było chyba tak źle? – Uśmiechnąłem się, odgarniając z czoła dziewczyny mokre od potu włosy.
   – Polecam spróbować – odparła ta drżącym głosem.
   Max odłożył na bok nóż, na ostrzu którego pozostały kawałki spalonej skóry. Cała kuchnia przesycona była zapachem spalenizny. Zająłem się jednak bandażowaniem świeżych ran Saszy. W domowej apteczce znalazłem maść na poparzenia. Podczas gdy ja dawałem marny popis swoich pielęgniarskich umiejętności, Max zajął się nieprzytomną kobietą z korytarza. Nie zapytałem, co ma zamiar z nią zrobić, ale miałem nadzieję, że nic złego. Chociaż ta dwójka nas zaatakowała, to wcale nie upoważniało nas do dalszego przelewania krwi. Ja działałem w samoobronie – ta myśl była pocieszająca.
   – Powinniśmy już wracać – powiedziała Sasza. – Pozostali pewnie się zastanawiają, czy żyjemy.
   – Dasz radę iść? – zapytałem.
   – Nie umieram, Adamie – odparła dziewczyna, patrząc na mnie spode łba.
   – Ale mogłaś.
   Sasza przewróciła oczami i zeszła ze stołu, na którym dotychczas siedziała. Zatoczyła się lekko, ale nie dała sobie pomóc i sama ruszyła do wyjścia.
   Podniosłem nasze plecaki i wyszliśmy z kuchni. Spotkaliśmy się z Maksem w korytarzu. Za jego plecami zobaczyłem rudowłosą, która siedziała w fotelu ze związanymi rękami oraz nogami. Nie zostawiliśmy jej nic, chociaż chciałem to zaproponować. Bez broni i jedzenia i nie pożyje długo – pomyślałem.
   Mijając trupa mężczyzny, spojrzałem na rewolwer w jego dłoni. Mieliśmy sporo broni, ale przecież liczyła się każda sztuka. Pochyliłem się, by wyjąć mu ją z dłoni, gdy facet nagle się poruszył. Byłem tak zaskoczony, że nawet nie zareagowałem. Pomyślałem, że jednak go nie zabiłem, ale wtedy ten otworzył oczy. Były pokryte błoną, puste. Sine wargi rozchyliły się i wydobyło się z nich warczenie. Był to zombie.
   Truposz złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąć do siebie. Max zareagował błyskawicznie, uderzając zombie kolbą broni w głowę. Ta odskoczyła, uderzając w ścianę, ale to wcale go nie powstrzymało. Mój brat ponowił cios, miażdżąc przy tym nos mężczyzny. Ożywieniec dalej jednak trzymał mnie za rękę, a ja w panice próbowałem sięgnąć po broń. Sasza była jednak szybsza. Przyłożyła lufę swojego glocka do skroni zombie i strzeliła. Mózg przemienionego rozprysnął się na ścianie, a ja z ulgą cofnąłem się.
   – Jakim cudem? – zapytała dziewczyna, uważnie przyglądając się trupowi. – Nie wyglądał na ugryzionego.
   Też nie miałem pojęcia, dlaczego mężczyzna się przemienił. Gdyby był zarażony, nie miałby siły nawet mnie zaatakować. Wirus szybko wykańczał organizm, choć w różnym tempie.
   Spojrzałem na Maksa, ale ten tylko odwrócił wzrok i wyszedł z domu. Coś wiedział. Byłem tego pewien.
Wróciliśmy do domu, gdzie na ganku zastaliśmy Pawła z bronią w rękach. Już z daleka widać było, że nie ma wprawy z obcowaniu z nią, a gdyby doszło do starcia, prędzej zrobiłby krzywdę sobie niż przeciwnikowi.
   – Co się stało? – zapytał przerażony naszym wyglądem.
   – Mały kłopot – mruknęła Sasza, mijając go i wchodząc do środka.
   Pochwyciłem jego zdezorientowany wzrok, który przenosił to z Maksa, to na mnie.
   – Jacyś ludzie nas zaatakowali. Sasza oberwała, ale jest w porządku – wyjaśniłem po króćce.
   – Nie powinniśmy się byli tu zatrzymywać. – Pokręcił głową, masując się po karku.
   – I nie zatrzymamy – powiedział Max. – Możesz wyprowadzić samochód. Wyjeżdżamy.

☠☠☠

   Usiadłem na tym samym miejscu w aucie co poprzedniego dnia, przy oknie, obok Saszy i Beaty. Dziewczyna trzymała na kolanach pistolet, jakby chciała być gotowa na wszystko i była wyraźnie zdenerwowana. Nieustannie też dotykała opatrunku na szyi, aż w końcu musiałem ją upomnieć, by tego nie robiła.
   Okolica nadal była zadziwiająco spokojna. Zero innych ludzi, zero zombie. Jednak ta pustka wokół ani trochę mnie nie uspokoiła. Miałem wrażenie, że kryje się za tym coś większego.
   W końcu Max uporał się z bramą, której zawiasy najwidoczniej musiały trochę przymarznąć i w końcu mogliśmy wyjechać na ulicę. Gdy mijaliśmy dom, gdzie pozostawiliśmy związaną kobietę, coś ścisnęło mnie w gardle. Miałem nadzieję, że nie zmarnuje ona szansy, jaką jej daliśmy.
   Paweł manewrował samochodem, który sprawnie omijał chodzące po ulicy zombie, choć nie wszystkie. Niektóre odbijały się od auta, przyklejając na chwilę swoje rozwarte paszcze do szyb, zanim nie zniknęły pod kołami minivana. Inne wpadały na maskę i przez parę chwil zmuszeni byliśmy oglądać ich pokiereszowane twarze, aż kierowca nie zrzucił ich z powrotem na drogę.
   Nagle autem zarzuciło, aż musiałem złapać się klamki. Paweł przeklął siarczyście.
   – Co jest? – zapytałem.
   – Opony letnie – odparł z zażenowaniem w głosie. – Nie zdążyłem ich zmienić. Lepiej zapnijcie pasy.
   – Dobrze się czujesz? – zapytała, siedząca z tyłu Inga, ściskając ramię Beaty. Kobieta pokiwała głową i uśmiechnęła się blado, kładąc dłonie na brzuchu.
   – Który miesiąc? – zapytała Sasza.
   – Ósmy – odparła Beata z bladym uśmiechem. – Miejmy nadzieję, że mała nie zrobi nam niespodzianki szybciej, niż trzeba.
   Wcześniej nie pomyślałem o takiej możliwości. Gdyby poród rzeczywiście zaczął się wcześniej, mielibyśmy duży problem. Żadne z nas nie było położnikiem. Będąc w klasztorze, moglibyśmy sobie jakoś poradzić, a tak…
   Nagle rozległ się huk i autem zaczęło rzucać na wszystkie strony. Paweł usilnie próbował zapanować nad samochodem, ale nie dawało to żadnych pozytywnych skutków. Minivan zaczął obracać się jak bączek, aż w końcu oderwał się od drogi i zaczął koziołkować. Krzyki wszystkich pasażerów zmieszały się ze sobą, gdy zasypał nas deszcz szkła. Poczułem silny ból w ramieniu, gdy uderzyłem w drzwi. Zobaczyłem, jak Max uderza głową w jeszcze całą szybę, aż ta rozbija się w drobny mak i jak Sasza przykrywa Beatę własnym ciałem, chroniąc przed szkłem. Próbowałem się czegoś złapać, ale wszystko jakby uciekało mi spod rąk. Nagle uderzyłem w coś głową, aż zapiszczało mi w uszach. Potem, nastąpiła ciemność.

☠☠☠

   Obudziłem się pierwszy, dalej słysząc to potworne piszczenie. Minivan leżał obrócony do góry nogami, a reszta pasażerów była nieprzytomna. Głowa i lewe ramie bolały mnie okropnie, czułem też ostry zapach benzyny.
