wtorek, 12 grudnia 2017

ROZDZIAŁ 7 - EGOISTA (ADAM)


Rozdział miał pojawić się wczoraj, ale przez półfinał The Walking Dead i moje załamanie związane z ostatnią sceną nie miałam głowy do niczego. Dlatego też następny rozdział TLD pojawi się w następnym tygodniu, bo muszę wygospodarować czas na napisanie, a w ostatnim czasie w ogóle go nie mam. 

Ten rozdział jest trochę taki przejściowy, ale ważny przez kilka momentów. Ciężko mi szło z pisaniem niektórych scen, więc mogą wyglądać trochę dziwnie, ale chodzi tu o sam sens ;) 

~~~

1
   - Zatrzymajmy się gdzieś tutaj – powiedziałem do Waldka, gdy przejeżdżaliśmy przez oddaloną od reszty świata wieś.
   - Na pewno? – zapytał niepewnie.
   - Tak. Odpoczniemy przez noc i rano ruszymy dalej – odparłem klepiąc go w ramię.
   Wioska ta wyglądała na spokojną. Wyludnioną. Większość domów, które mijaliśmy, miało pootwierane drzwi, a po podwórkach walały się zarówno ubrania, jak i różne sprzęty. Na ulicy, czy chodniku leżało też kilka ciał, które zdążyły już pokryć się szronem.
   Waldek przejechał jeszcze kawałek, aż natrafiliśmy na dom idealnie się nadający do chwilowego osadzenia. Otoczony był przez wysoki, betonowy płot i znajdował się w oddaleniu od reszty budynków. Dzięki drugiemu piętru moglibyśmy mieć oko na okolicę.
   - Tutaj – powiedziałem.
   Zaraz po wyjściu na zewnątrz, omiótł mnie lodowaty podmuch i od razu zatęskniłem za ciepłym wnętrzem busa. Dziewczyny objęły się za ramiona, chowając głowy w kapturach, a pozostali starali się nie szczękać zbyt głośno zębami.
   - Ale pizga – Reszka powiedział na głos to, o czym wszyscy myśleliśmy.
   - Wchodzimy? – zapytała Zuza, rozcierając dłonie.
   - Waldek i ja sprawdzimy najpierw, czy w środku jest bezpiecznie – powiedziałem.
   - Ej! A ja? – zbulwersował się Reszka.
   - Dopiero co urżnęło ci ucho – odparłem.
   - A ty dostałeś kosę w brzuch – odgryzł się.
   Odruchowo położyłem dłoń na ranie, która już od paru godzin mi dokuczała. Nic jednak nie mówiłem, bo to był najmniejszy problem w tym momencie.
   - Ja się trzymam. Ty ledwo co stoisz. Pójdziemy we dwóch.
   - Idę i koniec tematu – Reszka podszedł do bramy. Nie miałem sił się z nim wykłócać, więc ustąpiłem.
   - Ja też idę – powiedziała Zuza, wyciągając z busa strzelbę i pierwsza ruszyła do bramy.
   Tą dziewczyna nie dało się kierować. Robiła to, co chciała, nie słuchała nikogo, a działała przy tym tak, że nie dało się jej nic zarzucić. W pewnym stopniu przypominała mi Saszę, która również była zdeterminowana i odważna.
   Choć cały czas mówiłem sobie, że Sasza nie zginęła, to coraz mniej w to wierzyłem. Widok tego, jak wpada do wody i znika upewniał mnie w tym, że nie mogła tego przeżyć. A ja byłem temu winny. Ściągnąłem ją na most w nadziei, że pomoże mi zakończyć rządy Wiksy. Co ja sobie wtedy myślałem?
   Weszliśmy na podwórko, które było dość sporym terenem. Widać było, że mieszkały tam dzieci, o czym świadczyły porozrzucane wszędzie zabawki, mały plac zabaw z piaskownicą oraz huśtawka na drzewie. Była też tam buda z psem na łańcuchu. Zwierze było martwe. Zdechł z głodu – pomyślałem, widząc wystające żebra i ślady pazurów na ziemi. Próbował się zerwać.
   - Zapukamy? – zapytał Reszka, by nieco rozluźnić napiętą atmosferę.
   - Niegłupi pomysł – powiedziałem, ku zdziwieniu wszystkich. – Jeżeli w środku są jakieś zombie, to hałas je zwabi.
   Uderzyłem kilka razy pięścią w drzwi i odczekałem chwilę. Nikt się nie pojawił i nie było też słychać, by ktokolwiek był w środku.
   - Waldek i Reszka – powiedziałem do kompanów – sprawdźcie górę. Zuza i ja weźmiemy dół.
   Nie usłyszałem słów sprzeciwu, ale dostrzegłem pełne wyrzutów spojrzenie Reszki. Rozumiałem, że chciał poprzebywać z rudowłosą sam na sam, ale nie chciałem ryzykować, że ta strzeli mu w głowę i powie, że uznała go za zombie. Nie to, że uważałem, że ma złe zamiary, ale nachalność chłopaka mogła się w końcu źle dla niego skończyć.
   Pierwszym pokojem, do którego weszliśmy, był salon. Miejsce to było dość duże i pełniło też funkcję jadalni. Na środku stały dwie kanapy, ustawione do siebie pod kątem, naprzeciw nich wisiał telewizor, a w rogu znajdował się kominek. Na drugim końcu postawiony był długi stół z ośmioma krzesłami. Tuż obok niego znajdowały się kolejne drzwi, do których zmierzaliśmy.
   Przechodząc obok komody, mój wzrok przyciągnęły poustawiane na niej ramki ze zdjęciami. Przedstawiały one ośmioosobową rodzinę – rodziców i sześć córek, z czego najstarsza wyglądała na około szesnaście lat, a najmłodsza miała najwyżej dwa latka.
   - Szczęśliwa rodzinka – skomentowała Zuza.
   - Może się im udało – zastanowiłem się na głos.
   - Może – powtórzyła dziewczyna, wychodząc z salonu.
   Znaleźliśmy się w krótkim korytarzu, który musiał znajdować się tuż za schodami. Z niego przeszliśmy do kuchni. To pomieszczenie wyglądało, jakby przeszło przez nie tornado. Szafki były pootwierane, na podłodze leżało rozbite szkło oraz sztućce. Panujący tam rozgardiasz sprawił, że obudziło się we mnie uczucie niepokoju. Jeszcze bardziej wzmogło je chrobotanie, dochodzące z kremowych drzwi na końcu kuchni.
   Wymieniłem spojrzenia z Zuzą, a ta skinęła mi głową. Stąpając ostrożnie ruszyliśmy w tamtą stronę, trzymając bronie w pogotowiu. Rudowłosa stanęła za drzwiami i położyła dłoń na klamce, a ja zatrzymałem się dokładnie naprzeciw wejścia. Odliczyłem do trzech i wtedy Ruda otworzyła drzwi, a ja cały się spiąłem, gotowy w każdej chwili strzelić.
   Jednak to, co znajdowało się w niewielkiej komórce odebrało mi wszystkie siły.
   Była to ta sama, mała dziewczynka, którą widzieliśmy na zdjęciu. Leżała na podłodze związana i zakneblowana dość długo przed śmiercią. Świadczył o tym zapach fekaliów oraz pionowe kreski na dole drzwi. Próbowała się wydostać – pomyślałem, czując ścisk w gardle. Mała umarła zapewne z powodu rany na przedramieniu, owiniętym dość grubo bandażem, przez który i tak przebiła się krew.
Usłyszałem za sobą łkanie Zuzy, które zostało szybko stłumione. Dziewczyna odeszła na bok, pozostawiając mnie z małą, przemienioną dziewczynką.
   Wziąłem do ręki leżący na blacie nóż i ukląkłem przed małą, zachowując bezpieczną odległość. Dziewczynka zaczęła powoli przesuwać się w moim kierunku, gryząc włożony między zęby materiał. Związane ręce starały się mnie dosięgnąć, ale bezskutecznie.
   Przyjrzałem się jej brzydkiej już twarzy, starając się zapamiętać ten widok w jak najdrobniejszych szczegółach. Duże, białe oczy w zapadniętych oczodołach, przebijające się przez cienką jak papier skórę kości, zielonkawo-żółta cera, rzadkie, jasne włosy. Najbrutalniejszy obraz tego świata.
Złapałem dziewczynkę za głowę i przycisnąłem ją do podłogi. Jednym, szybkim ruchem wbiłem ostrze w skroń zombie, bez większego oporu przebijając cienką kość. Mała znieruchomiała.
   - W porządku? – zapytałem Zuzę, zaraz po tym jak wyciągnąłem nóż.
   Ruda patrzyła oczami pełnymi łez na dziewczynkę. W milczeniu pokiwała głową i ze złością otarła łzy.
   - Nie chciałam już więcej tego oglądać – powiedziała drżącym głosem. Musiała zauważyć moją zdziwioną minę, bo zaraz dodała. – Już widziałam jak dzieci ucierpiały przez to cholerstwo. To było na samym początku. Spotkaliśmy kobietę. Miała niemowlę na rękach i ono…
   Głos załamał jej się, ale nie wybuchła płaczem. Wzięła głęboki wdech, patrząc w górę.
   - Przykro mi – powiedziałem, bo nic innego nie przychodziło mi w tamtym momencie do głowy.
   Nagle usłyszeliśmy huk wystrzału. Zuza pierwsza wybiegła z kuchni i popędziła schodami na górę, a ja zaraz za nią. Znaleźliśmy się na piętrze, gdzie wzdłuż długiego korytarza ciągnęły się dwa rzędy drzwi. Ruszyliśmy prawie na sam koniec, skąd dochodziły krzyki Waldka i Reszki.
   Pokój, do którego weszli, był zaciemnionym pomieszczeniem bez żadnych innych mebli, niż łóżka. Leżała na nim kobieta, której ręce i nogi przywiązane były do metalowych oparć. Ona również była przemieniona. Kłapała zębami w stronę leżącego na podłodze Reszki, który trzymał oburącz strzelbę. Wymierzona była ona w ciało mężczyzny, który wpół leżał pod przeciwną ścianą. Nad jego głową powoli spływała ciemna krew z kawałkami mózgu i czaszki.
   - Co się stało? – zapytałem, nie mogąc oderwać wzroku od białych oczu mężczyzny, które zdawały się być zwrócone ku Reszce.
   - Zaatakował go – wyjaśnił krótko Waldek. – Weszliśmy, a on się na niego rzucił.
   - Prawie mnie ugryzł – powiedział Reszka, z przerażeniem patrząc na rozerwany rękaw swojej kurtki. – Kurwa. Prawie mnie ugryzł.
   Zuza minęła nas i podeszła do wciąż szarpiącej się przemienionej. Za pomocą swojego noża przebiła jej oczodół, po czym zmrużyła oczy i wyjęła coś, co wcześniej schowane było w fałdach pościeli. W dłoni trzymała białą buteleczkę.
   - Środki nasenne – powiedziała. – Chciał umrzeć ze swoją żoną.
   - To coś mu nie wyszło – mruknął ze złością Reszka i wstał z podłogi.
   - Sprawdźmy resztę pomieszczeń – powiedziałem, wycofując się z pokoju. Przebywanie w towarzystwie tych trupów działało na mnie depresyjnie. – Tylko bądźcie ostrożni. W tym domu mieszkało osiem osób.
   Razem z Zuzą przeszliśmy do sąsiedniego pomieszczenia, które było pustą sypialnią trzech dziewczynek. Świadczyły o tym różowe ściany, lalki oraz plakaty boysbendów. Reszka i Waldek w tym czasie zaglądnęli do gabinetu, który również był pusty. Kolejne dwa pokoje były także sypialniami, ale nie zastaliśmy tam żadnych martwych dziewczynek.
   - Może umarły wcześniej – podsunął Reszka.
   - Albo udało im się w porę uciec – skontrowała Zuza, posyłając chłopakowi karcące spojrzenie.
   - Mniejsza z tym – powiedziałem, chcąc zdusić wiszącą w powietrzu kłótnię w zarodku. – Dom jest bezpieczny. Wyniesiemy ciała i będziemy mogli sprowadzić resztę.
   - Chyba pochować – mruknęła Zuza. – Chociaż tyle się im należy, prawda?
   Zacisnąłem usta i tylko skinąłem głową. Byłem zmęczony. Marzyłem tylko o położeniu się do łóżka, a nie kopaniu grobów. Jednak Zuza miała rację. To im się należało.

2
   Ziemia była zmarznięta, dlatego ostatni grób wykopaliśmy, gdy było już ciemno. Po wszystkim, wróciliśmy razem z Reszką i Waldkiem do domu, gdzie przywitało nas przyjemne ciepło bijące z kominka oraz zapach jedzenia. Zziajany i zmarznięty opadłem ciężko na kanapę.
   Siedziałem tak, słuchając opowieści Reszki, a w rzeczywistości w ogóle nie rozumiejąc z tego ani słowa. Jego słowa do mnie nie trafiały, a jedynie pochłonął mnie klimat otoczenia. Ciepło, bezpieczeństwo, beztroska – wszystko to, czego w ostatnim czasie mi brakowało.
   - No proszę! – głośniejszy głos Waldka wyrwał mnie z tego przyjemnego stanu. Wszyscy obejrzeliśmy się na niego. Stał przy otwartym barku, wypełnionym różnymi butelkami z alkoholem. – Pan domu miał gust. Ktoś chce?
   - Stary, pytasz? – burknął Reszka.
   - Jeżeli jest tam jakaś porządna whisky, to poproszę – powiedział Rysiek.
   - Whisky, brandy, burbon – od koloru, do wyboru – Waldek postawił na stoliku przed nami butelkę z bursztynowym płynem. – A ty, Adaś?
   - Raczej odpuszczę – powiedziałem. – Ktoś musi trzymać wartę, gdy wy będziecie się staczać.
   - No wiesz? – Waldek prychnął, marszcząc brwi.
   - Innym razem.
   Nie przepadałem za alkoholem. Owszem, czasem zdarzało mi się wyskoczyć na piwo czy napić wódki, ale były to jednorazowe przypadki. Moja słaba głowa nie pozwalała mi na więcej.
W sumie nawet nie żałowałem, że ominęła mnie ta impreza. Widząc, jak wszyscy upijają się coraz bardziej i coraz trudniej utrzymać się im na nogach, poczułem nawet ulgę. Gdybym i ja dał się wciągnąć, stalibyśmy się bezbronni jak dzieci.
   Gdy Zuza zaczęła siłować się na rękę z Reszką, przy głośnym dopingowaniu mocno pijanego Ryśka oraz pochrapywaniu Waldka, wyszedłem z salonu i skierowałem swoje kroki na górę. Musiałem trochę odpocząć od tych oparów alkoholu, bo miałem wrażenie, że i na mnie zaczynają one działać.
   Lubiłem tych ludzi. Naprawdę ich lubiłem. Podobno innego człowieka można poznać dopiero wtedy, gdy się on upije, więc moi towarzysze byli świetni. Ten świat nie zdążył ich jeszcze zniszczyć.
Minąłem pokój, gdzie znaleźliśmy ciała małżeństwa, i wszedłem do gabinetu. Stamtąd był widok prosto na ulicę, więc mogłem poobserwować okolicę.
