środa, 21 czerwca 2017

ROZDZIAŁ 2 - PROJEKT LAZARUS (ADAM)

   – Wyłącz to w końcu – jęknąłem, gdy po raz szósty z głośników popłynęła piosenka The Trooper Iron Maiden. Lubiłem ten zespół, ale słuchanie na okrągło albumu Piece of Mind przez pięć godzin jazdy mogło doprowadzić do szewskiej pasji.
   – Doceń w końcu dobrą muzykę, to wtedy pomyślę – odparł Max, zajadając się kolejną porcją frytek. Moją, z resztą.
   – Wara od mojego jedzenia! – zawołałem, zabierając papierową torebkę z McDonalds.
   Max westchnął głośno, przewracając oczami.
   – Zaczynam żałować, że cię zabrałem. Przypomnij mi, po co to zrobiłem?
   – Bo jestem twoim bratem, ergo – jedynym kumplem. A tak na marginesie, sam wrzuciłeś mnie do tego auta – odparłem ostentacyjnie zjadając niezbyt smaczne, gumowate już frytki.
   Rozsiadłem się wygodniej na siedzeniu, a przynajmniej próbowałem to zrobić. Po czterech godzinach nieprzerwanej jazdy, bolało mnie niemalże wszystko, a już najbardziej tyłek. Wiedziałem jednak, że nie mam na razie co liczyć na postój.
   Zerknąłem na siedzącego za kierownicą dwudziestoośmiolatka, który wystukiwał rytm piosenki palcami. Max zawsze miał tendencję do pakowania się w kłopoty, ale tym razem czułem, że wpadł w coś naprawdę dużego. Gdyby było inaczej, nie przyjechałby po mnie w środku nocy, wyglądając jak śmierć na chorągwi, nie kazał pakować się i nie jechalibyśmy nie wiadomo gdzie.
   Niejednokrotnie podczas tej podróży próbowałem pytać brata, co się takiego stało, że musieliśmy uciekać z Krakowa, ale ten nie odpowiadał, bądź zbywał mnie półsłówkami. Zawsze przy tym zaciskał szczękę tak, że mięśnie na jego twarzy aż drgały, a palce bielały, zaciśnięte na kierownicy. Widać było, że Max był przerażony, a ja miałem nieodparte przeczucie, że związane to było z jego pracą, o której wiedziałem tyle, co nic.
   – Za jakieś pół godziny powinniśmy być we Wrocławiu – powiedziałem patrząc na mapę GPS-a w swojej komórce. – Kurwa!
   – Co?
   – Zasięg znika – westchnąłem, odkładając komórkę na deskę rozdzielczą. Rozejrzałem się wokoło i dostrzegłem tablicę informacyjną o zjeździe na autostradę. – Skręć.
   – Pojedziemy bocznymi drogami – odparł Max, jednocześnie jadąc w przeciwnym kierunku niż ten, który wskazałem.
   Te słowa mnie zaskoczyły. Do tej pory Maksowi zależało na jak najszybszej jeździe, a tu nagle zmienił trasę na nie dość, że dłuższą, to i trudniejszą. Żadne z nas nie znało tych okolic, więc szansa na to, że wylądowalibyśmy na jakimś zadupiu, była spora.
   – Max – syknąłem. – Możesz mi, do kurwy nędzy powiedzieć, co się właściwie dzieje?
   – Nie teraz – znów próbował mnie zbyć, ale tym razem nie zamierzałem odpuścić. Byłem zirytowany jego tajemnicami i tym, że przez niego, w jednej chwili, musiałem zostawić całe swoje życie.
   – Teraz – powiedziałem twardo. – A jak nie chcesz gadać, to zatrzymaj się i mnie wypuść. Wrócę do Krakowa, a ty sobie rób, co chcesz.
   Brunet nawet na chwilę nie oderwał wzroku od drogi, ale widziałem, że się wkurzył. Zaciskanie ust w wąską kreskę oraz zbielałe kłykcie były tego jasnym dowodem.
   – Orem – wyznał w końcu.
   – Kto? – zapytałem, choć dobrze znałem to imię. Właściwie, to znali je wszyscy.
   – Orem Subbotim – wyjaśnił Max spokojnie. – Spierdolił sprawę. Po całości.
Subbotim był handlarzem i cieniem wszystkich ważniaków we wschodniej Europie. Niby wszyscy go poszukiwali, ale nikt jakoś nie kwapił się, by go złapać, choć ten zbytnio się nie ukrywał. Sprzedawał broń tam, gdzie toczyły się walki, a jednocześnie pojawiał się na salonach, w towarzystwie jakiegoś ważniaka z państwa środka.
   Gdy Max wyznał mi, że ma go ochraniać podczas wizyty w Polsce, próbowałem mu wybić to z głowy. Po wdepnięciu w takie gówno, jakim była praca dla Subbotima, nie dało się już go pozbyć. A Max był dobry w tym, co robił. Nawet bardzo dobry. Kto mógł wiedzieć, czy Orem nie postanowi go zatrzymać na stałe, a wtedy mój brat byłyby bezpowrotnie stracony.
   – Namierzyli go w końcu? – zapytałem i zaraz się przeraziłem. – Szukają jego współpracowników? Dlatego musimy wiać?
   – To o wiele bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje – odparł, jednocześnie pocierając lewy bark i krzywiąc się przy tym. – Na razie musisz wiedzieć tyle, że nie możemy zostać w kraju.
   – Ale…
   – Naprawdę, Adam. – Max spojrzał na mnie z niemą prośbą. – Wystarczy. Później.
   Nie naciskałem więc. Nie chciałem się wykłócać i ufałem bratu. Cokolwiek miał w zamiarze, wiedziałem, że postępuje najwłaściwiej. Max nie robił głupstw. Zawsze był rozważny i odpowiedzialny.
   Odchyliłem siedzenie tak, że mogłem się chociaż zdrzemnąć i już po paru minutach przysypiałem. Spanie na niezbyt wygodnym fotelu nie należało do rzeczy przyjemnych, ale zdążyłem się już przyzwyczaić. Powoli odpływałem, gdy samochód zaczął się kołysać. Poderwałem się na siedzeniu, rozglądając wokoło.
   – Muszę zatankować. – Max wskazał na stację benzynową, do której właśnie zjeżdżał.
   – A ja odlać.  – Podniosłem fotel i wyszedłem na zewnątrz. Powiększona cola to rzeczywiście nie był dobry pomysł i zacząłem to odczuwać na własnym pęcherzu.
   –  Tylko się streszczaj! – Zawołał za mną brat. W odpowiedzi pokazałem mu środkowy palec, na co on odpowiedział mi tym samym.
   Toaleta na stacji benzynowej jak zwykle nie zachęcała do skorzystania. Zacisnąłem jednak zęby i zmusiłem się, by wejść do jednej z niezbyt czystych kabin, bijąc tym samym rekord we wstrzymywaniu oddechu. Gdy miałem już opuścić szalet, o mało co nie zderzyłem się w drzwiach z jakimś mężczyzną, który wpadł do środka. W porę odskoczyłem na bok, dzięki czemu facet zamiast na mnie, wpadł na drzwi. Nieznajomy odbił się od nich i osunął na ziemię.
   Wyglądał on jak bezdomny. O wiele za duże, brudne i zniszczone ciuchy oraz bijący od niego smród, zmieszany z odorem alkoholu. Przez gęstą brodę oraz długie, siwe włosy trudno było mi dostrzec jego twarz, ale oceniłbym ją na jakieś pięćdziesiąt lat.
   –  Wszystko w porządku? – zapytałem, jednocześnie trzymając dystans. Jeżeli facet był pijany, to wolałem nie narażać się na atak. Niektórzy pod wpływem alkoholu byli agresywni, a alkoholicy to już w ogóle.
   Mężczyzna mruknął coś niezrozumiale i zaczął się podnosić. Zauważyłem, że cały się trzęsie, co upewniło mnie, że mam do czynienia z miejscowym pijaczkiem na delirce. Mimo to wolałem się upewnić, że nic mu nie jest.
   – Proszę pana. – Nachyliłem się nad facetem, dostając w twarz bijącym od niego zapachem. – Czy nic panu…
Wtedy nieznajomy spojrzał na mnie. Z nosa ciekła mu stróżka krwi, a oczy miał nienaturalnie zamglone. Właśnie to spojrzenie sprawiło, że krew ścięła mi się w żyłach. Mężczyzna odsłonił pożółkłe zęby oraz dziwnie sine dziąsła. Czym prędzej opuściłem szalet, słysząc za sobą niezadowolone pomruki pijaka.
   Max czekał już na mnie przy naszym fordzie, trzymając w dłoni plastikową siatkę z niewielkimi zakupami. Konserwy w puszce, chipsy i dwie butelki wody – prowiant idealny. Tyle, że na obóz.
   – Co tak długo?
   – Jedźmy już – powiedziałem wsiadając do auta. Chciałem jak najszybciej opuścić stację.
   – A ty co? Krokodyl z kanałów cię napadł? – zażartował Max, nawiązując do mojego dziecięcego strachu przed wielkim gadem żyjącym w kanałach. Nie byłem jednak skory do śmiechu. Ten mężczyzna przeraził mnie, chociaż nic takiego nie zrobił. Czułem jednak od niego coś, co kazało mi wiać.
   Dopiero gdy znaleźliśmy się parę kilometrów za miasteczkiem, zacząłem się rozluźniać.
   – Zapomnij! Żadnego Iron Maiden do końca dnia! – powiedziałem dorywając się do radia przed Maksem.
   Włączyłem urządzenie na pierwszej-lepszej stacji, która okazała się być kanałem informacyjnym. Już chciałem przełączyć, gdy Max mnie powstrzymał.
   Ogromny korek na autostradzie E40. Setki aut zablokowały drogę szybkiego ruchu. Ludzie w panice wyjeżdżają z Wrocławia. Policja nie daje rady ogarnąć całego zamieszania. Służby bezpieczeństwa proszą, o omijanie miasta w najbliższym czasie, dopóki sytuacja nie ulegnie poprawie.
   Spojrzałem na mojego brata, a on na mnie. Obaj byliśmy kompletnie zdezorientowani.
   – Uważaj! – krzyknąłem, gdy niespodziewanie na drodze przed nami pojawił się człowiek.
   Max zareagował natychmiastowo, dając po hamulcach i próbując ominąć pieszego, ale było już za późno. Rozległ się huk, a mężczyzna przeleciał najpierw przez maskę, a potem dach, ostatecznie kończąc na ulicy. Ford w końcu zatrzymał się, ale żaden z nas się nie poruszył. Cały się trząsłem, a zdyszany byłem jak po przebiegnięciu maratonu. Mój brat nie wyglądał lepiej. Kurczowo zaciskał palce na kierownicy, niemal dotykając jej czołem. Pierwszy raz w życiu widziałem takie przerażenie w jego oczach. Szare tęczówki przypominały mi wtedy dwa kawałki lodu.
   – Max? – Odezwałem się pierwszy, nieco piskliwie. Odchrząknąłem i obejrzałem się przez ramię.
   To, co zobaczyłem, wprawiło mnie w osłupienie.
   Mężczyzna, którego potrąciliśmy, zaczął się podnosić. To było nieprawdopodobne, zważywszy na to, że Max jechał prawie setką i po takim uderzeniu rozpędzonego auta powinien nie żyć, a przynajmniej być nieźle połamany. Mimo to, na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna, ubrany w brązowy płaszcz stał o własnych siłach.
   – Spójrz. – Szturchnąłem Maksa w ramię, nie odrywając wzroku od faceta.
   Gdy mój brat zobaczył to samo, co ja, od razu wyszedł z auta. Zrobiłem to samo.
   Ulica była pusta, co nie było z resztą dziwne. Znajdowaliśmy się parę kilometrów od ostatniego miasteczka i jakieś dwa od kolejnej miejscowości. Wokół nas były tylko pola oraz majaczące się w oddali lasy. Co ten mężczyzna robił na środku pustkowia? Nie miałem pojęcia.
   – Halo? – zawołał Max do nieznajomego. – Nic panu nie jest?
   Facet zaczął podnosić się o własnych siłach, jakby uderzenie w samochód nie zrobiło mu większej krzywdy. Ale nienaturalnie wygięta noga, najpewniej złamana, oraz luźno zwisająca prawa ręka pokazywały, że odniósł dość dotkliwe obrażenia. Na widok tego, jak bez żadnego choćby jęku, wstał, cała zawartość mojego żołądka powędrowała do góry. Widok jego twarzy, albo raczej krwawej miazgi, spotęgowała chęć zwrócenia całego śniadania. Cała jej lewa połowa została zdarta do krwi, co tyczyło się też nosa. Po jednym z nozdrzy została tylko czarna, ziejąca dziura. Oderwana dolna warga ukazywała braki w uzębieniu, które teraz leżało na ulicy. Prawego oka nie było, a lewe pokrywała jakaś biała błona. Przypomniała mi ona o mężczyźnie ze stacji. Obudziła się we mnie ogromna chęć, by wsiąść do auta i czym prędzej odjechać.
   – Max. – ­Chciałem się podzielić z bratem moim spostrzeżeniem, ale głos uwiązł mi w gardle.
   Potrącony mężczyzna ruszył w naszą stronę mojego szerzej otwierając usta. Wydobył się z nich tak przeraźliwy odgłos, że aż włosy stanęły mi dęba, a po karku spłynął zimny pot. Takich dźwięków nie wydawali ludzie, nawet nie zwierzęta. A przynajmniej nie te, które znałem.
   Nagle uszkodzona noga nieznajomego ugięła się, prawdopodobnie pękając, a on sam runął na ziemię, pociągając mojego brata za sobą. Ani się obejrzałem, obaj leżeli na środku ulicy, szarpiąc się ze sobą. Wyglądało to tak, jakby mężczyzna w płaszczu chciał ugryźć Maksa. Ruszyłem mu z pomocą i chwyciłem faceta za ubranie, próbując odciągnąć go na bok, ale wtedy ten zaczął atakować mnie. Jego dłonie boleśnie zacisnęły się na moich rękach, a kłapiąca szczęka zbliżyła do mojej szyi. Z jego ust wydobywał się obrzydliwy smród, który znałem. Tak samo cuchnął pijaczek ze stacji.
   – Kurwa! – krzyknąłem, gdy potknąłem się i upadłem, przygnieciony ciężarem mężczyzny.
   Z całych sił opierałem się mu, gdy ten chciał zacisnąć szczęki na mojej skórze, ale miałem coraz mniej siły. Nagle jednak nad naszą dwójką stanął Max, trzymający w dłoni pistolet. Złapał mężczyznę za kołnierz płaszcza, poderwał go i przyłożył lufę do tyłu głowy. Huk wystrzału sprawił, że aż zapiszczało mi w uszach. Trwało to dłuższą chwilę, podczas której leżałem na zimnej ulicy, próbują otrząsnąć się z tego, co zobaczyłem. W tym czasie Max zaciągnął nieznajomego do rowu i przykrył go gałęziami. Robił to tak beznamiętnie i niemal naturalnie, że nie mogłem w to uwierzyć.
   – W porządku? – zapytał, gdy już stanąłem na nogi.
   – Tak, tylko…
   Nie zdążyłem dokończyć i targany skurczami żołądka zgiąłem się w pół wymiotując. Miałem wrażenie, że trwało to w nieskończoność, zanim zwróciłem cały powiększony McZestaw. Z obrzydzeniem splunąłem na bok i wytarłem usta w rękaw.
   –  Musimy już jechać – powiedział Max, ruszając w kierunku auta.  
   –  Co? – Spojrzałem na niego zaskoczony. – Max, ty przed chwilą… Ten człowiek…
   – To nie był człowiek! – wykrzyknął, nagle tracąc nad sobą panowanie. Wiedziałem jednak, że nie był zły, a przerażony. Przeczesał palcami włosy i uderzył pięścią w bagażnik auta. – Myślałem, że zdążymy.
   – Zdążymy? – powtórzyłem za nim. – Przed czym? Co się właściwie dzieje? Dlaczego uciekamy i przed czym? O co w tym wszystkim chodzi?
   Każde z zadanych przeze mnie pytań pozostało bez odpowiedzi. Max odwrócił się i otworzył bagażnik.
   – Lazarus.
   – Co?
   – Bakteria. Albo wirus. Nie wiem. To z resztą nieważne. Istotne jest to, że to cholerstwo robi z ludzi to coś. – Wskazał na rów, gdzie leżało ciało mężczyzny. – Lazarus najpierw cię zabiję, a potem sprawi, że wrócisz do życia, ale nie będziesz już człowiekiem.
   Słuchałem go z coraz większym niedowierzaniem. Brzmiało to jak historia z jakiegoś marnego horroru o żywych trupach. Gdyby powiedział mi to ktoś inny, to pewnie bym go wyśmiał i odesłał do czubków, ale Max nie żartował. Był śmiertelnie poważny.
   – Skąd wiesz?
   Max znieruchomiał nad bagażnikiem, ciężko się o niego opierając.
   – To był ostatni interes Orema – powiedział. – Miał to kupić i potem sprzedać dalej, ale wirus się wydostał. Jakiś idiota stłukł fiolkę. W niecałą godzinę Lazarus zaraził wszystkich, którzy byli przy transakcji. Najpierw umarli, a potem się obudzili. I zaczęli gryźć. Niezbyt przyjemny widok, więc oszczędzę ci szczegółów, ale skutek tego był taki, jaki właśnie widziałeś. Cholerstwo się rozniosło.
   Mój wzrok ponownie powędrował w miejsce, gdzie leżał nieznajomy. Naprawdę był trupem? Żywym trupem? Jakoś nie mogłem w to uwierzyć i czekałem, aż Max oznajmi mi, że to tylko głupi, nieśmieszny żart. Niestety – Max nie potrafił żartować.
   – Jesteśmy pięćset kilometrów od Krakowa. Jakim cudem wirus mógłby dotrzeć aż tutaj? – zapytałem, chcąc znaleźć w tej historii jakąś lukę, dzięki której mógłbym ją obalić.
   – Słuchasz mnie w ogóle? – Max wyciągnął głowę z bagażnika i zmierzył mnie spojrzeniem. – Lazarus roznosi się przez ugryzienie. Jeden dziabnął drugiego, ten trzeciego i tak dalej, i tak dalej. Od uwolnienia się wirusa minęły trzy dni. To wystarczająco dużo czasu, by rozniósł się na cały kraj, ale sądziłem, że uda nam się chociaż przekroczyć granicę.
   – Skąd to wszystko wiesz?
   – Stąd – Rzucił mi teczkę z niebieską okładką. Kilkudziesięciostronicowe dzieło opatrzone było krótkim tytułem: Projekt Lazarus.
   – Zabrałem to jednemu Chińczykowi – wyjaśnił. – Wszystko tam jest opisane.
   Przekartkowałem dokument postanawiając go później przeczytać. Nadal nie rozumiałem, co się w ogóle działo, ale wiedziałem, że sytuacja jest poważna.
   – No w końcu – mruknął zadowolony Max, prostując się.
   Podszedłem do niego i moim oczom ukazał się dość pokaźny arsenał broni, ukryty w skrytce bagażnika. Strzelba i karabin snajperski leżały obok torby, wypełnionej pudełkami z nabojami oraz kilkoma pistoletami.
   – Skąd masz to wszystko?
   – Zadajesz za dużo pytań – westchnął Max i wyciągnął z bagażnika pistolet. – Trzymaj.
   Zawahałem się, ale w końcu przejąłem od niego broń. Miałem już okazję strzelać z podobnego. Byłem kiedyś na strzelnicy i całkiem nieźle mi wtedy poszło, ale Maxowi nie dorastałem do pięt. On miał sokoli wzrok i talent, a na broni znał się, jaki nikt.  
   – Posłuchaj mnie teraz – powiedział, patrząc mi prosto w oczy. – Nie sądziłem, że sytuacja tak się spieprzy, ale musimy jechać dalej. Prawdopodobnie wirus jest przed nami i trafimy w sam środek epidemii, dlatego cokolwiek by się nie działo – strzelaj im w głowę. Tylko tak da się ich powstrzymać. Nie patrz na nich, jak na ludzi, bo już nimi nie są. Oni nie żyją. Pamiętaj o tym.
   Pokiwałem głową, choć to wszystko nadal wydawało mi się być abstrakcyjne. Jednak wystarczyło, bym spojrzał w stronę rowu, gdzie leżał trup, bym nabrał wody w usta i włożył pistolet za pasek. Max zrobił to samo.
Po raz ostatni splunąłem i starając się nie patrzeć więcej na leżące w rowie ciało, wsiadłem do samochodu. Max ruszył od razu i przez kolejne kilometry żadne z nas nie odezwało się słowem.

☠☠☠

   Minęliśmy kilka wsi i miasteczek. W żadnej z tych miejscowości nie napotkaliśmy nikogo, kto wyglądałby jak mężczyzna ze stacji, czy z drogi. Max jednak nie był tym uspokojony. Teraz, gdy wiedział, że Lazarus dotarł tak daleko, wszędzie wypatrywał zagrożenia. Ja także byłem zdenerwowany i oddałem się czytaniu akt. Im bardziej zagłębiałem się w tą lekturę, tym bardziej przerażony byłem. Jak ktoś mógłby stworzyć coś takiego? I to po co? Dla pieniędzy. Czytając przewidywane statystyki zmarłych ludzi, nie wytrzymałem i wyrzuciłem teczkę na tylne siedzenia.
   – Musimy kogoś zawiadomić – odezwałem się. – Ludzie muszą się przygotować.
   – Jedyne, co musimy, to jak najszybciej opuścić kraj. Wirus może nie przekroczy granicy.
   – A co z ludźmi? – zapytałem ostro. – Czytałeś te akta? Spora część ludności może zginąć!
   – Wiem. Też to czytałem – odparł spokojnie. – Dlatego wyjeżdżamy. Jeżeli ludzie szybko zorientują się w sytuacji, to zdążymy wsiąść do samolotu na Islandię, zanim zamkną granicę. Tam powinniśmy być bezpieczni.
   – Czyli uciekamy z tonącego statku? – Teraz to byłem wściekły na Maxa.
   – Nazywaj to, jak chcesz. Dla mnie to ratowanie swojego i twojego tyłka.
   Upartość – największa wada mojego brata. I jeszcze przesadna troska o mnie. Od dziecka mnie chronił, co z czasem stało się uciążliwe. Jednak rozumiałem, dlaczego to robił. W domu dziecka nie można było mieć innej rodziny, niż tak, którą się samemu wybrało. Tak było w naszym przypadku.
   Na drodze przed nami pojawiła się zielona tablica informacyjna z nazwą miejscowości. Nowogród. Już z daleka widać było, że trafiliśmy do większego miasta. Wysokie budynki, parę strzelistych wież okalał unoszący się dym. Mnóstwo dymu. A do tego niosący się odgłosy syren. Wjeżdżaliśmy w paszczę lwa.
   – Zawróć – powiedziałem, chociaż wcale nie musiałem. Max sam na to wpadł.
   Gdy zaczął wycofywać, z przecinającej drogę ulicy wyjechało rozpędzone bmw. Samochód z impetem uderzył w tył naszego forda. Siła zderzenia obróciła autem kilka razy wokół własnej osi z nami w środku. Max próbował zapanować nad pojazdem, ale kierownica o mało co nie urwała mu przy tym rąk. Nasze szaleńcze driftowanie skończyło się na ścianie budynku, w który wpadliśmy całą maską. Gdybyśmy nie mieli zapiętych pasów, skończyłoby się to dla nas marnie.
   –  Żyjesz? – zapytał Max.
   Pokiwałem głową odpinając pas. Mój brat zrobił to samo, jednocześnie wyciągając pistolet.
   – Zostań tu – rzucił, po czym sam wyszedł na zewnątrz.
   Chciałem zaprotestować, ale ten już zamknął za sobą drzwi. Pociągnąłem za klamkę, ale to nic nie dało. Drzwi z mojej strony zostały zgniecione, a zamek pewnie się zaciął. Obolały przesunąłem się na miejsce Maxa i wyszedłem na zewnątrz. Zobaczyłem kolejny efekt wirusa Lazarus. Kobieta, na oko trzydziestoletnia, leżała na masce swojego auta całą górną połową ciała, a dolną dalej znajdowała się w środku. Przebiła się przez przednią szybę. Szkło głęboko wbiło się w jej brzuch oraz poraniło twarz i ręce. Jeden z odłamków wystawał z jej lewego oka, z którego sączyła się ciemna krew. Mimo to, wciąż żyła i wyciągała poranione ręce w naszym kierunku. Max podszedł do niej i bez zastanowienia strzelił. Pocisk rozerwał jej czaszkę przechodząc na wylot. Kawałki mózgu, a także kości rozbryznęły się na masce bmw. Cieszyłem się, że wcześniej opróżniłem żołądek, bo znowu poczułem mdłości.
   – Bierz rzeczy. – Max schował pistolet i otworzył nasz bagażnik. Wyciągnął z niego karabin oraz strzelbę, którą podał mnie, oraz torbę z resztą broni. – Musimy szybko znaleźć nowy samochód. To miasto już jest opanowane.
   Wziąłem oba nasze plecaki z tylnego siedzenia, przy okazji zabierając też teczkę.
   – Idziemy. – Max ruszył przodem. Pełen złych przeczuć ruszyłem za nim.
   Nawet nie wiedzieliśmy, w co się pakujemy. Już niecałe dwieście metrów dalej natrafiliśmy na czteroosobową grupę żywych trupów. Na naszych oczach dopadły one młodą dziewczynę. Wspólnie powalili ją na ziemię i przy akompaniamencie jej krzyków, zaczęli żywcem odgryzać jej kawałki ciała. Widziałem przerażenie oraz ból w oczach nastolatki. Krew tryskała wszędzie wokół, a siły nieznajomej słabły. W końcu znieruchomiała.
   – Boże – jęknąłem odwracając wzrok.
   – Pośpiesz się – mruknął Max, niewzruszony prąc przed siebie.
   Nie mogliśmy nic zrobić. Było już za późno. Nawet gdybyśmy zdołali ją uratować, to przecież została ugryziona. W aktach powiedziane było, że ugryzienie równało się śmiercią. Bez wyjątków. Mimo tej świadomości, miałem wyrzuty sumienia. To w końcu była młoda dziewczyna – niewinna ofiara czegoś, co ją nie dotyczyło. Wiedziałem, że takich ofiar będzie więcej.
   Krzyki stawały się coraz głośniejsze, a zombie było coraz więcej. Widząc tych wszystkich ludzi, pożeranych żywcem, błagających o litość i pomoc, dostawałem nerwicy. Cały czas ściskałem w dłoni pistolet, nerwowo rozglądając się wokół. Kilka razy trupy zauważały naszą obecność i ruszały na nas, ale w takich momentach Max je zabijał, bądź po prostu uciekaliśmy. Sam chciałem pociągnąć za spust, ale nie mogłem się przemóc. Wciąż widziałem w nich ludzi. Dotkliwie poranionych, ale wciąż ludzi.
   Przebiegaliśmy właśnie obok jakiegoś bloku, gdy drogę zaczął taranować autobus. Nie zważał on na stojące na ulicy auta i uparcie parł na przód. Jeden z takich właśnie pchniętych samochodów o mało co nie zmiażdżył nas, ale w ostatniej chwili udało się nam tego uniknąć. Nie cieszyliśmy się jednak długo ocalonym życiem, bo spostrzegliśmy dwójkę zombie. Staruszek z obgryzioną do kości ręką i kobieta w średnim wieku bez lewej piersi, szli na nas, wpijając w nas spojrzenie mlecznobiałych oczu. To nie są ludzie – pomyślałem, kładąc nacisk na każde słowo. – Oni nie żyją. Nie wahaj się.
   Nie wahałem. Uniosłem broń, wstrzymałem oddech i pociągnąłem za spust. Kula trafiła staruszka, odrzucając jego siwą głowę. Skierowałem pistolet ku kobiecie i zrobiłem to samo. Po chwili oboje leżeli w kałużach krwi oraz kawałków mózgów.
   Nie było czasu na gratulacje. Max pociągnął mnie od razu za sobą, na drugą stronę ulicy. Musieliśmy przebrnąć przez tłum spanikowanych ludzi, którzy uciekali przed nadciągającym niebezpieczeństwem, które wyłoniło się zza rogu. Kilkudziesięcioosobowa grupa zombie wylała się jak fala. Chór ich jęków wywoływał chęć ucieczki, czego również doświadczyłem.
   – Max! Spadamy! – krzyknąłem do stojącego jak słup soli brata.  
   Ten jednak w spokoju ściągnął torbę z ramienia, po czym sięgnął po karabin. Przyłożył oko do lornety i wymierzył w stojącą na końcu ulicy cysternę. Po logo na pojeździe poznałem, że w środku raczej nie było mleka. Bez zastanowienia schowałem się za jednym z aut, kryjąc głowę w ramionach. Najpierw nastąpił wystrzał, a zaraz potem ogłuszający huk. Na moment powietrze zrobiło się gorące, aż oblałem się potem. Gdy wszystko się uspokoiło, wychyliłem się zza samochodu. Max zrobił to samo, wystawiając głowę zza budynku, za którym stał.
Wybuch paliwa nie zabił zombie. On je podpalił. Mnóstwo żywych pochodni, które nic sobie nie robiły z trawiących ich płomieni, szły prosto do ognia. Jak ćmy do światła. 

ROZDZIAŁ 1 - POCZĄTEK KOŃCA (SASZA)

   Ten dzień zaczął się jak setki innych, sobotnich poranków, jakie przeżyłam w ciągu dwudziestu jeden lat swojego życia. Niezbyt przyjemny i świdrujący czaszkę dźwięk budzika rozległ się niespodziewanie, wyrywając mnie brutalnie ze snu. Westchnęłam ciężko i wyłączyłam to piekielne, aczkolwiek bardzo przydatne urządzenie, które „pomagało” mi wstać z łóżka każdego ranka. Zielone kreski na czarnym ekranie wskazywały godzinę siódmą. Już miałam wynurzyć się z pościeli, pokonać kilkumetrowy odcinek między łóżkiem, a szafą, odnaleźć w panującym wewnątrz rozgardiaszu jakieś ciuchy i z kanapką w ręce wyjść do pracy, gdy przypomniałam sobie o tym, że była przecież sobota. Dzień wolny. Z uśmiechem zadowolenia przekręciłam się na drugi bok, próbując wpaść w objęcia Morfeusza.
   Ukończenie szkoły i rozpoczęcie dorosłego życia niosło za sobą tyle samo problemów, co radości. Z jednej strony musiałam nauczyć się polegać tylko na sobie, ale z drugiej cieszył mnie fakt osiągnięcia samodzielności. Od zawsze zwykłam chodzić własnymi ścieżkami, a ukończone trzy lata wcześniej osiemnaście lat dawało mi możliwość decydowania za siebie. No i w końcu skończyłam ten etap życia, gdzie musiałam być podporządkowana systemowi szkolnictwa. Nigdy nie przepadałam za siedzeniem w ławce, co wcale nie oznaczało, że z ledwością przechodziłam z klasy do klasy. Nowe wiadomości z łatwością wchodziły mi do głowy, ale po przeanalizowaniu ich dochodziłam do wniosku, że są one kompletnie nieprzydatne. Jednak przekonywanie nauczycieli, że wkuwanie na pamięć kolejnych wzorów w żadnym stopniu nie pomoże nam w dorosłym życiu, było jak walka z wiatrakami. Zacisnęłam więc zęby, skończyłam liceum, po czym podjęłam swoją pierwszą w życiu pracę. Co prawda polegała ona na kelnerowaniu w barze, gdzie większą część klienteli stanowiły niewielkie pijaczki albo dzieciaki, którym „na lewo” udawało się kupić piwo. Była to mało ambitna robota, ale zawsze jakaś. Poza tym – lubiłam ją. Dzięki niej miałam pieniądze na rachunki, nie głodowałam i z tej pensyjki dało się wyżyć. Oczywiście nie byłoby tak, gdybym mieszkała sama.
   Po śmierci mamy i późniejszej wyprowadzce ojca, zostałam sama z siostrą. Przez cztery lata mieszkałyśmy we dwie, aż w końcu Katia nie zaszła w ciążę, wyszła za mąż, a potem nie pojawił się mój siostrzeniec. Mieszkanie w czwórkę na pięćdziesięciu metrach kwadratowych nie wchodziło w grę, więc niemal siłą zmusiłam młodych do przeniesienia się na swoje.
   – Nie musisz mnie już niańczyć – mówiłam, obserwując jak Katia wkłada do kartonu książki.
   – Ale pilnować – odparła, patrząc na mnie spode łba. Siostra podeszła do mnie, kładąc mi obie dłonie na policzkach w geście, który przejęła od mamy. Ona robiła tak samo, gdy byłyśmy jeszcze małe. – Kto będzie pilnował, żebyś nie pchała się w kłopoty?
   – Ktoś zawsze się znajdzie. – Wzruszyłam ramionami. – Mało jest wariatów na świecie?
   Katia nie podzielała mojego optymizmu i szczerze zdziwiłabym się, gdyby tak było. Ona była racjonalistką – brała życie, patrząc na wszystkie jego ciemne i jasne strony. Zazwyczaj przeważały te pierwsze, przez co moja siostra podchodziła do wszystkiego ostrożnie, z dużym dystansem. Ja marzycielką nie byłam, ale przeciwności losu mnie nie przerażały. Raczej traktowałam je jak wyzwanie.
   – Nie martw się, Katiusza – powiedziałam, ściskając siostrę. – Ja zawsze spadam na cztery łapy.
   – Wiem, Tasza. Ty masz kilka żyć. 
   Od wyprowadzki Katii minęły dwa lata. Ona, Piotr i mały Tymek mieszkali teraz w Nowej Soli, a widywaliśmy się sporadycznie. Nie dało się nie zauważyć, że mój kontakt z siostrą znacznie osłabł, ale nie miałam jej tego za złe. Miała swoją rodzinę i swoje sprawy. Ja sobie radziłam.
   By nie zalegać z wypłatami wynajmowałam pokój studentce – Dominice. Żyło nam się w przyjaznych stosunkach, chociaż nie była to osoba, z którą mogłabym się zaprzyjaźnić. Dopóki jednak dokładała się do rachunków, nie urządzała imprez i nie sprowadzała obcych ludzi do mieszkania, nie było problemu.  
   Znajdowałam się już na granicy snu, gdy usłyszałam stłumione, jakby dochodzące z daleka łupnięcie. Nie podniosłam się jednak, by to sprawdzić. Chęć przespania jeszcze kilku godzin była silniejsza. Nim się obejrzałam, znów odpłynęłam.

💀💀💀

   Obudziłam się, gdy było kilka minut po ósmej. Zanim zwlokłam się z łóżka, minęło kolejne kilka. Przechodząc przez pokój, przelotnie spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Przeczesałam palcami włosy i po chwili namysłu je związałam.
   Wyszłam z pokoju i od razu ruszyłam do kuchni. Od razu dostrzegłam panującą w mieszkaniu ciszę. W każdy inny dzień nie zwróciłabym na to uwagi, ale była sobota, a moja współlokatorka była typem rannego ptaszka, który nawet w weekendy wstawał o siódmej. Ku mojemu nieszczęściu – robiła to dość głośno. Tak więc zadziwił mnie brak odgłosów z łazienki, salonu czy też właśnie kuchni. Może gdzieś wyszła? – Takie wytłumaczenie wpadło mi do głowy.
   Przechodząc przez salon, pod bosymi stopami poczułam coś mokrego. Instynktownie cofnęłam się i ze zdziwieniem, pomieszanym ze zniesmaczeniem zobaczyłam czerwoną ciecz. Krew. Ta tworzyła na jasnych panelach ścieżkę, prowadzącą wprost do kuchni. Każda kolejna kropla była większa od pozostałej, a na kremowych, kuchennych kafelkach były to już małe kałuże.
   – Dominika? – zawołałam niepewnie, zatrzymując się w połowie drogi do kuchni. Taka ilość krwi wskazywała na to, że dziewczyna musiała się zranić. Być może poważnie. 
   Nie tracąc więcej czasu weszłam do kuchni, która na pierwszy rzut oka była pusta. Dopiero po podejściu bliżej wyspy kuchennej, za którą kończył się trop z krwi, zauważyłam leżącą na podłodze współlokatorkę. Na jej widok zachłysnęłam się powietrzem, a nogi się pode mną ugięły. Początkowy strach, który dotychczas mi towarzyszył, zmienił się w przerażenie.
   – O cholera! – jęknęłam, kucając przed Dominiką.
   Dziewczyna leżała na brzuchu w kałuży krwi wydobywającej się z jej ust oraz nosa. Szeroko otwarte oczy dziewczyny pokryte były czymś w rodzaju błony, przez którą niemal nie widać było tęczówek i źrenic mojej współlokatorki. Gdy przewróciłam współlokatorkę na plecy, poczułam chłód jej skóry, na który aż się wzdrygnęłam, a żołądek podszedł mi do gardła. Odrzucając obrzydzenie zaczęłam szukać pulsu zarówno na szyi, jak i nadgarstkach Dominiki. Gdy go nie wyczułam, przerażenie na moment mnie sparaliżowało.
   Nie panikuj. Nie teraz. Nie waż się panikować! – skarciłam się w myślach i zmusiłam do działania.
   Ślizgając się na krwi pobiegłam do telefonu, stojącego w salonie i cała drżąc wykręciłam numer ratunkowy. Zamiast dyspozytora, rozległ się głos automatycznej sekretarki, mówiący o tym, że linie są chwilowo zajęte. Nie odpuściłam jednak i próbowałam dalej, przez jeszcze trzy razy.
   Kończyłam kurs pierwszej pomocy, ale w tamtej chwili miałam kompletną pustkę w głowie. Nie potrafiłam sobie przypomnieć niczego, co mogłoby mi pomóc w tej sytuacji, chociażby tak oczywistego, jak zawiadomienie sąsiadów czy wykonanie masażu serca. Strach i panika robiły swoje.
   Gdy już miałam po raz czwarty wystukać trzy cyfry w telefonie, usłyszałam za sobą szmer, a chwilę potem nienaturalne, gardłowe charczenie. Odwróciłam się i zobaczyłam Dominikę stojącą w drzwiach kuchni. Przez moment się ucieszyłam pewna, że źle sprawdziłam puls lub też po prostu go nie wyczułam. Ale gdy dostrzegłam, jak wyglądała dziewczyna, z którą mieszkałam od ponad roku, uśmiech zastygł mi na ustach. To nie była Dominika. Wyglądała jak ona, ale z całą pewnością nią nie była.
   Postać, stojąca parę kroków ode mnie, przekrzywiała się lekko w prawo, obracając głową na wszystkie strony, kłapiąc zębami i wydając cały czas jeden, charczący dźwięk. Jej blond włosy były zmierzwione, a biała bluzka od piżamy została splamiona zaschniętą już krwią.
   Jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w to „coś”, nie wiedząc nawet kiedy telefon wypadł mi z dłoni. Wraz z jego uderzeniem o ziemię, Dominika paralitycznym, ale szybkim krokiem zaczęła iść w moją stronę. Kierując się instynktem, złapałam stojący na szafce mosiężny świecznik.
   – Nie zbliżaj się. Nie chcę zrobić ci krzywdy – powiedziałam, wycofując się ze świecznikiem trzymanym przed sobą.
   Dziewczyna jednak nie posłuchała mojego ostrzeżenia. Wydała z siebie przeciągły, mrożący krew w żyłach skowyt i wyciągnęła ku mnie ręce. Odsunęłam się na bok, unikając złapania i uderzyłam współlokatorkę w twarz. Wykorzystując to, że mój cios zachwiał równowagą Dominiki, rzuciłam się do ucieczki.
   Dopadłam do najbliższych drzwi i szybko przekręciłam zamek. Zanim zdążyłam się odsunąć, rozległ się łomot oraz stłumione warczenie. W tych odgłosach nie było nic ludzkiego. Bardziej przypominały… Właśnie. Co? To nie było podobne do niczego, co żyje.
   Usiadłam na krawędzi wanny, zanim rozdygotane nogi odmówiłyby mi posłuszeństwa. Serce biło mi jak oszalałe, a ręce drżały. Spojrzałam na świecznik, który nadal trzymałam w dłoni i ścisnęłam go. Jak na razie, była to moja jedyna broń.
   – Co tu się, do cholery, dzieje? – zapytałam się, chowając twarz w dłoniach.
   Zamiast odpowiedzi dostałam kolejną porcję skowytów zza drzwi. Dominika nieustannie uderzała w nie oraz, sądząc po dźwiękach, również drapała. Połączenie tych wszystkich odgłosów tylko wzmagało we mnie niemal paraliżujący lęk, a dłonie same zaciskały się na mosiądzu, jakby gotowe w każdej chwili się bronić.
   Poderwałam się na równe nogi, gdy nad głową usłyszałam łupnięcie, a potem krzyki kilku ludzi. W mieszkaniu żyjących wyżej Wilewskich również musiało dziać się coś złego. Przez kilka dłuższych chwil słyszałam przerażające piski kobiety, niemniej wypełnione strachem wrzaski mężczyzny i cichsze warczenie, które już dobrze znałam. Jasne było, że ktoś tam staczał właśnie walkę, która zakończyła się jeszcze głośnym piskiem i kilkoma walnięciami w podłogę.
   – To się nie dzieje naprawdę. – Pokręciłam głową, jakbym chciała obudzić się z koszmaru, do którego trafiłam. Gdy nic to nie dało, przeczesałam palcami włosy, mocno za nie pociągając. Ale nie mogłam się obudzić, bo wcale nie spałam.
   Podeszłam do małego okna i w momencie, gdy je otworzyłam, uderzył we mnie panujący na zewnątrz chaos. Krzyki, piski opon oraz klaksony aut, wyraźnie odznaczające się postaci, goniące za ludźmi – to wszystko działo się na mojej ulicy. Zobaczyłam, jak jakiś mężczyzna w czarnym płaszczu rzuca się na innego, przewraca go, przyciska do ziemi i potem…
   Zatrzasnęłam okno i odsunęłam się od niego tak, jak wcześniej od drzwi. Tym razem żołądek nie wytrzymał. Dopadłam do muszli, targana torsjami, próbując wyprzeć sprzed oczu obraz wgryzania się faceta w płaszczu w twarz powalonego nieszczęśnika.
   – To się nie dzieje – powtórzyłam, siadając na chłodnej podłodze.
   Instynkt samozachowawczy kazał mi wcisnąć się w jak najdalszy kąt łazienki i oczekiwać pomocy, ale rozsądek mówił wręcz przeciwnie. Coś się działo – coś złego i to było w moim bloku, na mojej ulicy, może i w całym Nowogrodzie. W głowie miałam już najczarniejsze wizje, w których przodowała moja śmierć.
   Ile uderzeń mogły wytrzymać niezbyt solidne drzwi ze sklejki, tym bardziej, że uderzenia te były miarowe i wcale nie słabnące? Jeżeli Dominika miałaby być tak zdeterminowana, jak do tej pory, to raczej niewiele.
   – Ogarnij się, Sasza – powiedziałam cicho, biorąc kilka głębokich wdechów. – Myśl. Myśl logicznie.
Byłam zamknięta w łazience, z oszalałą współlokatorką za drzwiami, najwyraźniej chcącą zrobić mi krzywdę, bez telefonu i możliwości wezwania pomocy, a jedyną moją bronią był świecznik. W wielkim skrócie: miałam przerąbane.
   Nagle stało się coś nieoczekiwanego. Nie wiedzieć dlaczego, walenie w drzwi ustało. Trwającą kilka sekund ciszę zdawało się mącić jedynie walenie mojego serca. Przełknęłam tkwiącą w gardle gulę, zbierając całą odwagę wstałam i podeszłam do drzwi. Dotarcie do nich dłużyło się w nieskończoność. Może się opamiętała? – pomyślałam, a zaraz po tym umysł podsunął mi kolejną myśl. – Albo umarła.
   Ledwie jednak położyłam dłoń na klamce i sięgnęłam do zamka, gdy w drzwi po drugiej stronie coś uderzyło, a warczenie wzmogło się. O wiele głośniejszy i bardziej szaleńczy łomot spowodował, że odskoczyłam do tyłu, zakrywając sobie usta dłonią. Wycofałam się pod przeciwną ścianę, mając wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. To COŚ, znajdujące się po drugiej stronie z całą pewnością nie było moją współlokatorką. Już nie.
   Odgarnęłam z twarzy luźne kosmyki włosów, które wydostały się spod gumki i wzięłam jeszcze jeden głęboki, drżący wdech. W wiszącym nad umywalką lustrze dostrzegłam swoje odbicie i z niesmakiem dostrzegłam krople krwi na swojej białej koszulce oraz czerwone smugi na twarzy. Chociaż przepełniały mnie one obrzydzeniem, nie miałam czasu się ich pozbyć.  Najważniejsze było to, bym wydostała się z potrzasku i znalazła pomoc.
   Oprócz drzwi, łazienka miała jeszcze jedno wyjście – okno. Co prawda balansowanie osiemnaście metrów nad ziemią nie należało do rzeczy, które koniecznie chciałam zrobić, ale nie miałam innego wyboru. Idąc po dość szerokim gzymsie, otaczającym blok, mogłam dostać się na swój balkon, a potem do salonu. Przy odrobinie szczęścia istniało prawdopodobieństwo, że uciekłabym z mieszkania, nim Dominika zdążyłaby się zorientować.
   – Do dzieła – powiedziałam, znów otwierając okno.
   Nie miałam lęku wysokości, ale odległość, dzieląca mnie od ziemi, mogła przerazić. Już w głowie gotowała mi się myśl, by porzucić ten niedorzeczny pomysł, gdy za moimi plecami rozległo się trzaśnięcie. W drzwiach, w okolicy górnego zawiasu, pojawiło się pękniecie. Kolejne uderzenie mojej współlokatorki powiększyło je, a na podłogę posypał się tynk z ramy.
   – Szlag by to! – syknęłam i jak najszybciej zaczęłam wychodzić na zewnątrz.
   Gdy postawiłam stopę na zimnym gzymsie, przeszedł mnie dreszcz. Jak najbardziej się dało, przyległam do ściany, kurczowo trzymając się parapetu. Starałam się nie myśleć o nieprzyjemnym w skutkach upadku, który niewątpliwie czekałby mnie, gdybym tylko popełniła jakiś błąd. Ślimaczym tempem zaczęłam przesuwać się w stronę balkonu, do którego odległość wydawała się być nieskończenie wielka. Nagłe powiewy wiatru nie ułatwiały mi balansowania na gzymsie i przy każdym mocniejszym podmuchu zastygałam w bezruchu, z całych sił zaciskając oczy oraz wstrzymując oddech. Byłam tak skupiona na utrzymywaniu równowagi, że nie usłyszałam huku, który towarzyszył wyważonym drzwiom.
   Byłam już w jednej trzeciej trasy, a od balkonu dzieliły mnie niecałe trzy metry, gdy na swojej prawej ręce poczułam ścisk. Dominika wychylała się z okna, usiłując przyciągnąć mnie do siebie. Szarpanie się na takiej wysokości nie mogło się skończyć dobrze. Jej tipsy boleśnie drapały moją skórę aż do krwi, a sama zaczęłam tracić równowagę. Próbowałam jeszcze uderzyć dziewczynę świecznikiem, ale przy drugiej, nieudanej próbie, ten walnął w ścianę i wypadł mi z ręki.
   – Od-pieprz się! – krzyknęłam wściekła. Adrenalina zrobiła swoje, zmuszając mnie do wybrania jedynego ratunku, przed moją oszalałą współlokatorką.
   Nie czekając dłużej, rzuciłam się w kierunku balkonu, mając już przed oczami wizję swojej śmierci na chodniku. Wyciągnęłam ręce przed siebie, dzięki czemu dosięgłam metalu, którego od razu się złapałam. Zawisłam uczepiona barierki, z sercem walącym ze strachu, kompletnie niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Dopiero po paru sekundach, gdy pojawił się ból w mięśniach, zaczęłam się wspinać. Udało mi się. Cudem, ale udało.
   Drzwi balkonowe były uchylone, co zapewne było zasługą mojej współlokatorki. W duchu dziękowałam, jej nałogowe palenie, idące w parze z zapominalstwem, przez które nigdy nie zamykała drzwi. Skradając się, przeszłam do kuchni, cały czas nasłuchując warczenia dochodzącego z łazienki. Przechodząc obok blatu, sięgnęłam po leżący na nim nóż. Mając go w dłoni, od razu poczułam się pewniej, ale nie byłam pewna, czy dam radę go użyć, nawet, jeżeli moje życie będzie zagrożone.
   Wróciłam do salonu. Już miałam pobiec w kierunku drzwi wyjściowych, gdy zobaczyłam wychodzącą na korytarz Dominikę. Dziewczyna na mój widok zawyła, od razu ruszając na mnie.
   Od wyjścia dzieliła mnie tylko kanapa, którą zamiast ominąć, chciałam przeskoczyć. Skok ten okazał się być na tyle nieudany, że upadłam, przy okazji przewracając stolik z lampą. Ledwie zdążyłam się unieść, gdy kątem oka dostrzegłam idącą na mnie współlokatorkę. W ostatniej chwili przewróciłam się na bok, dzięki czemu ta nie rzuciła się na mnie, a zderzyła z podłogą, czym w ogóle się nie przejęła. Nim zdążyła wznowić atak, podniosłam się, szukając upuszczonego przy upadku noża. Ten leżał w przedsionku korytarza. Podnosząc go nadepnęłam na kawałek szkła z rozbitej lampy, który boleśnie wbił mi się w stopę. Zawyłam z bólu, ale ścisnęłam rękojeść i trzymając ostrze przed sobą, wycofałam się. Dominika już wstawała.
   – Jeżeli mnie rozumiesz, to zostań tam, gdzie jesteś. Naprawdę nie chcę zrobić ci krzywdy – powiedziałam, będąc już prawie w kącie pokoju, zaledwie parę metrów od przedpokoju, od którego zostałam odcięta. Trzymając nóż tak, by moja współlokatorka go widziała, miałam jeszcze nadzieję, że się opamięta. – Cofnij się!
   Dziewczyna jednak nie posłuchała mnie i szła dalej, szczerząc przy tym zęby. Mimo, że oczy miała pokryte błoną, to miałam wrażenie, że widziała mnie doskonale. Warknęła, wyciągając po mnie ręce. Zamknęłam oczy, obiema dłońmi trzymając nóż. Zachwiałam się, czując nacisk na swoje ręce. Zobaczyłam przed sobą niewiarygodny obrazek. Dominika nadziała się na ostrze, które weszło po samą rękojeść w okolicy jej klatki piersiowej. Krew płynęła obficie i dziewczyna nie miała prawa stać na własnych nogach, a mimo to tak było.
   – Czym ty jesteś? – zapytałam, nie wierząc w to, co sama widziałam.
   W odpowiedzi dostałam kolejną porcję warknięć. Dominika zaciskała palce na moich przedramionach, próbując jeszcze bardziej się do mnie zbliżyć.
   W przypływie wściekłości, zdezorientowania i przede wszystkim krążącej w żyłach adrenaliny, kopnęłam współlokatorkę w brzuch. Dziewczyna upadła na podłogę. Przygniotłam ją do niej, zanim zdążyła wstać i unieruchomiłam jej obie ręce pod swoimi kolanami. Zaczęłam wbijać raz po raz nóż w klatkę piersiową Dominiki, lecz ona nie umierała.
   – Dlaczego. Nie. Umierasz?
   Ostatnie słowo przypieczętowałam wbiciem ostrza w lewe oko dziewczyny. Dopiero, gdy nóż przebił się przez oczodół, Dominika przestała walczyć i znieruchomiała. Umarła.
   Pozostawiając narzędzie zbrodni w głowie dziewczyny, zsunęłam się z niej, po czym odsunęłam się, jak najdalej mogłam. Gdybym nie miała pustego żołądka, pewnie bym znów zwymiotowała. Z obrzydzeniem spojrzałam na swoje dłonie, na których była krew.
   – Kurwa – jęknęłam, przecierając oczy, na które spłynął mi pot. Nie przyszło mi do głowy, że równie dobrze mogłam przy okazji rozmazać na twarzy krew.
    Na drżących nogach podeszłam do leżącego na podłodze telefonu by zadzwonić po pomoc. Szumiało mi w uszach, a podnosząc słuchawkę i wybierając numer działałam bezwiednie. Jakbym nagle znalazła się poza własnym ciałem. Dopiero głos automatycznej sekretarki nieco mnie otrzeźwił. Nie czekając dłużej, założyłam buty i wyszłam z mieszkania. Skierowałam się prosto do sąsiada z naprzeciwka – Arka.
   Arkadiusz Milewski mieszkał z matką w mieszkaniu naprzeciw i był ostatnią osobą, do której zwróciłabym się o pomoc, ale wtedy nie miałam innego wyjścia.
   Załomotałam w drzwi tak, że obudziłoby to zmarłego. Ta myśl najpierw wywołała u mnie uśmiech, a zaraz potem przerażenie. Przed chwilą właśnie zabiłam człowieka.
   – Kto tam? – usłyszałam nieufny, choć przerażony głos po drugiej stronie.
   – Sasza – odparłam krótko, opierając się o futrynę. – Potrzebuję… Potrzebuję pomocy.
   Oblizałam suche usta równie suchym językiem. Czekałam, aż Arek mi otworzy, każe spieprzać – zrobi cokolwiek. Ale w mieszkaniu panowała cisza.
   – Arek – powtórzyłam, już nieco zirytowana. – To naprawdę ważne. Coś się dzieje. Nie wiem co, ale Dominika…
   Rozległa się seria trzasków, a potem i pisk zawiasów. Z mrocznego przedpokoju wychyliła się biała twarz dwudziestotrzylatka.
   – O Boże. – Tylko tyle zdołał powiedzieć na mój widok, czemu się nie dziwiłam. Chłopak zlustrował mnie całą i choć zdawało się to być niemożliwe – zbladł jeszcze bardziej. – Czy to krew?
   Nie odpowiadając niemal siłą weszłam do mieszkania Arka, bo ten stałby tam jak słup soli, nie wiedząc, jak ma się zachować w takiej sytuacji.
   – Działa twój telefon? – zapytałam chwytając słuchawkę starego, stacjonarnego aparatu.
   – Linie są nieczynne – odparł, przekręcając zamki. Dopiero gdy wszystkie trzy zamknięte były na trzy spusty, podszedł do mnie. – Co się stało? To krew? Twoja?