   – Auuu! – zawyłem odpinając pas. Nie tylko głowa i ramię mnie bolały, ale też i całe ciało. Rozległo się kliknięcie, które uwolniło mnie z ucisku pasa. Wyczołgałem się na zewnątrz przez wybitą szybę i rozejrzałem.
   Znajdowaliśmy się na ulicy, którą z dwóch stron otaczały niewykończone domy. W przyszłości miało tu zapewne powstać nowe osiedle, ale epidemia pokrzyżowała te plany. Niedaleko nas leżały jeszcze dwa inne wraki, w tym samochód dostawczy. Kilka metrów od wraku auta, przez całą długość drogi leżała rozciągnięta kolczatka. Teraz było już jasne, skąd ten wypadek. Ten, kto zastawił tą pułapkę zapewne liczył na zagarnięcie rzeczy z rozbitych aut, nie patrząc na ludzi, których w ten sposób zabijał. Ilu to mogło już żyć stracić przejeżdżając tą drogą?
   – Cholera! – Usłyszałem czyjś głos, dochodzący z auta.
   Przykląkłem na ziemi i zobaczyłem szarpiącego się z pasem Maksa, który najwidoczniej się zaciął.
   – Poczekaj.  już do ciebie idę – powiedziałem przechodząc na drugą stronę.
   Sięgnąłem za pasek i wydobyłem swój nóż, którym bez problemu przeciąłem pas. Gdy wyciągnąłem Maksa na zewnątrz, rozległy się głosy pozostałych pasażerów. Wszystkich oprócz Ingi, która nadal była nieprzytomna, ale powoli zaczynała się budzić.
   – Wszyscy cali? – zapytałem, czując silny ból głowy. Miałem nadzieję, że nie mam żadnego wstrząsu.
   – Jak to się stało? – zapytał Paweł, ocierając krew cieknącą mu z nosa.
   – Kolczatka – wskazałem na rozciągnięty przez całą długość drogi pas.
   – Sukinkot – mruknął Max, przykładając do rozbitej głowy chustkę.
   – Zabierzcie szybko wszystkie rzeczy z bagażnika. Musimy stąd spadać. Tu nie jest bezpiecznie – powiedziała Sasza.
   Razem z Maksem i Pawłem zaczęliśmy siłować się z powyginanym bagażnikiem, który nie chciał się otworzyć. Ustąpił dopiero wtedy, gdy wspólnymi siłami na niego natarliśmy. Zabraliśmy z niego wszystkie nasze rzeczy i rozdzieliliśmy je sobie.
   Rozejrzałem się wokoło, gdy mój wzrok padł na nieskończony budynek naprzeciw nas. W jego oknie zawieszona była biała płachta, która powiewała na wietrze. Patrząc na nią odczułem nieuzasadniony niepokój. To przecież nic takiego – powiedziałem sobie. Już chciałem dołączyć do pozostałych, gdy rozległ się huk wystrzału. Głowa idącej przede mną Ingi eksplodowała, ochlapując mnie oraz Saszę krwią, kawałkami czaszki oraz mózgu. Beata krzyknęła rozdzierająco, a ja z niedowierzaniem patrzyłem na dziurę wielkości pięści dziecka, która znajdowała się tuż nad lewym okiem kobiety.
   – Kryć się! – usłyszałem krzyk Maksa, a potem ktoś mnie pociągnął za sobą za auto, akurat wtedy gdy, padł drugi strzał. Kula świsnęła mi obok twarzy.
   Skryliśmy się za wrakiem naszego auta. Beata płakała, zasłaniając  a Paweł wydawał się nie rozumieć, co się wokół działo. Miałem ochotę nim potrząsnąć, kazać wziąć się w garść, ale sam byłem jak sparaliżowany. Ingę znałem krótko, ale zdążyłem ją polubić. Jej śmierć była wstrząsająca.
   – To snajper – powiedział Max, wychylając się lekko. – I to z dobrym okiem. Jeżeli tylko wyjedziemy, to nas powystrzela.
   – Możesz go zdjąć? – zapytała Sasza.
   – Potrzebuję snajperki do tego – powiedział krótko, wychylając się zza boku auta.
   Broń ta znajdowała się w torbie, a one leżały kawałek od naszego minivana.
   – Muszę po nią iść.
   – Zabije cię, jeżeli wyjdziesz – powiedziałem, próbując przemówić bratu do rozsądku.
   – Innego wyjścia nie ma.
   – To idiotyzm! – oburzyłem się. – Sasza! Powiedz mu coś!
   Wszyscy spojrzeli na nią wyczekująco. Ta otarła dłonią krew Ingi, która zaczęła napływać jej na oczy, po czym odbezpieczyła glocka. Na jej twarzy pojawiła się determinacja.
   – Będziemy cię osłaniać – powiedziała, a ja wiedziałem, że nie mam już nic do gadania.
   – Obyście mieli rację – mruknąłem.
   Ustawiliśmy się tak, by strzelać do snajpera z każdej strony i żeby utrudnić mu celowanie. Nie mieliśmy pewności, czy jest on tylko jeden, ale musieliśmy zaryzykować. W każdej chwili mogły się tu pojawić zombie i wtedy broń i tak byłaby nam potrzebna.
   – Gotowi? – zapytał Max, kucając przy bagażniku.
   – Gotowi – odparliśmy zgodnie.
   Wychyliliśmy się całą trójką w tym samym momencie, gdy Max ruszył do toreb. Strzelaliśmy, dziurawiąc białą płachtę, ale mając też na oku pozostałe okna, by nie przegapić, gdyby snajper zmienił miejsce.
Skupiałem się na celowaniu, ale ukradkiem oka obserwowałam biegnącego Maksa. Dobiegł do torby, złapał ją i już wracał. Wszystko trwało tylko kilka sekund. Ucieszyłem się z tego, z jaką łatwością udało nam się przechytrzyć snajpera. Max położył się płasko na ziemi, gdzie przez wybite szyby minivana mógł wycelować w snajpera. My w tym czasie przerwaliśmy ostrzał.
   – Widzę go – powiedział z zadowoleniem w głosie, patrząc przez lornetę broni.  
   – To strzelaj! – syknął Paweł.
   Sasza uciszyła go spojrzeniem. Rozumieliśmy, że chciał zemsty na zabójcy swojej siostry, ale musiał dać Maksowi w spokoju wycelować. To, wbrew pozorom, nie była wcale łatwa sprawa.
   Max położył palec na spuście i wziął głęboki oddech. Wraz z momentem wypuszczenia powietrza, nacisnął spust. Rozległ się huk wystrzału i świst kuli. Chwilę potem zobaczyliśmy czerwoną plamę na białej płachcie powiewającą w oknie domu. To było jak flaga zwycięstwa.
   Spojrzałem znowu na dom, gdzie płachta materiału powiewała złowieszczo. Max również patrzył w tamtą stronę, pocierając zarośnięty policzek.
   – Pójdziemy tam? – zapytałem.
   – Trzeba sprawdzić, czy sukinsyn na pewno nie żyje – odparł Max zawieszając strzelbę na ramieniu i biorąc zwykły pistolet. – Wy zostańcie, a ja pójdę.
   – Na pewno nie sam – zaprotestowałem.
   Dom był jak na razie tylko połączeniem pomarańczowych pustaków, bez okien, ale z solidnymi drzwiami. Na podłodze leżał śpiwór, obok znajdowała się przenośna kuchenka turystyczna, na której stał garnek z czymś, co wyglądało jak gulasz, oraz plecak.
   Max wskazał na schody prowadzące na piętro. Ruszył przodem, odbezpieczając broń, a ja pilnowałem jego pleców. Będąc w połowie drogi na górę, oboje usłyszeliśmy ciche pojękiwanie. Zastygliśmy w bezruchu, po czym, skradając się bezszelestnie, weszliśmy na piętro. Pod oknem siedział obcy mężczyzna. W jednej ręce trzymał karabin snajperski, a w drugiej kawałek materiału, który przyciskał do krwawiącej rany w lewym barku. Na nasz widok zamilkł, a w jego oczach pojawiła się nienawiść. Razem z Maksem wymierzyliśmy do niego, chociaż ten nie wyglądał na skorego do obrony.