   Przysunąłem sobie obrotowe krzesło pod samo okno i odchyliłem się na nim. Butelkę z resztką whisky, którą zgarnąłem ze stołu, postawiłem na parapecie. Musiałem przemyśleć parę spraw, a nie dało się tego zrobić na trzeźwo.
   Czego właściwie szukałem w klasztorze? Max tam był, ale po naszym ostatnim spotkaniu, gdy znaleźliśmy się po dwóch przeciwnych stronach, potraktował mnie jak wroga. Po tym wszystkim, co razem przeżyliśmy, on uznał mnie za jednego z ludzi Wiksy. Uwierzył, że mógłbym go zdradzić.
   - Brat – prychnąłem, biorąc porządny łyk whisky. Alkohol zapalił mnie w gardle i wycisnął łzy z oczu.


   Czy na pewno chciałem tam pojechać i prosić Maxa o przebaczenie? Tłumaczyć mu się z czegoś, czego nie zrobiłem? No i pewnie dotarli też tam ci ludzie, których zaatakowaliśmy najpierw na posterunku, a potem w magazynie. Zuza powiedziała mi, że ich przywódca – Rob – zamierzał tam się osiedlić.
   - On też nie będzie czekał z rozłożonymi rękami – powiedziałem, biorąc kolejny łyk. Tym razem smakował lepiej.
   Na co mogłem więc liczyć? Klasztor był dla mnie zamknięty. Byłem zdrajcą. Waldek, Reszka, Rysiek i Daria mieli większe szanse, by móc tam zostać. Byli tylko tłem w grze, która od początku toczyła się między Wiksą, klasztorem, a mną.
   Gdyby była tam Sasza, pewnie wszystko potoczyłoby się inaczej – pomyślałem gorzko. A ona nie żyła. Ta prawda po raz pierwszy dotarła do mnie w całości i z pełną siłą. Myśli, z którymi starałem się walczyć, w końcu przyjąłem do wiadomości.
   - Sasza nie żyje – powtórzyłem na głos i wzniosłem toast do widoku za oknem.
   Opróżniłem butelkę prawie do dna, gdy usłyszałem kroki na korytarzu.
   Poderwałem się na krześle, chwytając za broń, ale wtedy do gabinetu weszła znajoma postać.
   - Wow – Uniosła obie ręce w obronnym geście i zachichotała. – Tylko nie strzelaj. Jestem nieuzbrojona.
   - Więc masz prawo zachować milczenie – odparłem, nieco kąśliwie. Daria jednak tego nie zauważyła, albo zignorowała.
   - Co tu robisz? Sam? – zapytała, siadając na parapecie. Przez przypadek trąciła nogą butelkę, która przewróciła się z brzdękiem. – Wiesz, co się mówi o piciu w samotności?
   - Że to jak sranie w towarzystwie? – uśmiechnąłem się lekko.
   - Właśnie – Dziewczyna splotła ręce na piersi. – A więc?
   Spojrzałem na widok za oknem. Ciemne budynki były słabo widoczne przez mrok, który rozświetlał jedynie półokrągły księżyc. Ciężko mi by było dostrzec jakiekolwiek zombie, nawet jeśli te by rzeczywiście się pojawiły. Na razie było jednak spokojnie.
   - Myślę – powiedziałem.
   - Można wiedzieć, o czym?
   Westchnąłem  i odchyliłem się na krześle.
   - O ludziach, których straciłem. O osobie, której nie zdążyłem nawet dobrze poznać i już nie będę miał ku temu okazji.
   - Nie żyje?
   - Tak – odparłem bez wahania. Musiałem w końcu przyjąć tą prawdę do wiadomości.
Daria odgarnęła swoje włosy, wkładając luźne pasma za ucho. Gdy tak na nią patrzyłem, zobaczyłem, że to naprawdę ładna dziewczyna. Waldek miał szczęście.
   - Kochałeś ją? – zapytała. Ta kobieca intuicja.
   - Nie. Raczej nie. W sumie, to sam nie wiem.
   Daria przygryzła wargę i zerknęła w kierunku drzwi. Ja również spojrzałem w tamtym kierunku, ale nikogo nie zauważyłem. Gdy ponownie odwróciłem się w stronę dziewczyny, ta bezceremonialnie usiadła mi na kolanach i pocałowała mnie. Byłem tak tym zaskoczony, że nawet nie zareagowałem. Potem jednak wypity alkohol oraz starania Darii przyniosły spodziewany efekt.
   - Mogę ci pomóc o niej zapomnieć – powiedziała, gdy na moment oderwała się od moich ust. Jej ciepły oddech omiótł moją twarz.
   Nie powinienem był. Daria była dziewczyną Waldka, a on był moim kumplem. Może nawet przyjacielem. Wbijałem mu tym sztylet w plecy, ale w tamtej chwili myślałem tylko o sobie. Byłem egoistą, ale potrzebowałem tego. Musiałem zapomnieć. Zresetować się.
   Byłem egoistą.
   Cholernym egoistą.

3
   Z samego rana, ku niezadowoleniu wszystkich, którzy poprzedniego wieczora postanowili zanadto się zrelaksować, zaczęliśmy przygotowywać się do drogi.
   Przeszukaliśmy dom, znajdując trochę jedzenia, zmieniliśmy ubrania i zabraliśmy kilka koców. W garażu zastaliśmy też samochód, ale nie miał on paliwa. Postanowiliśmy nie zmniejszać i tak niewielkiego zapasu  w baku busa, dla trochę więcej wygody w volkswagenie. Ciśnięcie się w busie i podskakiwanie na każdym wyboju mogłem przeboleć, mając chociaż pewność, że dojedziemy do klasztoru w jednym kawałku i razem.
   Tak. Postanowiłem przyjechać do klasztoru, choćby i tylko po to, by zaraz zostać z niego wyrzuconym. Chciałem mieć pewność, że moi towarzysze znajdą tam bezpieczną przystań. Mogłem nawet wziąć wszystkie oskarżenia na siebie, jeśliby zaszła taka potrzeba.
   - To już chyba wszystko – powiedział Waldek, otrzepując ręce po ustawieniu rzeczy w busie tak, by zrobić nam więcej miejsca.
   - Świetnie – odparłem, nawet na niego nie patrząc.
   Dopiero rano dotarło do mnie, co tak naprawdę zrobiłem.
   Nie winiłem Darii. Sam zdecydowałem, a ona do niczego mnie nie zmuszała. Wbiłem sztylet w plecy osobie, która uratowała mi życie i nie mogłem tego zrzucić na alkohol – aż tyle nie wypiłem. W żaden sposób nie mogłem tego usprawiedliwić.
   Dobre było chociaż to, że Daria zachowywała się tak, jakby nic się nie stało. Rozmawiała ze mną normalnie – a raczej zadawała pytania, którymi odpowiedziami były krótkie burknięcia i rzucała uwagi na różne tematy, których w żaden sposób nie komentowałem. Wobec Waldka także była miła i czuła. Nikt nie mógłby nawet pomyśleć, że wczorajszego wieczoru, podczas gdy jej chłopak spał, zdradzała go z jego przyjacielem.
   - Znalazłem mapę samochodową! – zawołał Reszka, idąc w naszą stronę ze wspomnianym przedmiotem. Rozłożył go na białej masce busa i wskazał jeden punkt. Przytok. – Tu jesteśmy – powiedział i przesunął palec w górę, trochę na lewo. – A tu są Błonie.
   - Musimy wjechać na S3-kę – powiedział na głos Waldek. – To może być ryzykowne. Sporo ludzi na pewno uciekało tamtędy z Zielonej Góry. Droga może być zastawiona.
   - W takim razie cofnijmy się na Bojadłę – zaproponował Reszka. – Możemy wtedy jechać tamtędy przez Trzebiechów, potem przez Sulechów…
   - Duże miasto – dużo trupów – zauważył kwaśno Waldek.
   - To ominiemy Sulechów – Reszka wydawał się być już zirytowany. – Pojedziemy na Nowe Kramsko, odbijemy na Kalsk, Cibórz i jesteśmy w Błoniach.
   - To będzie dodatkowe trzydzieści kilometrów. Nie ma bata, by starczyło nam paliwa.
   - Więc może jedźmy na Czerwieńsk – podsunąłem, patrząc na nazwę miejscowości. Uwaga dwóch moich towarzyszy została na mnie skupiona. – Przed samym Czerwieńskiem jest most. Przejedziemy nim i pojedziemy na Nietkowice. Przed Radnicą odbijemy na Cibórz i jesteśmy w…
   - Błoniach – dokończył Waldek i z uśmiechem poklepał mnie po plecach. – Dobry plan, ale i tak będziemy musieli przejechać kawałek przez S3-kę.
   - To jakieś – Reszka zmrużył oczy – trzy kilometry. Lepsze takie ryzyko, niż modlenie się, żeby dojechać na oparach. Poza tym, zawsze możemy spuścić paliwo z tamtejszych aut i wtedy pojechać twoją trasą.
   - Czyli mamy plan A i plan B – podsumował Waldek. – Jesteśmy ubezpieczeni.
   - Pójdę po resztę – powiedział Reszka i ruszył w stronę domu.
   Odgarnąłem z czoła przydługą już grzywkę. Już dawno powinienem był pójść do fryzjera, ale zawsze było mi to nie po drodze. Zbyt dużo obowiązków – zbyt mało czasu. Waldek za to nie borykał się z tym problemem. Miał krótkie, jasne włosy. Pewnie mu one nie przeszkadzały, a już na pewno nie wchodziły do oczu.
   - Jak ci się układa z Darią? – zapytałem i dopiero p fakcie dotarło do mnie, co właśnie powiedziałem. Waldek jednak nie wyglądał na zdziwionego, a jedynie uśmiechnął się do siebie.
   - Jest… świetnie. Tyle mogę powiedzieć – odparł trochę nieobecny. – Ta cała akcja z Wiksą…    Myślałem, że po tym wszystkim będzie koniec, a się myliłem.
   - Właśnie. O co chodziło? Daria była jego dziewczyną?
   - Kurwa, stary – Waldek najeżył się cały. – Gdyby nie to, że jesteś moim kumplem, to bym ci o tym nie mówił – Westchnął i potarł lewą brew. – Wiksa i ja znaliśmy się dość długo i nigdy za sobą nie przepadaliśmy – delikatnie mówiąc. Gdy zaczęła się epidemia, wszyscy chcieli iść z nim. Ja miałem ten problem, że nie pozwalała mi na to duma i jego nienawiść do mnie. Daria jednak widziała w nim jedyną szansę dla nas. Powiedziała mu, że może być jego, jeśli zgodzi się, żebym mógł do niego dołączyć.
   - I się zgodził – podsumowałem.
   - Nawet, kurwa, nie wiesz, jak się z tym czułem – powiedział ze złością, ale i żalem. – Moja dziewczyna, kobieta, którą kocham, musiała się sprzedać temu skurwielowi, żebym mógł żyć. Nawet sobie nie wyobrażasz, jakie to uczucie, gdy musisz patrzeć i słuchać skurwiela, który dyma osobę, która dla ciebie się tak poświęciła.
   Miał rację. Nie wyobrażałem.
   Waldek kochał Darię – temu nie dało się zaprzeczyć. Ale czy to działało w obie strony? Kurwa, przecież to ona wyszła z inicjatywą – pomyślałem ze złością, po raz pierwszy obarczając winę kogoś innego, niż siebie. Może ona wcale nie czuje do niego tego samego? Może nienawidzi go nawet za to, jak musiała się dla niego poświęcić? Może chce go w ten sposób ukarać, a ja byłem świetnym do tego środkiem?
   Te pytania przechodziły mi przez głowę, a na usta cisnęły się słowa, które miały wyznać Waldkowi prawdę. Ugryzłem się jednak w język. Nie mogłem nic powiedzieć. A przynajmniej jeszcze nie teraz.
Z domu wyszli pozostali, obarczeni naręczem toreb, w które zapakowali swoje skromne wyposażenie. Zaczęliśmy powoli pakować się do busa. Przez ten cały czas myślałem o tym, jak bardzo spieprzyłem sobie życie.

4
   Droga na Czerwieńsk okazała się być strzałem w dziesiątkę. Drogi były puste, przez co jechaliśmy szybko i bez problemów. Mnie jednak to się nie podobało. Jeśli teraz nie było żadnych aut, to musiały znajdować się gdzieś indziej. I to całkiem możliwe, że na S3-ce. Spiąłem się cały na tą myśl i zacząłem rozglądać po trasie przed nami, wypatrując sznura samochodów. Waldek w tym czasie potrąca bokiem busa przechadzającego się po ulicy zombie.
   - Kurwa! Stary! – oburzył się Reszka, chwytając za głowę. Kac męczył go od samego rana, przez co był rozdrażniony i uskarżał się na ból głowy.
   - Nie trzeba było tyle pić, pijaku – Waldek wyszczerzył się złośliwie do lusterka wstecznego. Reszka w odpowiedzi pokazał mu środkowy palec.
   - Jak dzieci – westchnęła Daria.
   Dojechaliśmy do rozwidlenia drogi, gdzie znajdował się znak informujący o wjeździe na autostradę S3. Waldek zatrzymał się i spojrzał na mnie pytająco. Bez słowa skinąłem głową.
   - Obyś się nie pomylił – powiedział.
   - Oby – mruknąłem, czując rosnące zdenerwowanie.
   Droga była pusta aż do przejechania przez most. Wtedy naszym oczom ukazały się pierwsze samochody. Te nie były ściśnięte, jak to bywało w innych miejscach, gdzie ludzie chcieli jak najszybciej opuścić miasto, ale z każdym kolejnym metrem robiło się coraz mniej miejsca. W końcu doszło do tego, że musieliśmy wysiąść z busa i oczyścić drogę.
   - Za dwa kilometry jest zjazd – powiedział Rysiek, wskazując na znajdującą się niedaleko tablicę.
   - Pocieszające – mruknęła Zuza, podchodząc do najbliższego auta. Zwolniła hamulec i razem z Darią zepchnęły samochód na pobocze. Ten stoczył się z niewysokiej górki i zatrzymał na znajdującym się na dole, dość sporym głazie. – Bierzmy się do roboty. Jakoś nie nęci mnie siedzenie tutaj cały dzień.
   - Raczej tego nie unikniemy – powiedział Waldek, patrząc w górę, a potem na swój zegarek. – Już po dwunastej. Za jakieś trzy godziny zajdzie słońce. W ciemności lepiej nie ryzykować takiej roboty. Hałas może ściągnąć trupy.
   - Na tym wygwizdowie? – skrzywił się Reszka.
   - Waldek ma rację – powiedział Rysiek. – Zombie mają czuły słuch. Jeśli usłyszą taki hałas – wskazał na rozbite na głazie auto – i się tu pojawią, możemy mieć spore kłopoty. Zróbmy dzisiaj tyle, ile nam się uda, a rano dokończymy.
   Nikt nie oponował przed takim postanowieniem, więc wszyscy wzięliśmy się zatokowanie nam drogi. Rysiek w tym czasie pierwszy zajął wartę, kontrolując, czy okolica jest pusta. Nie chcieliśmy zostać zaskoczeni przez zombie, jeśli te w ogóle by się zjawiły.