   Na żadne z pytań nie odpowiedziałam. Obejrzałam się tylko na niego, obrzucając uważnym spojrzeniem.
   Był chudy i przy tym wysoki, ubrany w koszulkę z wizerunkiem Batmana, kraciaste spodenki i japonki. Przetłuszczone, jasne włosy miał związane w kucyk na karku, a jego okulary w cienkich oprawkach były trochę przekrzywione. Patrząc na Arkadiusza Milewskiego nie miało się wrażenia, że może on w czymkolwiek pomóc.
   – Czyja to krew?
   Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo wtedy rozległo się wycie karetki przejeżdżającej pod oknami bloku. Chwilę potem kolejnej. I następnej. I następnej. Znów poczułam ścisk w gardle oraz szybsze bicie serca. Odruchowo zacisnęłam prawą dłoń, jakbym chciała ścisnąć rękojeść noża. Zdegustowana rozprostowałam ją i szybko podeszłam do okna, odsuwając grube zasłony. Arek jęknął, pewnie chcąc mnie przed tym powstrzymać, ale było już za późno.
   Na ulicy było gorzej, niż wcześniej. Ludzie biegali, uciekając przed czymś w panice, auta blokowały drogę, taranując siebie nawzajem, a nad wszystkim tym próbowała zapanować policja. Bezskutecznie. Wyglądało to jak żywcem wyjęte z jakiegoś filmu o końcu świata. Coś się działo. Coś złego.
   – Wojna? – zapytał z nie dającym się ukryć lękiem Arek.
   Coś gorszego – pomyślałam. Chciałam zapytać o coś chłopaka, gdy zobaczyłam włączony cicho telewizor. Chwyciłam za pilot i pogłośniłam.
   Na wszystkich kanałach prezenterzy oraz dziennikarze mówili o fali agresji w całym kraju, kanibalizmie, a także ogólnej panice. Pokazywano nagrania z różnych miast w Polsce, gdzie ludzie uciekali przed nieznanym zagrożeniem. Widziałam zakrwawione ciała, ze śladami ugryzień, pożary, wielkie korki na ulicach, burdy. Wszędzie padało jedno słowo: zombie.
   Mało nie wybuchłam śmiechem. Gdyby nie to, że był koniec listopada, to pomyślałabym, że to primaaprilisowy żart. Zombie? Potwory z filmów? Nie, to niedorzeczność! Zombie to była fikcja, bajka stworzona do straszenia. Nie jest możliwe, by zmarli wrócili do życia.
   Na terenach wybuchów ognisk wirusa organizowane są masowe ewakuacje – mówił dziennikarz, stojący na tle ogarniętej paniką ulicy. – Służby porządkowe nawołują do opuszczenia miast i udania się we wskazane przez nich miejsca, gdzie utworzono ośrodki kryzysowe. Prosi się też o…
   Wtedy na ekranie pojawiła się wykręcona w spazmatycznych podrygach sylwetka mężczyzny, która szła w kierunku operatora kamery. Postać miała na twarzy czarne żyły, jego oczy pokryte były białą błoną. Kamerzysta krzyknął do stojącego na ekranie prezentera, by uciekał, ale ten zmarszczył brwi i gdy zobaczył zbliżające się zagrożenie – to było już za późno. Mężczyzna zacisnął zęby na nosie dziennikarza. Trysnęła krew, a krzyki pracowników telewizji zmieszały się ze sobą. Operator kamery rzucił ją na ziemię i wtedy ekran telewizora zniknął, a pojawił się komunikat o chwilowych problemach.
   – O Boże – jęknął Arek, odwracając wzrok.
   – To niemożliwe – powiedziałam, już po raz któryś kręcąc głową.
   Nagle krzyki z ulicy nasiliły się. Oboje poderwaliśmy się do okna, zupełnie nie gotowi na to, co mieliśmy zobaczyć.
   Przez drogę zaczął się przedzierać duży autobus. Szło mu to nawet całkiem nieźle, aż zakończył swą brawurową jazdę na ścianie budynku sklepu spożywczego. Młody policjant pobiegł z pomocą kierowcy. Funkcjonariusz otworzył drzwi, ale wtedy wyskoczyło na niego kilka ludzi, którzy wspólnie powalili glinę na ziemię, a potem zaczęli odgryzać mu kawałki ciała. Nie widziałam, co działo się dalej, bo Arek zaczął wystukiwać jakieś numery w telefonie.
   – Gdzie dzwonisz? – zapytałam.
   – Do mamy. Wyszła do sklepu. Cholera jasna! – syknął, gdy po paru próbach połączenia się z kimś nic z tego nie wynikło. – Nie ma zasięgu.
   To, co się działo, było jakimś chorym snem, z którego nie mogłam się obudzić. Arek dalej próbował połączyć się z matką, komentując przy tym głośno swoje porażki, a ja stałam wpatrzona w akcję rozgrywającą się za oknem. Na ulicy utworzył się korek złożony z kilkunastu aut, które chciały przedostać się dalej, ale inne stały im na drodze. Syreny służb porządkowych mieszały się z klaksonami samochodów oraz krzyków ludzi tworząc przerażającą symfonię, która budziła we mnie dreszcze. To się nie dzieje – pomyślałam, zamykając na chwilę oczy i mając nadzieję, że gdy je otworzę, to znajdę się w swoim łóżku, ale nic takiego się nie stało.
Wtedy, jak obuch, uderzyły we mnie dwie myśli – Katia i Rob.
   – Muszę wrócić do mieszkania – powiedziałam, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że przez cały czas wbijałam paznokcie w przedramię.
   – Pójdę z tobą – powiedział tonem godnym prawdziwego obrońcy. Niestety, w jego wydaniu nie wyszło to zbyt przekonująco.
   Nie chciałam brać Arka ze sobą, tym bardziej, że nadal było tam ciało Dominiki. Wiedziałam jednak, że chłopak nie odpuści. Był przerażony zaistniałą sytuacją, więc trzymanie się razem było w jego mniemaniu najrozsądniejsze.
   Przekradając się przez klatkę schodową dotarliśmy do mojego mieszkania. Podczas gdy Arek zamykał drzwi zaledwie jednym zamkiem w moich drzwiach, ja szybkim krokiem przeszłam przez salon do mojego pokoju. Starałam się nie patrzeć na zwłoki współlokatorki, ale mój wzrok cały czas uciekał w tamtą stronę. Wyobraźnia podsuwała mi obrazki, w których ta się podnosiła, a ja znów musiałam toczyć z nią walkę, tylko tym razem miałam przegrać.
   – O cholera! – Usłyszałam pełen obrzydzenia głos Arka, a potem jego szybkie kroki.  Sądząc po dźwiękach – zwymiotował.
   Chwyciłam za swoją komórkę i na ekranie zobaczyłam trzy nieodebrane połączenia od Katii oraz dwa od Roba. Natychmiast wybrałam numer do siostry.
   – Odbierz, Katiusza – mruknęłam, schylając się pod łóżko i wyciągając spod niego plecak. – Odbierz, do cholery!
   W końcu w słuchawce rozległ się głos mojej siostry.
   – Sasza? O Boże. Jak dobrze, że zadzwoniłaś. Bałam się, że ty też… – mówiła na wpół płacząc. Ciągle słyszałam, jak pociąga nosem.
   – Nic mi nie jest – starałam się powiedzieć to pewnie i spokojnie, ale mój głos również drżał. – Jestem bezpieczna.
   Na razie – dodałam w myślach.
   – Co się dzieje? Wiesz coś? Na ulicach są ludzie… Oni…
   – Posłuchaj – przerwałam siostrze. – Niech Piotrek was stamtąd zabierze. Najlepiej na wieś. Gdziekolwiek, tylko z dala od ludzi i dużych miast, słyszysz?
   – Nic nie rozumiem – załkała. W tle usłyszałam płacz siostrzeńca oraz podniesiony głos Piotra. – Wiesz, co się dzieje?
   – Nie. – Podeszłam do okna.  Rozgrywający się horror nie ustawał. – Ale będzie gorzej.
   Predchuvstviye?– zapytała. Oczyma wyobraźni zobaczyłam, jak się przy tym uśmiecha.
    Predchuvstviye – przytaknęłam, również się uśmiechając, po czym dodałam: – Neschast'ya, kotoryye predchuvstvuyut, pochti vsegda sluchayutsya.
   Rzadko miałam okazję mówić w swoim rodzimym języku, a jeśli już, to tylko z siostrą. Ona była jedyną moją rodziną.
   – Gdzie się spotykam? Mamy po ciebie przyjechać? – zapytała.
   Wyjrzałam przez okno. Ludzie, zombie, czy cholera wie, co to właściwie było, w coraz większej ilości pojawiało się na ulicy. Łatwo dało się ich dostrzec wśród tłumu. Zazwyczaj byli dotkliwie poranieni, niekiedy ich wnętrzności wylewały się z brzuchów. Na chodnikach leżały ciała, wszędzie była krew, jęki i skowyty… Śmierć. Wszechobecna śmierć. Gdyby mojej rodzinie coś się stało, gdy ci próbowaliby mnie ratować, nie wybaczyłabym sobie tego.
   – Nie. Nie przyjeżdżajcie – powiedziałam twardo.
   – Sasza…
   – Nie. Dam sobie radę. Jak zawsze. Zaufaj mi.