   – I co, skurwysyny? Dobijecie mnie, czy nie? – zapytał skrzeczącym głosem, który zapewne był skutkiem lat palenia papierosów.
   Można było go pomylić z bezdomnym. Jego twarz porastała gęsta broda w której pełno było brudu, rzadkie, przydługie włosy skryte były pod ciemnozieloną, wełnianą czapką i opadały mu zarówno na twarz, jak i ramiona. Ubrany był w za dużą na niego, zieloną kurtkę, mocno naznaczoną śladami używania. Na nogach zaś miał wysokie buty z grubą podeszwą. Mimo całego tego zapuszczonego wyglądu, nie wyglądał na biedaka, a przynajmniej nie takiego, co od lat żyje na ulicy. Nie sprawiał wrażenia pijaka, narkomana ani głodującego. A jednak zabił Ingę, jedną z nas.
   – Dlaczego to zrobiłeś? – zapytałem ostro, mierząc do niego z pistoletu.
   – Bo takie jest, kurwa, życie – syknął. – Albo zabijasz, albo giniesz.
   Mężczyzna roześmiał się skrzecząco, zaraz zanosząc się kaszlem. Po jego brodzie spłynęły krople krwi, a oddech miał coraz bardziej charczący. Jego minuty były policzone, a mimo to Max postanowił skrócić mu ten czas. Pociągnął za spust, strzelając mężczyźnie w głowę. Jego mózg rozprysł się na ścianie za nim, powoli spływając na podłogę.
   – Chodźmy stąd – mruknął, odwracając głowę z obrzydzeniem.
   – Czekaj – zatrzymałem brata. Ten przystanął, ale nie odwrócił się do mnie. – Wiedziałeś, że wszyscy się przemieniają? Nawet nieugryzieni?
   Jego milczenie było wystarczającą odpowiedzią. Ogarnęła mnie złość na brata.
   – Dlaczego nam nie powiedziałeś? – syknąłem, szarpiąc Maksa za ramię.
   – Co miałem wam powiedzieć? – warknął. – Że wszyscy jesteśmy zarażeni tym cholerstwem? Że to siedzi w każdym z nas? To chciałeś wiedzieć? Że sami jesteśmy dla siebie zagrożeniem?
   – Tak, właśnie to. – Byłem wściekły na brata, a to była jedna z naszych poważniejszych kłótni. – Pomyślałeś co by było, gdyby któreś z nas umarło, a my nie mielibyśmy o niczym pojęcia? Kurwa, Max! Sasza prawie zginęła! Gdyby się przemieniła…
   Zamilkłem, nie chcąc nawet sobie tego wyobrażać. Z jakiegoś powodu, myśl, że Sasza mogłaby umrzeć napawała mnie przerażeniem. Polubiłem tą dziewczynę. A może nawet poczułem coś więcej…
   – Nie przywiązuj się do niej. – Max jakby czytał mi w myślach. – Nie zostaniemy z nimi na zawsze.
   – Co?
   – To, że ten cały klasztor może być tylko przystankiem. Możliwe, że nie zostaniemy tam na stałe.
   – Ty nie zostaniesz. – Spojrzałem beznamiętnie na bratam, po czym ruszyłem w stronę schodów.. – Za mnie nie decyduj. 
   Zastanowiłem się, ile jeszcze sekretów ma przede mną Max i dlaczego je zataił. Człowiek, którego znałem od dziecka, który był dla mnie bratem i przyjacielem, nagle zaczął wydawać mi się kimś innym. Być może to ten nowy świat go zmienił, albo po prostu ja nie dostrzegałem, że zawsze taki był.  
   W jednym miał jednak rację – powiedzenie reszcie o zarażeniu nas wszystkich nie było dobrym pomysłem. Nie w tamtym momencie. Ostatnie, czego potrzebowaliśmy, to strach przed sobą samymi.
   Nim wyszedłem z domu, mój wzrok przyciągnęły stojące w rogu niedokończonego salonu rzeczy. Były to skrzynki pełne jedzenia. Nie miałem wątpliwości, skąd to wszystko się tam wzięło. Facet polował na ludzi, żeby ich okraść. 
   – Szczęście w nieszczęściu – mruknąłem do siebie.
   Sprowadziłem resztę do środka, gdy w tym czasie Max pozbył się ciała mężczyzny z piętra. Jakoś nie wyobrażałem sobie siedzieć spokojnie z trupem nad głową.
   – Zostaniemy tutaj? – zapytała grubym od łez głosem Beata.
   – Na razie – odpowiedział Max, schodząc na dół. – Nie możemy wędrować pieszo. Do zmroku pozostało jeszcze kilka godzin. Przejdę się i poszukam jakiegoś sprawnego auta.
   – Nie możesz iść sam. – Sasza pokręciła głową. – Pójdę z tobą.
   Nie spodobał mi się ten pomysł. Sasza była wyraźnie osłabiona po utracie krwi i gdyby poszła z Maksem, wcale by mu nie pomogła. Już chciałem o tym powiedzieć, gdy mój brat sam sprzeciwił się jej pomysłowi.
   – Nie. Ty ledwo co stoisz, a Paweł słabo strzela. Adam jest jedyną osobą, która będzie mogła mieć was na oku. Poza tym, sam będę szybszy.
   – Ale nie będzie miał kto cię ochraniać – zauważyłem.
   – Poradzę sobie. – Brat spojrzał na mnie tak, że już wiedziałem, że nie mamy co się z nim dłużej spierać.
   Od wyruszenia Maksa na poszukiwanie samochodu, minęła godzina. Zaczynałem się o niego niepokoić, chociaż nie dałem tego po sobie poznać. Skupiłem się za to na obserwowaniu okolicy.
   Sasza zasnęła chwilę po tym, jak Max wyszedł z domu. Ułożona na śpiworze drzemała, a Beata siedziała z wciąż będącym w szoku Pawłem. Wszelkie próby porozumienia się z mężczyzną, kończyły się fiaskiem. Współczułem mu, ale wiedziałem też, że musi się szybko z tego otrząsnąć.
   Nagle usłyszałem przeciągły jęk. Odwróciłem się od okna i zobaczyłem, że Sasza obudziła się. Zaraz po położeniu się na śpiworze zasnęła. Straciła sporo krwi i było oczywiste, że była wyczerpana.
   – Napij się. – Podałem dziewczynie butelkę z wodą. Ta łapczywie wzięła kilka łyków i otarła usta wierzchem dłoni. – I jak?
   – Boli jak cholera – odparła, dotykając lekko plastra na szyi. – Max wrócił?
   Pokręciłem głową.
   – Jeszcze nie, ale pewnie niedługo wróci – odparłem uspokajająco. Spojrzałem w kierunku siedzącego na schodach Pawła oraz klęczącej obok niego Beaty. Kobieta próbowała z nim rozmawiać, ale jej również się to nie udawało. – Paweł jest załamany.
   – To zrozumiałe. Stracił siostrę i to jeszcze w taki sposób.
   Gdy to mówiła, w jej oczach pojawił się smutek. Szybko go jednak stłumiła.
   – A ty kogoś straciłaś? – zapytałem, uważnie przyglądając się dziewczynie.
   – Jak każdy z nas – odparła, spuszczając głowę i patrząc w butelkę wody, którą trzymała w dłoniach. – Pierwszym zombie, którego zabiłam, była moja współlokatorka.
   – Przykro mi. – Położyłem dłoń na ramieniu dziewczyny. – A twoja rodzina?
   – Mam tylko siostrę – powiedziała szybko. – Mieszka w Nowej Soli. Ostatni raz rozmawiałam z nią w dzień, gdy to wszystko się zaczęło. Od tamtej pory nie mam o niej żadnych wieści.
   – Na pewno nic jej nie jest. – Widząc zdziwione spojrzenie Saszy, szybko dodałem: – Jest w końcu twoją siostrą. Musi sobie świetnie radzić.
   – A twoi rodzice?
   Westchnąłem, cały się spinając. Ten temat zawsze był dla mnie ciężki.
   – Zginęli w wypadku, gdy miałem cztery lata. Po tym, nie miał kto się mną zająć, więc trafiłem do sierocińca. Tam poznałem Maksa. Jego jedynego obchodziłem. Oprócz niego, nikogo nie mam.
   – Wcale nie jest przez to łatwiej – westchnęła. –
   – Nie jest – przytaknąłem, nieświadomy faktu, że moja dłoń przesunęła się na policzek Saszy. – Ale nie jesteśmy sami. Możemy na sobie polegać. Robić to, co trzeba.
   Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy, aż w końcu odważyłem się wykonać pierwszy krok. Pocałowałem ją. Poczułem, jak Sasza się wzdryga i już myślałem, że mnie od siebie odepchnie, ale ona nic takiego nie zrobiła. Oddała mi pocałunek z równą pasją.
   Od początku coś mnie do niej ciągnęło i, chociaż znaliśmy się tak krótko, poczułem, że Sasza odegra w moim życiu ważną rolę.
   Nagle ta delikatnie, ale stanowczo odsunęła mnie od siebie, zerkając na Pawła i Beatę.
   – Może kiedy indziej wrócimy do tej… rozmowy? – Zagryzła wargę by ukryć szelmowski uśmiech.
   – Na pewno – odparłem wstając.
   Zaczynało mi zależeć na Saszy, ale ona stwarzała wokół siebie mur, którego nie dało się zburzyć. Nie wiedziałem, czy powodem jej chłodu jest sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, czy też coś ją kiedyś zraziło, ale obiecałem sobie się nie poddawać. Ta dziewczyna była wyjątkowa.

niedziela, 23 lipca 2017

ROZDZIAŁ 8 - MIASTO DUCHÓW (ADAM)

   Jechaliśmy ulicą, na której w większości znajdowały się sklepy. Patrzyłem na ograbione z towarów placówki, które ludzie w ostatnich swoich chwilach postanowili okraść. Było to dla mnie niedorzeczne i głupie. Ryzykować życie swoje, a może nawet swoich bliskich dla paru rzeczy, które i tak już nie miały wartości? Czysta głupota! Na dodatek, większość tych, którzy postanowili się wzbogacić, szwendała się teraz po ulicy. Jakiś mężczyzna leżał przygnieciony telewizorem plazmowym, młoda kobieta utknęła w witrynie sklepowej między dwoma wieszakami, a inna leżała na chodniku przed drogerią, otoczona przez pożerających ją zombie.
   – Nie śpij – Max szturchnął mnie w bok, aż drygnąłem.
   – Sorki, zamyśliłem się – powiedziałem odrywając wzrok od pokracznych postaci. Te próbowały nas dogonić, ale samochód był dla nich za szybki.
   Spojrzałem na swój pistolet, który leżał na moich kolanach. Odkąd go miałem, starałem się zawsze mieć go w zasięgu. Dawał mi siłę oraz odwagę, no i jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Zawdzięczałem mu życie, ale byłem pewien, że kiedyś w końcu musiałbym za jego pomocą komuś je odebrać. Świat się zmienił, a ludzie wraz z nim. Zawsze tak było.
   – Co się wtedy stało? – zapytałem.
   Max spojrzał na mnie, marszcząc brwi.
   – Podczas transakcji – wyjaśniłem. – Jak wirus mógł tak szybko się rozprzestrzenić?
   Ta kwestia od początku zdawała mi się być dziwna. Zdawałem sobie, że jeden zarażony ugryzł drugiego, a ten kolejnego i tak dalej, i tak dalej, ale w to, że w zaledwie trzy dni dotarł z województwa małopolskiego do lubuskiego, trudno mi było uwierzyć. I w fakt, że temat ten był przemilczany w mediach, chociaż ożywanie zmarłych nie mogło przejść bez echa.
   – Miał wystarczająco dużo czasu – odparł Max tajemniczo.
   Już miałem zapytać, o co chodzi, gdy dwudziestoośmiolatek pochylił się lekko do przodu.
   – A to co?
   Powędrowałem za jego wzrokiem i zobaczyłem kobietę. Ta klęczała na środku ulicy, kołysząc się w przód i w tył. Gdy nas zobaczyła, od razu poderwała się na nogi, machając desperacko rękoma.
   – Zatrzymaj się – powiedziałem. Max zrobił to niechętnie.
   Wyszedłem na zewnątrz, przezornie rozglądając wokoło, szukając zagrożenia. Na szczęście, w pobliżu nie było żadnych trupów ani też innych ludzi. Tylko ta kobieta.
   – Wszystko w porządku? – zapytałem, podchodząc do niej. Ta spojrzała na mnie zapłakana.
   Była mniej więcej w wieku mojego brata. Jasne, sięgające ramion włosy miała poplątane i brudne. Jej twarz była w ciemnych smugach, a ubranie – kiedyś na pewno ładne – poplamione.
   – Pomóżcie mi. – Spojrzała na mnie błagalnie. – One są wszędzie. Dorwali… Dorwali moją siostrę.
   Wybuchła płaczem, kryjąc twarz w dłoniach. Obejrzałem się na Maksa, który podejrzliwie patrzył na nieznajomą. Na ramieniu trzymał swój karabin.
   – Jesteś sama? – zapytał.
   – Ta-ak. – Otarła mokrą od łez twarz. – Błagam, weźcie mnie ze sobą. Sama sobie nie poradzę.
   – Nie ma mowy – ubiegł mnie Max, gdy chciałem zgodzić się na prośbę kobiety. Brat spojrzał na mnie beznamiętnie. – Nie mamy czasu na bawienie się w niańkę.
   – Max! – skarciłem brata, podchodząc do niego. – Ona potrzebuje pomocy.
   – Jak wszyscy. Będziemy zabierali każdego, kto wybiegnie nam przed maskę?
   Rozumiałem pobudki Maksa, ale nie zgadzałem się z nimi. Oczywiście rozumiałem, że wszystkim nie mogliśmy pomóc, ale mogliśmy przynajmniej się o to postarać.
   – Ona jest sama. Bezbronna. Jak ma przeżyć? – argumentowałem. Po minie brata stwierdziłem, że mógłbym go przekonać. – Może się nam przydać. We troje będziemy mieli większe szanse i bardzo dobrze o tym wiesz.
   Max jeszcze przez chwilę zaciskał szczękę i patrzył na kobietę niepewnie, ale w końcu pokiwał głową.
   – Dobra. Niech będzie – westchnął, wracając do auta.
   – Możesz…
   Nie zdążyłem dokończyć, gdy poczułem chłodny metal na odsłoniętej szyi. Blondynka, bo ze zwinnością kota, stanęła za mną. Uniosłem obie ręce w obronnym geście, a zaalarmowany Max wymierzył w kobietę z automatu.
   – Nawet nie próbuj – syknęła ostrzegawczo w jego stronę.
   – Puść go, a może cię nie zabiję – odparł ten, nie przestając celować.
   – Spróbuj. Zobaczymy, kto okaże się szybszy. – Na dowód jeszcze mocniej przyciskając mi ostrze do szyi. Zadrżałem, wyczuwając ostrość noża.
   Blondynka gwizdnęła przeciągle, czym przywołała drugą kobietę, która wyszła zza rogu budynku. Miała ona w dłoniach wiatrówkę. Tym, co prawda, nikogo by nie zabiła, chyba, że trafiłaby celnie albo z bardzo bliska. 
   – Rzuć broń – powiedziała, mierząc do Maksa. Ten jednak nie zareagował na jej żądanie.
   – Daję wam ostatnią szansę. – Ton jego głosu wskazywał, że był rozwścieczony. Zobaczyłem, że kobieta z wiatrówką straciła nieco pewności siebie. 
   – Możemy to załatwić inaczej. – Podjąłem próbę negocjacji, ale odpowiedzią na nią było mocniejsze szarpnięcie, przez które nóż naciął lekko skórę na mojej szyi.