   - Wszystko gra? – zapytał nagle Reszka, gdy po zepchnięciu jednego auta, podeszliśmy do kolejnego. Ta robota była dość łatwa, bo wystarczyło tylko zwolnić hamulec, a wtedy pojazd można było spokojnie popchać na dół drogi. jedynym problemem było to, że dokuczała mi rana. Dopóki jednak nie puściły mi szwy, a ból był do zniesienia, nic z tym nie robiłem.
   - Tak. Dlaczego pytasz? – zapytałem.
   - Chodzisz jakbyś miał kija w tyłku – odparł stając przy bagażniku.
   - Wydaje ci się – mruknąłem otwierając drzwi do samochodu. Wsadziłem głowę do środka i od razu uderzył mnie w nos okropny smród, od którego wszystko, co zjadłem, podeszło mi do gardła. Położyłem dłoń na dźwigni hamulca, gdy wokół mojego nadgarstka zacisnęła się czyjaś ręka. Krzyknąłem, wyrywając się i sięgnąłem po pistolet. Pozostali również się zbiegli, trzymając przed sobą bronie.
   - Nie róbcie mi krzywdy! – rozległ się piskliwy, ale niewątpliwie męski głos. Dochodził on z tylnych siedzeń, gdzie leżała kupa szmat, na którą wcześniej nie zwróciłem uwagi. Teraz jednak pojawiły się tam dwie, uniesione w górze ręce oraz spuszczona, ciemnowłosa głowa.
   - Wyłaź! – rozkazałem mu stanowczym głosem.
   Mężczyzna drżał, gdy jego ręka spoczęła na klamce drzwi. Wszyscy uważnie obserwowaliśmy jego ruchy. Nieznajomy w niezgrabny sposób próbował wyjść z samochodu, ale wtedy zahaczył nogą o zmięte ubrania i upadł na ulicę. Cofnęliśmy się, czując jego obrzydliwy zapach.
   - Ja pierdolę – Reszka zasłonił sobie nos rękawem. – On jest cały w gównie.
   Rzeczywiście. Spodnie faceta ubabrane były w fekaliach i stąd też był jego smród. Gdy stanął na nogach, wciąż trzymając ręce w górze, trząsł się cały.
   - Ja… ja bałem się wyjść – powiedział cicho, zawstydzony spuszczając wzrok.
   - Kurwa, nawet na dwójkę? – Zniesmaczony Reszka odszedł na bok.
   - Oni… oni tu cały czas chodzili. Bałem się. Ja… ja się bałem – Mężczyzna zaczął płakać, kryjąc twarz w dłoniach.
   Spojrzałem na moich towarzyszy, ale ci byli niemniej zdezorientowani niż ja. Ten facet nie wyglądał na groźnego, choć przebywanie w ciasnym wnętrzu tego auta mogło odcisnąć się na jego psychice. Sam fakt, że postanowił z niego nie wychodzić sprawiał, że coś ewidentnie mogło mu się pokręcić.
   - Ile czasu tam byłeś? – zapytałem, patrząc na tylne siedzenie usłane ubraniami, pustymi opakowaniami po jedzeniu i czymś, czego pochodzenia wolałem nie zgadywać.
   - Nie wiem – wzruszył bezradnie ramionami. – Długo. Wyjechałem zaraz po tym, jak wszystko się zaczęło.
   - Minęły już dwa tygodnie – powiedziała Zuza. – Cały ten czas spędziłeś w tym aucie?
   - Na początku było nas więcej – odparł. – Chyba dwa dni koczowaliśmy tutaj. Policja kazała nam tu zostać. Podobno czekali na wojsko, ale oni nie przyszli. Pojawiły się za to te stwory. Policjanci zaczęli strzelać do nich, wielu ludzi zginęło, zostali pogryzieni. Wtedy zaczęły się zamieszki, ludzie zaczęli odchodzić. Ja zostałem. Zgromadziłem jedzenie i czekałem – Spojrzał na nas, a w jego szarych oczach zapłonęła bezradność. – Czekałem na pomoc. Mieli się pojawić. Tak mówili – Czekajcie. Niedługo pojawi się pomoc. Wszystko wróci do normy.
   Ostatnie słowa mówił przybierając niski i silny głos. Niewątpliwie naśladował policjanta, który próbował w ten sposób zapanować nad zrozpaczonymi i przerażonymi ludźmi.
   - Czekałem. Nawet po tym, jak skończyło mi się jedzenie – nie odszedłem.
   Tymi słowami zakończył swoją opowieść.
   Nie wiedziałem, co o tym wszystkim mam myśleć. Facet był albo szalony, albo rzeczywiście tak bardzo bał się trupów. Jego zachowanie nie musiało nam bezpośrednio zagrażać, ale gdyby doszło do ataku zombie, kto wie, jakby się zachował. Ta nieprzewidywalność mogła sprowadzić kłopoty na któreś z nas.
   - Jak się nazywasz? – zapytałem.
   - Tomek. Tomek Suszyński – odparł.
   - Dobrze, Tomku – Schowałem pistolet dając tym samym znak reszcie, by również to zrobili. – Nie znamy cię i nie ufamy. Nie wiem, czy nie będzie z tobą kłopotów, czy nie będziesz chciał nas zabić, czy twoja historia jest w ogóle prawdziwa – Mężczyzna otworzył usta, pewnie po to, by upierać się przy swojej prawdomówności, ale nie dopuściłem go do głosu. – Ale masz u nas spory kredyt zaufania. Lepiej go nie zmarnuj.
   Na twarzy mężczyzny pojawiła się ulga. Już miał coś powiedzieć, gdy usłyszeliśmy wołanie Ryśka.
   - Zombie! Zombie idą!
   - Kurwa – syknąłem do siebie.
   Rysiek podbiegł do nas, dysząc ciężko.
   - Duża grupa. Naliczyłem trzydziestu – wydyszał.
   - Wszyscy chować się pod samochody – zarządziłem.
   - Nie. Nie. Nie – Tomek zaczął ciągnąć się za włosy, krążąc w kółko. – Dopadną nas. Zginiemy. Rozszarpią nas na kawałki.
   - Uspokój się, świrze! – syknął Reszka i pociągnął go na ziemię.


   Wczołgałem się pod stojącego niedaleko chevroleta i wyciągnąłem broń, by mieć ją w pogotowiu. Reszka i Tomek leżeli naprzeciw mnie, pod dużą ciężarówką dostawczą. Mój przyjaciel musiał zasłaniać mężczyźnie usta dłonią, by ten wie wydał z siebie żadnego dźwięku. A był temu bliski.
Odszukałem wzrokiem resztę. Oni również znaleźli się pod samochodami, trzymając przy sobie bronie. Rozglądali się czujnie, oczekując nadchodzącej grupy. Ta pojawiła się po kilku minutach.
Znajdowałem się na samym początku, więc to ja pierwszy zobaczyłem szurające po ulicy nogi w brudnych i poszarpanych ubraniach. Dziesiątki zombie podążało w tylko sobie znanym kierunku, pomrukując pod nosami. Rzeczywiście, było ich dużo. Z taką grupą nie mielibyśmy szans. Musieliśmy przeczekać, aż pochód nas minie, a to wydawało się być łatwe. Będąc w ciszy i ukryci byliśmy bezpieczni. Jednak nie na długo.
   Tomek najwyraźniej nie wytrzymał tego napięcia. Zaczął się wyrywać Reszce, który za wszelką cenę starał się go utrzymać na miejscu. Nie udało mu się to jednak i mężczyzna wyczołgał się spod auta. Zombie zauważyły to od razu.
   - Nie! Zostawcie mnie! zostawcie! – wrzeszczał, gdy jeden truposzy złapał go za ramię.
   Spojrzałem na Reszkę, który powiedział coś do siebie i również wyszedł z ukrycia.
   - Nie! Czekaj! – syknąłem, ale było już za późno.
   Reszka uderzył kolbą strzelby truposza, z którym szarpał się Tomek i pociągnął mężczyznę za sobą do przodu. Zombie podążyły za nimi.
   - Kurwa – syknąłem, uderzając pięścią w asfalt.
   Nie mogłem ich tak zostawić. Wyczołgałem się spod samochodu i pobiegłem za dwójką mężczyzn, po drodze dając znak pozostałym, by się nie ruszali z miejsc. Nie potrzebowaliśmy więcej kłopotów.
Podążając labiryntem aut i odpychając zombie od siebie, przedarłem się na przód pochodu, gdzie dotarli już Reszka z Tomkiem. Truposze człapały za nimi, prawie mając już ociągającego się mężczyznę. Ten potykał się o własne nogi i miał jakiś atak paniki. Swoim zachowaniem ściągał im na głowę coraz więcej ożywieńców.
   Dobiegłem do nich i przerzuciłem przez barierkę jednego z zombie, który znalazł się niebezpiecznie blisko Tomka.
   - Tutaj – Wskazałem na drzwi do ciężarówki dostawczej.
   Reszka pierwszy znalazł się w środku, a za nim już miał wbiec Tomek, gdy obok niego pojawił się zombie. Chwycił on rękę mężczyzny i zacisnął zęby na jego lewej dłoni. Nie wahając się strzeliłem truposzowi w głowę, a zawodzącego głośno Tomka wepchnąłem do ciężarówki. Sam zaraz wpadłem do środka, zatrzaskując za sobą drzwi.
   - Cicho! Musisz być cicho! – Reszka próbował stłumić krzyki mężczyzny, który wrzeszczał głośno.    Został ugryziony. Zakażony. Nie było dla niego ratunku, a hałas, jaki robił, mógł sprowadzić nam na głowę hordę zombie.
   Wyciągnąłem nóż i wbiłem go w gardło Tomka. Mężczyzna od razu ucichł.
   Musiałem – powiedziałem sobie, czując przerażony moim czynem wzrok Reszki.
   Oparłem się o ścianę ciężarówki, ściskając mocno nóż. Ciepła krew skapywała z niego prosto na moje spodnie, ale nie przejąłem się tym. Trzymałem go mocno, aż ręka zaczęła mi drżeć.
   Musiałem – powtórzyłem, odgarniając włosy z czoła.
   Usłyszałem pomrukiwanie przechodzących obok zombie. Nie namierzyły nas. Poszły dalej. Byliśmy bezpieczni. 

niedziela, 10 grudnia 2017

ROZDZIAŁ 6 - POD OSTRZAŁEM (ROB)

Dość długi rozdział, pełen akcji i będący też zalążkiem nowych wątków.

Wiele dni minęło od mojego ostatniego komentarza, ale przyczyn mojej nieobecności było wiele, o czym nie chcę wspominać. Wspomnę tylko, że udało mi się zacząć 11 rozdział tego tomu i jestem w jego połowie. Cieszę się, że pod rozdziałami pojawiają się nowe pytania, bo odpowiadanie na nie zawsze sprawia mi radość.

Niestety natłok obowiązków uniemożliwia mi dodawanie kolejnych rozdziałów tak często, jakbym chciała, ale staram się jak mogę. Obiecuję, że kolejny pojawi się jutro. Będzie to taki prezent z mojej strony ;)

~~~

1
   - Hej! Ty! Co ty tutaj robisz?
   - Ja?
   - Nie, kurwa. Ten, co stoi za tobą – sarknął mężczyzna w mundurze żołnierza, który z całą pewnością nim nie był. – Jasne, że, kurwa, ty. Widzisz tu kogoś innego?
   - No, nie – powiedziałem, uśmiechając się głupkowato i wychodząc spomiędzy drzew.
   - To co tam robiłeś? – zapytał ostro. Za każdym razem, gdy się odzywał, tłuszcz na brodzie podrygiwał mu w dość zabawny sposób. Przypominał wtedy świnię, a drobne oczka oraz różowa twarz tylko potęgowały to wrażenie.
   - Byłem na stronie – odparłem, oglądając się na bok. Tak, jak oczekiwałem, mężczyzna podążył za moim spojrzeniem. W tym samym momencie wyciągnąłem nóż i wbiłem go w tłuste gardło faceta, zasłaniając mu usta dłonią i tym samym tłumiąc jego krzyk. Przekręciłem ostrze, kierując je jeszcze bardziej ku górze, prawdopodobnie uszkadzając przy tym mózg. Mężczyzna padł martwy.  
   Przeciągnąłem ciało w krzaki, co było niemałym wysiłkiem. Facet ważył swoje. Wytarłem nóż w jego ubranie i dopiero wtedy ruszyłem w kierunku bramy, gdzie zmierzałem, nim zostałem zaskoczony przez tego mężczyznę. Na widok wartującego przy wejściu żołnierza, naciągnąłem czapkę niżej na oczy i wbiłem wzrok w ziemię. Starałem się iść pewnie, ale szybko, jednocześnie nie wzbudzając podejrzeń.
   - A gdzie Staszek? – zapytał żołnierz.
   - Poszedł w krzaki – odparłem, na co mężczyzna wzruszył ramionami.
   Znalazłem się na terenie bazy, gdzie żołnierzy było całkiem sporo. Wśród nich znajdowało się też kilka osób, ubranych po cywilnemu, ale tych było raczej niewielu. W przeciwieństwie do mundurowych, ci zajmowali się pracą przy umacnianiu ogrodzenia, czy też nosili pakunki z jednego budynku do drugiego. Wyglądało to tak, jakby cywile służyli tam za niewolników.
   Przeszedłem przez plac, nie zatrzymując na nikim spojrzenia, by nikogo nie zainteresować swoją osobą. Zatrzymałem się dopiero obok największego budynku, skąd mogłem obserwować cały teren.
Nie wiedziałem, dokąd iść. Budynków było kilka, a ja miałem zasłonięte oczy, gdy Tank mnie doprowadzał. Musiałem zdać się na swoją intuicję oraz na to, co zapamiętałem podczas tej drogi.
Zapach wilgoci. Może piwnica. Wejście po schodach. Skręt w lewo, potem w prawo. Długi, prosty korytarz. Skrzypnięcie zawiasów. Wyjście na zewnątrz. Bliskie głosy zombie – przypomniałem sobie wszystko po kolei. Zamknąłem oczy i spróbowałem wyobrazić sobie tą drogę, a gdy je otworzyłem, zobaczyłem uwiązane przy słupach trupy.
   Było ich pełno, może ze trzydzieści. Związane linami i rozlokowane po dwóch stronach drogi prowadzącej do luki w ogrodzeniu. Za nim znajdowało się zbocze, które pamiętałem aż za dobrze.
Ruszyłem wzdłuż budynku, obserwując drażniących ożywieńców żołnierzy. Ci mieli z tego niezły ubaw, a dla mnie to była głupota.
   Dotarłem do drzwi, które zaraz otworzyły się z piskiem. Ze środka wyszły dwie kobiety z koszami pełnymi ubrań. Minąłem je i wślizgnąłem się do środka.
Zobaczyłem długi korytarz, wyłożony brązowym dywanem i z białymi ścianami. Ozdobione były one obrazami oraz zdjęciami o tematyce wojennej. Były też portrety generałów, w tym Rokity. Przy nim się zatrzymałem, patrząc w nieruchome, niebieskie oczy. Już nie wierzyłem, że ten uśmiech może być przyjazny.
