wtorek, 29 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 27 - PALEC NA SPUŚCIE (ROB)

Rozdział długi, pełen akcji i spotkań – taki, jakie najbardziej lubię.
Wszystko wskazuje na to, że jeszcze dzisiaj pojawi się ostatni rozdział TLD. Z jednej strony – jeeeej :D, a z drugiej – ale jak to? Już koniec?

Dobrze, że koniec 1 tomu ;p

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

   Nie mogłem uwierzyć w nasze szczęście. Nie dość, że spotkaliśmy ludzi, którzy zgodzili się nam pomóc, to jeszcze okazali się być oni z klasztoru. I znali Saszę. Nie mogliśmy trafić lepiej.
   Z rozmowy z Maxem i Cześkiem, jak nazywał się drugi z mężczyzn, dowiedziałem się o ich historii z ostatnich dni. Poczułem ulgę, gdy dowiedziałem się, że moja przyjaciółka żyje i właśnie znajduje się w bezpiecznym miejscu. Nie mogłem się doczekać, by ją zobaczyć. Ze słów Maxa wynikało, że zapewne jest już w klasztorze, do którego odwoziła nowo spotkanych ludzi.
   - Pojechała sama? – zapytałem nieco zaniepokojony. W tych czasach nikomu nie można było ufać.
   - Nic jej nie będzie – zapewnił mnie Max. – To twarda dziewczyna.
   Powiedział to w sposób, od którego aż przeszły mnie ciarki. Patrząc na spojrzenie, jakie wymienił z Cześkiem doznałem wrażenia, że coś się wydarzyło.
   - Na pewno z nią wszystko w porządku? – zapytałem chcąc się upewnić.
   - Nie wiem, jaka była Sasza zanim ją poznałem, ale teraz jest… przystosowana.
   - Przystosowana? – powtórzyłem zdziwiony.
   - Innego słowa by ją opisać nie ma – powiedział i zamilkł.
   Nic nie rozumiałem, ale nie ciągnąłem już tematu. Miałem nadzieję, że sam dowiem się wszystkiego, gdy już dojedziemy do klasztoru. Jednak miało się to stać później, niż chciałbym.
Zamiast od razu wjechać na drogę, którą wyjechalibyśmy z miasta, Max skręcił w przeciwnym kierunku. Już chciałem zapytać, o co chodzi, gdy ten sam wyjaśnił mi wszystko.
   - Nie będziemy ryzykować jazdy po ciemku – powiedział wjeżdżając na plac obok sporej hali magazynowej. – Przenocujemy tu i poczekamy do rana. Poza tym, trzeba was opatrzyć.
Spojrzałem na swoje ramie, które obwiązane miałem rękawem swojej koszulki. Rana bolała jak cholera, ale krew przynajmniej przestała płynąć.
   Wyszedłem z auta, gdy moi towarzysze siedzący na pace zeskakiwali na ziemię. Oskar pomógł Maxowi i Cześkowi w otworzeniu dwuskrzydłowych drzwi do magazynu, czemu przyglądałem się z boku. Zaraz pojawiła się obok mnie Lena. Dopiero wtedy przypomniałem sobie o tym, co wydarzyło się między nią, a Iwoną. Zabiła ją, a ja nie wiedziałem dlaczego.
   - Leno…
   - Nie chcę o tym mówić – przerwała mi, nawet nie patrząc w moją stronę. – Zrobiłam, co zrobiłam. Nie cofnę tego.
   - Sądzisz, że nie należą mi się żadne wyjaśnienia? – zapytałem spokojnym głosem.
   - Należą. Ale nie teraz. Jeszcze nie.
   Rozległ się przeciągły pisk nawiasów, gdy mężczyźni otworzyli drzwi do hali. Lena pierwsza ruszyła w tamtym kierunku, a ja odprowadziłem ją wzrokiem. Najdziwniejsze było to, że nie nienawidziłem jej za to, co zrobiła. Choćbym chciał, to nie potrafiłem.
   W środku hali magazynowej panował mrok. Większość miejsca zajmowały drewniane skrzynie, poustawiane w rzędy, sięgające prawie sufitu. Pod jedną ścianą znajdował się wózek widłowy, a obok niego spore pudła. Jak się okazały – w środku były kołdry oraz poduszki, więc mieliśmy szczęście spać na czymś o wiele wygodniejszym niż zimna, betonowa podłoga.