   – Zamknij się! A ty – zwróciła się do mojego brata – odłóż tą pieprzoną broń, bo go zabiję! Nie żartuję!
   Blondynka numer dwa stała już tylko parę metrów od mojego brata. Widziałem duże podobieństwo między nią, a moją oprawczynią. Musiały być rodziną. Może nawet siostrami.
   Widziałem konsternację na twarzy Maksa. Zastanawiał się, czy ma zaryzykować i spróbować zastrzelić obie kobiety, czy też po prostu się poddać. W obu przypadkach musiał liczyć się z ryzykiem swojej porażki i mojej śmierci. Widać było, że nasze napastniczki były zdesperowane.
   Ostatecznie odłożył karabin na ziemię i uniósł ręce.
   – Mądra decyzja. – Kobieta podniosła broń Maksa, a jej siostra zabrała moją. Nacisk noża znikł z mojej szyi, gdy obie ruszyły do naszego auta.  
   – Zapłacicie za to.
   – Nie sadzę, skarbie. – Blondynka od wiatrówki posłała Maksowi całusa.
   – Żeby nie było, że jesteśmy bez serca – dodała ta druga, przez okno rzucając nam nóż, którym jeszcze przed chwilą mi groziła.
   Nasze auto odjechało, zabierając całą broń, zapasy i szanse na przeżycie. Patrząc na znikający za rogiem bagażnik, czułem wyrzuty sumienia. W końcu siostry wykiwały nas przeze mnie. Max miał prawo być na mnie wściekłym. Ale zamiast wyrzucić na mnie pretensje, ten tylko podniósł nóż i wcisnął go za pasek.
   – Max, ja…
   – Musimy znaleźć nowe zapasy – powiedział, rozglądając się wokoło. – Jakaś broń też by się przydała. Sprawdzimy te sklepy. Może nie wszystko zostało splądrowane. Przy odrobinie szczęścia znajdziemy też nowy samochód.
   Jego pobłażanie w stosunku do mojej głupoty czasem było ciężkie. Wolałem, by już mnie opieprzył, niż udawał, że nic wielkiego się nie stało. A stało.
   Ruszyłem bez słowa za bratem.

☠☠☠

   Odpuściliśmy sobie przeszukiwanie sklepów, bo bez broni było to zbyt ryzykowne. Postanowiliśmy więc sprawdzić jedną z kamienic, które znajdowały się na końcu ulicy. Liczyliśmy, że chociaż tam uciekający w panice ludzie nie zabrali wszystkiego z lodówek. W końcu to była jedna z ostatnich rzeczy, jaką zabierano z domów – a przynajmniej robili tak ci liczący na pomoc. Po co dodatkowo obciążać się żywnością, skoro dostaliby ją gdzieś indziej? Z tą myślą weszliśmy do środka dwupiętrowego budynku.
   W środku panowała ciemność. Na końcu korytarza, za schodami, znajdowały się drzwi. Te zapewne prowadziły na podwórze. Obok nich było szczelnie zasłonięte kocem okno. Czuć było też smród czegoś, czego nie potrafiłem nawet określić. Słodkawo-mdlący zapach przyprawiał mnie o mdłości.
   – Co tu tak cuchnie? – zapytałem chowając twarz w zgięcie łokcia.
   – Śmierć – odparł jednym słowem Max i ruszył schodami na górę.
   Wyraźniejszy smród dochodził z mieszkania, znajdującego się na pierwszym piętrze. Zaraz po otworzeniu drzwi, uderzył w nas fetor tak intensywny, że aż mnie zemdliło. Wydawało się nawet, że od niego powietrze aż zgęstniało. Musiałem mocno zaciskać zęby i panować nad skurczami żołądka, by nie zwymiotować. Miałem ochotę wyjść z powrotem na korytarz, ale ciekowość zwyciężyła.
   Mieszkanie ewidentnie należało do jakiejś starszej osoby. Być może nawet małżeństwa. Świadczył o tym nie tylko wystrój, ale i ubrania oraz czarno-białe, ślubne zdjęcia. Weszliśmy do salonu, a potem do kuchni. Oba te pomieszczenia okazały się być puste. Pozostał tylko jeden pokój, który musiał być sypialnią. Dochodziło stamtąd stłumione przez drzwi warczenie, połączone z cichym łupaniem. Ująłem mocniej nóż, który zabrałem z kuchni czując rosnącą adrenalinę. Nie byłem wyszkolony do walki bronią białą, dlatego odczuwałem pewien strach. Pistolety były prostsze. Głośniejsze, ale prostsze.
   Max spojrzał na mnie pytająco, a ja skinąłem mu głową. Weszliśmy do środka, gdzie przywitał nas odrażający obrazek.
   Na dużym łóżku małżeńskim leżało obgryzione z mięsa ciało, a na podłodze obok siedział zombie. Truposz był tak obżarty, że nie mógł się poruszyć. Był to mężczyzna około osiemdziesiątki, ubrany w piżamę, która mocno opinała go w brzuchu. Przez to wyglądał, jakby był w ciąży.   
   Drugie zwłoki w tym pokoju należały do kobiety. Miała na sobie długą, czerwoną od krwi, koszulę nocną. Nie dało się dostrzec jej twarzy, z której pozostały tylko strzępy. Nieosłonięte niczym zęby, dziura w miejscu nosa z kawałkiem chrząstki oraz puste oczodoły. Reszta ciała nie wyglądała lepiej. Żebra sterczały, osłaniając resztkę zachowanych organów. Wśród kawałków wnętrzności widziałem kręgosłup. Jelita zwisały z łóżka, ciągnąc się aż do zombie, który trzymał je w ręce.
   Był to okropny, ale i smutny obrazek. Nie chciałem na niego patrzeć, a równocześnie nie mogłem oderwać od niego wzroku. Patrzyłem w puste oczy ożywieńca, który próbował do nas podpełznąć. Dopiero Max powstrzymał go, przygniatając truposza butem do podłogi i wbijając mu nóż w skroń.
   – Chodźmy stąd – mruknął, wychodząc z pokoju.
   Nie oponowałem. Patrzenie na ten koszmarny widok tylko wzbudzały we mnie mdłości.
   Przeszukując mieszkanie znaleźliśmy w lodówce prowiant, który nadal nadawał się do spożycia. Co prawda widok masakry z pokoju obok odebrał mi cały apetyt, ale cieszyłem się, że nasza sytuacja zaczyna się poprawiać.
Podczas przeszukiwania szafek nie mogłem się wyzbyć nieprzyjemnego uczucia. Ciągle miałem wrażenie, że jesteśmy jak złodzieje okradający groby, bo w jakimś stopniu tym było to mieszkanie – grobem dwójki jego właścicieli.
   – Patrz na to. – Max wszedł do salonu, trzymając w dłoniach lornetkę.
   – Przydatna rzecz – mruknąłem wracając do grzebania w szufladach. Nie natrafiłem tam jednak na nic ciekawego. Wściekły zamknąłem je z trzaskiem. – Kurwa.
   – A tobie co?
   – Nic – warknąłem. Wziąłem głęboki wdech, ale wcale mnie on nie uspokoił. – Co my właściwie robimy? Jesteśmy jak jakieś cholerne hieny cmentarne. Plądrujemy dom ludzi, którzy leżą martwi w pokoju obok.
   – Właśnie. – Max odłożył lornetkę na stół, o który się oparł. – Są martwi. Im to już nie robi różnicy, co się tu dzieje.
   – Wiesz dobrze, o co mi chodzi – powiedziałem zirytowany.
   – Wiem tylko tyle, że jeżeli dalej będziesz miał takie podejście, to długo nie pożyjesz. – Mówił wolno, jak do dziecka, któremu musiał coś tłumaczyć. To tylko zirytowało mnie jeszcze bardziej. – To nie czas na sentymenty, Adam. To, co się stało, powinno dać ci jasno do zrozumienia, że zgrywanie bohatera nie jest opłacalne. Jesteśmy w dupie, ale nie będziemy się teraz użalać. Póki co żyjemy, więc przestać jęczeć, weź się w garść i pakuj rzeczy.
   Był zły. Może nawet wściekły, ale powiedział mi samą prawdę. Miał rację co do tego, że pomagając zapominałem o rozwadze. Najpierw Wiktor z Mileną, a potem siostry – w obu tych przypadkach działałem lekkomyślnie i przyniosło to nam same problemy. Pomaganie innym w tych czasach stało się bardzo ryzykowne.
   – Przepraszam, Max. Masz rację – powiedziałem drapiąc się po policzku. Nigdy nie byłem fanem zarostu, dlatego kłująca szczecina doprowadzała mnie do szału. – Mam tego już po prostu dość. W ciągu jednego dnia wszystko zniknęło. Chyba jeszcze nie do końca to ogarnąłem.
   – W porządku. – Max poklepał mnie przyjacielsko po plecach.
   Nagle naszą uwagę przykuła sytuacja dziejąca się na ulicy. Usłyszeliśmy serię wystrzałów, które brzmiały, jakby ktoś toczył ze sobą małą wojnę. Nie widzieliśmy co właściwie się działo, bo z tego poziomu zasłaniały nam wszystko bloki.
   – Na górę – zarządził Max.
   Na drugim piętrze znajdowała się drabinka, która prowadziła na dach. Wspięliśmy się po niej, po czym naszym oczom ukazała się panorama miasta. Gdzieniegdzie unosiły się stróżki dymu, jakiś budynek, dwie ulice dalej, doszczętnie spłonął, ulice były zastawione porzuconymi autami, a między nimi chodziły żywe trupy. Miasto duchów – pomyślałem. Było to trafne określenie tej opanowanej przez zombie miejscowości.
   – Patrz. – Max podał mi lornetkę, przez którą sam przed chwilą patrzył, i wskazał mi ulicę kawałek dalej.
   Byłem świadkiem pierwszych, zapewne nie ostatnich, przypadków ludzkiego okrucieństwa i degeneracji. Jakieś dwie grupy strzelały do siebie. Pewnie chodziło im o sklep z bronią, której szyld widziałem bardzo dobrze.
   – Zaczęło się szybciej, niż myślałem – mruknąłem, oddając lornetkę. Nie miałem ochoty patrzeć na wzajemnie mordujących się ludzi.
   – Niby co? – zapytał Max.
   – Tracenie człowieczeństwa. – Oparłem się o komin. – Tak będzie wyglądał teraz ten świat? Ludzie będą się zabijać, bo będzie to łatwiejsze? Niedługo dojdzie do tego, że będziemy gotowi odebrać komuś życie za puszkę fasoli.
   Max nie skomentował mojego wywodu i powrócił do śledzenia sytuacji. Strzały ucichły, a po niosącym się pisku opon twierdziłem, że jedna z grup odjechała.
   – Wracajmy do środka i wynośmy się stąd – powiedziałem po kilku minutach, podczas których Max nadal obserwował okolicę.
   – Cholera! – syknął niespodziewanie.
   – Co jest?
   – Sam zobacz.
   Podszedłem do krawędzi dachu i nie musiałem używać lornetki, by widzieć hordę trupów zalewającą ulicę. Było ich naprawdę sporo i podążały za ciemnowłosą kobietą. Nieznajoma biegła uliczkami, co chwilę poprawiając dużą, czarną torbę którą miała na ramieniu i zbliżała się w naszą stronę. Gdy dotarła na nasze osiedle, na moment przystanęła. Z torby wyciągnęła broń, na widok której Maksowi aż zaświeciły się oczy.
   – Gdzie idziesz? – zapytałem, ale ten już zniknął na dole.  
   Mój brat zbiegł na sam dół, stojąc przy drzwiach, prowadzących na podwórko. Czekał, uważnie nasłuchując. Nie wiedziałem, co ma w planach, ale nie odważyłem się odezwać. Czułem napięcie, jakie towarzyszyło tej sytuacji i słyszałem jeszcze oddalone, ale coraz wyraźniejsze zawodzenie trupów.
   Nagle Max pociągnął za klamkę, wychylił się na zewnątrz i wciągnął kogoś do środka. Przez ciemność myślałem, że było to zombie, ale gdy nie było żadnych oznak, że rzeczywiście tak jest, uspokoiłem się. W półmroku dostrzegłem, jak mój brat  zasłania dłonią usta zaskoczonej postaci. Dopiero wtedy skojarzyłem fakty i rozpoznałem w niej tą samą dziewczynę, która uciekała przed hordą zombie.
   – Ani drgnij – wycedził Max.
   Nie wiedziałem, czy to przez strach, czy też dziewczyna po prostu rozumiała, że chwilowo to najlepsze wyjście, ale stała nieruchomo, przyciśnięta do drzwi. Cała nasza trójka trwała w ciszy, podczas gdy przez podwórko przetoczył się pochód zombie. Gdyby choć jednemu wpadło do głowy zainteresować się naszym budynkiem, mielibyśmy nie lada kłopoty.
   – Puszczę cię teraz – odezwał się Max, gdy od dłuższej chwili nie słychać było żadnych oznak dalszej obecności zombie. – Ale niczego nie próbuj. Rozumiesz?
   Dziewczyna skinęła głową, cały czas patrząc na mojego brata. W tym spojrzeniu nie było strachu – wręcz przeciwnie. Max ledwo zdjął dłoń z jej twarzy, gdy ta kolanek kopnęła go w brzuch i wymierzyła w niego z pistoletu.
   – Kurwa mać! – jęknął zgięty w pół Max.
   – Cofnij się – powiedziała do niego dziewczyna. Rozległo się ciche kliknięcie, gdy odbezpieczyła broń. – Oboje. Już!
   – Spokojnie. – Uniosłem obie ręce tak, by to widziała. – Nie mamy złych zamiarów.
   – Gdzieś to kiedyś słyszałam. – Zerknęła na mnie przelotnie.
   – To jest twoja wdzięczność za pomoc? – Max wyprostował się, rozmasowując miejsce gdzie padł cios.
   – Nie potrzebowałam pomocy.
   – Jasne – prychnął mój brat. – A tę hordę zombie prowadziłaś na spacer.
   – Wystarczy – skarciłem brata, na co ten przewrócił oczami. Zwróciłem się do dziewczyny, która nie opuściła broni nawet na milimetr. – Wybacz mu, czasem jego mózg nie łączy się z językiem. Jestem Adam, a to mój brat – Max.
   Nieznajoma jeszcze przez chwilę mierzyła nas niepewnym wzrokiem, ale ostatecznie opuściła broń. Nie schowała jej jednak, a dalej trzymała zapobiegawczo w dłoni. Miałem nadzieję, że nie zdecyduje się jej jednak użyć.
   – Sasza – powiedziała.
   – Skoro już wszyscy się poznaliśmy, możemy stąd iść? – wtrącił się Max. – To stado jeszcze może wrócić – dodał, nie omieszkując posłać Saszy wymownego spojrzenia.
   Przewróciłem oczami. Tak, Max bardzo często bywał dupkiem.
   – Dlaczego miałabym wam zaufać? – zapytała Sasza.
   Max zatrzymał się w pół kroku. Spojrzał na nowo poznaną dziewczynę w sposób, którego nie potrafiłem odgadnąć.
   – Bo to na razie najlepsze, co możesz zrobić – odparł.
   Nie wróciliśmy do mieszkania staruszków. To na dole okazało się być otwarte i puste. Odgłosy zombie dochodziły z zewnątrz, ale truposze na razie nam nie zagrażały. Mimo to czułem niepokój. Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek uda mi się przyzwyczaić do obecności żywych trupów.
   Max ruszył rozejrzeć się po mieszkaniu, a Sasza usiadła na fotelu w salonie. Odłożyła na razie pistolet, ale wciąż trzymała go w zasięgu ręki. Nie dziwiłem się jej, że zachowuje taką ostrożność, bo i ja zerkałem na nią podejrzliwie. Akcja z blondynkami nauczyła mnie, że na każdego trzeba patrzeć z dystansem. Dziwiłem się jednak, że Max, zaraz po wygłoszeniu tyrady o ostrożności i niechęci do zawierania znajomości z innymi ludźmi, pomógł dziewczynie.