   Katia milczała dłuższą chwilę, podczas której nie ruszyłam się z miejsca i wciąż patrzyłam na rozgrywający się na zewnątrz horror. Wciąż czułam strach oraz dezorientację, ale nie mogłam się im poddać. Wtedy, najważniejszym było, bym ratowała siebie i swoich najbliższych. A w tym wypadku został mi jeszcze Rob.
   – Uważaj na siebie, Taszka – odezwała się w końcu Katia cichym, drżącym głosem.
   – Wy też. Odnajdziemy się później.
   Bardzo starałam się wierzyć we własne słowa, ale przeczucie mówiło mi, że raczej tak nie będzie. Ale przecież nie mogłam tego powiedzieć siostrze, choć miałam wrażenie, że ona czuje tak samo.
   Uvidimsya pozzhe, sestrapowiedziała i już nie miałam wątpliwości, że płacze.
   Uvidimsyaodparłam, przymykając oczy, nim te zaszkliłyby się od łez. Nienawidziłam płakać. – Kocham cię.
   – Ja ciebie też.
   Zakończyłam połączenie, nim rozpłakałabym się na dobre i wzięłam głęboki wdech. Myśl o tym, że mogłam już nigdy nie zobaczyć swojej rodziny nie była łatwa.
   – Wszystko gra? – Arek, nie wiadomo kiedy, pojawił się w moim pokoju.
   – Tak – skłamałam, odwracając wzrok. Ten trafił na stojące na biurku zdjęcie. Przedstawiało ono Katię i mnie sprzed dwóch lat. Widząc nas obie razem ciężko było stwierdzić, że byłyśmy siostrami. Różniło nas niemal wszystko – od wzrostu, po kolor włosów. Podczas gdy ja byłam wysoką brunetką o szczupłej sylwetce, Katia miała filigranową figurę i była blondynką. Jedynie oczy miałyśmy takie same – duże i szare. W dzieciństwie wielokrotnie słyszałam, że ona wdała się w naszą mamę, a ja w ojca. Tego nienawidziłam. Posiadanie jakichkolwiek wspólnych cech z tym człowiekiem mi uwłaczało.
   – Saszo?
   – Hm? – Spojrzałam na Arka.
   – Pytałem, co zamierzasz.
   Zagryzłam policzek, podchodząc do szafy. Wyjęłam z niego ubrania i mijając Arka, ruszyłam do łazienki. Widząc roztrzaskane drzwi, chciałam się wycofać, ale zaraz skarciłam się za to. Naprawdę nie miałam czasu na panikowanie.
   – Muszę się przebrać, a potem pomyślę – oznajmiłam chłopakowi. Ten zmieszał się, ale skierował się do salonu, dając mi choć trochę prywatności. 
   Nim się ubrałam, zmyłam z rąk i twarzy krew oraz opatrzyłam skaleczenie na stopie. Rana ta nie była poważna, ale nieco doskwierała podczas chodzenia. Zakładając czarne spodnie oraz równie czary golf, zastanawiałam się, co właściwie zamierzam zrobić. Próbowałam dodzwonić się do Roba, ale zasięg pojawiał się i zaraz znikał, więc przestałam próbować, nie chcąc rozładować komórki.
   Rob był moim przyjacielem od niemal zawsze. Traktowałam go jak brata, a jego rodzinę jak swoją. Zależało mi na nim niemniej, niż na Katii, ale z tą różnicą, że jego miałam zamiar odnaleźć. On był w Nowogrodzie, o czym miałam pewność.
   Wróciłam do pokoju i do plecaka wrzuciłam kilka koszulek, latarkę z zapasem baterii oraz nóż, który kupiłam kilka miesięcy wcześniej. Była to niemiecka broń survivalowa, wykonana z czernionej stali. Trzydziestopięciocentymetrowe ostrze było z jednej strony ząbkowane, a z drugiej niesamowicie ostre. Gdy go nabyłam, co zrobiłam pod wpływem impulsu, nie sądziłam, że będzie dane mi go użyć. A tym bardziej w takich okolicznościach.
   Przypinając pochwę z nożem do paska, wyszłam z pokoju, lecz zaraz do niego wróciłam. Wyjęłam zdjęcie z siostrą z ramki i schowałam je do plecaka.
   – Zawsze spadam na cztery łapy – powiedziałam do siebie.
   Arek stał w kącie salonu, blady tak, jak jeszcze nigdy i patrzył na ciało Dominiki. Widząc ją znów poczułam wyrzuty sumienia, które zaraz stłamsiłam. Musiałam się bronić. Nie miałam innego wyjścia – tłumaczyłam sobie. Kocem przykryłam jednak ciało współlokatorki – tyle chociaż mogłam zrobić.
   – Była… taka? – Arek skinął głową w stronę okna.
   – Tak – odparłam. – Ale dlaczego?
   Zakrywając twarz dziewczyny zobaczyłam na jej barku opatrunek, który odsłoniła koszulka. Ostrożnie odkleiłam plaster i moim oczom ukazał się półokrągły ślad, wyglądający jak odcisk zębów. Zmarszczyłam brwi, próbując poukładać sobie te wszystkie nowe rzeczy. Kto ugryzł Dominikę? Czy zrobił to jeden z zombie? Jeśli tak, czy oznaczało to, że w ten sposób można było stać się jednym z nich?
   – Wychodzisz?
   – Wynoszę się stąd – odparłam. Z lodówki wyjęłam wszystkie konserwy, jakie w niej były oraz dwie butelki wody. – I tobie radzę to samo. Niedługo zrobi się jeszcze niebezpieczniej.
   – Skąd…
   Arek nie dokończył pytania, gdy przerwał mu głośny huk, a potem kilka następnych. Odruchowo skuliliśmy się, ale na szczęście sufit nie posypał nam się na głowy. Kilka ulic dalej, nad dachami budynków unosił się czarny dym. W tamtym miejscu znajdowała się stacja benzynowa, więc nietrudno było się domyślić co się stało. To tylko ponagliło mnie do jak najszybszego opuszczenia mieszkania i ucieczki z miasta.
   – Chcesz uciec? Sama? Dokąd? – Arek złapał mnie za ramię, zatrzymując w miejscu. – Tam jest niebezpiecznie.
   – Nie będę siedziała i czekała bezczynnie aż przyjdą tu tamci. – Wskazałam na okno. – A przyjdą tu na pewno. Prędzej, czy później.
   Arek więcej nie oponował. Pewnie wiedział, że nie ma co mnie dłużej przekonywać. Byłam zdeterminowana i nic nie było w stanie mnie zatrzymać w tym mieszkaniu.
   Kierując się do wyjścia obejrzałam się na ciało Dominiki. Ogarnął mnie smutek, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłam. Nie był on jednak spowodowany śmiercią współlokatorki, a losem, jaki ją spotkał. Pomyślałam o jej rodzicach, którzy nie mieli pojęcia, co się z nią działo. Tak samo, jak ja, myśląc o Katii.
   Stojąc na klatce, zamknęłam drzwi na klucz, a ten schowałam pod wycieraczkę. Nie miałam pewności, czy kiedyś nie będę musiała tam wrócić. Co prawda dla szabrownika drzwi nie stanowiłyby problemu, ale dla mniej bojowa osoba mogłaby sobie odpuścić. 
   – Powinieneś iść ze mną. – Spojrzałam na Arka.
   – Nie mogę. – Szybko pokręcił głową. – Mama może wrócić. Muszę być w domu. Rozumiesz…
   Przytaknęłam, choć nie byłam pewna, czy chłopak na serio myśli tak, jak mówi, czy po prostu się boi. Nie wnikałam. Przemilczałam też fakt, że jeśli pani Milewska była na zewnątrz, gdy to wszystko się zaczęło, to miała niewielkie szanse na przeżycie.
   – Więc – odwróciłam się do chłopaka, wyciągając w jego stronę zaciśniętą pięść – do zobaczenia.
   – Oby – odparł, przybijając mi „żółwika”.
   Nie oglądając się, zbiegłam po schodach na dół, nim jeszcze bym się rozmyśliła. Chwilę potem usłyszałam pisk i trzask zamykanych drzwi, niosący się echem po klatce. Naprawdę miałam nadzieję, że Arek sobie poradzi. Nie przepadałam za nim, ale też nie życzyłam mu źle.
   Będąc na parterze, zobaczyłam siekierę w szklanej gablocie, tuż obok gaśnicy. Z braku klucza, musiałam wybić szybę stojącą na parapecie doniczką. Szkło posypało się na podłogę, a ja swobodnie wyjęłam broń. Siekiera była trochę ciężka, ale poręczna. Wydawała się być dobrą bronią przeciw zombie.

   Gdy już miałam wyjść z bloku, usłyszałam krzyki dochodzące z mieszkania obok. Mieszkali tam państwo Maliccy wraz z dziećmi. Rozpaczliwe, kobiece wołania o pomoc, trzaski i łomoty mieszały się z przerażonymi piskami siedmioletniego chłopca oraz niespełna dwuletniej dziewczynki. Najpewniej mieli tam jednego z NICH. Krzyki wzmogły się, aż przeszły mi ciarki. Ruszyłam po schodach na dół, starając się wypełnić głowę czymś innym, niż obrazami pożeranych żywcem dzieci i ich matki.