   Po zabezpieczeniu wejścia, przy świetle latarek usiedliśmy w koło i zjedliśmy dość sytą kolację. Max i Czesiek znaleźli sporo zapasów, które nieco uszczupliliśmy. Postanowiłem jednak odrobić tą stratę, gdy już dotrzemy do klasztoru.
   - Jak tam jest? – zagaiła Zuza. Jej twarz szpeciły drobne nacięcia i sama narzekała na ból kolan oraz barku. Na posterunku zmuszona była uciekać skacząc przez okno. – Klasztor naprawdę jest taki bezpieczny?
   - Na pewno bezpieczniejszy od wszystkich miejsc, w których byliście – stwierdził Czesiek, w czym miał dużo racji. – Dzięki broni, którą przywiózł Max i Sasza możemy się bronić jeszcze skuteczniej. Szkoliliśmy nawet ludzi w posługiwaniu się nią.
   - Ktoś tam rządzi, czy każdy decyduje za siebie? – zapytał Loska, wygrzebując palcami resztki sardynki z puszki.
   Czesiek długo wahał się z udzieleniem odpowiedzi. Wyraźnie zastanawiał się nad nią.
   - Niby wszystkim zarządza opat – Wacław, ale taki z niego przywódca jak ze mnie wróżka   Zębuszka. Poza wysyłaniem ludzi po zapasy, nic nie robi, by zapewnić nam bezpieczeństwo. A i to zdarzyło się dwa razy od wybuchu całego gówna. On i jego fanatyczni zakonnicy uważają całą apokalipsę za wole Boską. Coś się musiało im nieźle poprzestawiać w głowach.
   - Skoro są tacy beznadziejni, to dlaczego nie próbowaliście przejąć władzy? – zapytała Zuza.
   - To nie takie proste – westchnął Czesiek. – Ale mamy nadzieję, że wszystko zacznie powoli się układać.
   Mężczyzna spojrzał na Maxa, który miął w palcach kawałek papieru.
Po posiłku oraz opatrzeniu ran wszyscy położyliśmy się na swoich posłaniach. Nie była to już noc, a raczej wczesny ranek, ale wcześniej musieliśmy omówić kilka spraw. Postanowiłem zaryzykować i zaufać nowo poznanym mężczyzną, tym bardziej, że ci odpowiadali na nasze pytania, nie owijali w bawełnę. Pewności nie miałem, ale wydawali się mówić szczerze. Gdyby chcieli nas wciągnąć w pułapkę, próbowaliby nam wmówić, że klasztor jest idealny, a tak wyjawili jego wady.
   Przewróciłem się na drugi bok i westchnąłem cicho. Zuza zajęła się moim ramieniem, a od Cześka dostałem leki przeciwbólowe. Jednak dalej odczuwałem nieprzyjemne pulsowanie, które nasilało się, gdy przez przypadek dotykałem rany. Usiadłem na posłaniu i ostrożnie poruszałem ręką. Jeżeli chciałem, by była całkiem sprawna, nie mogłem pozwolić, by zardzewiała.
   Gdy patrzyłem na śpiących towarzyszy, zauważyłem brak jednej osoby. Wygramoliłem się z pościeli i wziąłem jedną z latarek, które niedawno służyły nam za źródło oświetlenia. Odszedłem kawałek dalej, by nie zbudzić śpiących świecąc im bezczelnie po oczach. Dotarłem do rzędu skrzyń, gdy usłyszałem ciche łkanie. Odruchowo położyłem dłoń na pistolecie i zacząłem skradać się w stronę, skąd dochodził głos.
   - Lena?
   Dziewczyna poderwała się z podłogi i próbowała otrzeć mokrą od łez twarz.
   - Rob? Ja… nie mogłam spać.
   - To tak jak ja – Dyskretnie zdjąłem palec ze spustu i zgasiłem latarkę. Lena i tak była wystarczająco zażenowana. – Mimo to powinnaś spróbować zasnąć. Za kilka godzin wyruszamy w dalszą podróż.
   - Mam nadzieję, że ostatnią – powiedziała cicho, obejmując się za ramiona.
   Dobrze ją rozumiałem. Posterunek był tylko iluzją przystanku, gdzie wcale nie czuliśmy się bezpiecznie. Miałem już dość ciągłej ucieczki, która wyniszczała nas wszystkich. Chciałem w końcu odpocząć – tak naprawdę, bez tego całego strachu, zasypiania z otwartymi oczami i palcem na spuście.
   - Chcesz wiedzieć? – zapytała dziewczyna, nie patrząc nawet na mnie. – Co się wydarzyło między mną, a Iwoną? Dlaczego ją zabiłam?
   - Leno…
   - Nie. Wysłuchaj mnie najpierw – Lena podeszła do mnie i położyła mi ręce na ramionach. –    Pamiętasz, co ci powiedziałam w zbrojowni? Jesteś dobrym przywódcą – wszyscy to wiedzą, a   Iwona chciała wszystko zniszczyć. Usłyszałam jej rozmowę z Olgą. Od początku chciały nas wyrolować. Wykorzystały nas, by mogły uciec z Jarkiem. Iwona chciała cię zabić, gdybyś się stawiał. Nie mogłam na to pozwolić.
   Byłem zaskoczony. Nawet przez myśl by mi nie przeszło, że Iwona i Olga są zdolne zrobić nam coś takiego. A jednak.
   - Zależy mi na tobie, Rob. Naprawdę. Jestem gotowa zrobić wiele, żebyśmy osiągnęli swój cel.
   - Jaki cel? – zapytałem zdezorientowany.
   Lena uśmiechnęła się tajemniczo, gdy wspięła się na palce i pocałowała mnie.
Ten pocałunek nie przypominał tego ze zbrojowni. Tym razem było inaczej. Szybko zaczęliśmy wzajemnie pozbawiać się ubrań, aż wylądowaliśmy na zimnej, brudnej podłodze hali magazynowej. Tu już nie chodziło o same uczucia, ale o chwilę zapomnienia. Zapomnienia o złym i niebezpiecznym świecie w jakim przyszło nam żyć. Mając wokół tyle zła, każdy potrzebował kogoś stałego. Kto był, mimo wszystko.