   – Jesteś stąd? – zapytałem, przerywając niezręczną ciszę.
   – Tak – odparła krótko, zdejmując brązową, skórzaną kurtkę i odkładając ją na bok. Pod spodem miała czarny golf, który podkreślał jej talię oraz piersi.
   Dopiero wtedy miałem okazję przyjrzeć się nowo poznanej. Sasza była ładną, młodą kobietą, czego nie dało się nie zauważyć. Miała dość ostre rysy twarzy, z mocno zarysowanymi kościami policzkowymi i nieco kwadratową szczęką. Oczy miała szare, nieco ciemniejsze niż Maksa, otoczone gęstymi rzęsami. Ciemny, gruby warkocz włosów opadał jej na ramię, sięgając prawie pasa. Tak, Sasza była ładna.
   – A wy skąd jesteście? – zapytała.
   Gdy przyłapałem się na gapieniu na dziewczynę, zawstydzony odwróciłem wzrok. Odchrząknąłem, starając się zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie.
   – Z Krakowa – odparłem szybko.
   – Co was tu sprowadziło? – Sasza brzmiała już na bardziej wyluzowaną, albo przynajmniej już nie tak spiętą.
   – My… jechaliśmy w odwiedziny do kumpla – powiedziałem, naprędce wymyślając kłamstwo.
   – To niezbyt trafiliście z czasem. – Sasza, po raz pierwszy, uśmiechnęła się lekko. – Zazwyczaj nasze miasto jest bardziej przyjazne dla turystów.
   Również się uśmiechnąłem. Miło był w końcu porozmawiać, choć przez chwilę nie myśląc o tym całym syfie, który rozgrywał się na zewnątrz.
   – Gdzie są twoi znajomi? – zapytałem. Gdy Sasza spojrzała na mnie zaskoczona, zaraz wyjaśniłem: – Widzieliśmy, jak walczyliście z inną grupą. Przez lornetkę.
   Sasza zmieszała się wyraźnie i spięła. Odwracając wzrok, zagryzła policzek.
   – Rozdzieliliśmy się – powiedziała. – Byłam z przyjacielem i dziewczyną, którą poznaliśmy wczoraj. Uratowała nam życie.
   – Będziesz ich szukać?
   Nie odpowiedziała, gdy z kuchni zawołał mnie Max. Zostawiłem Saszę i przeszedłem do kuchni, gdzie mój brat przetrząsał szafki.
   – Dobra, gadaj o co chodzi. – Skrzyżowałem ręce na piersi. – Dopiero mówiłeś, że nie powinienem zgrywać bohatera, a sam to robisz. Co jest?
   – Nie mogę być dobrym chrześcijaninem? – zapytał, nie przestając zaglądać do kolejnych szafek.
   – Nie pieprz. Nie jesteś nawet wierzący. – Zerknąłem w stronę salonu. Sasza wyciągnęła magazynek ze swojego pistoletu, sprawdziła go, po czym włożyła z powrotem. Wtedy w głowie pojawiła mi się pewna myśl, której nie potrafiłem odrzucić, a która mnie zdenerwowała. – Chyba nie chcesz jej okraść? 
   Mina Maksa mówiła coś wręcz przeciwnego.
   – Chyba oszalałeś. – Z niedowierzaniem pokręciłem głową.
   – Potrzebujemy tej broni – powiedział na swoje usprawiedliwienie. – Poza tym, nie zabierzemy jej wszystkiego.
   – To nie zmienia faktu, że staniemy się nie lepsi niż tamte kobiety – syknąłem. – Max, możemy się z nią dogadać.
   Mój brat wyprostował się, patrząc na mnie z politowaniem. W dłoni miął paczkę suszonej wołowiny.
   – Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Zaprzyjaźnijmy się z nią i razem przeżyjmy te najgorsze chwile, trzymając się za rączki – zironizował. – Dopiero co zabiła człowieka. Widziałem. Jakoś nie wygląda na przejętą albo skruszoną. Z nami może w każdej chwili zrobić to samo. Nie znamy jej.
   – Nie sądzisz, że gdyby chciała nam coś zrobić, to już by to zrobiła? – próbowałem bronić Saszy, choć słowa maksa mną wstrząsnęły.
   – No właśnie.
   Spojrzeliśmy oboje w kierunku drzwi. Sasza stała w nich, opierając się o futrynę i zagryzając policzek. Beznamiętnie patrzyła na Maksa. Pistolet tkwił, zatknięty za jej pasek.
   – Saszo. Max. – Stanąłem między tą dwójką, gotów interweniować, gdyby którekolwiek z nich chciało zrobić coś głupiego. Gromy, jakie ciskali sobie oczami, były wyraźnym znakiem, że powinienem podjąć funkcję mediatora. – To wcale nie tak…
   – Dam wam broń – powiedziała niespodziewanie dziewczyna. Jej słowa wprawiły w osłupienie nie tylko mnie. Max również był  zaskoczony takim obrotem spraw.
   – Ale…?
   – Ale pomożecie mi odnaleźć moich przyjaciół – dokończyła i po chwili namysłu dodała: – I nie zabiję was.
   Wiedziałem, że żartowała, ale dreszcz i tak przebiegł mi po krzyżu. Byłem przekonany, że po tym, jak usłyszała naszą rozmowę, zabije nas, a w najlepszym przypadku zostawi.
   – Dlaczego mielibyśmy wierzyć, że nas nie wykiwasz? – zapytał Max.
   Sasza uśmiechnęła się, po czym wróciła do salonu. Na odchodne rzuciła jeszcze:
   – To najlepsze, co możesz zrobić.

☠☠☠

   Sprawdzenie pozostałych mieszkań zajęło nam aż dwie godziny, ale było warto. Opuściliśmy kamienicę z plecakami, wypełnionymi jeszcze nadającym się do spożycia jedzeniem. Mieliśmy kolejny problem z głowy. A przynajmniej chwilowo.
   – Torbę schowałam w koszu na śmieci – powiedziała Sasza, prowadząc nas przez podwórko.
   W wąskiej uliczce, pomiędzy blokami, stało tam zombie. Na nasz widok natychmiast się ożywiło i warcząc, ruszyło ku nam. Max uniósł pistolet, który dała mu Sasza, w geście ostatecznego pojednania, ale dziewczyna powstrzymała go.
   – Ja to załatwię.
   Sasza wyciągnęła zza paska siekierę i zamachnęła się nią. Ostrze wbiło się w bok głowy zombie, rozpłatując czaszkę i uwalniając falę ciemnej krwi.
   – Strzelanie, to marnowanie naboi – powiedziała patrząc na Maxa. – I robienie niepotrzebnego hałasu. Chyba, że chcesz wyprowadzić zombie na spacer.
   Widząc minę Maxa, parsknąłem śmiechem. Nigdy nie lubił krytyki i wytykania mu błędów, a Sasza wyglądała na taką, która będzie to robić z przyjemnością. Zapowiadała się ciekawa podróż.
   – Cholera! – Sasza przyległa do ściany, pociągając mnie za sobą.
   – Co jest? – zapytałem półszeptem.
   Dziewczyna wychyliła się zza winkla.
   – Zombie. Dość sporo – oznajmiła. – Nie przedostaniemy się.
   Wyjrzałem na podwórko i rzeczywiście – stała tam całkiem spora grupa zombie. Nie liczyłem, ale na oko było ich około czterdziestka. Była to zapewne część hordy, która ścigała Saszę.
   – Jakiś plan? – zapytała dziewczyna, patrząc to na mnie, to na Maksa.
   Ja miałem tylko jeden, ale najprostszy i najbezpieczniejszy – uciec. Choć broń była niewątpliwie ważna, nie chciałem przez nią tracić życia.
   – Tak – odezwał się nagle Max. Oboje spojrzeliśmy na niego w wyczekiwaniu. – Niewiarygodnie głupi i ryzykowny, ale zawsze. 

☠☠☠

   Po raz kolejny powtórzyłem w myślach zadanie, jakie zostało mi przydzielone, by przypadkiem czegoś nie spaprać. Plan Maksa rzeczywiście był głupi i ryzykowny.  Próbowałem nawet zaprotestować, przed wprowadzeniem go w życie, ale zostałem przegłosowany.
   – To samobójstwo – powiedziałem, otwierając klapę kontenera. Cuchnęło w nim okropnie, ale lepszy był fetor odpadków, niż rozkładających się ciał.
   – Nie kracz – skarciła mnie Sasza, pierwsza wchodząc do środka. Po jej minie widać było, że takie siedzenie w śmieciach nie było niczym przyjemnym, ale starała się tego nie pokazywać.
   Plan Maksa polegał na tym, że podczas gdy on miał wywabić zombie, my, ukryci w kontenerze, mieliśmy zdobyć torbę. Sasza od razu przystanęła na ten plan, podczas gdy ja miałem sporo wątpliwości. Zauważyłem za to, że pomimo niezbyt dobrego początku, mój brat i nowo poznana dziewczyna potrafili się dogadać.
   Niechętnie wszedłem do kontenera, a Max podniósł klapę, by ją za nami zamknąć.
   – Wiesz, co robić? – zapytała Sasza.
   – Będę na was czekał w parku – odparł ten. Wcześniej Sasza dokładnie opisała mu trasę, którą powinien się kierować, by zgubić zombie.
   – Uważaj na siebie – powiedziałem do brata.
   – Jak zawsze. – Posłał mi uspokajający uśmiech, po czym zamknął klapę.
   Po odcięciu nas od świeżego powietrza oraz światła, momentalnie stało się w środku duszno. Smród śmieci stał się wyraźniejszy, a w mroku niewiele było widać. Widziałem jedynie zarys sylwetki siedzącej naprzeciw mnie dziewczyny.
   Zaufaliśmy jej oboje, a przecież w ogóle jej nie znaliśmy. Nie powinienem był się na to godzićpomyślałem. Max i Sasza mogli być ryzykantami, ale ja, swoją biernością, pozwalałem im na wypadki, które mogły się zdarzyć. Jako jedyny, rozsądnie myślący, powinienem zrobić wszystko, by wybić im ten pomysł z głowy. Chyba, że Sasza chce nas wciągnąć w jakąś pułapkęta myśl zaatakowała mnie nagle, ale zaraz ją odrzuciłem. Owszem – miała ona silną osobowość, którą potrafiła wykorzystać, ale nie wyglądała na taką, która podstępem poświęciłaby życie innych, dla osiągnięcia własnego celu. Miała w sobie dużo determinacji oraz charyzmy, ale na pewno nie była zła. Jeżeli nawet Max – nielubiący się podporządkowywać nikomu, zaufał jej, to i ja musiałem.
   – Dlaczego tak patrzysz? – zapytała nagle, wyrywając mnie z przemyśleń.
   – Zastanawiam się, co naprawdę tobą kieruje – odparłem.
   – Troska o przyjaciół, chęć przeżycia, zwykła, ludzka dobroć – wymieniła. – Albo po prostu was polubiłam.
   Prychnąłem opierając głowę o ściankę kontenera. Sasza przez dłuższą chwilę przewiercała mnie wzrokiem na wylot, aż poczułem się niezręcznie. Pomimo jej sarkazmu, rządzenia się, hardości i bezpośredniości – zaczynałem ją lubić. To było najdziwniejsze.
   – Spróbuj mi zaufać, Adamie – powiedziała po chwili.
   Nie odpowiedziałem jej nic, bo rozległ się wystrzał, a za nim kolejny. Wiedziałem, że to Max, a mimo to wzdrygnąłem się. Mocniej ścisnąłem rękojeść mojego noża, jakbym próbował w jakiś sposób dodać sobie sił i odwagi.
   Gdy usłyszeliśmy przechodzące obok nas zombie, oboje aż wstrzymaliśmy oddech. Jeden ruch i zostalibyśmy okrążeni przez dziesiątki zombie, a z tej pułapki trudno by było się nam wydostać. Czekaliśmy więc. Pochód trupów zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Kilka razy rozlegało się głuche łupanie truposzy, które wpadły na nasz kontener. Wtedy z trudem udawało mi się zachować spokój. Po paru minutach od przejścia ostatniego ożywieńca, wyszliśmy na zewnątrz. Łapczywie chwyciłem świeże powietrze w płuca, w którym i tak wyczułem smród rozkładu.
   Prowadzony przez Saszę przeszedłem na podwórko. Po drodze natknęliśmy się na trójkę zombie. Pierwszego z nich moja towarzyszka załatwiła od razu, tak jak poprzednio, używając swojej siekiery. Ja w tym czasie chwyciłem truposza za przód brudnej koszuli i przycisnąłem go do ściany. Ten szarpał się, próbując mnie ugryźć, ale już za życia był cherlawy, więc przytrzymanie go nie stanowiło dla mnie problemu. Wbiłem nóż w jego białe, lewe oko, wkładając w to całą siłę. Nie nacieszyłem się jednak długo swoim pierwszym, udanym starciem, bo trzeci zombie rzucił się na mnie, o mało co nie przewracając. Złapałem przemienioną kobietę za długie blond włosy, by uniemożliwić jej ugryzienie mnie. I to uratowało mnie przed zarażeniem. Chwilę potem Sasza wbiła nóż w tył głowy zombie.
   – W porządku? – zapytała.
   – Tak. Pośpieszmy się – powiedziałem, ruszając przodem.
   Ledwo co wyszliśmy na podwórko, a zobaczyłem trójkę ludzi, która biegła w kierunku koszy na śmieci. Dwójka mężczyzn oraz kobieta szybko pokonali dzielący ich dystans od śmietników i otworzyli jeden. Saszy, jak na zawołanie, zapaliła się czerwona lampka w głowie. Biegiem ruszyła w ich kierunku, wyciągając po drodze pistolet, o istnieniu którego nie miałem pojęcia.
   – Nawet się nie próbuj ruszyć! – krzyknęła do najstarszego mężczyzny, który zastygł pochylając się nad otwartym koszem. Pozostała dwójka stała z boku, ściskając w dłoniach szpadel oraz młotek.
   – A co? Zabijesz mnie? – zapytał kpiąco mężczyzna. Wyglądał na jakieś czterdzieści lat, miał jasne włosy oraz trochę ciemniejszy zarost. Jego towarzyszami byli nastolatkowe, więc od razu pomyślałem, że mamy do czynienia z ojcem i jego dziećmi.
   – Może. Jeżeli się nie wycofasz, to będę musiała głęboko to przemyśleć.
   Słowa Saszy nie zrobiły większego wrażenia na mężczyźnie, w przeciwieństwie do mnie. Wierzyłem, że jest gotowa to zrobić. Widziałem tą determinację w jej oczach.
   – Więc proszę bardzo! – Mężczyzna wyprostował się i rozłożył ręce. – Strzelaj. Bez tej torby i tak jesteśmy skazani na śmierć.
   – Tato – pisnęła dziewczyna, przyciskając mocniej łopatę do piersi.
   – Taka prawda – warknął do córki. – Wy macie broń.
   – Tak – potwierdziła moja towarzyszka. – Jest w tej torbie.
   – Bądźcie ludźmi. – Głos mężczyzny stał się bardziej błagalny. Spojrzał na mnie, jakby szukał wsparcia. – Proszę.
   Już miałem zwrócić się do Saszy, by załatwić to inaczej, gdy stojący dotychczas w ciszy chłopak, rzucił się w naszą stronę z młotkiem. Miał desperację w oczach, która sprawiła, że nie myślał logicznie. Nie spodziewał się, że moja towarzyszka zadziała tak instynktownie i pociągnie za spust. Ona także była zaskoczona, gdy na piersi chłopaka pojawiła się czerwona plama. Upadł, a my w milczeniu obserwowaliśmy, jak gaśnie w nim życie.