   Doszedłem do końca korytarza, po czym skręciłem w lewo. Minąłem parę drzwi i wszedłem w prawy korytarz, na końcu którego znajdowały się drzwi. Przyśpieszyłem. Znajdowałem się już prawie na końcu, gdy z pokoju po lewej wyszła jakaś kobieta. Spojrzała na mnie, jakby była zaskoczona moją obecnością, a potem otworzyła usta jak do krzyku. Szybko zasłoniłem je jej i wepchałem ją do pomieszczenia, z którego wyszła.
   - Bądźże cicho! – syknąłem zamykając drzwi nogą.
   Kobieta nadal się szarpała, wydając z siebie stłumione odgłosy. Po policzkach zaczęły jej płynąć łzy.
   - Nic ci nie zrobię – powiedziałem, patrząc prosto w jej brązowe oczy. – Puszczę cię, ale musisz mi obiecać, że będziesz cicho. Okej?
   Skinęła mi głową. Odsunąłem rękę, a wtedy ta wydarła się.
   - Pomocy! Po…
   Nie zdążyła dokończyć, bo uderzyłem ją pięścią w twarz. Kobieta upadła na podłogę nieprzytomna i z rozbitym nosem.
   Warknąłem wściekły i potrząsnąłem obolałą dłonią. Zawsze coś musi się spieprzyć – pomyślałem pochylając się nad kobietą i przetrząsając jej kieszenie. Znalazłem w nich klucze i miałem wielką nadzieję, że będą do tego, do czego mi się wydaje.
   Ostrożnie uchyliłem drzwi na korytarz i wyszedłem dopiero wtedy, gdy upewniłem się, że krzyki nikogo nie sprowadziły. Teraz nie było już czasu na podchody.
   Drzwi na dół okazały się być zamknięte, a jeden z kluczy idealnie do nich pasował. Zbiegłem po schodach, pokonując po kilka na raz i znalazłem się w podziemnym korytarzu. Przede mną znajdowały się czworo drzwi. Wybrałem pierwsze z brzegu i zacząłem szarpać się z kluczami, gdy usłyszałem pisk zawiasów, a zaraz potem dwa męskie głosy.
   - Dzisiaj skurwiele pękną. Zobaczysz – powiedział jeden, pyszałkowatym tonem.
- Ta, jasne – prychnął drugi. – Tank ich nie złamał, a ty myślisz, że tobie się to uda?
- Rokita dał nam wolną rękę, więc możemy ich nawet zajechać na śmierć.
   Przywarłem do ściany i przesunąłem się do schodów. Chwyciłem oburącz karabin i gdy pierwszy z mężczyzn zjawił się na dole, wymierzyłem mu cios kolbą prosto w twarz. Ten jęknął, po czym upadł.
   - Co do chuja? – Drugi w pośpiechu zaczął ściągać swoją broń z ramienia. Zanim to zrobił, kopnąłem go brzuch posyłając na schody. Zacząłem raz po raz okładać jego twarz kolbą, robiąc z niej coraz większą miazgę. Nos został spłaszczony, przednie zęby wybite, a prawe oko znikło. Mężczyzna nawet się już ni bronił, a z jego gardła wydobywało się już tylko charczenie.
   Nagle poczułem ścisk na szyi, a potem zostałem pociągnięty w tył. Nagła utrata dopływu powietrza sprawiła, że zacząłem się szamotać, walcząc z przeciwnikiem. Z całych sił natarłem plecami na przeciwległą ścianę, powtarzając to kilka razy, aż duszenie zelżało. Chwyciłem oburącz rękę napastnika i wykorzystując chwyt, którego dawno temu nauczył mnie tata, wykręciłem mu ją na plecy. Przycisnąłem mężczyznę do podłogi, a wolną ręką sięgnąłem po nóż, który przystawiłem do jego szyi.
   - Nie odważysz się – wysyczał. Był to ten sam koleś, który przechwalał się przed sowim kompanem.
   - Chyba nie zauważyłeś, co zrobiłem z twoim kumplem – odparłem, chwytając go za włosy i zwracając jego głowę w kierunku schodów. Wtedy ten szarpnął się, próbując odwrócić wzrok, ale nie pozwoliłem mu na to.
   - Rokita miał rację – jesteście bandą psychopatów.
   - Nie – powiedziałem, odsuwając ostrze od jego szyi. – Jesteśmy grupą osób, która chce przeżyć. Psychopatą jest Rokita.
   Wstałem z podłogi i puściłem żołnierza. On również się podniósł, natychmiast wycofując się na bezpieczną odległość ode mnie. Dopiero wtedy mogłem zobaczyć, że jest on niewiele starszy ode mnie. Miał krótkie, ciemne włosy, twarz pokrytą kilkudniowym zarostem i śniadą cerę. Byliśmy podobnej postury oraz wzrostu.
   - Masz dwa wyjścia – powiedziałem. – Możesz wyjść i udawać, że cię tu nigdy nie było. Albo…
   - Albo mnie zabijesz?
   - Całkiem możliwe, ale to zależy od ciebie.


   Żołnierz spojrzał w stronę schodów i przez chwilę pewien byłem, że podąży nimi na górę, nie utrudniając dłużej tej sytuacji. Jednak wtedy jego ręka powędrowała w stronę kabury z bronią. Nim położył na niej dłoń, wymierzyłem w niego i strzeliłem. Krzyknął, gdy kula trafiła go w lewe ramię.
   - Ty skurwielu! – krzyknął, wijąc się z bólu.
   - Miałeś wybór – powiedziałem, odbierając mu broń. – Mogłeś wybrać mądrze.
   Teraz naprawdę nie miałem już czasu. Otworzyłem jedne z drzwi, gdzie zobaczyłem siedzącego na krześle Hindusa. Głowę miał zwieszoną, przez co dredy zasłaniały mu całą twarz. Był nieprzytomny, ale ocknął się, gdy potrząsnąłem nim. Mój widok bardzo go zaskoczył.
   - Żyjesz? – zapytał słabym głosem.
   - Jak widać – odparłem, rozcinając więzy wokół jego nadgarstków. Krew na odciętym palcu zdążyła już zakrzepnąć. – Dasz radę iść?
   - Tak. Chyba tak – powiedział wstając. Zachwiał się przy tym, więc pomogłem mu wyjść z pokoju i dałem do ręki broń.
   - W każdej chwili ktoś może tu przyjść. Strzelaj, jeśli tylko drzwi się otworzą.
   Hindus pokiwał mi głową, ale nie byłem pewien, czy będzie w stanie zabić człowieka, nawet jeśli od tego będzie zależało nasze życie. Nie był tego typu człowiekiem.
   Otworzyłem kolejne drzwi, gdzie znajdował się Czesiek. Na mój widok poderwał się na krześle i powiedział coś, czego nie zrozumiałem. Miał zakneblowane usta.
   - Dłużej się nie dało? – zapytał z wyrzutem, gdy wyjąłem mu materiał z ust.
   - Starałem się wrócić jak najszybciej – odparłem uśmiechając się.
   - Grunt, że zdążyłeś – powiedział, rozmasowując obtarte nadgarstki.
   Kolejne pomieszczenie okazało się być tym, gdzie trzymano mnie, więc było puste. Podszedłem więc do ostatnich drzwi, gdy rozległ się drwiący śmiech. Wszyscy trzej spojrzeliśmy na rannego, który rżał, trzymając się za krwawiące miejsce.
   - Tak ci do śmiechu? – zapytał ostro Czesiek.
   - Całkiem możliwe – odparł, szczerząc się szeroko.
   Nie spodobało mi się to. Bardzo. Chłopak coś wiedział, albo utrata krwi i wizja śmierci odbiła się na jego zdrowiu psychicznym. Tak, czy siak – obudził we mnie głęboki niepokój.
Czym prędzej otworzyłem drzwi i zobaczyłem… pustkę.
   - Gdzie on jest? – zapytałem mierząc żołnierza wzrokiem.
   Odpowiedział mi kolejnym wybuchem śmiechu. W paru krokach znalazłem się przed nim, celując z broni w jego głowę.
   - Tank go zabrał, więc pewnie nie żyje – powiedział wciąż się szczerząc. – Chyba, że zdążycie do uratować.
   W tamtej chwili chciałem go zabić – naprawdę. Niczyjej śmierci nie pragnąłem tak bardzo, jak jego wtedy.
   - Rob – Czesiek chwycił mnie za nadgarstek. – Nie mamy na to czasu.
   Pokiwałem głową i opuściłem broń. Ruszyliśmy na górę, a ja ostatni raz obejrzałem się na młodego żołnierza, który był bardzo blady i ledwo co otwierał oczy.
   - Nie… przeżyjecie – powiedział jeszcze, nim jego wzrok znieruchomiał.
   Znowu znalazłem się na korytarzu, ale tym razem miałem ze sobą dwóch towarzyszy. Od razu zabrałem ich do pomieszczenia, z którego wcześniej wyszła kobieta. Ta dalej leżała tam, ogłuszona. Na pytające spojrzenie Cześka pokręciłem głową.
   - Straciła przytomność – powiedziałem.
   - Co robimy dalej? – zapytał Hindus, wyciągając z kosza z ubraniami koszulę i odrywając jej rękaw. Kawałkiem materiału obwiązał sobie dłoń z brakującym palcem.
   - Nie wiemy, co z Maxem – powiedział Czesiek. – Chuj wie, gdzie ten przygłup go zabrał.
   - I czy w ogóle żyje – dodał Hindus.
   - Nie odejdziemy stąd, jeśli tego nie sprawdzimy – powiedziałem kucając przed kobietą.    Spojrzałem na Cześka i Hindusa, którzy nie wyglądali na przekonanych. – Nie zostawiamy swoich.
   Poklepałem kobietę po policzku, aż ta zaczęła się krzywić i zaraz otworzyła oczy. Przez chwilę byłem pewien, że znowu krzyknie, ale chyba zrozumiała, że to się jej nie opłaca.
   - Nic ci nie zrobimy – powiedziałem jak najspokojniejszym tonem, na jaki było mnie stać. – Chcemy tylko znaleźć naszego przyjaciela i odjeść. Nic więcej. Wiesz, gdzie on jest?
   Kobieta patrzyła po twarzy każdego z nas, zapewne wahając się, czy warto z nami rozmawiać. Zależało mi na tym, by postanowiła z nami współpracować. Wiele rzeczy uległoby wtedy uproszczeniu, a ja nie chciałem już stosować środków przymusu.
   - Tank i Walczak zabrali go razem z resztą – powiedziała drżącym głosem.
   - Dokąd? – zapytał Czesiek. Gdy kobieta nie odpowiedziała, spróbował ponownie, tylko łagodniej. – To bardzo ważne.
   Kobieta spuściła jasnobrązowe oczy i zagryzła wargę.
   - Mam dzieci – powiedziała cicho, płaczliwie. – Jeżeli Rokita dowie się, że wam pomogłam…
   - Nie dowie – zapewniłem ją szybko. – Pomożemy tobie i twoim dzieciom, ale musisz nam powiedzieć, dokąd ich wszystkich zabrali. Może uda nam się ich uratować.
   Kobieta otarła nos i pokiwała głową. W dłoniach nieustannie mięła kawałek swojego swetra.
   - Na Dębowej jest zakład przemysłowy. Nie pamiętam jego nazwy. Na początku  zarazy stworzono tam centrum kryzysowe i przetransportowano do niego wszystkie zapasy. Teraz Tank wywozi tam ludzi, którzy są starzy, chorzy lub tych, którzy mu podpadli, żeby je zapakowali i sprowadzili tutaj. Gdy już żołnierze wracają, to sami. Nie potrzebują więcej gęb do wykarmienia.
   Wszyscy trzej spojrzeliśmy po sobie.
   - Dawno pojechali? – zapytałem.
   - Nie. Nie wiem. Chyba nie – odparła zakłopotana.
   - W porządku – Pomogłem kobiecie wstać. – Jak masz na imię?
   - Izabela.
   - Dobrze, Izabelo. Nie wiem, co ci o nas powiedziano, ale nie jesteśmy złymi ludźmi. Nie przyszliśmy tutaj z zamiarem zabijania niewinnych. Sami mamy swój obóz, do którego chcemy wrócić. Najpierw jednak musimy odbić naszego przyjaciela. Możesz nam w tym pomóc i pojechać z nami, ale to zależy od ciebie.
   Iza zastanawiała się dłuższą chwilę, po czym skinęła głową. Musiały się dziać tutaj naprawdę złe rzeczy, skoro zgodziła się opuścić to miejsce z grupą nieznajomych, wierząc im tylko na słowo. Była to skrajna głupota, albo desperacja.
   - Chodźmy już – powiedział Czesiek, podchodząc do drzwi.
   - Nie! – sprzeciwiła się kobieta. – Nie możecie tak wyjść. Od razu poznają, że nie jesteście stąd.
Kobieta podeszła do jednej z kilku szaf, jakie znajdowały się w pokoju, i wyjęła równo złożony stos mundurów – bliźniaczo podobnych do mojego.
   Czesiek i Hindus zrzucili zakrwawione i brudne ubrania, po czym włożyli mundury, tak jak ja, wciskając czapki nisko na oczy. W przypadku młodszego z mężczyzn niewiele to dało.
   - Musimy je ściąć – powiedziała Iza, patrząc na długie dredy Hindusa.
   - O w życiu! – sprzeciwił się ten.
   - Widziałeś kiedyś żołnierza z dredami? – prychnął Czesiek, wyciągając nóż. – Nie zachowuj się jak baba i dawaj paskudztwa.
   Hindus mruknął coś niezadowolony i cierpliwie zniósł amatorskie zabiegi fryzjerskie Cześka. Po krótkiej chwili na podłodze znalazła się spora kupka ciemnych dredów, a ich dotychczasowy właściciel wyglądał jak po spotkaniu z kosiarką. Mimo całego napięcia, jakie nam towarzyszyło, wszyscy prychnęliśmy śmiechem.
   - Oby ten dupek chociaż mi podziękował, za takie poświęcenie – mruknął obrażony Hindus, zakładając czapkę.
   Opuściliśmy pokój pewnym krokiem, podążając za Izą. Kobieta wyprowadziła nas z budynku. Musieliśmy minąć kilka innych kompleksów oraz przechadzających się żołnierzy. Na szczęście było już dość ciemno i nikt nie zauważył, że nie jesteśmy stąd.
   Dotarliśmy do miejsca, które okazało się być garażem. Kręciło się tam paru ludzi, ale ci nawet nie zwrócili na nas uwagi. Zatrzymaliśmy się przy jednym z wojskowych honkerów, gdzie Iza rozglądnęła się chcąc upewnić, że nikt nas nie podsłuchuje.
   - Muszę iść po moich synów – powiedziała.
Chciałem już powiedzieć, że mamy mało czasu, ale wtedy wtrącił się Czesiek.
   - Pomogę jej, a wy jedźcie.
   - Nie zostawimy cię tutaj – zaprotestował Hindus.
   - Nie zostawiacie – odparł mężczyzna tonem mówiącym, że ma jakiś plan. – Nie wyjedziemy stąd ot tak. Trzeba zrobić trochę zamieszania. 
   - To znaczy? – próbowałem się dowiedzieć, ale nie uzyskałem odpowiedzi. Nie pozostało mi nic innego, jak zaufać Cześkowi i temu, że nas nie zawiedzie.