   Nagle Lena wzięła moją twarz w swoje dłonie i spojrzała na mnie uważnie.
   - Ufasz mi? – zapytała.
   Przed oczami pojawił mi się obraz Edyty, uciekającej samochodem moich dziadków. Ufałem jej i popisowo się na tym przejechałem.
   Saszy także ufałem, zgadzając się na jej plany, przez które zostaliśmy rozdzieleni.
   Ufałem też Iwonie i Oldze.
   Dotychczas większość moich prób zaufania komuś w stu procentach kończyło się fiaskiem i sam nie wiedziałem, czy chcę jeszcze komuś w pełni wierzyć.
   Ale były też osoby, które do tej pory ani razu mnie nie zawiodły. Zuza, Oskar i Loska, Młody, Lena…
   - Ufam – powiedziałem głęboko w to wierząc. – Tak, do cholery. Ufam.

***

   Nasz wyjazd został opóźniony z całkowicie niezależnego od nas czynnika. Ciężarówka, którą podróżowali Max i Czesiek, nie chciała odpalić. Na szczęście okazało się, że Loska ma spore umiejętności mechaniczne, dzięki czemu nie musieliśmy szukać nowego auta, co z pewnością byłoby trudne.
   - Weźmiemy kilka sztuk pościeli – powiedział Max, gdy układaliśmy wszystkie rzeczy na pace tak, by zrobić dla wszystkich miejsce. Ostatnia podróż dla tych, którzy nie mogli siedzieć w wygodnych fotelach upłynęła na gnieceniu się na puszkach i obijaniu się o siebie.
   - O tak – przytaknął Czesiek. – Mam po dziurki w nosie tych drapiących koców i spania na cuchnących materacach.
   - Śpicie na materacach? – zapytała zaskoczona Zuza.
   - Na materacach, łóżkach polowych i kocach rozłożonych na podłodze – wyliczył mężczyzna. – Jak   sobie kto pościeli, tak się wyśpi.
   - Nie ma łóżek? – zdziwiłem się. – O ile dobrze pamiętam, to w klasztor jest spory.
   - Powiedzmy, że zakonnicy cenią sobie prywatność.
   Wymieniłem spojrzenia z Zuzą, która tak jak ja była oburzona.
   - To w takim razie gdzie śpicie? Chyba nie na dworze?
   - Aż tak źle to nie jest – Czesiek uśmiechnął się, drapiąc po łysym czubku głowy. – Wacław udostępnił nam kapitularz.
   - Łaskawca – prychnęła pod nosem dziewczyna i weszła do magazynu.
   Czesław rozbawiony pokręcił głową, a ja tylko wzruszyłem ramionami i dokończyłem układanie puszkowanego jedzenia na jeden stos.
   - Zbierajcie się już – powiedział Max. – Już dawno powinniśmy być w drodze.
   - Jeszcze Sasza będzie gotowa wysłać po nas ekipę poszukiwawczą – zażartował Czesiek.
   - Pójdę po wszystkich – powiedziałem wchodząc do hali.
   Gdy już miałem zwołać wszystkich, rozległ się metaliczny chrzęst dochodzący z drugiej strony magazynu, a po chwili pomieszczenie wypełniło jasne światło, które zaraz znikło wraz z trzaskiem opuszczanych drzwi. Dałem wszystkim znak, by się skryli za skrzyniami i przyłożyłem palec do ust, gdy do środka wszedł Max.
   W ciemności ciężko mi było cokolwiek dostrzec, ale udało mi się dojrzeć cztery sylwetki, zapewne należące do mężczyzn. Sięgnąłem po broń tak, jak reszta moich towarzyszy i odbezpieczyłem ją. Nie przewidziałem jednak, że tutejsze echo tak wzmocni siłę kliknięcia. Oczywiście zwróciło ono uwagę intruzów.
   - Możemy się dogadać – powiedział jeden z nich. