niedziela, 24 września 2017

MIDQUEL - DZIAŁANIA (RADEK)

Witam wszystkich po dłuższej przerwie w nowej części The Last Days, zatytułowanej – Niezłomni!
Nazwa ta odnosi się do wielu wydarzeń w tym tomie, które nie raz zachwieją bohaterami i będą sytuację, gdy większość z was zapewne złapie się za głowę i krzyknie: Co? Ale dlaczego? Jak to możliwe?
Od razu uprzedzam – sporo trupów, sporo nowych postaci, sporo strzelanin i sporo nowych zagrożeń.  Akcja zostanie tak rozłożona, by ani na chwilę nasi bohaterowie nie mogli złapać oddechu, a co za tym idzie – wy również.
Do obsady głównych narratorów dołączy nowa postać, którą poznacie w tym oto midquelu.
Radek jest bohaterem z pozoru pozytywnym i bezkonfliktowym, który ma w sobie coś z Adama, ale to tylko pozory. Nie dajcie się zwieść, bo jego decyzje nie raz sprawią, że będziecie mieli ochotę go zabić (albo namawiać mnie do tego). Z resztą, tak samo będzie z pozostałą trójką.
Wybieranie mniejszego zła kosztem żyć innych, intrygi, zabójstwa, zdrady przyjaciół i rodziny. Bohaterowie, którzy wydawali się być dobrymi ludźmi okażą się zdrajcami najgorszego sortu. Panujące warunki zmienią z dobrego na złe i na odwrót. Postacie, które wydawały się dupkami – staną po stronie prawości. Istne szaleństwo!

Jedno pozostanie dla naszych bohaterów jednak niezmienne  –   PRZEŻYĆ!

~~~

   Wszedłem do „mojego” domu, który stał się nim po zajęciu i zabezpieczeniu Krosna Odrzańskiego. Był to jeden z wielu budynków, znajdujących się między Odrą, a Starą Odrą, którego właściciele uciekli lub zginęli na początku epidemii. Nie był największy, ani najładniejszy, ale podobał mi się. Ot zwykły, piętrowy dom z ładnym ogródkiem i garażem – coś, czego brakowało mi przez całe życie mieszkania w bloku.
   Wprowadziłem się tam zaraz po ewakuacji północnej części miasta. Służby porządkowe kazały kierować się do większych metropolii lub wyznaczonych placówek, gdzie podobno mieliśmy uzyskać pomoc oraz ochronę przed nieumarłymi.
Gówno prawda.
   Byliśmy tam – ja i ludzie, z którymi podróżowałem, a którzy tam ze mną dotarli. Zastaliśmy chaos, strach i nieład. Ludzie wariowali, niektórzy domagali się odpowiedzi na swoje pytania w dość brutalny sposób, a w powietrzu wisiała wizja nadchodzącego konfliktu między ocalałymi a porządkowymi. Niespodziewany pożar i wtargnięcie zombie zniszczyły ten obóz, a tylko nielicznym udało się uciec. Byłem wśród nich.
   Osiedliliśmy się na starym mieście Krosna Odrzańskiego, gdzie po zabezpieczeniu kilku wschodnich ulic, stało się w miarę bezpiecznie. Wciąż zmagaliśmy się z atakami zombie, ale dzięki strażnikom jakoś sobie radziliśmy. No i wśród nas było dość sporo doświadczonych strzelców.
W mieście siedzibę miała drużyna łowiecka, która miłowała się w polowaniach na okoliczną zwierzynę. Tak więc, wybitnych strzelców nam nie brakowało. Ci szybko wcisnęli bronie żółtodziobom i zaczęli ich szkolić. Sam dość dobrze posługiwałem się wiatrówką, czy też strzelbą myśliwską, więc szybko zostałem delegowany jako strażnik na ulicy Bohaterów Wojska Polskiego, znajdującej się na południowej części naszego obozu. 
   Rozmawiałem właśnie z urzędującym ze mną Michałem, gdy usłyszeliśmy warkot silników samochodowych, a potem zobaczyliśmy jadące ulicą trzy samochody.
   - Przestaw ciężarówkę – poleciłem kompanowi, sam zeskakując z barierki, na której akurat siedziałem.
   Michał od razu rzucił niedopałek papierosa na ziemię i pobiegł do zastawiającego drogę przez most pojazdu. Zdążył zjechać na bok, zanim konwój dotarł do początku kondygnacji.
   Przypatrywałem się znajdującym wewnątrz terenowych aut ludziom. Dopiero trzeci pojazd zwolnił obok mnie, po czym zatrzymał się kilka metrów dalej. Podszedłem do niego, gdy boczna szyba od strony pasażera uchyliła się. Siedzący na tym miejscu mężczyzna wystawił łokieć i wychylił się nieznacznie.
   - Żadnych problemów? – zapytał rudy, brodaty facet, z którym bardzo niechętnie dzieliłem geny.
   - Kilka trupów na trzeciej wschodniej barykadzie – odparłem rzeczowo. – Bartek i jego grupa szybko się tym zajęła. No i Marcel oczyścił zachodnią część.
   - Czyli mamy więcej miejsca, niż ludzi – zamyślił się, drapiąc długą, rdzawą brodę.
   - Na razie – odparłem z zapałem, ale zaraz spuściłem z tonu, odchrząkując. Szybko wróciłem do sztywnego tonu.  – Musimy być oszczędniejsi w nabojach. Ostatnie ćwiczenia zmarnowały ich już nazbyt.
   - O to już nie musimy się martwić – odparł, uśmiechając się tajemniczo i oglądając na tył auta. – Broni i naboi mamy wystarczająco.
   Spojrzałem na skrzynię, znajdującą się na przyczepie forda. Była ona dość spora, czarna i zabezpieczona paroma linkami. Jej wygląd nie dawał żadnej wskazówki co do tego, co znajdowało się wewnątrz, ale miałem już przeczcie.
   - Gdzie więzień? – zapytałem przypominając sobie, że nie widziałem go w żadnym z dwóch poprzednich aut, ni też i w tym.
   Topór opadł na siedzenie, wdychając cicho. Na jego twarzy pojawiła się irytacja oraz zmęczenie.
   - Nie zadawaj głupich pytań, Radek – mruknął, posyłając mi zirytowane spojrzenie.
   - Więc ty nie rób głupich rzeczy – odgryzłem się, po czym uderzyłem dwukrotnie otwartą dłonią w dach auta. Te odjechało, zanim mój ojciec zdążyłby mi odpowiedzieć. Nie chciałem tego słuchać.
   Odkąd przybyliśmy do Krosna i osiedliliśmy się w nim, starałem się robić wszystko, by chronić ludzi. Walka z zombie nigdy nie sprawiała mi kłopotu. Do tych pokracznych wybryków natury żywiłem czystą nienawiść. Zabijając je choć trochę pozbywałem się bólu utraty bliskich. Nie znikał on jednak całkowicie. Choć minęło już kilka dni, to wciąż przeżywałem śmierć mojej narzeczonej. Słyszałem jej łkanie oraz czułem drżenie jej ciała w moich ramionach. I nijak nie mogłem się tego pozbyć. Nie sądziłem też, że kiedykolwiek mi się to uda.
   Wróciłem na swoje miejsce, które wcześniej opuściłem. Michał w tym czasie ponownie postawił ciężarówkę w poprzek drogi, całkowicie ją zastawiając. Nie była to najmocniejsza ochrona przed nieumarłymi, ale na razie musiała wystarczyć. Przynajmniej do czasu, aż Zenek i jego ekipa nie skończyłaby fortyfikacji ulicy Wąskiej. W planach było też wysadzenie tego mostu, ale po dłuższym namyśle odrzuciliśmy ten pomysł. W razie napadu większej grupy trupów, zostalibyśmy odcięci, a przecież nie chcieliśmy zginąć. Nam chodziło o przeżycie.
   A przynajmniej dotychczas tak myślałem, aż Topór nie przywiózł tego faceta z odrąbaną ręką.
   - Spokojnie dzisiaj – powiedział Michał, opierając się o barierkę i wyciągając nowego papierosa.   Ten człowiek naprawdę miał płuca ze stali, bo wciągu naszej warty potrafił wypalić całą paczkę.
   - Ano – mruknąłem.
   W ciągu kilku godzin warty pojawiło się może dziesięć trupów. Nie sądziłem, że tego dnia przybędzie ich więcej. Zdążyłem już zauważyć, że większość zombie poruszało się w grupach lub stadach – jak nazywali ich inni ludzie. Owe grupy ciągnęło do dużych miast, gdzie zapewne liczyły na znalezienie pożywienia. Dwunastotysięczne Krosno Odrzańskie nie mogło się liczyć ze znajdującym tak niedaleko Gubinem – prawie dwa razy większym. To tam ciągnęło śmierdzieli, bo solidne, pro-niemieckie miasto mogło zapewnić bezpieczeństwo większej ilości ludzi, niż my.  Nasza liczebność wynosiła niecałe sto osób, a mogłem dać głowę, że nasi sąsiedzi mieli przynajmniej trzy razy tyle. Dlaczego więc się do nas nie zgłosili o pomoc lub chęć współpracy? Nie wiedziałem.
   - Dzisiaj się chyba schleję – westchnął Michał, tarmosząc swoją ciemną czuprynę. Spojrzałem na niego z niemym pytaniem, a ten zaraz pośpieszył z wyjaśnieniem. – W domu, który przejęliśmy z Eweliną, znalazłem całkiem nieźle wyposażony barek. Może wpadniesz?
   - Nie, dzięki – odparłem, odwracając głowę na płynącą pod nami Starą Odrę. – Nie piję.
   Michał spojrzał na mnie krzywo, ale nic nie powiedział. I dobrze, bo nie miałem ochoty na tłumaczenie kolejnej osobie, dlaczego się z nią nie napiję. Nie wiedzieć czemu, otaczający nas świat był dla ludzi wymówką dla łamania zasad – zarówno tych ustalonych przez społeczeństwo, jaki i swoich. Ja jednak trwałem twardo przy swoich postanowieniach. Apokalipsa nie musiała wcale oznaczać zatracenia własnych wartości. A przynajmniej nie według mnie.
   - Topór nie przywiózł tego kolesia z powrotem  - powiedział Michał, trąc porośnięty dość gęstą szczeciną policzek.
   Nie skomentowałem tego i nadal wpatrywałem się w wartki nurt rzeki. Chociaż czułem na sobie wyczekujące spojrzenie kompana, to w żaden sposób nie zareagowałem.
   - Jakiś nerwowy zrobił się po ostatniej akcji w Nowogrodzie – kontynuował  mężczyzna. – Odkąd stamtąd wrócił, to nie jest już tym samym człowiekiem.
   Wiedziałem dobrze o co chodzi, ale nie zamierzałem się na ten temat wypowiadać. Jako jeden z nielicznych byłem tam wtedy i znałem powód zdenerwowania nie tylko Topora, ale i reszty towarzyszących nam wtedy ludzi. A nosił on imię Sasza.
   Ta dziewczyna zostawiła Toporowi pamiątkę w postaci paskudnej rany na policzku oraz ujmie na honorze. Żaden mężczyzna nie chciałby chyba zostać wykiwanym przez dwa razy młodszą dziewczynę, która na dodatek znacznie osłabiła jego szeregi. Najpierw śmierć Hawka i Łysego, a potem obrzucenie jednego z naszych aut koktajlem Mołotowa, w wyniku czego zginął jeden człowiek, a dwóch było dotkliwie poparzonych. Choć takie działania nie podobały mi się, to jednak podziwiałem siłę tej dziewczyny.
   Widziałem ją. Byłem w Nowogrodzie, gdy nasza grupa zapędziła ją i dwóch jej towarzyszy w kozi róg. Patrzenie biernie na to, co robił Topór z tym mężczyzną było ciężkie. Kilka razy chciałem zainterweniować, ale powstrzymywałem się. Nie dlatego, że bałem się Topora, ale dlatego, że wiedziałem, iż wtedy będzie chciał jeszcze bardziej pokazać swoją wyższość i zrobi coś straszniejszego.
   A świadomość, jakim psychopatą jest mój ojciec była wystarczająco bolesna.
   - Wydaje ci się – powiedziałem, tym samym zakańczając temat Topora.
   Moja zmiana na moście kończyła się przed zapadnięciem zmroku. Nie lubiłem tam przebywać w nocy, gdzie widoczność była mocno ograniczona, a ataku trupów można było się spodziewać w każdej chwili. Raz uczestniczyłem w takiej walce i postanowiłem sobie już nigdy więcej tego nie powtórzyć. Samo wspomnienia wyskakujących znikąd zombie oraz momentów, gdy te prawie mnie dopadały sprawiały, że gotów byłem przehandlować wszystko co miałem, byleby tylko zamienić się z kimś na warty.
   Przeszedłem krótkim korytarzem prosto do salonu, gdzie rzuciłem na oparcie fotela swoją kurtkę, a sam opadłem ciężko na kanapę. Dłuższą chwilę siedziałem w bezruchu i w całkowitym milczeniu, układając myśli.
   Nie miałem wątpliwości, że nasz obóz jest jednym z największych w okolicy. Ten cały Wiksa i jego hotel nie mogli z nami konkurować. Ani na liczebność ludzi, ani też na broń oraz na umiejętności strzeleckie. Byliśmy silni. Nie zagrażali nam ani żywi, ani martwi.
   A mimo to  nie chciałem być w tym miejscu. Wielokrotnie myślałem o odejściu, ale to nigdy nie dochodziło do skutku. Nie potrafiłem ot tak tego zrobić.
   Obiecałem jej, że przeżyję – pomyślałem z rozżaleniem, odruchowo dotykając złotej obrączki na palcu.
   Wtedy rozległo się dość głośne pukanie do drzwi, wyrażające zniecierpliwienie. Westchnąłem głośno i podniosłem się z kanapy niezadowolony. Nie lubiłem gości, a w szczególności już tych, którzy przychodzili o tej porze.
   - Czego? – warknąłem, otwierając drzwi na całą szerokość.
   - Milutko – Stojąca przede mną niska, krótkowłosa brunetka splotła ręce na piersi, po czym bez zaproszenia wepchnęła się do środka. Nie próbowałem jej nawet zatrzymać, bo to i tak nic by nie dało.
   Gdy wszedłem do kuchni, Libra otwierała kolejno szafki, aż znalazła dwie szklanki. Postawiła je na stole, obok butelki z bursztynowym alkoholem. Zmrużyłem oczy na ten widok.
   - Nie musisz pić – Libra przewróciła oczami i usiadła na krześle. – Po prostu siedź i patrz na to, jak ja to robię.
   Zacisnąłem usta w wąską kreskę i usiadłem naprzeciw przyjaciółki, która pociągnęła pierwszy, solidny łyk brandy. Zerknąłem na stojącą przede mną szklankę, szybko zwalczając w sobie chęć opróżnienia jej.
   - Jestem marnym towarzyszem imprez – mruknąłem.
   - Wiem, ale picie w samotności jest jak sranie w towarzystwie – tak nie wypada.
   Parsknąłem śmiechem, słysząc to powiedzenie.
   Usposobienie Libry miało to do siebie, że potrafiła rozbawić człowieka w każdej sytuacji. Nie znałem osoby, która by jej nie lubiła, nawet mimo jej ciętego języka oraz wulgarnych zachowań. Klęła jak szewc, nie stroniła od upijania się i potrafiła rzucić się z pięściami na osoby prawie dwa razy większe od niej samej. A to nie było trudne, bo z tymi swoimi stu pięćdziesięcioma centymetrami wzrostu każdy ją przewyższał. Jednak wcale nie wyglądała niewinnie – wręcz przeciwnie. Tatuaże pokrywały jej całe ramiona, plecy, nogi a nawet kilka znajdowało się na szyi i jeden na twarzy. Ścięte na chłopaka włosy sterczały w każdą stronę, a kolczyk w lewej brwi oraz dolnej wardze nie były wcale jedynymi.
   - Zakładam, że masz jakąś sprawę – powiedziałem, wyciągając się na krześle.
   - Już od razu jakaś sprawa – mruknęła niezadowolona, dolewając sobie brandy. – Może po prostu miałam ochotę spędzić wieczór z moim najlepszym kumplem?
   Pokręciłem głową i uniosłem nadal pełną szklankę, odwzajemniając gest Libry.  Ja jednak swoją zaraz odstawiłem, a moja towarzyszka opróżniła ją całą.
   - A tak naprawdę?
   - Jaki ty jesteś upierdliwy – westchnęła kołysząc się na krześle.
   - Raczej zmęczony – uściśliłem. – Właśnie wróciłem z warty.
   - I zapewne chciałeś zrobić sobie gorącą kąpiel z pianką, a potem wypić winko płacząc przy oglądaniu Dziennik Bridget Jones? Jak mogłam ci przeszkodzić? Co ze mnie za potwór? Pozwól, że zrobię ci masaż stóp a potem ukołysam do snu.
   Przewróciłem oczami, słysząc te złośliwości. Z czasem człowiek się do nich przyzwyczajał.
   - Obejdzie się.
   - Więc właśnie – Libra podeszła do szafki, gdzie trzymałem swój prowiant i wyciągnęła stamtąd paczkę krakersów. Otworzyła ją, rozsypując przy tym kilka na podłogę. – Przestań być takim cipeuszem.


   W spokoju obserwowałem jak Libra pozbawia mnie zapasów, odnotowując sobie w myślach, by potrącić jej to z jej przydziału. Przyjaźń przyjaźnią, ale musiałem odzyskać to, co utraciłem.
   - Libro, naprawdę…
   - Dobra, już dobra – Dziewczyna otrzepała dłonie i zaraz splotła je na blacie stołu. Poczekałem jeszcze chwilę, aż przełknie to, co miała w ustach. – Przyszłam tu, by cię przekonać.
   - Do czego? – zdziwiłem się.
   - Do zostania moim współ-kretem.
   - Czym? – Byłem coraz bardziej zdezorientowany.
   Libra cmoknęła wyraźnie zirytowana.
   - Ale z ciebie ciemnota – syknęła ze złością. – Chcę, żebyś pomógł mi dołączyć do grupy z klasztoru i ich sprawdzać.
   Skłamałbym, gdybym powiedział, że ta propozycja mnie zaskoczyła. Tym bardziej, że wiedziałem, kto był jego autorem.
   - Szpiegostwo – prychnąłem. – Mój ojciec posunął się aż do tego?
   Zły wstałem z miejsca i podszedłem do okna, które wychodziło na płynącą niedaleko Starą Odrę. W gasnącym świetle słońca woda ta wydawała się być niemal czarna.
   Szpiegowanie – nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek przyjdzie nam wrócić do tej praktyki. Nie chciałem nawet o tym wiedzieć, a tym bardziej brać w tym udziału. Nie uważałem tego za coś, co nie było niczym złym. Wręcz przeciwnie. Pomijając fakt, że nakrycie nas doprowadziłoby do nieprzyjemności, to nie byłem stworzony do gry na dwa fronty. Nie potrafiłem kłamać, ani grać. Byłem ostatnią osobą, która nadawałaby się do tego zadania.
   - Przestań tak na niego najeżdżać – oburzyła się Libra. – Twój ojciec robi wszystko, by zapewnić nam bezpieczeństwo.
   - Nie byłaś wtedy z nami. Nie wiesz, co zrobił – odparłem zniesmaczony na samo wspomnienie wydarzeń z Nowogrodu.
   - Może i nie, ale wiem, że wszystko to było słuszne. I potrzebne.
   - Niby do czego? – prychnąłem.
   Libra poprawiła się na krześle i zakręciła bursztynowym alkoholem w szklance. Patrzyłem na nią wyczekująco. Ona nigdy się nie denerwowała. Zawsze podchodziła do życia na tak zwanym luzie, a teraz była wyraźnie zaniepokojona. O źródle tych nieprzyjemnych uczuć dowiedziałem się, gdy zielone oczy spojrzały na mnie.
   - Topór chce zniszczyć klasztor i hotel.
   Minęło kilka sekund, zanim pojąłem znaczenie tych słów. Zaraz po tym ogarnęła mnie złość, strach i niedowierzanie.
   - Dlaczego? – Tylko tyle zdołałem z siebie wydusić.
   - Nie wiem. Naprawdę – Libra przeczesała palcami krótkie, ciemne włosy. Nic to nie dało, bo te znowu sterczały w różne strony, całkowicie nieokiełznane.
   - Przecież rozmawiał z tym całym Wiksą – kontynuowałem. – Myślałem, że mają sojusz. Dlaczego chce go zniszczyć?
   - O to już będziesz musiał sam go zapytać.
   Dalsza rozmowa miała pozornie niezobowiązujący charakter. Jednak pod zwykłymi relacjami dnia codziennego, czaił się niepokój o przyszłość naszego obozu. Zarówno Libra, jak i ja byliśmy świadomi, że działania Topora stawały się coraz bardziej śmiałe, ale i ryzykowne. Gdyby miało dojść do wojny, a dopuszczałem taką możliwość, wielu ludzi zginęłoby za nieprzemyślane ruchy osób, które zignorowały prawdziwe zagrożenie, jakim były zombie. To je powinniśmy uznawać za wrogów, a nie żywych. Czy tylko ja to rozumiałem?
   - Jak się trzymasz? – zapytała nagle Libra.
   Podniosłem wzrok na dziewczynę, która prawie leżała na blacie stołu, podpierając głowę na dłoni. W drugiej wciąż miała szklankę z brandy, której sporo ubyło z butelki.
   - Zależy o co ci chodzi – odparłem patrząc na swoje splecione na blacie dłonie.
   Zacisnąłem usta w wąską kreskę, jednocześnie, zupełnie bezwolnie i nieświadomie, wprawiając prawą nogę w ruch. To podskakiwanie było moją oznaką zdenerwowania, która już nie raz mnie zdradzała.
   - Radek – Libra położyła swoją dłoń na moich. – Klaudia była moją przyjaciółką i też jeszcze nie mogę się pogodzić, że nie żyje, ale…
   - Nie ma żadnego „ale” – syknąłem, zabierając ręce. – Ona nie żyje, tak samo jak miliony innych ludzi.
   Mój ostry ton nie był zamierzony. Libra była ostatnią bliską mi osobą, na życiu której mi zależało. Odtrącenie lub utrata jej załamałaby mnie ostatecznie. Jednak każde wspomnienie o Klaudii budziło we mnie złość, maskującą wciąż krwawiącą ranę. Nie potrafiłem nad tym zapanować.
   - Nie chciałam…
   - Idź już – przerwałem jej ostrzej, niż chciałem.
   Siedziałem bez ruchu dłuższą chwilę, będąc obserwowanym przez przyjaciółkę. Gdy pojęła, że nie zamierzam kontynuować dalszej rozmowy wstała i wyszła. Nie odprowadziłem jej nawet wzrokiem.
   - Cholerny idiota – syknąłem, uderzając pięścią w stół. Niedokończona butelka brandy podskoczyła.
   Z utęsknieniem spojrzałem na bursztynowy alkohol, czując pragnienie tak wielkie, jak jeszcze nigdy. Wziąłem do ręki wciąż pełną szklankę i uniosłem ją. Czułem już wiśniowy zapach brandy, który potem przeniósł się do ust, gdy zatrzymałem się. Miałem chłodne szkło przy samych ustach, gdy głos w mojej głowie nakazał mi przestać.
   Nie chcesz tego zrobić.
   Chcę – zbuntowałem się, mocniej ściskając szkło. – Potrzebuję tego.
   Nie. Potrzebujesz powodu, by tego nie robić.
   Przez jeszcze chwilę walczyłem ze sobą, aż ostatecznie, w przypływie złości, zrzuciłem szklankę ze stołu. Kawałki szkła i alkohol rozlały się po podłodze mojej małej kuchni. Zaraz dołączyła do nich butelka, zawierająca w sobie resztki niedopitej brandy. Ta skończyła najpierw na przeciwnej ścianie, gdzie trafiła w wiszący na niej zegar. Uderzony spadł na kafelki, tuż obok ostrych kawałków, złowrogo odbijających światło świecy.
   Wziąłem głęboki, drżący wdech i ukryłem twarz w dłoniach. Wyżycie się na butelce i szklance wcale mi nie pomogło. Ta złość, którą dusiłem w sobie od tylu dni, nie potrafiła znaleźć ujścia. Może powodem tego było też to, że sam, być może podświadomie, jej na to nie pozwalałem. Stworzyłem wokół siebie mur, odgrodziłem od wszystkich. Przestałem nawet myśleć o tym, co było kiedyś, bo to niechybnie sprowadziłoby się do jednej osoby.
   - Zjebałem – Mój głos zabrzmiał słabo, co w większości spowodowane było wstrzymywanym płaczem. – Naprawdę zjebałem. Miałem cię chronić, a pozwoliłem żeby…
   Urwałem, zamykając sobie usta dłonią, gdy wyrwał się z nich szloch.
   Wizja tamtej nocy prześladowała mnie nieustannie – czy na jawie, czy we śnie. Wciąż słyszałem krzyki ludzi, oczy piekące od gryzącego dymu, smród spalenizny i smak krwi w ustach. Czasami miałem też wrażenie, że nadal znajduję się w tłumie uciekających w popłochu ludzi, że obijają się o mnie, prawie przewracają. Nie raz, w nerwowym odruchu, wyszarpywałem swoje ramię z niewidzialnych rąk ludzi, którzy wtedy błagali mnie o pomoc. Nie udzieliłem im jej. Ja także jej potrzebowałem.

~~~

   - Nie umrzesz. Nie umrzesz. Nie umrzesz – powtarzałem te słowa jak mantrę, trzymając w ramionach Klaudię, osłaniając ją przed wszystkim i wszystkimi dookoła.
   Centrum kryzysowe płonęło. Nie wiedziałem, gdzie zaczął się pożar, ale to nie było już ważne. Śmiercionośne płomienie były wszędzie i pochłaniały kolejne namioty, będące prowizorycznymi domami dla zgromadzonych tam setek ludzi. Teraz cały stadion im. Alfreda Smoczyka płonął, a wokół grasowały zombie. Nasze schronienie, nasza namiastka nadziei na powrót do normalności zmieniała się w popiół.
   A Klaudia umierała.
   Mocniej przycisnąłem dłoń do głębokiej rany na jej szyi. Ciepła, niemal gorąca krew przelewała mi się przez palce. Tak bardzo chciałem jej pomóc, ale nie potrafiłem. I nie mogłem. Na to nie było lekarstwa.
   Patrząc na to z perspektywy czasu, nie potrafiłem przypomnieć sobie momentu, gdy zombie wdarł się do naszego namiotu. A może to stało się, gdy już z niego uciekliśmy? Nie mogłem sobie tego przypomnieć. Ale to nawet nie było już ważne.
   Klaudia umierała.
   Jej piwne, pełne strachu i bólu oczy przestawały być takie rozbiegane. Oddech też stawał się mniej urwany, a desperacki uścisk jej palców na mojej koszulce wyraźnie zelżał.
   - Zabiorę cię stąd, kochanie – powiedziałem, biorąc ją na ręce i podnosząc się z kolan. – Wyjdziemy stąd. Razem. Ty i ja.
   Rozglądałem się wokoło, szukając drogi wyjścia. Przez tłumy ludzi i obłoki czarnego dymu nie potrafiłem odnaleźć dość dużej bramy, którą wydostalibyśmy się z tego piekła. Drogę wskazał mi spory tłum po drugiej stronie stadionu. Stamtąd też dochodziły najgłośniejsze krzyki. Nawet z daleka potrafiłem odróżnić żywych od martwych. Ci drudzy rzucali się na kolejne osoby, bezradnie próbujące przepchnąć się przez żywy zator przy bramkach. Ginęło ich przy tym co raz więcej.
Bezradnie spojrzałem na przelewającą się na moich rękach Klaudię. Była rozpalona i nie było to spowodowane pobliskimi płomieniami.
   Umierała.
   - Nie rób mi tego – załkałem, mocniej przyciskając ją do siebie. – Nie możesz mnie zostawić. Nie możesz.
   Usłyszałem warknięcie, które dobiegało z niedaleka. Przerażony rozejrzałem się wokół i zobaczyłem cień pokracznej postaci, który przebijał się przez materiał płonącego namiotu. Postać znajdowała się w jego środku, ale zmierzała w naszą stronę. Materiałowa ścianka nie zdołała ją powstrzymać. Owinięty w poliestrowy materiał zombie upadł. Sparaliżowany strachem patrzyłem, jak truposz próbuje wydostać się z pułapki, która uniemożliwiała mu wstanie.
   Wtedy poczułem wściekłość.
   Położyłem Klaudię na trybunach, a sam chwyciłem wystający z ziemi śledź namiotowy. Stanąłem nad szamoczącym się truposzem, który znieruchomiał wyczuwając moją obecność. Pokryta poparzeniami i w niektórych miejscach sczerniała ręka wyciągnęła się w moim kierunku, a jedno niezakryte oko patrzyło na mnie. Odsłonięte przez brak górnej wargi zęby kłapały nieustannie, aż zakończyłem żywot zombie wbiciem ostrego końca  w skroń. Nie poprzestałem jednak na tym. Ponowiłem te ciosy jeszcze kilka, albo kilkanaście razy, aż cała czaszka truposza wyglądała jak sito.
Na czworaka przedostałem się pod trybuny, po czym wszedłem na niewysokie podwyższenie gdzie się one znajdowały.
   Klaudia wyglądała jeszcze gorzej niż wcześniej. Ciemne włosy lepiły się do jej rozgrzanego czoła, a skóra wokół ugryzienia przybrała nienaturalnie ciemny kolor. Jej oddech stał się płytszy i rzadszy.
   Umierała.
   Ostrożnie położyłem jej głowę na swoich kolanach i odgarnąłem jej włosy z twarzy. Wiotką, chłodną dłoń wziąłem w swoją, mając nadzieję, że ta w końcu się zaciśnie.
   Nie wiem, ile czasu tam spędziłem. Trwałem w jakimś dziwnym stanie, który odciął mnie od wszystkiego, co działo się wokół. Nie słyszałem, ani nie widziałem nic, oprócz Klaudii oraz jej ostatniego oddechu.
   Umarła, a ja wraz z nią.

~~~

   Tamtej nocy miałem już nigdy nie zapomnieć. Straciłem jedyną osobę, na której mi zależało, którą kochałem. Od tamtej pory byłem sobą tylko z zewnątrz. W środku byłem pusty. Odsunąłem się od wszystkich, ale nie od Libry. W większości dlatego, że ona sama by mi na to nie pozwoliła. Kilkanaście lat temu weszła do mojego życia z butami i miała już w nim pozostać na zawsze.
Poderwałem głowę, gdy usłyszałem chrzęst szkła, połączony z czyimiś ciężkimi krokami. W drzwiach mojej kuchni stanął Topór.
   - To jakiś dzień odwiedzin? – zapytałem poirytowany. – Ty też masz butelkę?
   - Przecież nie pijesz – mężczyzna usiadł na tym samym krześle, gdzie jeszcze niedawno siedziała Libra.
   - Ja to wiem – mruknąłem, przejeżdżając dłonią po twarzy. – Czego chcesz?
   - Zakładam, że była u ciebie Libra – bardziej stwierdził, niż zapytał. – Powiedziała ci, co planujemy?
   - Mniej więcej. Miałem nadzieję, że się przesłyszała, albo nie zrozumiała dokładnie.
   - To zależy od tego, co ci powiedziała.


   Zacisnąłem usta, powstrzymując się od wyrzucenia tego człowieka z mojego domu. Unikanie go było niemożliwe, ale przynajmniej mogłem okazywać mu jawną niechęć przy każdym naszym spotkaniu. Tak było i tym razem.
   - Że chcesz ją i mnie wysłać jako szpiegów do klasztoru – powiedziałem, nie omieszkując przy tym wyrazić swojej dezaprobaty co do tego pomysłu. – Jeżeli tak bardzo zależy ci na zniszczeniu tych dwóch obozów, to sam się rusz i tam szpieguj. Ale nie. Ty wolisz ryzykować naszym życiem.
   - Nikogo do niczego nie zmuszałem – odparł gniewnie mężczyzna, aż blizna na jego policzku napięła się. – Libra sama się zgłosiła. A tak poza tym, to nawet nie pomyślałem o tym, by ciebie tam wysłać.
   Zmarszczyłem brwi słysząc te słowa. Nie, żeby mnie to uraziło.
   - Dlaczego? – zapytałem oburzony. Nie byłem przecież tchórzem, który nie poradziłby sobie z takim zadaniem.
   Topór uśmiechnął się kpiąco, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Znałem go na tyle dobrze, że wiedziałem o czym myśli.
   Uważał mnie za tchórza – to było oczywiste. Był gotów powierzyć zadanie Librze, ale nie mnie. Nie powinienem był się tym przejmować, ale męska duma robiła swoje.
   - Pójdę już – Mężczyzna wstał z krzesła, nie przestając się uśmiechać. – Trzeba się przygotować.
Odprowadziłem swojego gościa wzrokiem, mocno zaciskając palce na brzegu stołu. Krew się we mnie gotowała.
   Nawet, jeśli Topór mnie podpuszczał – co było prawdopodobne – nie mogłem pozostać obojętny.   Dłuższe siedzenie bezczynnie mogło mnie tylko doprowadzić do szaleństwa.
   Musiałem w końcu zacząć działać. 

wtorek, 29 sierpnia 2017

EPILOG 3/3 - BAZA (ROB)

   Od samego wyjazdu z klasztoru nie opuszczały mnie złe przeczucia. Początkowo myślałem, że spowodowane to jest stresem ostatnich dni, wyjazdem w nieznane, czy świadomością, że moja przyjaciółka jest więziona przez naszego wroga. Jednak doszedłem do wniosku, że to nie było to.    Uporczywie siedzący w mojej głowie głos kazał mi się czymś martwić, nie podając nawet czym. Przez to byłem rozdrażniony i niewiele rozmawiałem z towarzyszami podróży.
   Gdy Sasza powiedziała, że mamy się wybrać do bazy wojskowej znajdującej się w samym Żaganiu, nie byłem zadowolony – delikatnie mówiąc. Nie sprzeciwiłem się jednak, bo wiedziałem dobrze, że broń jest nam potrzebna. Mimo wszystko nie chciałem tam jechać. Nie po tym, jak dostaliśmy taką wiadomość od Wiksy. Nie wątpiłem, że była ona zwiastunem zbliżającego się starcia – tego nie dało się uniknąć.
   - Zróbmy postój – zaproponował Czesiek, zjeżdżając na pobocze drogi. – Mój pęcherz dłużej nie wytrzyma tej jazdy.
   Uśmiechnąłem się pod nosem, odpinając pas. Mnie także przydałoby się rozprostować kości.
Znajdowaliśmy się… pośrodku niczego. Z obu stron otaczały nas pola, a za nimi lasy. Przy ciągnących się przy drodze rowach rosły łyse drzewa, za jedno z których od razu ruszył Czesiek. Ja w tym czasie oparłem się o bok naszego auta, wciągając w płuca chłodne, rześkie powietrze. Nie mogłem się jednak odprężyć. Ten niepokój wciąż dawał o sobie znać.
   - Kurwa – mruknąłem do siebie, przecierając oczy. Gdy je otworzyłem, natrafiłem na zdziwiony wzrok Maxa. – Sorry, jestem zdenerwowany.
   - Nie ty jeden – odparł stukając o dach auta zapalniczką.
   - Też masz złe przeczucia? – zapytałem.
   Max podwinął rękaw swojej skórzanej kurtki i spojrzał na zegarek na nadgarstku.
   - Pewnie jest już w drodze – powiedział.
   - Kto?
   Max spojrzał na mnie z politowaniem.
   - Naprawdę sądziłeś, że nas posłucha i nie pojedzie na to spotkanie?
   Szczerze – to tak właśnie myślałem. Więcej – byłem o tym przekonany. Z tylko tego względu zgodziłem się jechać na ten wypad. Wierzyłem, że Sasza zrobi tak, jak powinna.
   - Myślałem, że wybiliśmy jej ten pomysł z głowy – powiedziałem szczerze. – Skąd wiesz, że pojechała?
   - Widziałem to w jej oczach – odparł chowając zapalniczkę do kieszeni. – Od początku chciała to zrobić.
   - I nie zrobiłeś nic, żeby ją powstrzymać? – zapytałem ze złością.
   - Może nie znam jej tak długo jak ty, ale wystarczająco, by wiedzieć, że zawsze sobie poradzi i postawi na swoim. Nawet gdybyśmy wszyscy byli w klasztorze, to ona i tak znalazłaby sposób, żeby się wymknąć. Nawet, gdyby musiała nam mierzyć w twarz  z broni.
   W to akurat wierzyłem. I wiedziałem, że Max ma rację. Sasza już taka była – uparta. Gdy już sobie coś postanowiła, to nie dało się jej od tego odwieść.
   - Co ja mam z nią zrobić? – westchnąłem. – Zawsze robiła głupoty, ale tym razem, to już przesada.
   - Cała Sasza – powiedział Czesiek, uśmiechając się pod wąsem. - Chce ratować wszystkich, nawet za cenę własnego życia. 
   - Co masz na myśli? - zapytał Max.
   - Sasza ma kompleks męczennika – odparł wyciągając paczkę papierosów i częstując nas. Skorzystali wszyscy, oprócz mnie. – Chce dla wszystkich jak najlepiej, nawet jeżeli ma zgarnąć za to baty. To niezdrowa postawa i na dłuższą metę nie przyniesie nic dobrego. 
   Słowa Cześka sprawiły, że zacząłem się bać o Saszę. Mimo, że znałem ją wiele lat, to dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak wiele prawdy było w tym, co powiedział Czesław. Sasza zawsze brała na sobie odpowiedzialność za wszystkich. Nawet kary. Wtedy tego nie zauważałem, ale teraz widziałem to wyraźnie. Jeśli naprawdę było coś takiego jak kompleks męczennika, to moja przyjaciółka na pewno go miała. 
   - Powinniśmy zawrócić – powiedziałem.
   - Albo jechać dalej i zrobić wszystko, byśmy byli gotowi na następstwa tego spotkania. Jakiekolwiek by one nie były.
   To było ciężkie, ale przytaknąłem Cześkowi, choć trudno mi było zaakceptować, że moja siostra prawdopodobnie jest teraz w sporym niebezpieczeństwie. My musieliśmy zadbać, by zapewnić klasztorowi bezpieczeństwo. W końcu po to właśnie pojechała Sasza.

***

   Nie pojechaliśmy od razu pod bazę wojskową, bo to byłoby zbyt ryzykowne. Jeżeli byliby tam żołnierze, to mogliby zareagować dość gwałtownie, a nikt z nas nie chciał dostać kulki na powitanie. Zatrzymaliśmy auto na leśnej drodze, skąd przeszliśmy pozostałą odległość pieszo.


   Do zmierzchu pozostało nam jeszcze dużo czasu, chociaż ten dzień był dość pochmurny i sądziłem, że ciemność zapadnie dzisiaj szybciej. Miałem jednak nadzieję, że wrócimy do klasztoru zanim ona nadejdzie.
   - Wszystko gra? – zapytałem idącego obok Hindusa. Przez całą drogę milczał i wyglądał na zamyślonego.
   - Tak, ale wiesz… - powiedział niemrawo, poprawiając strzelbę na ramieniu. – Jeszcze nigdy nikogo nie zabiłem.
   - Miejmy nadzieję, że dzisiaj to się nie zmieni – powiedziałem z uśmiechem.
   To był wypad poznawczy. Mieliśmy zorientować się, czy baza jest zamieszkana przez kogoś, jeżeli tak, to przez kogo, a jeśli nie, to spróbować zabrać zgromadzoną tam broń. Nie chciałem żadnej wymiany ognia.
   - A jak z tobą? Musiałeś kiedyś… wiesz.
   Wziąłem wdech, odruchowo dotykając rannego ramienia.
   - Dwa razy. Jeden był ugryziony, a drugi chciał zabić mnie – odparłem.
   - Przejebane – mruknął Hindus. – Dziwne, że ludzie tak szybko parszywieją.
   - Może to przez otoczenie? – podsunąłem. – Parszywy świat – parszywi ludzie.
   Wtedy, jak na zawołanie, z pobliskich zarośli wyszedł zombie. Była to niegdyś kobieta, której pomarańczowy strój mówił, że pracowała kiedyś w służbie drogowej. Cały kombinezon był pokryty brązowymi plamami i pełen połamanych gałązek, które znajdowały się też w krótkich włosach truposza. Ożywieniec warcząc ruszył na idących z przodu Maxa i Cześka. Ten pierwszy sięgnął po nóż i zaatakował trupa, najpierw go powalając, a potem wbijając ostrze w skroń.
   - Obyśmy my nie sparszywieli – powiedział Hindus, wznawiając podróż.
   Też mam taką nadzieję – pomyślałem poprawiając plecak na ramieniu.
   Przeszliśmy jeszcze spory kawałek, aż znaleźliśmy się na wzniesieniu, z którego widać było teren bazy wojskowej. Właściwie były to połączone dwie brygady, dywizja i wojskowa komenda, ale wszyscy mówili na ten kompleks po prostu baza wojskowa. Przycupnęliśmy za stosem kamieni, która dawała nam niewidzialność przed potencjalnym wrogiem i obserwowaliśmy.
   Widziałem budynki rozlokowanej po całym kompleksie, kilka samochodów, a nawet czołgi, ale nie ludzi. Wyglądało to tak, jakby cała baza została opuszczona. Gdyby żołnierze przegrali walkę z zombie, bądź zdezerterowali, po terenie chodziłby zombie, lub chociaż ludzie. Nie sądziłem, by mieszkańcy Żagania i okolicznych miejscowości nie wpadli na to, by się tam osiedlić. To było świetne miejsce, o którym zapewne bym pomyślał o ewentualnym obozie, gdyby nie klasztor.
   - Co robimy? – zapytał Hindus, przerywając ciszę.
   - Wygląda na to, że nikogo tam nie ma – powiedział Czesiek.
   - Czyli wchodzimy? – Hindus mocniej ujął w ręce strzelbę.
   - Nie – sprzeciwił się Max, odsuwając lornetkę od oczu, którą podał mi bez słowa. – Przy koparce.
   Odnalazłem wspomniany obiekt. Przy srebrnej maszynie, zatrzymanej w trakcie jakiejś budowy, stał młody chłopak, ubrany w mundur żołnierza. Opierał się on o koparkę, paląc papierosa. Na ramieniu miał broń, ale nie wyglądał na kogoś, kto potrafiłby jej użyć. On nie mógł mieć więcej, niż siedemnaście lat i z całą pewnością nie był żołnierzem.
   - To dziwne – powiedziałem, podając lornetkę Cześkowi.
   - To przecież dzieciak – stwierdził ten.
   - Powołali go? – zdziwiłem się.
   - Możliwe – mruknął Max, nie przestając obserwować kompleksu. Wiedziałem, co chodzi mu po głowie, bo sam o tym myślałem.
   - Poczekamy – powiedziałem. – Zorientujemy się, ilu może być tu ludzi i wtedy pomyślimy, co zrobić.
   Wszyscy się zgodzili.
   Ustaliliśmy godziny, gdy jeden miał obserwować bazę, a reszta mogła zając się sobą. Ku mojemu zdziwieniu, ani razu nie pojawiło się w pobliżu żadne zombie. Oprócz tego, które spotkaliśmy po drodze, wyglądało tak, jakby cała okolica była od nich wolna. Było to niepokojące, bo oznaczało, że jeśli kompleks rzeczywiście jest zamieszkany, to przez sporą ilość ludzi.
   - Kurwa – przeklął Czesiek wstając.
   - Co jest? – zapytałem.
   - Mój pieprzony pęcherz – to jest! – burknął kierując się w stronę znajdujących się nieopodal zarośli.
   - Tylko uważaj tam – przestrzegłem go.
   - Spokojnie. Jeżeli jakiś zombie odgryzie mi wacka, to będziesz pierwszym, który się o tym dowie.
   Wszyscy trzej parsknęliśmy śmiechem. Za to właśnie lubiłem Cześka – potrafił rozbawić człowieka    w nawet najgorszej sytuacji.
   Oparłem się z powrotem o pień sosny, strzepując z ramienia kilka igieł. Długo już tam siedzieliśmy i żaden z nas nie zobaczył więcej ludzi. Postanowiliśmy jednak poczekać do zmierzchu, a dopiero potem zbliżyć się do bazy. Pomysł powrotu do klasztoru odpadł już na starcie. Skoro przez tyle czasu nie zobaczyliśmy więcej niż jednego człowieka, to wracanie z niczym było głupotą. Poza tym, naprawdę potrzebowaliśmy broni.
   Usłyszałem szelest, dochodzący z krzaków, w których zniknął Czesiek. Było to niby takie nic, w końcu wiedziałem, że on tam był, a mimo to poderwałem się z ziemi. Zmrużyłem oczy, próbując wypatrzyć cokolwiek w coraz gęściejszej ciemności.
   - Max – zwróciłem się do kompana, który również rozglądał się wokoło.
   Czesiek nie wracał, a to było niepokojące. Gdyby został zaatakowany przez zombie, to pewnie usłyszelibyśmy jego krzyk lub warczenie. A tak panowała złowroga cisza.
   Przerwał ją trzask, dobiegający zza moich pleców. Od razu odwróciłem się w tamtą stronę i zobaczyłem dwie postacie za plecami Hindusa. Zanim zdążyłem go ostrzec, on złapany za ramiona, z których wyrwano mu broń. W błyskawicznym tempie został powalony na ziemię, a w usta wciśnięto mu knebel.
   Chciałem ruszyć mu z pomocą, odbezpieczając broń, ale wtedy na drodze pojawiła się czyjaś sylwetka. Zdążyłem tylko skrzyżować spojrzenie z twardymi, pustymi oczami nieznajomego, gdy ten uderzył mnie z pięści w twarz. Zatoczyłem się, upadając na ziemię, niefortunnie uderzając skronią w kamień.
   Wszystko zaczęło mi wirować, a w głowie pojawił się nieprzyjemny pisk. Wszelkie głosy stały się dla mnie odległe, a obrazy niewyraźne. Zobaczyłem jeszcze tylko, jak Max strzela w kierunku jednego z napastników, po czym zostaje powalony na ziemię. Inny mężczyzna uderzył go w głowę kolbą jego broni, aż ten stracił przytomność.
   - Skurwy-syny – jęknąłem, obracając się na plecy.
   Zobaczyłem nad sobą tego samego mężczyznę, który mnie uderzył. Uśmiechał się w upiorny sposób, trzymając w dłoni karabin.
   - Dobranoc, księżniczko – powiedział, po czym zadał mi cios w twarz.
   Zemdlałem. 

EPILOG 2/3 - ARENA (ADAM)

   Pomimo bólu zaciskałem mocno palce na metalowej barierce, patrząc w szybki nurt Odry. Wśród wartkich fal szukałem czegokolwiek, co dałoby mi nadzieję, że jednak nie wszystko spieprzyłem. Widziałem jednak tylko kawałek zatopionej ciężarówki, niesione z prądem gałęzie oraz różne śmieci. Nic więcej.

   - Kurwa! Kurwa! Kurwa! – Wiksa przy każdym wykrzyczanym przekleństwie uderzał zaciśniętą, zdrową pięścią w barierkę, aż ta się cała trzęsła. – Kretyni! Jak mogliście pozwolić jej uciec? Pierdoleni idioci!

   O ile reszta kuliła się przy każdym słowie, ja nadal patrzyłem w płynącą wodę. Czułem się tak, jakbym sam ją wypchnął. Jakbym ją zabił.

   - Szefie, powinniśmy wracać do hotelu – odezwał się ktoś. – Pana ręka…

   Wiksa jakby dopiero wtedy zorientował się, że przed chwilą został postrzelony. Stracił spory kawałek przedramienia, aż wśród sporej ilości krwi widoczna była pęknięta kość. Daria spudłowała, ale przynajmniej udało jej się uciec. Nie miałem jej tego za złe. Gdyby nie Sasza, sam bym uciekł.

   - Wracamy – zarządził Waldek, przykładając do rany Wiksy kawałek materiału. Ten zacisnął zęby, krzywiąc się i sycząc z bólu. – Ona chyba i tak nie żyje.

   - Chyba? – warknął Wiksa zwracając się do swojego człowieka. – „Chyba” nie daje mi jebanej pewności. Chcę mieć „na pewno”!

   - To osiemdziesiąt metrów – zauważył Waldek. – Nie ma szans, żeby to przeżyła.

   Wymieniliśmy ukradkowe spojrzenia. Tyle wystarczyło, by rozpalić moją nadzieję. Przecież to była Sasza – jej nic nie było w stanie zabić.

   - Ty – Wiksa warknął w moim kierunku, idąc do mnie chwiejnym krokiem.

   Nie miałem sił na ucieczkę, czy chociaż podniesienie leżącego niedaleko pistoletu. Ból w ranie, gdzie zostałem postrzelony, był zbyt wielki. Miałem wrażenie, jakby ktoś wsadził mi w brzuch rozżarzone ostrze i kręcił nim na wszystkie strony. Dociskałem dłoń do rany czując, jak krew przelewa mi się przez palce. Nagle, wszystko zaczęło ciemnieć.   

   Upadłem na ziemię, widząc nad sobą wściekłą twarz Wiksy. Czekałem, aż ten sięgnie po broń, ale to nie nastąpiło.

   - Ma przeżyć – powiedział. Jego głos brzmiał, jakby wydobywał się z dna szklanej butelki. – Choćbym miał zejść po niego do samego piekła, to chcę mieć skurwiela żywego.


***


   Wiedziałem, że to sen, a mimo to przeżywałem to tak samo intensywnie, jakby wszystko działo się na żywo.

   Znowu byliśmy na moście. Próbowałem zatamować krwawienie po dźgnięciu przez człowieka Wiksy, jednocześnie idąc w stronę jego oraz Saszy. Dziewczyna znajdowała się na samym skraju mostu, a przed upadkiem powstrzymywała ją tylko ręka Wiksy. Mężczyzna trzymał pistolet, wymierzony w jej twarz. Chciałem go powstrzymać. Nie zważając na ból, powoli sunąłem w ich kierunku, ale każdy mój krok zdawał się trwać wieczność. Gdy byłem już na wyciągnięcie ręki od nich, rozlegał się strzał, a potem ciało Saszy spadało.

   Nie wiem, ile razy już to widziałem, ale przerażenie w oczach dziewczyny miałem zapisane w pamięci. Nie widziałem jej ciała, które powinno wypłynąć na powierzchnię. Żywa, czy martwa – zniknęła. Tej niepewności co do jej losu nie mogłem znieść.

   Otworzyłem oczy, zaraz je mrużąc przed ostrym światłem, wpadającym przez okno. Od razu rozpoznałem pokój, w którym leżałem. Już tam byłem i to na tym samym łóżku, gdy przyniesiono mnie po wybuchu stacji benzynowej. Tylko, że teraz nie miałem sił by się od razu podnieść, ani też takiej możliwości. Moje ręce były przywiązane do oparć. Nie próbowałem się nawet oswobodzić, bo wiedziałem, że to nic nie da. Zamiast tego z powrotem opadłem na poduszkę.

   - Nawet nie wiesz, jakim kretynem jesteś.

   Spojrzałem na Ryśka, który stanął nade mną. Jego twarz wyrażała złość, ale i odrobinę współczucia.

   - Jak długo spałem? – zapytałem patrząc na wenflon w swoim przedramieniu.

   Rysiek usiadł na krześle, które przysunął do mojego łóżka.

   - Trzy dni – odparł. – Gdy cię tu przywieźli, byłeś nieprzytomny. Szanse na to, że bym mógł cię uratować były niewielkie, ale Wiksa wysłał kilku ludzi do szpitala po całą aparaturę. Bardzo mu zależało na tym, żebyś przeżył.

   - Domyślam się – mruknąłem.

   - Gówno się domyślasz – syknął mężczyzna gniewnie. – Wiksa jest wściekły, czemu się nie dziwię. Pomogłeś uciec Darii, a ona go postrzeliła. Musiałem mu odciąć rękę.

   Mimo sytuacji, w której się znalazłem, uśmiechnąłem się. Kalectwo Wiksy było niedostateczną karą, ale zawsze jakąś.

   - Muszę mu powiedzieć, że się obudziłeś – Ryszard wstał i wygładził fartuch.

   - Jasne – odparłem. Było mi już wszystko obojętne. Przeze mnie Sasza być może nie żyła.    Chciałem zakończyć wojnę, zanim ta jeszcze w ogóle by się zaczęła, a tak wydałem wyrok śmierci    nie tylko na siebie, ale i wszystkich wokół.
   Odprowadziłem wzrokiem Ryszarda do samych drzwi, przy których ten się zatrzymał.

   - Domyślasz się chyba, jak to się skończy?

   Przed oczami stanęła mi arena. Zombie, tłoczące się w klatkach, wyjące i trzęsące konstrukcją przy każdym ruchu ich przyszłej ofiary. Wzrok Wiksy, gdy będę stał tam, na dole, pełen pogardy oraz zadowolenia. Świadomość, że przegrałem.

   - Wiem – odparłem.

   Rysiek w milczeniu pokręcił głową, po czym wyszedł z pokoju. Zanim zamknął za sobą drzwi, zobaczyłem stojącego przed nimi strażnika. Po jego spojrzeniu stwierdziłem, że nie jestem już tu ani lubiany, ani szanowany. Byłem zdrajcą.


***


   Skrzywiłem się, siadając na łóżku. Każdy gwałtowniejszy ruch był dla mojej rany jak kolejne wbijanie noża. Ignorowałem to jednak. Co z tego, że miałem zerwać szwy, skoro za kilka godzin i tak miałem umrzeć?

   Gdy ubierałem buty, do pokoju wszedł Waldek w towarzystwie tego samego strażnika, który mnie pilnował. Wystarczyło, bym raz spojrzał na swojego kumpla bym wiedział, że na tym zakończyła się nasza przyjaźń.

   - Idź stąd – Waldek zwrócił się do młodego chłopaka. – Sam sobie poradzę.

   - Ale Wiksa mówił…

   - Wiksy tu nie ma – warknął. – Chwilowo ja tu rządzę i każę ci spieprzać. Już.

   Chłopakowi nie pozostało nic innego, jak spełnić polecenie Waldka. Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, Waldek spuścił z tonu.

   - Jesteś kretynem – powiedział siadając.

   - Jesteś drugą osobą, która mi to dzisiaj mówi – odparłem.

   - Bo to prawda – burknął. – Co ci strzeliło do tego pustego łba? Chciałeś nas wszystkich zabić?

   - Nie was, tylko Wiksę – uściśliłem.

   - To trzeba było mu wpakować kulkę w łeb przy pierwszej lepszej okazji – Waldek zerwał się z krzesła. – Po chuj odpieprzałeś taką akcję? Wkopałeś w to jeszcze Darię, pieprzony samolubie. Mogła zginąć.

   Spojrzałem badawczo na Waldka, który odwrócił wzrok. Nie wiedziałem, że Daria mu się podobała.  Jeżeli jednak tak było, to miał powód by nienawidzić Wiksy. To dało mi nadzieję.
   - Daria jest zapewne już w bezpiecznym miejscu – powiedziałem. – Wiesz dobrze gdzie.

   Waldek nic nie powiedział, chociaż w jego zielonych oczach pojawił się błysk.

   Wstałem z łóżka, dotykając opatrunku na brzuchu. Waldek chciał przyjść mi z pomocą, ale uniosłem rękę dając znak, że sobie poradzę.

   - Chodźmy już – powiedziałem.

   - Jeszcze jedno.

   W ręce Waldka pojawiły się kajdanki oraz lniany worek. Bez słowa sprzeciwu skrzyżowałem ręce na plecach, pozwalając by je skuł i dałem sobie zasłonić twarz. Nagle poczułem coś jeszcze. Do mojego buta zostało włożone coś chłodnego i ciężkiego. Nie widziałem co to było, ale Waldek dodatkowo przymocował to sznurkiem.

   - Tym razem tego nie spieprz – syknął mi do ucha i pchnął lekko w plecy.


***


   Cała droga od hotelu do szkoły minęła mi w ciemności i bardziej niż kiedykolwiek wyostrzonym zmyśle słuchu. Przez to, że nic nie widziałem, pozostałe zmysły były silniejsze. Dzięki temu zorientowałem się, że oprócz mnie na arenę jedzie ktoś jeszcze. Nie wiedziałem jednak kto.

Cały czas starałem się oddalać swoją prawą nogę od ludzi, którzy mnie pilnowali. Wtedy już wiedziałem, że miałem ukryty pistolet. Dzięki temu miałem szansę przeżyć, a jeśli nie, to chociaż zemścić się na jednej osobie, która odpowiadała za to wszystko.

   - Co tak długo? – krzyknął ktoś, gdy otwarto drzwi busa, skąd brutalnie mnie wyciągnięto.

   - Pierdol się, Anton – odparł prowadzący mnie facet. – Śmierdziele pchały się na drogi. Musieliśmy zmieniać trasy.

   - Ja to rozumiem, ale wytłumacz to Szefowi. Jest wkurwiony.

   Usłyszałem parsknięcie przy uchu, ale przyśpieszyliśmy kroku.

   Po zmianie brzmienia naszych kroków oraz niosących się echem głosach poznałem, że jesteśmy już w środku.

   Kakofonia dźwięków budziła uśpiony dotychczas we mnie strach. Głosy rozmów, kroki, oraz odległe, ale przerażające wycie zombie – to wszystko przypominało mi o tym, że to mógł być mój ostatni dzień. Chciałem już sięgnąć po broń i uciec od razu, ale musiałem iść za ciosem. Choćbym miał przy tym sam zginąć, to na pewno nie sam.

   Rozległo się skrzypnięcie, a we mnie uderzyła fala różnych głosów. Krzyki, niekoniecznie wiwaty, przeplatane z przekleństwami oraz gwizdami. Także charakterystyczne warczenie i jęki zombie, a także skrzypienie niestabilnych klatek. Byliśmy na arenie.


   Gwar trwał jeszcze chwilę, aż zatrzymaliśmy się, a z mojej głowy został zdjęty worek. Oślepiło mnie światło porozwieszanych na ścianach pochodni, które znajdowały się nawet na trybunach. Tam znajdowało się dość sporo ludzi, którzy otaczali nas z każdej strony. Była to zapewne spora część hotelu. Wiksie zależało, by każdy się przekonał, jak kończą jego wrogowie.

   Jego samego wypatrzyłem dość szybko. Siedział on w miejscu oddalonym od reszty, a w towarzystwie dwóch ludzi z karabinami. Złapaliśmy szybko kontakt wzrokowy, najpierw mierząc się wrogo. Jednak gdy zobaczyłem kikut prawej ręki uśmiechnąłem się zwycięsko.

   - Cisza! – ryknął, a od razu wszyscy umilkli.

   Na zombie jednak to nie podziałało. Wciąż jęczały, wyciągając przez kraty swoje łapska.    Rozejrzałem się i wtedy zobaczyłem, kto towarzyszył mi na arenie. Była to Ruda. Starała się nie pokazywać strachu, ale jej oczy mówiły wszystko. Bała się, niemniej niż ja.
   - Wszyscy wiecie, co się stało kilka dni temu – zaczął donośnie Wiksa. – Jeden z nas, człowiek, któremu wszyscy ufaliśmy, któremu ja ufałem, zdradził nas. Sprzymierzył się z naszymi wrogami i zwabił nas poza teren hotelu. Zabili dwóch naszych ludzi. Dobrych ludzi! A mnie, zrobili to – Wiksa uniósł kikut tak, by każdy mógł go zobaczyć. - Wciągnął w swoją intrygę też Darię, która zdołała uciec. Wiemy jednak, gdzie jest. Gdzie są wszyscy ci, którzy chcą naszej śmierci! Osoba, która nimi przewodziła, nie żyje, więc są bezradni. Odpowiemy na ten atak! Nie pozwolimy, by zabijali naszych! My, albo oni!


   Odpowiedzią na jego słowa były entuzjastyczne krzyki. Byłem pewien, że każdy człowiek na arenie był gotowy od razu jechać do klasztoru. Wystarczyło im tylko włożyć  w ręce broń i wskazać kierunek.
   Odwróciłem się do Rudej, która podeszła do mnie. Chciałem dodać jej otuchy, ale sam jej potrzebowałem.
   - Zrobimy to! – kontynuował Wiksa. – Zabijemy wszystkich! To będzie nasza zemsta za wszystkich, którzy przez nich nie żyją! Najpierw jednak – ściszył głos i spojrzał na naszą dwójkę. W naszym kierunku poleciał nóż, który ująłem. – Zapłacą oni. Otworzyć klatkę!
   Brzdęknęły łańcuchy i pierwsza klatka stanęła otworem.

EPILOG 1/3 - MOST (SASZA)

I oto epilog!
Składać on się będzie z 3 części, każdej poświęconej innemu bohaterowi. Każdej też części nadałam tytuł, który odnosić się będzie do lokalizacji, w której ci się znajdują.
No i nie mogłam się powstrzymać od cliffhangerów ;)


Data dodania 1 rozdziału 2 tomu – nieznana.

 -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

   Wyszłam na zewnątrz i od razu skierowałam swoje kroki na plac, gdzie grupa przygotowywała się do wyjazdu. Ostatecznie wyszło na to, że jechali w czwórkę. Oprócz Roba i Maxa w skład grupy wszedł Czesiek i Hindus. Ostatnią osobę sama zaproponowałam. Chciałam się przekonać, czy nowy w klasztorze poradzi sobie w terenie, co było ważne. Każdy powinien wiedzieć, jak sobie radzić na zewnątrz murów.
   - Gotowi? – zapytałam podchodząc do mężczyzn.
   - Mamy prowiant, bronie i sprawne auto – wyliczył Czesiek, wrzucając do bagażnika plecaki. –    Powinniśmy wrócić żywi.
   - Na to liczę – powiedziałam klepiąc mężczyznę w ramię. – Kiedy macie zamiar wrócić?
   - Droga do Żagania powinna nam zająć nie więcej niż dwie godziny – stwierdził Rob. – Oczywiście jeżeli nie natrafimy na żadne problemy, ale postaramy się jechać przez wioski. Będzie na pewno dłużej, ale bezpieczniej. Mam tylko obawy co do samej bazy.
   - Też o tym myślałem – odezwał się Czesiek. – Może się okazać, że baza nie upadła i jest pełna mających sporo broni żołnierzy, albo – co gorsza – cywilów. Możemy mieć wtedy spore kłopoty.
   - Więc obserwujcie to miejsce z daleka – zaproponowałam. – Jeżeli zobaczycie kręcących się po terenie ludzi, to nie ryzykujcie. Lepiej odpuścić sobie broń, niż z niej dostać.
   - Zapamiętamy – Rob zapiął pas z kaburą i objął mnie na pożegnanie. – Bądź ostrożna.
   - To ty wyjeżdżasz – przypomniałam mu.
   - Wiesz, o co mi chodzi – spojrzał na mnie uważnie. – Postaraj się nie robić nic głupiego.


   Na moje szczęście przed dalszym, badawczym wzrokiem Roba uratowała mnie Lena. Dziewczyna skutecznie odwróciła uwagę swojego chłopaka ode mnie, a ja mogłam się dzięki temu niepostrzeżenie odsunąć.
   Ukradkiem spojrzałam na żegnającą się parę. Odkąd tylko Rob stanął w obronie Leny, pierwszej nocy, wiedziałam, że jest między nimi coś więcej, a ostatnie dni to potwierdziły. Nie podobało mi się to, ale nie mogłam też nikomu niczego zabraniać. Jeżeli Rob był szczęśliwy z Leną, to mnie nie pozostało nic innego, jak to zaakceptować.
   Chyba, że udałoby mi się „spowodować” nieszczęśliwy wypadek.
   - Dlaczego mam złe przeczucia?
   Otrząsnęłam się z nieprzyjemnych wizji, które nawiedziły moją głowę. Chociaż nikt nie mógł ich przeczytać, to i tak speszyłam się.
   - Może dlatego, że od trzech dni nie opuściłeś klasztoru? – podsunęłam splatając ręce na piersi. – Człowiek szybko przyzwyczaja się do wygód.
   - Możliwe – Max oparł się o bok auta, przeszukując kieszenie swojej skórzanej kurtki, na którą było stanowczo za zimno. W końcu wydobył z jej odmętów zmiętego papierosa. – Ale to chyba nie to.
   - Odpowiadając na twoje jeszcze nie zadane pytanie – nie, nie zamierzam robić nic głupiego – powiedziałam.
   - Nie zamierzałem o to pytać – Max spojrzał na mnie w ten przyszpilający sposób. – Myślałem, że sama najlepiej o tym wiesz.
   Spuściłam wzrok, czując nadchodzące wątpliwości. Decyzja, która jeszcze rano wydawała się być tak słuszna, teraz miała w sobie zbyt wiele niepewności.
   Nagle naszła mnie ochota, by ktoś wybił mi ten durny pomysł z głowy, kazał zostać i kategorycznie zabronił opuszczania klasztoru. Sama nie byłam w stanie się powstrzymać. Potrzebowałam kogoś, kto zrobiłby to za mnie, a kogo na pewno bym posłuchała.
   - Max, ja…
   - Dobra, panowie! – Czesiek klasnął w schowane w rękawiczkach dłonie. – Jedziemy, zanim nas tu zima zastanie.
   Znowu wybawiona – pomyślałam gorzko.
   - Uważajcie na siebie – powiedziałam czwórce, odsuwając się, zanim Max zdążyłby mnie o coś spytać.
   - Będę miał tych idiotów na oku – zapewnił mnie Czesiek, salutując niedbale.
   Uśmiechnęłam się wraz z pozostałymi, obserwując, jak wszyscy wsiadają do auta. Nawet nie zauważyłam, gdy obok mnie stanęła Lena.
   - Jeżeli coś mu się stanie – powiedziała, nie odrywając wzroku od Roba – to będzie to tylko i wyłącznie twoja wina.
   Zacisnęłam zęby słysząc te słowa. Lena mogła być fałszywa, głupia i wredna, ale w tym momencie miała rację. Śmierć któregokolwiek byłaby moją winą. Kogokolwiek.
   Wątpliwości, które nawiedzały mnie jeszcze przed chwilą, zniknęły. Może moja decyzja nie była ani mądra, ani rozważna, ale słuszna.
   Nie potrzeba nam więcej śmierci – powtórzyłam w myślach, wierząc w te słowa tak, jak jeszcze nigdy.

***

   - Wyjeżdżasz? Ale dokąd?
   Wrzuciłam plecak na tylne siedzenie niebieskiego suva i sama usiadłam za kierownicą. Edek podążał za mną jak cień, zadając mi te same pytania odkąd powiedziałam mu, żeby się wszystkim zajął pod moją nieobecność. Był on osobą najbardziej szanowaną w klasztorze i wierzyłam, że będzie wszystkim zarządzał, gdy ja w tym razie będę robiła niewyobrażalnie głupią rzecz.
   - Potrzebujemy zapasów – powiedziałam. Na całe szczęście byłam dobrym kłamcą. – Nadii kończy się mleko. Znajdę jakąś aptekę i przy okazji zabiorę parę leków.
   - Rozumiem, ale niebezpiecznie jest, byś jechała sama – Edward powstrzymał drzwi, które próbowałam zamknąć. – Weź kogoś ze sobą.
   - Nie ma takiej potrzeby – westchnęłam opadając na siedzenie. – Poradzę sobie i pójdzie mi szybciej. Naprawdę. Zawsze daje sobie radę.
   Po minie mężczyzny stwierdziłam, że wcale go nie przekonałam, ale przecież nie mogłam powiedzieć mu prawdy. On zapewne też próbowałby wybić mi ten pomysł z głowy.
   - Nie pojadę daleko – Ścisnęłam lekko dłoń mężczyzny. – Wrócę, nim się obejrzysz.
   - Mam taką nadzieję.
   Edward ruszył w stronę mających wartę przy bramie mężczyzn, dając im znak, by ją otworzyli. Odpaliłam silnik i przypomniałam sobie moją ostatnią, „brawurową” jazdę. Zdawać by się mogło, że minęły od tego lata, ale podobno prowadzenie auta jest jak jazda na rowerze – tego się nie zapomina.
Powoli opuściłam teren klasztoru, machając Edwardowi na pożegnanie, na co ten odpowiedział sztywnym uniesieniem dłoni. Mocniej zacisnęłam palce na kierownicy, dociskając gaz. Szybko opuściłam wzgórze, a potem samo miasteczko i wyjechałam na otoczoną lasami drogę.
   Trzymałam się drogi głównej, co było niebezpieczne, ale znikała możliwość, że spotkam samochód Roba. W końcu mieliśmy ten sam początek trasy, a ci jechać mieli przez małe miejscowości. Nie chciałam na nich wpaść.
   Po godzinie dość spokojniej jazdy, nadszedł moment, gdy na mojej drodze pojawiła się dość pokaźna grupa zombie. Nie było ich dużo, ale liczba ta uniemożliwiała mi staranowanie ich. Nie chciałam ryzykować, że rozwalę samochód w połowie drogi. Do dwunastej pozostały mi tylko dwie godziny. Zmiana trasy zmuszałaby mnie do wycofania się o dobre kilka kilometrów, a tego nie chciałam.
   - Kurwa – syknęłam biorąc pistolet i nóż z siedzenia obok.


   Trupy od razu się mną zainteresowały. Ponad tuzin włóczących się dotychczas między opuszczonymi autami postaci ruszyło na mnie. Wyglądali jednak na niedożywionych, więc miałam trochę czasu, zanim udałoby się do mnie dotrzeć, ale musiałam też pamiętać o mojej jeszcze nie do końca wyleczonej nodze. Rana odzywała się, gdy zbytnio ją obciążałam, a wtedy zaczynałam kuleć. Ostatnie, czego chciałam, to śmierć przez swoją nieuwagę.
   Znajdowałam się na odcinku drogi, która przebiegała na wzniesieniu, więc otaczały ją z dwóch dość strome górki. Dodatkowym plusem było to, że dwa stojące tam auta tworzyły korytarz, przez który trupy mogły przejść tylko pojedynczo.
   Stanęłam na samej krawędzi  i asekuracyjnie sięgnęłam po nóż. Pierwszy zombie niezgrabnie odbił się od bagażnika jednego z samochodów i ruszył w moją stronę. Pozwoliłam mu na to, aż znalazł się na tyle blisko, że mogłam złapać go za bark i pchnąć na dół zbocza. Zombie stoczył się, ale nie było czasu na triumfy, bo nadchodził kolejny ożywieniec. Ta taktyka była skuteczna, ale kilka razy o mało co sama nie spadłam i raz prawie zostałam pociągnięta wraz ze spadającym truposzem. W porę udało mi się jednak złapać kęp rosnącej na poboczu trawy, ale upadając uderzyłam się niefortunnie w ranne udo. Zacisnęłam zęby, stając na nogi. W tym samym momencie na moich ramionach zacisnęły się brudne od krwi dłonie. Szybko zorientowałam się, że mam do czynienia z silniejszym osobnikiem żywych trupów. Walczył on zajadle, chcąc mnie ugryźć, a jego szarżowanie nie pozwalało mi na trafienie nożem w czaszkę, czy choćby dosięgnięcie broni. Jedyne, co mi się udało, to przebić ostrze przez brudne ubranie truposza i rozciąć mu brzuch. Zimne oraz lepkie wnętrzności wypadły na ulicę, a także moje buty. Zombie taki uraz oczywiście nie mógł zabić, ani też zmniejszyć jego zapału. Krzyknęłam wściekła i z całej siły natarłam na ożywieńca, pchając go na barierkę. Rozległ się trzask, a truposz został unieruchomiony na metalowej konstrukcji. Co prawda nie mógł już chodzić, ale nadal machał rękoma w moją stronę. Z obrzydzeniem przydepnęłam zombie do ziemi i mocnym ruchem wbiłam nóż w jego oczodół.
   - Szlag by to – syknęłam opierając się o maskę auta i rozmasowując pulsującą bólem nogę.
   Z dołu zbocza docierały do mnie jęki oraz powarkiwania zombie. Nie miały szans, by się wspiąć na górę, ale istniało zagrożenie, że te odgłosy zwabią kolejne truposze. Musiałam ruszać dalej.
Przejechałam zaledwie kilka metrów, gdy zobaczyłam leżące na poboczu drogi ciało i żerujące nad nim trupy. Od razu widać było, że nieszczęśnik zmarł niedawno. Błękitne oczy mężczyzny nie zaszły jeszcze białą błoną, więc przemiana jeszcze nie nastąpiła. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że miałam to szczęście i nie spotkałam nikogo, kto został ugryziony. Samej mi też udało się uniknąć tego losu.
   Według moich wyliczeń od wybuchu apokalipsy minęło dziesięć dni. W tych czasach wydawało się to być jednak o wiele więcej. Tutaj, każda chwila wśród zombie była postrzegana, jako ta ostatnia. Jeżeli udało ci się przeżyć choć godzinę pośród ożywieńców, traktowałeś to jak lata doświadczenia. Nie było czasu na strach. Trzeba było myśleć szybko, działać szybko i próbować szybko nie umrzeć.
Z oddali już widziałam konstrukcję różowego mostu, na którym miało się odbyć spotkanie. Zobaczyłam też ciągnący się sznur samochodów, który uniemożliwił mi przejechanie. Nie mając innego wyjścia, opuściłam suva i ruszyłam pieszo.
   Uciekający przed trupami ludzie nie patrzyli na bezpieczeństwo swoje i innych. Auta były ciasno stłoczone, niektóre mocno poobijane, a w paru wciąż znajdowali się przemienieni pasażerowie. Zobaczyłam też przerwaną barierkę mostu. Ta wyrwa musiała być dziełem sporej ciężarówki, która jeszcze wystawała z dna płynącej pod spodem Odry.  
   Zatrzymałam się, widząc przedzierającą się w moim kierunku postać. Chociaż rozpoznałam w niej Adama, to moja dłoń i tak dotknęła przyczepionej do biodra kabury. Nawet, jeżeli wydawało mi się, że nam chłopaka, to musiałam być ostrożna.
   Ruszyłam dalej, znajdując w sobie tyle siły i determinacji, by zachować kamienną twarz. Moje uczucia nie mogły wziąć góry nad rozsądkiem. Nie w tamtej chwili.
   Oboje zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie most był wolny od aut. Zapewne stało się tak za sprawą ciężarówki, która przedzierając się, zepchnęła pozostałe samochody na bok lub do wody. Utworzona w ten sposób przestrzeń pozwoliła nam zachować chłody i niepewny dystans.
   - Cieszę się, że tu jesteś – zaczął Adam. Nie mogłam nie zauważyć, że zmienił się przez te kilka dni. Może nie aż tak z wyglądu, ale otaczała go inna aura. Miałam wrażenie, że przez te dni przeszedł więcej, niż bym się spodziewała.
   - Mam nadzieję, że podjęłam słuszną decyzję – odparłam chłodno.
   Adam obejrzał się przez ramię, jakby czegoś, lub kogoś wypatrywał. Wzbudziło to mój niepokój.
   - Macie Zuzę – powiedziałam zmieniając temat. – Jeżeli chcesz rozmawiać o zawieszeniu broni, to na pewno nie bez oddania jej nam.
   Nagle usłyszałam kroki za swoimi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam samego Wiksę w towarzystwie czterech swoich ludzi. Jego widok nie był dla mnie dużym zaskoczeniem. Byłabym bardziej zdziwiona, gdyby się nie pojawił, ale zdrada Adama i tak zabolała. Zaufałam mu, a on mnie wystawił dla człowieka, który był moim wrogiem.
   - Skurwiel – syknęłam patrząc na chłopaka z pogardą.
   Ten nic nie odpowiedział i nadal dyskretnie oglądał się za siebie.
   - Miło cię znowu widzieć – powiedział Wiksa, za co spojrzałam na niego z nienawiścią.
   - Powiedziałabym to samo, gdyby to nie było gówno prawda – syknęłam.
   - Szczerość – podoba mi się. Dobrze się spisałeś, Adamie – poklepał chłopaka po ramieniu.
   Widząc tą poufałość ogarnęła mnie jeszcze większa złość.
   - Jeżeli tak bardzo chciałeś mnie zobaczyć, to wystarczyło przyjechać do mnie. Chyba, że się bałeś. 
   - Wolę grać na własnym podwórku – odgryzł się.
   - Albo po prostu jesteś tchórzem i wiesz, że nie dałbyś rady – powiedziałam prowokująco.
   Wiksa nie dał się jednak wciągnąć w moją grę. Jego uśmieszek, będący zapewne zadowoleniem ze swojej wygranej, sprawił, że miałam ochotę jak najszybciej zmyć go mu z twarzy.
   - Adamie, mógłbyś? – zapytał.
   Chłopak od razu ruszył w moją stronę, a ja szybko pojęłam, o co mu chodzi. Gdy ten wyciągnął dłoń w kierunku mojego pistoletu, sama po niego sięgnęłam i uderzyłam go nim w twarz. Na skroni Adama pojawiło się rozcięcie, z którego szybko popłynęła krew. To sprawiło mi satysfakcję.
   - Proszę – powiedziałam podając mu glocka i nóż. Ten bez słowa odebrał mi obie bronie.
   - Bądź gotowa – szepnął na tyle cicho, bym tylko ja to usłyszała, po czym odsunął się kawałek na bok.
   - Jak to jest przegrać? – zapytał Wiksa, niedbale opierając się o bok czyjegoś auta.
   Nagle zobaczyłam znajomą mi, rudowłosą dziewczynę, która pojawiła się na dachu jednego z aut. Ani Wiksa, ani jego ludzie jej nie zobaczyli. Tym bardziej tego, że trzymała w dłoniach strzelbę.
   - Powiesz mi to niedługo – odparłam ze złośliwym uśmiechem.
   Schyliłam się, gdy padł pierwszy strzał. Siła odrzutu szarpnęła Darią, ale ta zdołała się utrzymać na dachu samochodu. Powstało zamieszanie wśród ludzi Wiksy, gdy jeden z nich padł zabity strzałem w plecy. Adam od razu zjawił się obok mnie, wciskając mi do ręki pistolet, po czym pociągnął mnie za jedno z aut. Po chwili dołączyła do nas Daria.
   - Nie mogłeś mnie uprzedzić? – zapytałam przeładowując broń.
   - To miał być element zaskoczenia – odparł kuląc się, gdy na głowy posypały nam się kawałki szkła.
   - Jesteście już, kurwa, martwi! – ryknął Wiksa. – A ty, pierdolony zdrajco, masz przejebane!
   - Co robimy? – zapytała Daria, ściskając w obu dłoniach strzelbę.
   Wychyliłam się zza boku auta, by zorientować się w sytuacji. Zobaczyłam, że nasi przeciwnicy nie tylko muszą się mierzyć z nami, ale i zombie, które zaczęły zbierać się na moście. Trupów zbierało się sporo również z naszej strony, ale te były jeszcze daleko.
   - Spróbujemy się przedrzeć między autami – powiedziałam. – Oni są na razie zajęci.
   - Wy biegnijcie, a ja będę was osłaniał – powiedział Adam.
   Spojrzałam na niego ze strachem.
   - Nie – pokręciłam wolno głową.
   - Dołączę do was – zapewnił mnie, ściskając moją dłoń. – Obiecuję.
   Nie byłam przekonana, ale nie protestowałam więcej. Gdy tylko Adam zaczął strzelać, razem z Darią ruszyłyśmy biegiem. Dziewczyna uderzała stające nam na drodze zombie strzelbą w głowę, po czym przeskakiwałyśmy nad nimi. Znajdowałyśmy się już w połowie drogi do pozostawionego przeze mnie auta, gdy obejrzałam się za siebie.
   Adam był w niemałych kłopotach. Z jednej strony walczył z jakimś facetem, a z drugiej zbliżały się do nich zombie. Nie mogłam go tak zostawić.
   - Biegnij do auta! – poleciłam Darii.
   - Saszo, nie! – zawołała za mną dziewczyna, ale ja już biegłam w przeciwnym kierunku.
   Gdy znalazłam się na tyle blisko, by być pewną, że nie spudłuję, strzeliłam do przeciwnika Adama trafiając go w ramię, a potem zabiłam parę zbliżających się zombie. Ukucnęłam przed chłopakiem, który z niewiadomych dla mnie przyczyn siedział na ulicy.
   - Chodźmy – powiedziałam biorąc go za ramię, ale wtedy zobaczyłam plamę krwi na jego brzuchu. Natychmiast docisnęłam do niej swoje dłonie. – Nie. Nie. Nie. Nie umrzesz.
   - Uciekaj – syknął.
   - Nie zostawię cię tu – powiedziałam hardo.
   - Zaraz się normalnie popłaczę.
   Odwróciłam się w momencie, gdy Wiksa złapał mnie za włosy i pociągnął, stawiając na nogach. Reszta jego ludzi wciąż odpierała ataki zombie, ale była to z góry przegrana walka. Trupów było zbyt wiele.
   - Miałem to zrobić inaczej, ale tak też będzie dobrze – powiedział ciągnąc mnie w kierunku wyrwy. 
Wiksa złapał mnie za przód kurtki, wychylając za krawędź mostu. Desperacko zacisnęłam palce na jego ręce, gdy ten drugą dłonią sięgnął po pistolet. Lufa broni została wymierzona prosto w moją twarz.
   - W końcu zdechniesz – syknął odbezpieczając broń.
Nagle zobaczyłam rude włosy, a po chwili padł strzał. W twarz trysnęła mi ciepła krew z przedramienia Wiksy. Jego trzymająca mnie ręka nagle straciła całą siłę. Poczułam, że spadam.