   - Idźcie – powiedziałem im.
   Drzwi do honkera były otwarte – co przyjąłem z ulgą. Wsiadłem do środka, zajmując miejsce kierowcy, a Hindus usiadł obok. Nerwowo stukałem palcami w kierownicę, czekając na jakikolwiek znak działań Cześka. Po chwili się go doczekałem. Rozległa się seria wystrzałów, która wzbudziła zamieszanie. Zaczęły padać kolejne strzały, a ludzie na zewnątrz biegali w panice. Nie wiedziałem, co się dzieje, dopóki nie zobaczyłem zombie dopadającego jednego z żołnierzy.
   - Jedź! – krzyknął Hindus.
   Odpaliłem samochód i ruszyłem gwałtownie z miejsca. Wyjechaliśmy na plac, gdzie zatrzymałem się, rozglądając wokół. Nigdzie nie widziałem Anin Izy, ani Cześka.
   - Hej! Wy! – dobiegł nas czyjś głos.
   Przed nami stanął żołnierz, wyraźnie zaskoczony naszą obecnością w honkerze. Po chwili musiał się zorientować, że nie jesteśmy jednymi z nich, bo podniósł broń i wymierzył w nas. Nim zdążył pociągnąć za spust, wdepnąłem gaz. Mężczyznę najpierw uderzył zderzak, a po chwili znikł pod kołami.
   - Tam są! – krzyknął Hindus, wskazując na lewo.
   Rzeczywiście. Iza biegła za rękę z młodym chłopcem, a Czesiek drugiego trzymał na rękach. Skręciłem ostro, potrącając parę zombie. Trupy odbiły się od prawego boku, na chwilę twarz jednego z nich pojawiła się na szybie, po czym zniknęła. Zahamowałem tuż przy naszych i ruszyłem od razu, gdy ci znaleźli się na tylnych siedzeniach.
   - Trzymajcie się teraz! – zawołałem i ruszyłem prosto na bramę.
   Żołnierze zorientowali się, co się dzieje i zaczęli do nas strzelać. Pozostali wciąż walczyli z trupami uwolnionymi ze słupów. Nie miałem pojęcia, jak Czesiek tego dokonał, ale udało mu się.
   - Kryć się! – krzyknął mężczyzna.
   Odruchowo pochyliłem się i w tym samym momencie zostaliśmy ostrzelani. Szyba z tyłu pękła w drobny mak, a samochód wypełniły krzyki Izy i jej młodszego syna. Nie zdjąłem jednak nogi z gazu, wciąż prąc w stronę bramy. Pociski odbijały się od pojazdu, miałem wrażenie, że niektóre kule świstają mi tuż nad głową, a mimo to nie zamierzałem się zatrzymać. Nie teraz, gdy byliśmy tak blisko.
   W końcu przebiliśmy się przez bramę. Wszystkimi nami zarzuciło, gdy metalowe ogrodzenie przerwało się przed siłą rozpędzonego honkera. Znaleźliśmy się na prostej drodze. Byliśmy wolni.
Przez dłuższą chwilę w samochodzie panowała cisza. Wszyscy musieliśmy otrząsnąć się z szoku po ty, co się właśnie wydarzyło. O mało co każdy z nas nie zginął.
   - Skręć w prawo – powiedziała nagle Iza, tym samym przerywając milczenie.
   Posłusznie wykonałem polecenie.
   - Daleko to? – zapytał Hindus.
   - Nie. Parę kilometrów – odparła kobieta, uspokajająco głaszcząc po głowie młodszego syna, który nadal obejmował Cześka.
   Rzeczywiście. Po kilku minutach zobaczyłem zakład, o którym mówiła Iza. I rzeczywiście byli tam ludzie, o czym świadczyły niosące się głosy oraz światła.
   Zatrzymałem honkera na polnej drodze i wyszedłem na zewnątrz. Moim śladem podążył też Czesiek oraz Hindus. Odeszliśmy kawałek na bok, by móc spokojnie porozmawiać.
   - Nie możemy ich tam zabrać – powiedziałem, patrząc na Izę oraz jej synów.
   - Może poczekają tu na nas? – zaproponował Hindus, drapiąc się po nowej fryzurze.
   - Może – mruknąłem.
   W tym samym momencie gęste krzaki niedaleko nas zaszeleściły. Wszyscy chwyciliśmy za bronie, czekając na intruza. Okazał się nim być mocno pokiereszowany truposz, który był dość szybki, jak na swój stan. Szybkim truchtem ruszył w naszym kierunku i tylko refleks Cześka nas uratował przed ugryzieniem. Mężczyzna uderzył truposza bronią, aż ten upadł, po czym poprawił kilkukrotnie cios kolbą karabinu.
   - Pieprzony skurwiel – skomentował zdyszany i splunął na ciało ożywieńca. – Nie możemy ich tu zostawić.
   - Szlag by to – syknąłem. Sprawa zaczynała się komplikować.
   Nie mogliśmy wziąć Izy i jej chłopaków na tą walkę. Było to zbyt niebezpieczne, a widać było, że kobieta zupełnie nie zna się na broni. Zostawienie ich tu też było ryzykowne. Jeśli zombie zdołał tu dojść, to oznaczało to, że mogło się ich pojawić więcej. Pierzone, błędne koło.
   - Zostanę z nimi – zaproponował nagle Hindus. Spojrzeliśmy na niego zaskoczeni. – Wiem, że żeby skopać tamtym dupkom tyłki potrzeba ludzi, ale musimy myśleć o wszystkich żywych – dodał. – Weźmiecie auto i pojedziecie zrobić im jesień średniowiecza, a ja zaprowadzę ich na most. Tam się spotkamy.
   Nie był to najlepszy plan, ale zawierał jedyne możliwe rozwiązanie. Ostatecznie przystanąłem na ten pomysł.
   - Powiem Izie – oznajmił Czesiek odchodząc.
   - Jesteś pewien?- zapytałem Hindusa, gdy już zostaliśmy sami. Wciąż miałem w głowie naszą ostatnią rozmowę. Hindus nie był osobą, której łatwo przyszłoby odebranie komuś życia.
   - To zawsze mniejsze prawdopodobieństwo na to, że zginę – odparł żartobliwie.
   Drzwi honkera trzasnęły, gdy Iza z synami wyszła na zewnątrz. Kobieta rozmawiała z Cześkiem, który zapewne tłumaczył jej, co ustaliliśmy.
   Spojrzałem na młodszego chłopca, który cały czas ściskał dłoń matki i trzymał się jej blisko. Wyglądał tak, jak ona. Miał ciemne, nieco kręcone włosy, duże, brązowe oczy i wąskie usta, które nieustannie zagryzał. Starszy był za to szczupłym, jasnowłosym chłopakiem. Całą trójkę łączył tylko kolor oczu.
   Nie wiedzieć czemu, ich widok podsunął mi myśl o moich braciach. Młodszy z chłopców był nawet w wieku mojego najmłodszego brata, a drugi przypominał posturą Dominika. Nagle zapragnąłem sam ich eskortować i upewnić się, że nic się im nie stanie.
   - Dam sobie radę – powiedział nagle Hindus, jakby czytał w moich myślach. – Obiecuję.
   Ścisnąłem mu dłoń, zdobywając się jedynie na uśmiech. Nic nie mogłem poradzić na to, że gardło miałem ściśnięte.
   - Hindus się wami zajmie – powiedziałem do Izy, gdy Czesiek poszedł pożegnać się z naszym kompanem.
   - Wiem – odparła z bladym uśmiechem kobieta. Gdy to robiła, wyglądała młodziej, choć w ogóle nie była stara. Mogła mieć nie więcej niż trzydzieści pięć lat. – Dziękuję. Za wszystko.
   - Nie ma o czym mówić. Jeszcze nawet nie przeprosiłem cię za to, że cię uderzyłem.
   - Niepotrzebnie krzyczałam – powiedziała zawstydzona. – Powiedzmy, że mi się należało.
   - Możemy już jechać – oznajmił Czesiek.
   Iza spojrzała na nas przestraszonym wzrokiem i mocniej objęła swoich synów.
   - Uważajcie na siebie.
   - Wy też – odparł Czesiek, głaszcząc młodszego z chłopców po głowie.
   Usiadłem na fotelu honkera czując narastający strach, pomieszany z adrenaliną. Byliśmy tylko dwójką cywilów, którzy porywali się na zawodowych żołnierzy. Jeśli nie było to samobójstwo, to ja nie wiedziałem co.
   Nie ruszyłem od razu, a postanowiłem poczekać, aż Hindus i Iza z dzieciakami oddalą się. Zerknąłem na mojego towarzysza, którego wzrok ulokowany był w odchodzącej kobiecie.
   - Fajna jest – powiedziałem.
   - Co? – Czesiek wyglądał jak wyrwany z głębokich przemyśleń.
   - Iza. Mówię, że fajna jest.
   - No… tak. Pomogła nam.
   Uśmiechnąłem się do siebie, widząc to zakłopotane spojrzenie. Czesiek zmarszczył brwi i trzepnął mnie w głowę, aż spadła mi czapka.
   - Nie wyobrażaj sobie za dużo, gówniarzu – sarknął. – Jedź już. Mamy robotę.
   Honker ruszył z miejsca kierując się prostą drogą w stronę zakładu. Ściskałem kurczowo kierownicę i widziałem kątem oka, jak Czesiek sprawdza stan swojego magazynka. Adrenalina zaczęła krążyć mi w żyłach, gdy zobaczyłem dwójkę ludzi, którzy również nas zauważyli. W pierwszej chwili nie zrobili nic, pewnie będąc przekonanymi, że jesteśmy jednymi z nich. Dopiero wtedy, gdy Czesiek wychylił się przez okno z karabinem, zrozumieli swoją pomyłkę. Było już jednak dla nich za późno. Kule rozerwały im piersi i ostatecznie zabiły. Skręciłem ostro, przebijając się przez stalowe ogrodzenie. Musiałem objechać budynek zakładu dookoła, by dostać się na parking z drugiej strony. Tam, zaalarmowani żołnierze, ruszyli na nas z broniami. W porę schyliliśmy się, gdy zasypał nas grad kul. Czesiek jednak nie zaprzestał strzelania, a ja na oślep manewrowałem kierownicą.
   - Stój! – krzyknął mężczyzna, a ja wcisnąłem pedał hamulca.
   Gdy tylko pojazd zatrzymał się, chwyciłem swoją broń i wraz z Cześkiem wyskoczyliśmy na zewnątrz. Ukryliśmy się za stosem palet, znajdującym nieopodal.
   - Co teraz? – zapytałem zdyszany jak po ciężkim biegu.
   - Improwizujemy dalej – odparł krótko Czesiek i posłał wrogom kolejną salwę kul.
   Przegrupowywali się, co wywnioskowałem z krzyków. Jeden głos poznałem od razu. Wychyliłem się i zobaczyłem krępego faceta o wielkich łapskach, w których trzymał karabin. Pokryta bruzdami twarz przybrała czerwony kolor. Tank.
   - Osłaniaj mnie – powiedziałem do Cześka.
   Gdy ten zaczął strzelać, przekradłem się za stojącą kawałek dalej ciężarówkę. Byłem już przy niej, gdy zobaczyłem przed sobą żołnierza. Nie wahając się wpakowałem w niego kilka kul.
   Przekradłem się dalej, skąd było już tylko kilka metrów do wejścia do wielkiej hali. Widziałem wielkie paki oznakowane symbolami koncernów spożywczych oraz farmaceutycznych. Takie same pakunki znajdowały się w dwóch ciężarówkach, stojących na parkingu.
   Obejrzałem się na Cześka i zobaczyłem jak zabija skradającego się mężczyznę.
   To cywile ubrani w mundury – pomyślałem zszokowany. Ci ludzie nie byli prawdziwymi wojskowymi. Nie potrafili strzelać i łatwo dawali się zabijać. W porównaniu z nimi, my byliśmy świetnie wyszkoleni.
   - Pieprzyć to – syknąłem pod nosem i wybiegłem ze swojej kryjówki, strzelając na oślep. Zabiłem przy tym jednego mężczyznę, a drugiego raniłem.
   Znalazłem się w wielkiej hali magazynowej i natychmiast w moją stronę poleciało kilka kul. Skryłem się za pakunkami, gdy usłyszałem znajomy rechot, przypominający kwiczenie świni.
   - Nie sądziłem, że jesteś aż tak durny.
Wyjrzałem zza skrzyń i zobaczyłem Tanka, trzymającego przy głowie Maxa pistolet. Użył go jako żywej tarczy.
   - A jednak – odparłem sprawdzając stan magazynku. Mało. Za mało.
   - Serio, kurwa? Tyle zachodu o jednego gościa? Nie pierdol, że jesteś pedałem – zarechotał ponownie. – W sumie to nawet aż tak bardzo bym się nie zdziwił.
   Nie miałem czystego strzału. Mogłem próbować zranić Tanka, ale to mogłoby się skończyć dla Maxa tragicznie. Czesiek, gdzie jesteś?
   Odpowiedzią był zombie, który znalazł się nagle w środku. Truposz zaraz padł od kuli z broni żołnierza, a on sam zginął zastrzelony przez mojego kompana. Zaczynało się robić niebezpiecznie. Ten hałas musiał zwabić wszystkie ożywieńce z okolicy.
   - Dogadajmy się – zaproponowałem. Ugoda z Tankiem była ostatnim, czego bym chciał, ale nie było innego wyjścia. Musieliśmy się śpieszyć.
   - Pierdolę cię! – ryknął wściekły mężczyzna. – Zajebaliście moich ludzi! Chuj wie, ilu! Nawet, kurwa, nie wiecie, co zaczęliście! Nikt z was nie wyjdzie stąd żywy!
   W tym samym momencie zza rogu wyskoczył na mnie młody mężczyzna, który najpierw uderzył mnie kolbą w twarz, posyłając tym samym na ziemię. Broń wypadła mi z ręki, krew zalała oczy. Zobaczyłem jeszcze lufę wymierzoną w moją twarz, gdy padł strzał. Nie był on jednak skierowany we mnie.
   W miejscu, gdzie powinien być nos żołnierza, pojawiła się krwawa wyrwa. Mężczyzna upadł, a ja zobaczyłem stojącą za nim Saszę. Wyciągnęła do mnie rękę, którą przyjąłem. Podniosłem swój karabin i razem, wraz z Jarkiem i resztą sił Saszy, stanęliśmy naprzeciw Tanka.
   - Pięknie, kurwa. Pięknie – mruknął, a ja z satysfakcją zobaczyłem, jak z jego twarzy znika cała pewność siebie. – A ty kim, kurwa jesteś?
   - Jestem, kurwa, tym, który wpakuje w ciebie cały magazynek, jeśli nie pójdziesz na ugodę, którą zaproponował ci mój brat – odparła hardo Sasza, po czym zwróciła się do Maxa. – Wszystko gra?
   - Będzie lepiej, gdy już będę mógł wpakować temu skurwielowi kulkę w łeb – odparł, na co Tank cały się spiął.
   - Nie będę się targował z dziewczyną – syknął, zmieniając temat.
   - Będziesz – powiedziała Sasza. – Będziesz, bo inaczej zginiesz.
   Tank nie miał wyboru, a ja chociaż miałem ochotę nafaszerować go ołowiem, to nie mogłem tego zrobić. A przynajmniej jeszcze nie teraz.
   Nagle Max wykorzystał chwilę zwątpienia mężczyzny, złapał go za dłoń, w której trzymał pistolet i wytrącił mu ją z ręki. Wszyscy chcieliśmy przystąpić do akcji, gdy do środka hali wpadł jakiś okrągły przedmiot. W ostatniej chwili udało mi się go rozpoznać.
   - Padnij! – krzyknąłem, łapiąc Saszę i ciągnąc ją w stronę skrzyń.
   Wybuch nastąpił sekundę później, wstrząsając halą i niszcząc kilka paczek. Wokół nas zaczęły spadać drewniane szczapy, foliowe pakunki, kawałki jedzenia. W uszach mi piszczało i nie mogłem się przez chwilę ruszyć. Słyszałem jakieś głosy, ale były one przytłumione i niewyraźne. Widziałem też podnoszących się ludzi oraz wchodzące do środka zombie i żołnierzy. Powstało zamieszanie.
   - Rob! – głos Saszy uderzył we mnie z ogromną siłą. Trzymała moją rękę i ciągnęła w górę. – Uciekamy!
   Stanąłem o własnych siłach, ignorując ćmienie w głowie. Reszta ludzi, z którymi przyszła Sasza, strzelała do nowo przybyłych i zombie, których się nagromadziło. Każdy walczył z każdym. Kule świstały, ludzie umierali, czaszki trupów zostawały naładowane ołowiem.
   - Rob! – rozpoznałem głos Cześka.
   Stał on razem z Maxem przy drugim wejściu. Obok był też Jarek z Saszą, którzy osłaniali ich. Dopiero po przybiegnięciu do nich zrozumiałem dlaczego.
   Max był ranny. Krew przelewała mu się przez palce dłoni, którą przyciskał do brzucha. Rozglądnąłem się za Tankiem, bo pewien byłem, że to jego sprawka.
   - Nie ma teraz na to czasu! – Sasza pociągnęła mnie za sobą. – Uciekamy!
   Od razu ruszyłem w stronę ciężarówki do połowy wypełnionej jedzeniem. Usłyszałem, jak Jarek każe swoim zająć drugi pojazd, po czym wsiada z Markiem do kabiny. My w tym czasie wciągnęliśmy Maxa na pakę. Dołączył do nas jeszcze Jurek, który do końca strzelał do wrogów. Odjechaliśmy.
   - Trzymajcie się! – krzyknął z przodu Jarek.
   Chwyciłem się lin trzymających plandekę, gdy ciężarówką zarzuciło. Kilka paczek spadło mi na głowę, a Jurek upadł na podłogę, mocno się przy tym obijając.
   Znaleźliśmy się na równej drodze, gdy częściowo do środka wpadł zombie. Uchwycił się on kurtki Jurka, który prawie przy tym wypadł z pojazdu. Złapałem go jednak i pociągnąłem do siebie, tym samym wciągając i trupa. Ożywieniec uchwycił się nogi Maxa i już prawie wbijał w nią zęby, gdy Sasza złapała go za rzadkie włosy i wypchnęła z ciężarówki.
   - Fuck – odgarnęła włosy z twarzy i ponownie przyklękła przed Maxem, przykładając do jego rany kawałek materiału.
   Nie wyglądało to dobrze. Max stracił przytomność już dawno temu, krew ciągle płynęła, a my nie wiedzieliśmy, co robić.
   - On umrze? – zapytał Jurek z przerażeniem na twarzy.
   - Zamknij się! – syknęła Sasza, mierząc go wzrokiem. Mężczyzna aż skulił się w sobie. – Musimy dojechać do klasztoru – powiedziała do mnie.
   Nie zdążymy – pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos.
   Druga ciężarówka dołączyła do nas, gdy znaleźliśmy się na drodze krajowej. Wtedy przypomniałem sobie o moście i Hindusie, który miał tam czekać na nas z Izą i dzieciakami.
   - Hindus powinien tu na nas czekać – powiedziałem.
   - Nie mamy czasu, Rob – Sasza spojrzała na mnie karcąco.
   - Była z nim kobieta z dwójką dzieciaków. Musimy ich zabrać.
   Sasza zagryzła policzek i skupiła się na uciskaniu rany. Zrozumiałem, że dała mi wolną rękę.
Zapukałem w tył kabiny i zaraz ciężarówka stanęła. Znajdowaliśmy się akurat na moście, gdzie stał jeszcze jeden wóz, którym zapewne przyjechała Sasza z resztą. W środku zastałem Hindusa i Izę z synami.
   - I jak? – zapytał chłopak.
   - Max jest ranny. Dostał w brzuch. Musimy szybko jechać do klasztoru – powiedziałem prawie na jednym wdechu.
   - Ranny? Przeżyje? – dopytywał się Hindus, na co tylko bezradnie wzruszyłem ramionami.
   - Nie wiem, ale źle to wygląda. Możemy nie zdążyć.
   Hindus obejrzał się na Izę, która pomagała wejść do ciężarówki swojemu najmłodszemu synowi.
   - Jesteś weterynarzem – powiedział do niej. – Możesz coś zdziałać.
   - Ja nie…
   Kobieta była zagubiona. Widziałem, że boi się cokolwiek odpowiedzieć, bo tu w końcu chodziło o ludzkie życie. A ona była weterynarzem. I naszą ostatnią nadzieją.
   - Proszę – powiedziała nagle Sasza, wbijając w kobietę błagalne spojrzenie. – Chociaż spróbuj. Błagam.
   Iza zagryzła wargę i pokiwała głową.
   - Musimy dotrzeć do mojej kliniki w Szlichtyngowie.
   - Dotrzemy – odparłem. – Na pewno tam dotrzemy. 

sobota, 25 listopada 2017

RODZIAŁ 5 - WŚRÓD SWOICH (SASZA)

   1
   Podskoczyłam na twardej i mocno już wytartej kanapie, na której drzemałam, tym samym budząc się ze snu. Wyboje trafiały się dość często, więc przyzwyczaiłam się, że mój sen był brutalnie przerywany. Wciąż było to lepsze, niż spanie w opuszczonym, zimnym domu na odludziu. Tu przynajmniej było ciepło i miałam towarzystwo.
   Usiadłam, krzywiąc się, gdy strzeliło mi w kościach, i rozglądnęłam po wnętrzu kampera. Było jeszcze ciemno, więc niewiele widziałam. Jedynie światło na przedzie pomagało mi rozróżnić kontury mebli i osób, z którymi podróżowałam. W niewielkiej sypialni, gdzie miejsca było jedynie na łóżko, spała Hania, a wraz z nią Znajda. Małej to nie przeszkadzało, a mojemu psiemu towarzyszowi tym bardziej. Wspólnie zajmowali całą powierzchnię materacu, mimo tego, że dziewczynka tuliła psa do siebie.
   Zwierzę śpi lepiej, niż ja – pomyślałam, ale wcale nie złośliwie. Cieszyłam się, że mój towarzysz zaznał trochę wygody, a ja… Cóż. Nawet się wyspałam.
   Trzymając się szafek kuchennych – noga wciąż jeszcze mi dokuczała – przeszłam na przód kampera i usiadłam na siedzeniu pasażera. Prowadzący pojazd Mateusz spojrzał na mnie w odbiciu lusterka i to było na tyle z jego strony. Przez ten krótki okres czasu, gdy się znaliśmy, zdążyłam się nauczyć, że wciąganie go na siłę w rozmowę nic nie da, dopóki on sam jej nie zacznie. Jego milczenie nie wynikało jednak z podejrzliwości, czy wrogiego nastawienia do mnie, a wrodzonej małomówności. Przez to był całkowitym przeciwieństwem swojej wnuczki, której buzia mogła się nie zamykać.
   Droga, którą jechaliśmy, przebiegała między polami, lasami – ogólnie z dala od większych zabudowań. Mateusz nie chciał ryzykować spotkania z zombie i narażania swojej wnuczki. Sam powiedział, że wizyta w Bytomiu Odrzańskim była ostatecznością, ponieważ kończyły się im zapasy. Teraz mieli prowiant oraz kolejną gębę, która go uszczuplała – nawet dwie, jeśli liczyć Znajdę.
   Od razu zaproponowałam Mateuszowi dołączenie do naszego obozu w klasztorze. Opowiedziałam mu o nim, zapewniłam, że jest on w pełni bezpieczny, że mamy zapasy oraz udogodnienia w postaci bieżącej wody, ale mężczyzna nie zgodził się od razu. Powiedział, że to przemyśli, a ja miałem nadzieję, że przystanie na moją propozycję ze względu na Hanię. Polubiłam tą małą gadułę od razu i chciałam, by znalazła się w bezpiecznym miejscu. By dostała szansę, jaką mieli wszyscy mieszkańcy klasztoru.
   - Wierzę, że to może być dobre miejsce do przetrwania, ale nie mogę podejmować decyzji ot tak – powiedział Mateusz, mówiąc typowym dla siebie głosem – spokojnym i wyraźnym.  – Hania jest wszystkim, co mam i muszę myśleć przede wszystkim o niej. Nie obiecuję, że będę cię mógł zawieźć do twojego obozu, ani tego, że do was dołączymy. Na razie cel jest taki, by minąć Odrę. Potem zobaczymy.
   Nie naciskałam, choć było to trudne. Nie mogłam jednak tego zrobić, bo moje starania mogłyby przynieść odwrotny skutek. Zaakceptowałam decyzję Mateusza i pozostało mi mieć cichą nadzieję, że gdy już zobaczy klasztor, zostanie tam.
   - Gorączka spadła? – zapytał nagle mężczyzna, a ja aż drgnęłam.
   - Tak. Raczej tak – odparłam.
   Nafaszerowanie się lekami z apteki oraz pomoc ze strony Mateusza skutecznie pomogły mi w walce z chorobą. Wciąż kaszlałam, ale oddychało mi się lepiej i nie miałam już prawie gorączki. Chyba udało mi się ominąć zapalenie płuc.
   - To dobrze.
   Usiadłam wygodniej i odwróciłam głowę w stronę okna. Mijaliśmy jakąś wioskę, której zabudowania stawały się coraz rzadsze. W końcu całkowicie zniknęły, a my wjechaliśmy na most. Mateusz, jakby specjalnie, zwolnił. Zerknęłam na niego i zobaczyłam, jak ciągnie się za prawe ucho. Robił tak, gdy się denerwował.
   Przejechaliśmy jeszcze kilka metrów, aż znaleźliśmy się na środku kondygnacji, pod którą płynęła Odra. Wtedy kamper zatrzymał się.
   - Chodź – powiedział mężczyzna i pierwszy wyszedł na zewnątrz.
   Jaśniało, chodź słońca jeszcze nie było. Niebo przybrało barwę różową, żółtą oraz fioletową  i zapowiadało się, że ten dzień będzie pochmurny. I zimny. Byłam tylko w samym swetrze, który – choć gruby – nie chronił mnie przed rześkim, ale mroźnym wiatrem. Splotłam ręce na piersi, próbując zatrzymać ciepło.
   Mateusz stanął przy barierce, trzymając ręce w kieszeniach grubej, czerwonej kurtki. Była ona na niego za duża, przez co wyglądało, jakby tonął w czerwieni materiału. Podeszłam do niego i zacisnęłam palce na chłodnym metalu. Patrząc w dół płynącej wody, przypomniałam sobie moją ostatnią wizytę na moście i jej nieprzyjemne skutki. Odruchowo się odsunęłam od krawędzi.
   - Tam – Mateusz wskazał na drogę przed nami – są Cigacice, potem Sulechów, Pałck, Skąpe, Rokitnica i na końcu – Błonie. Możemy dojechać tam jeszcze dziś.
   - Ale? – zapytałam, bo czułam, że to nie wszystko.
   - Ale – powtórzył Mateusz i uśmiechnął się, tylko jednym kącikiem ust. – Podobno wszystko, co po „ale” jest gówno warte.
   - Przekonajmy się – powiedziałam, opierając się tyłem do barierkę.
   Mateusz odwrócił się do mnie i spojrzał mi prosto w oczy. Ten wzrok – przenikający, twardy – przypominał dwa stalowe szpikulce, które wbijały się we mnie i odbierały całą odwagę. Był to wzrok człowieka, który stracił tyle, że na więcej pozwolić sobie nie mógł. Wiedziałam o tym, aż za dobrze.
   - Nie znam cię – powiedział, wciąż spokojnie, ale tym razem wychwyciłam trochę wrogości, czy też groźby w jego głosie. – Nie wiem kim byłaś kiedyś, kim jesteś teraz, co robiłaś, a czego nie. Spotkałem jednak ludzi, którzy zdziczeli jak te psy. Rzucali się na siebie i byli gorsi, niż martwi. Żywi, gorsi niż martwi – rozumiesz to?
   Skinęłam głową, bo na nic więcej nie było mnie w tamtej chwili stać.
   - Żeby uratować siebie i Hanię, musiałem robić rzeczy, z których nie jestem dumny i ich żałuję – kontynuował, a w jego niebieskich oczach pojawił się na moment smutek. – Ale gdybym musiał zrobić to znowu – nie zawahałbym się. Rozumiesz, do czego zmierzam?
   Nie byłam pewna, dlatego nie wykonałam żadnego ruchu, aż Mateusz sam nie dokończył.
   - Jeśli twoja obecność – choć w niewielkim, bądź znikomym stopniu – będzie zagrażała mojej wnuczce, to lepiej byłoby dla ciebie, byś od razu skoczyła z tego mostu – syknął, wskazując na wodę. – Będzie to dla ciebie tysiąc razy lepsze, niż to, co cię czeka z mojej strony.
   Spojrzałam na Odrę, zagryzając policzek. Czasem robiłam to zbyt mocno i potem czułam w ustach smak krwi.
   Nie zdziwiły mnie słowa Mateusza. Było to zrozumiałe, że chciał chronić Hanię przed wszystkimi i wszystkim, co dawał ten paskudny świat. Jego słowa oraz determinacja przypomniała mi samą siebie, gdy chciałam uratować swoich bliskich. Ja też byłam zdolna do wielu rzeczy, byleby tylko ich ocalić.    A teraz nie wiedziałam nawet, czy wszyscy żyją.
   To było najgorsze – niewiedza.
   Rob, Max, Czesiek i Hindus pojechali do Żagania – nie wiedziałam, czy wrócili.
   Klasztor zostawiłam w rękach Edwarda – nie wiedziałam, czy wszystko tam w porządku.
   Nadią miała się zająć Łucja, a mnie nie było dość długo – nie wiedziałam, czy nie zostałam uznana za martwą.
   Adam został ranny – nie wiedziałam, czy żyje.
Nie wiedziałam nic, oprócz tego, że muszę tego wszystkiego się dowiedzieć.
   - Spadłam raz już z mostu – powiedziałam, uśmiechając się do siebie. – I wcale nie było przyjemnie, więc na razie sobie to odpuszczę.
   Mateusz patrzył na mnie podejrzliwie, a potem – ku mojemu zaskoczeniu – również się uśmiechnął.
   Już mieliśmy wrócić do kampera, gdy zobaczyłam sylwetkę po drugiej stronie mostu, zbliżającą się w naszą stronę. Mateusz dotknął zawieszonej na ramieniu wiatrówki, z którą się nie rozstawał, ale powstrzymałam go. Wyciągnęłam nóż i ruszyłam na spotkanie zombie.
   Im bliżej trupa byłam, tym wyraźniej go widziałam. A każdy kolejny szczegół, wywoływał u mnie przerażenie.
   Nie. To nieprawda.
   Zatrzymałam się, gdy poczułam zawroty głowy. Na krótką chwilę wszystko wokół mnie zamarło, a potem gwałtownie przyśpieszyło. Zaczęło pulsować, w rytm uderzeń mojego serca, które aż za dobrze słyszałam. Cofnęłam się, ale wtedy zahaczyłam o własną nogę i wpadłam na barierkę. Zombie był już kilka metrów ode mnie.
   Brudne, poranione ręce wyciągnięte w moją stronę, nagle stały się zupełnie normalne. Twarz ożywiła się, zniknęło bielmo na błękitnych oczach, oderwana, dolna warga zrosła się, a jasne włosy ponownie stały się czyste. Pozostała jedynie plama krwi na brzuchu – tam, gdzie trafił nóż.
   - Dlaczego mnie zostawiłaś? – zapytał nie swoim głosem. Ten brzmiał, jakby usta miał pełne ziemi.
W tych słowach była złość, wyrzut i nienawiść.
   - Nie – jęknęłam, zamykając oczy i chwytając się za głowę. – Przestań. Przestań. Przestań.
   Warknięcie dobiegło z bardzo bliska. Gdy otworzyłam oczy, zombie rzucał się na mnie, a jego palce zacisnęły się na moich ramionach. Krzyknęłam ze wściekłości i również chwyciłam truposza, po czym przycisnęłam go do stalowej belki mostu. Uwolniłam jedną z rąk i przerzuciłam do niej nóż. Wolną ręką przytrzymałam zombie za gardło, nie pozwalając mu odsunąć się od słupa. Ożywieniec kłapał zębami tuż przy mojej dłoni, a rękoma machał mi przed twarzą.
   To nie był on. To nie był Adam.
   Uniosłam nóż, ale nie wbiłam go w głowę truposza. Poczułam wewnętrzną blokadę, jakbym miała zabić żywą osobę. Ale przecież tak nie było. To był worek rozkładającego się mięsa, kości i wiecznego głodu – nic w nim ludzkiego. Mimo to, coś mnie powstrzymywało.
   - Zabij mnie – powiedział Adam, uśmiechając się szyderczo. – No, dalej. Zrób to. Raz już to zrobiłaś.
   - Nie zabiłam cię – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
   - Zabij mnie – powtórzył, ignorując moje słowa. – Zabij mnie. Zabij mnie. Zabij mnie!
   Ogarnęła mnie wściekłość. Krzyknęłam i wyładowałam złość, zatapiając nóż w skroni Adama. W tym samym momencie znów stał się zombie. Odsunęłam się od niego, uwalniając ostrze i oparłam się o barierkę, ciężko oddychając.
   To nie on – powtórzyłam w myślach. – Nie on.
   Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Dlaczego umysł podsunął mi wizję martwego Adama? Dlaczego tak się czułam? Dlaczego sparaliżował mnie strach, na myśl o zabiciu zombie? Dlaczego się zawahałam?
   Jeszcze raz spojrzałam na leżące obok ciało chudego bruneta, który w żadnym stopniu nie przypominał Adama.
   - Saszo?
   Spojrzałam na stojącego niedaleko Mateusza. Widział wszystko i sądząc po jego minie, wzrosła jego niechęć oraz nieufność do mnie. Nie dziwiłam się temu.
   - Wszystko gra – powiedziałam, siląc się na blady uśmiech, wyglądający pewnie jak grymas. – Ja tylko…
   Nie dokończyłam. W sumie nawet nie wiedziałam, co chcę powiedzieć. Jak miałam wytłumaczyć to, co właśnie zrobiłam?
   Coś się ze mną działo. Coś, czego nie potrafiłam zrozumieć, ani wytłumaczyć. Bałam się, że zaczynam się załamywać. A nie mogłam sobie na to pozwolić. Nie teraz, gdy od trzeźwości myśli oraz siły psychicznej zależało to, czy przetrwasz. Miałam ludzi, dla których musiałam być silna. Nie było tu miejsca na chwile słabości.
   - To nic. Naprawdę – powiedziałam, mijając Mateusza, po czym weszłam do kampera.
   Hania już nie spała i razem ze Znajdą siedzieli na kanapie, zajadając się suchymi płatkami wprost z paczki. Na mój widok uśmiechnęła się, ukazując brudne od czekolady zęby.
   - Cześć – powiedziała, typowym dla siebie, radosnym tonem.
   - Dzień dobry – odparłam, posyłając jej uśmiech.
   Polubiłam tą małą od samego początku, gdy nieufność zniknęła z jej zielonych oczu, a zastąpiła je zwyczajna, dziecięca ufność oraz radość życia. Swoją gadatliwością i otwartością potrafiła zjednać sobie człowieka tak, że ten nawet nie wiedział, kiedy to się stało.
   Mateusz wszedł do środka zaraz za mną, nawet na mnie nie patrząc. Bił od niego chłód, po którym jednak nie pozostawał nawet ślad, gdy mówił do swojej wnuczki. Po przywitaniu się z nią, zajął swoje miejsce za kierownicą i już po chwili znów byliśmy w drodze.
   Tak, jak mówił Mateusz, przejechaliśmy przez Cigacice, a potem pojechaliśmy na Sulechów. Przed nami znajdował się wiadukt, pod którym mieliśmy przejechać. Nie stało się to jednak.
   Mateusz zahamował ostro, przez co Hania wypuściła trzymaną przez siebie książkę, Znajda zaczął skomleć, a ja prawie się przewróciłam. Rozglądnęłam się za swoją wiatrówką, która została mi odebrana na czas podróży i powieszona na haku przy wejściu. Chwyciłam ją i zaraz znalazłam się obok miejsca kierowcy. Tam zobaczyłam, co było powodem naszego niespodziewanego postoju.
Z wiaduktu zostało zrzucone ciało mężczyzny, które teraz wisiało zaledwie kilka metrów od nas. Facet miał dotkliwie pobitą twarz, przez co nie można było rozpoznać jego rysów. Ubranie również miał we krwi, a na piersi wycięte jedno słowo: ZŁODZIEJ.
   - Lepiej weź swoją strzelbę – powiedziałam do Mateusza i dwa razy nie musiałam tego mówić.
   Mężczyzna zerwał się z fotela i ściągnął z półki broń. W tym samym momencie, rozległo się pukanie do drzwi. Wraz z mężczyzną spojrzeliśmy na siebie, oczekując od siebie tego samego – podjęcia decyzji, co zrobić.
   - Hania – powiedziałam do dziewczynki. – Weź Znajdę i schowajcie się.
   - Co się dzieje? – zapytała płaczliwym tonem.
   - Musisz być teraz odważna, dobrze? – Pukanie przybrało na sile. Było coraz bardziej niecierpliwe. – Idź już.
   Dziewczynka niepewnie ruszyła w stronę szafy, do której zabrała również Znajdę. Pies wyglądał na równie zagubionego, co ona. Dopiero gdy Hania ukryła się, Mateusz otworzył drzwi i zaraz przybrał pozycję do strzału.
   - Hola! Hola! – rozległ się męski głos. Nie widziałam jego właściciela, ale sądząc po tonie, musiał być to młody mężczyzna. – Nie rób niczego głupiego, dziadku.
   - Kim jesteś? – zapytał ostro Mateusz. – Niczego od was nie chcemy. Tylko tędy przejeżdżamy.
   - Pogadamy o tym, ale bez tej lufy, wymierzonej w moją głowę. Nie wiem, czy wiesz, ale to potrafi człowieka zdekoncentrować.
   Mateusz obejrzał się na mnie, po czym zerknął na szafę. Opuścił broń i dał mi znak, bym zrobiła to samo.
   - Fantastycznie. Wysiadka.
   Znajdowaliśmy się przy nieczynnych już od torach. Filary wiaduktu pokryte były mnóstwem amatorskich graffiti, które zawsze mnie drażniły, a wokół walały się puste butelki po najróżniejszych alkoholach. Stała tam nawet rozwalająca się kanapa i kilka krzeseł. Od razu widać było, że to miejsce kiedyś okupowane było przez młodocianych buntowników.
   - A niech mnie! – entuzjastyczny okrzyk oderwał mnie od obserwacji otoczenia. Zwróciłam wzrok w kierunku osoby, która odpowiadała za naszą sytuację.
   Był to rzeczywiście młody mężczyzna, który mógł być w wieku Maxa lub trochę młodszy. Miał on ciemne, dłuższe włosy, zaczesane do tyłu, brązowe oczy i uśmiech cwaniaka. Ubrany był w czarny płaszcz, spodnie tego samego koloru oraz wysokie, brązowe buty. Zauważyłam też pistolet, ukryty w przypiętej do paska kaburze, który ukazał się, gdy wiatr zatrzepotał połami płaszcza nieznajomego.
   - Złotko – zaczął, zwracając się do mnie. – Twój widok polepszył mi ten paskudny dzień.
   Posłałam mu mordercze spojrzenie i przeniosłam wzrok na resztę grupy. Byli to prawie sami mężczyźni, wyglądający jak uciekinierzy z więzienia. Szerocy w barkach, o twarzach rasowych morderców lub sadystów, wszyscy uzbrojeni i niewątpliwie groźni – nie miałam więc pojęcia, dlaczego w ich imieniu przemawiał szczupły chłopaczek bardziej nadający się na bankiety, niż do więziennych murów.
   - No tak – powiedział, zakładając za ucho luźny kosmyk włosów. – Gdzie moje maniery? – podszedł do nas i wyciągnął swoją dłoń w moją stronę. – Nazywam się Bruno.
   Ani Mateusz, ani ja nie odpowiedzieliśmy na jego przywitanie. Bruno nie przejął się tym zbytnio, o czym świadczył jego nieschodzący z twarzy uśmieszek. Strasznie irytujący – nawiasem mówiąc.
   - Ta rozmowa może potoczyć się na dwa sposoby – kontynuował. – Będziecie grzecznie odpowiadać na zadane przeze mnie pytania, żadne z was nie będzie próbowało ucieczki lub zabicia nas, a wtedy rozstaniemy się w przyjacielskiej atmosferze i nikomu nic się nie stanie. Drugą opcją będzie…
   - To? – dokończyłam, wskazując na wisielca.
   - To? – zdziwił się Bruno i spojrzał w tym samym kierunku. – A! To Karol! Nim się nie przejmujcie. Trochę nam podpadł, ale chyba zrozumiał, że takich rzeczy się nie robi. Nie nam.
   Bruno jeszcze chwilę wpatrywał się w wisielca, aż na jego twarzy pojawiła się konsternacja, a potem zdziwienie.
   - Marek?
   - Tak? – odezwał się jeden z mężczyzn – łysy i gruby brodacz o dość przygłupim wyrazie twarzy.
   - Czy ja czasem nie kazałem ci złamać mu ręki? – zastanowił się na głos Bruno, po czym dodał ciszej, jakby do siebie. – No jasne, że tak. Jestem pewien, że kazałem ci go ukarać.
   - No ja żem przecież to zrobił! – oburzył się grubas i wskazał wielką łapą na Karola. – O!
   Wszyscy ponownie spojrzeliśmy na wisielca, który po chwili otworzył pokryte bielmem oczy i zaczął wymachiwać rękoma, wydając przy tym zniekształcone przez sznur zaciśnięty wokół szyi, charczące odgłosy.
   Bruno westchnął i przejechał dłonią po twarzy.
   - Nie ważne – mruknął i oparł ręce na biodrach. – Wracając do tematu…
   - Nie mamy zapasów, ani żadnej innej broni niż ta, którą widzisz – powiedziałam i spojrzałam na stojące za grupą terenowe samochody. – Nasz kamper też raczej się wam nie przyda.
   - Złotko – Bruno spojrzał na mnie pobłażliwie. – Lubię cię, ale stul, proszę, dziób.
   Zacisnęłam zęby ze złością i ścisnęłam mocniej pasek mojej wiatrówki, zawieszonej na ramieniu. Miałam wielką ochotę zrobić z niej użytek.
   - No tak – wzrok Bruna padł na moją broń. – Kompletnie zapomniałem. Panowie!
   Facet, o imieniu Marek oraz jego bliźniaczo podobny kompan podeszli do nas z zamiarem odebrania nam broni. Sama ściągnęłam swoją i podałam ją jednemu z mężczyzn. Miałam nadzieję, że moja współpraca nie pójdzie na marne.
   - Co teraz? – zapytałam.
   - Teraz – Bruno zbliżył się do mnie – można powiedzieć, że jesteście wśród swoich. A jak to mówią – co twoje, to moje.
   Na te słowa dwóch mężczyzn wkroczyło do kampera. Kątem oka zobaczyłam, jak Mateusz cały się spina i jest o krok od wyrwania swojej broni i ruszenia z pomocą wnuczce. Sama byłam zdenerwowana i błagałam w duchu, by Hania pozostała cicho.
   - No, co jest? – zapytał Bruno, patrząc to na mnie, to na Mateusza. – Chyba niczego nie ukrywacie?
   W tym samym momencie rozległ się dziecięcy pisk, warczenie psa oraz krzyk jednego z mężczyzn, którzy przeszukiwali kampera. Drugi wypadł z niego, szarpiąc się z bronią schowaną w kaburze.
   - Co do…
   Bruno nie zdążył dokończyć, bo uderzyłam go z całej siły kolanem w krocze, wyszarpnęłam mu pistolet z kabury i wykręciłam mu rękę na plecy.
   - Niech nikt nie waży się ruszyć! – syknęłam ostro, chwytając lidera grupy za szyję i przykładając mu lufę broni do głowy. Na dowód, że nie zamierzam żartować, odbezpieczyłam pistolet. Dopiero wtedy większość mężczyzn odpuściła sobie próby zabicia nas, ale wciąż nie wszyscy.
   - Chyba nie jesteś zbyt lubiany, skoro chcą zobaczyć twój mózg na ziemi – powiedziałam.
   - Odłóżcie te pierdolone bronie! – wykrzyczał Bruno, nieco piskliwie.
   Uśmiechnęłam się, nie widząc już żadnej lufy wymierzonej we mnie.
   Mateusz odebrał jednemu z mężczyzn swoją strzelbę, przy okazji uderzając go kolbą w brzuch, po czym ruszył do kampera, z którego wciąż dochodziło warczenie.
   - Wiesz, że to nie koniec – powiedział Bruno.
   - Złotko, stul, proszę, dziób – przedrzeźniłam go i oglądnęłam się na Mateusza, który kopnięciem    wypchnął zakrwawionego mężczyznę z kampera. Ten jęczał, próbując zatamować krwawiące rany na twarzy i szyi. Marnie to wyglądało.
   - To było niepotrzebne – kontynuował. – Mogliście wysłuchać mnie do końca. Zawarlibyśmy korzystny układ.
   - Wybacz, ale jesteś ostatnią osobą, z którą chciałabym cokolwiek zawierać – powiedziałam i pociągnęłam Bruna w kierunku kampera, wciąż trzymając broń przy jego głowie i obserwując resztę grupy.
   - Jestem waszym zakładnikiem? – prychnął.
   - Chwilowym – odparłam, po czym zwróciłam się do zdezorientowanych i wyraźnie zagubionych mężczyzn. – Jeźdźcie prosto, to go sobie odbierzecie. Jeśli oczywiście chcecie.
   Wepchałam Bruna do kampera i zamknęłam drzwi. Ten upadł na podłogę, tuż obok kałuży krwi.    Natychmiast sięgnęłam po wiszący na wieszaku pasek, którym spętałam nadgarstki mężczyzny.
   - Trzeba było powiedzieć, że lubisz wiązanie. Też bym coś wymyślił – powiedział z chamskim uśmieszkiem.


   - Zamknij się – powtórzyłam, mocno zaciskając pasek i posadziłam Bruna na kanapie. – Możemy jechać.
   Mateusz ruszył, a ja podeszłam do skulonej między szafą a kanapą Hani. Dziewczynka była przerażona i mocno obejmowała zakrwawionego Znajdę. Pies miał cały czerwony pysk, który co chwilę oblizywał. Ukucnęłam przed nimi i ostrożnie wyswobodziłam sierść Znajdy z pięści małej. Zwierzę wydawało się być mi za to wdzięczne, bo zamerdało ogonem i trąciło łbem moją rękę.
   - Spisałeś się, bohaterze – powiedziałam, tarmosząc futro psa.
   - Usłyszeli mnie – powiedziała cicho Hania. – Miałam być cicho, ale trąciłam pudełko z butami i ono spadło. Ten gruby otworzył szafę i Znajda się na niego rzucił. Ja nie chciałam…
   - Nic się nie stało – odgarnęłam z twarzy dziewczynki kilka luźnych kosmyków. Ta wtedy przytuliła się do mnie, a ja poczułam, jak cała drży.
   - Jak uroczo – prychnął Bruno.
   - Zamknij się, bo cię zaknebluję – ostrzegłam go.
   Gdy Hania wraz ze Znajdą zamknęli się w pokoju, a ja upewniłam się, że Bruno nic nie zrobi, poszłam na przód kampera i usiadłam na miejscu obok Mateusza. Mężczyzna prowadził w wyraźnym zdenerwowaniu.
   - Co z nim zrobimy? – zapytał. – Tamci być może już za nami jadą.
   - Mamy przewagę – odparłam. – Zostawimy go po drodze i niech sobie radzi.
   Minęliśmy ostatnie budynki i wjechaliśmy na drogę, z obu stron otoczoną przez pola. Po chwili pojawiły się też lasy, a na niebie przed nami zarysował się szkielet wieży radiowej.
   - Nie lepiej go zabić? – nieśmiało zaproponował Mateusz, oglądając się za siebie.
   Bruno siedział rozłożony na kanapie i gdy zauważył, że na niego patrzymy, posłał nam jeden ze swoich uśmieszków.
   - Chcesz to zrobić? – zapytałam, podtrzymując spojrzenie rozbawionych, brązowych oczu.
   - Tak – odparł szybko mężczyzna, po czym dodał mniej pewnie – ale nie sądzę, bym był do tego zdolny. To może być szumowina najgorszego rodzaju, ale wciąż jest człowiekiem.
   Zabijaj, lub giń – pomyślałam. Te słowa po raz pierwszy zabrzmiały dla mnie jak dodatkowe obciążenie.
   Nie pamiętałam już, ilu ludzi zabiłam, ale na pewno zbyt wielu. Więcej, niż bym chciała i czułam, że kiedyś ten ciężar mnie przytłoczy. To, co działo się ze mną w ostatnim czasie było ostrzeżeniem. A ja nie mogłam się załamywać – jeszcze nie teraz.
   - Zatrzymaj się tu – powiedziałam, gdy przejeżdżaliśmy obok wieży radiowej.
   - Saszo…
   Wstałam z miejsca, ignorując Mateusza i chwyciłam Bruna za ramię.
   - Koniec przejażdżki? – zdziwił się Bruno, gdy wypchnęłam go na zewnątrz.
   Nim wyszłam, obejrzałam się na Mateusza. Jego wzrok mówił jasno, co mam zrobić.
   Tak trzeba – pomyślałam, biorąc do ręki strzelbę mężczyzny.
   Na zewnątrz odetchnęłam przyjemnie chłodnym powietrzem, który wypełnił moje płuca lodowymi igiełkami. Zima już nadeszła, choć nie wszędzie była widoczna. Na tym pustkowie jej oznakami były nieliczne, zamarznięte kałuże, pokryte szronem pola oraz łyse drzewa.
   Spojrzałam na szczyt wieży radiowej i zmrużyłam oczy przed wyłaniającym się zza chmur słońcem. Te zaraz zniknęło, ale nawet gdy się pojawiało, nie dawało ciepła.
   - Idź – trąciłam Bruna lufą, popychając go do przodu. Nie chciałam tego robić na pustej drodze, tuż obok kampera.
   - Sasza, to twoje imię, czy ksywka? – zapytał, gdy przedzieraliśmy się przez sztywną trawę, kierując się za płot ogradzający wieżę.
   - I to, i to – odparłam oglądając się za siebie. W oknie kampera mignęła mi twarz Mateusza.
   - Wiesz, tobie może to byłoby obojętne, ale chcę wiedzieć, jak nazywa się osoba, która mnie zabiła. Ktokolwiek jest po tej drugiej stronie, może będzie chciał wiedzieć, kto im przysłał takiego skurwiela, jak ja. Mogą być zdziwieni, że zrobiła to dziewczyna.
   Zatrzymałam się w miejscu, z którego nie widać było kampera. Obok wieży radiowej stała murowana budka, która ukrywała nas przed widokiem z drogi.  
   - Oszczędź mi tylko tego: „chcesz coś powiedzieć przed śmiercią?”. To strasznie oklepane.
   - Nigdy się nie zamykasz? – sprawdziłam naboje w strzelbie i zamknęłam ją z trzaskiem.
   - Wolisz upierdliwe gadanie, czy krępującą ciszę?
   Podniosłam strzelbę i wymierzyłam w pierś Bruna. Trzymałam palec na spuście, ale nie potrafiłam się zmusić, by go nacisnąć.


   On na to zasługuje – próbowałam się przekonać. – To tylko kolejna osoba. Jego śmierć i tak już nic nie zmieni.
   Im bardziej tak sobie wmawiałam, tym mniej w to wierzyłam. Prawda była taka, że byłam na skraju przepaści, a od upadku dzielił mnie tylko krok. To mógł być on, lub nie. Nie wiedziałam, co mnie złamie i to było najgorsze.
   Dotychczas zabijałam, bo musiałam – w samoobronie bądź dla bezpieczeństwa moich ludzi. Tym razem to miało być coś innego – wykonanie wyroku. A ja nie byłam katem.
   Syknęłam do siebie i opuściłam broń. Byłam wściekła na siebie za to, co się ze mną działo. Ta słabość mogła ściągnąć na mnie kłopoty.
   - Ilu zabiłaś? – zapytał Bruno, chyba po raz pierwszy nie uśmiechając się złośliwie. Jednak potrafił być poważny.
   - Zbyt wielu – odparłam. – A ty?
   - Przestałem liczyć. To zmusza do pamiętania o nich, a to prowadzi do obłędu.
   Mroźny wiatr zawiał, rozwiewając poły mojej kurtki. W tamtej chwili dziękowałam za to zimno, które ochłodziło krążącą mi w żyłach krew.
   - Jeśli ludzie będą dla ciebie postaciami bez twarzy, nie będziesz musiała ich później widywać.
   - Postacie bez twarzy – powtórzyłam i parsknęłam. – Poeta z ciebie. Co zrobisz, jeśli cię nie zabiję?
   - Na początek na pewno uwolnię ręce, nim całkowicie stracę czucie w dłoniach, a potem pewnie zaczekam, aż moi po mnie przyjadą.
   - A później?
   Bruno wzruszył ramionami i pewnie gdyby nie to, że nie mógł, rozłożyłby ręce.
   - Kto wie, czy będzie jakieś później?
   Tym razem to ja się uśmiechnęłam.
   - Cholerna racja – powiedziałam i uniosłam ponownie strzelbę. Tym razem nie wahałam się pociągnąć za spust. Kula świsnęła tuż obok głowy Bruna, a ten upadł na ziemię z przerażeniem na twarzy. Ten widok mnie usatysfakcjonował.
   - Lepiej nie zmarnuj tej szansy – powiedziałam i odwróciłam się, by ruszyć do kampera. Wtedy jeszcze usłyszałam za sobą głos.
   - Wiesz, że się jeszcze spotkamy?
   Przystanęłam i obejrzałam się na Bruna.
   - Mam nadzieję, że nie – powiedziałam.

2
   Do Błoni dotarliśmy przed zmierzchem.
   Jeszcze nigdy tak bardzo nie cieszyłam się na widok chłodnych murów i strzelistych wież. Czułam się, jakbym opuściła klasztor wiele tygodni temu, a nie zaledwie kilka dni wcześniej. Teraz wróciłam, z nowymi ludźmi, jako nowa osoba, z poczuciem, że to jest moje miejsce. Mój dom.
   Mateusz zatrzymał kampera kilka metrów przed bramą. Wyszłam z niego pierwsza, machając do pełniącego wartę strażnika. Okazał się być nim Edward.
   Mężczyzna zadziwiająco szybko znalazł się na ziemi i otworzył bramę z pomocą Jarka.
   - Jednak żyjesz – powiedział starszy z mężczyzn, obejmując mnie na powitanie.
   - A myślałeś, że jest inaczej? – udałam oburzenie.
   - Nie wiedzieliśmy w sumie, co mamy myśleć – odparł Jarek, drapiąc się po karku. – Minęło wiele dni, odkąd ty, Rob z Maxem i resztą wyjechali. Zaczęliśmy się zastanawiać…
   - Chwila – powstrzymałam go uniesieniem ręki. – Rob i reszta nie wrócili?
   Mężczyźni spojrzeli na siebie zakłopotani. Mnie za to ogarnęła złość.
   - Szukaliście ich? – zapytałam.
   Mina Jarka była jasną odpowiedzią.
   Zdusiłam w sobie chęć opieprzenia obu mężczyzn za ich bezczynność. Minęło już kilka dni. Ja zdołałam wrócić, choć byłam sama, a fakt, że czteroosobowa grupa dorosłych mężczyzn zaginęła nie wróżył zbyt dobrze.
   - Dobra – ścisnęłam kciukiem i palcem wskazującym grzbiet swojego nosa. – Jarek, sprowadź ludzi, którzy potrafią dobrze strzelać. Edek, przygotuj auta.
   - Chcesz jechać do Żagania? – zdziwił się Edward. – Dopiero wróciłaś. I już prawie noc.
   - Wystarczająco sporo czasu zmarnowaliśmy – powiedziałam ostro. – Nie będę siedzieć bezczynnie, podczas gdy z nimi nie wiadomo co się dzieje. Jedziemy dzisiaj.
   Mężczyźni wiedzieli, że nie ma co już dyskutować i rozeszli się, by wypełnić swoje zadania. Ja w tym czasie wróciłam do Mateusza oraz Hani, którzy stali zagubieni i niepewni przy kamperze.
   - Mamy tu małe kłopoty – powiedziałam do mężczyzny. – Powiem Łucji, żeby się wami zajęła.
   - Dokąd jedziesz? – zapytała Hania, wyprzedzając z tym pytaniem swojego dziadka.
   Uśmiechnęłam się uspokajająco do dziewczynki i ukucnęłam przed nią.
   - Muszę pomóc moim przyjaciołom – wytłumaczyłam jej krótko. Nie byłam pewna, czy dziesięciolatka zrozumie niebezpieczeństwa oraz podłość tego świata.
   - Będziesz ich ratować? Jak superbohaterka?
   - Chyba tak – roześmiałam się słysząc takie określenie. Nie powiedziałabym o sobie w ten sposób. Do superbohatera było mi raczej daleko. – Uratuję ich i wrócę. A ty zajmij się Znajdą przez ten czas. Umowa?
   Hania z zapałem pokiwała głową i wyciągnęła do mnie swój mały palec, o który zahaczyłam.
   - Umowa – powiedziała.

3
   Było nas ośmioro. Jarek ściągnął wszystkich, na obecności których najbardziej mi zależało, czyli Marek, Jurek i dwóch ich kumpli, a także dwie osoby z grupy, z którą przybył Rob. Jednym z nich był sporych rozmiarów facet, który z ledwością mieścił się na niskim siedzeniu w ciężarówce, a drugim był brodaty i długowłosy mężczyzna. Edek też chciał się zabrać, ale nie mogłam na to pozwolić. Wtedy klasztor pozostałby bez opieki żadnej z osób, którym ufałam.
   - Pilnuj, by Stefan nie zaczął się rządzić – powiedziałam przed odjazdem.
   - A ty pilnuj, żeby nikt nie zginął – odparł mężczyzna, kładąc mi dłoń na ramieniu. – I sprowadź resztę.
   - Zrobię to – zapewniłam go i wsiadłam do ciężarówki.
   Droga ciągnęła nam się w milczeniu. W kabinie siedział Jarek wraz z Markiem, a my gnieździliśmy się na niewygodnych ławkach ustawionych na przyczepie.
   Chyba nigdy nie odpocznę – pomyślałam przecierając oczy i wyciągając nogi. Ledwie co wróciłam z jednej wyprawy, a już ruszałam na drugą. Nic jednak nie mogłam poradzić na to, że musiałam to zrobić. Sama wysłałam tą grupę do Żagania i poniekąd czułam się za nich odpowiedzialna. Musiałam jechać tam i przekonać się, co się stało. Byłam pewna, że oni zrobiliby dla mnie to samo.
   - Dojeżdżamy do Żagania – dotarł do nas stłumiony głos z szoferki. Był on jak znak do gotowości.
   Wszyscy chwyciliśmy swoje bronie, czekając na zatrzymanie się ciężarówki. Jednak zanim to się stało, między połami plandeki zobaczyłam ogniki oraz dotarły mnie odgłosy wystrzałów.
   - Stój! – zawołałam, odsuwając materiał na bok.
   Wyskoczyłam nim ciężarówka zdążyła całkowicie się zatrzymać. Znajdowaliśmy się na pustej drodze, z obu stron otoczonej przez liche choinki. Dokładnie pod nami znajdowała kolejna droga, która prowadziła do jakiś zabudowań. Mimo ciemności dostrzegłam spory budynek oraz otaczające go ogrodzenie. Był to jakiś zakład przemysłowy i to stamtąd padały strzały i co chwilę pojawiały się światła.
   Miałam przeczucie, że to właśnie tam znajdziemy naszych.
   - Saszo? – pytanie w głosie Jarka było wyraźne.
   Zagryzłam policzek i zacisnęłam dłoń na karabinie.
   Postacie bez twarzy – powtórzyłam w myślach.
   Skinęłam w stronę budynku i pierwsza zaczęłam schodzić po stromym wzniesieniu na dół. Reszta podążyła za mną.
   Cokolwiek tam się teraz działo, musieliśmy wkroczyć, nie bacząc na konsekwencje.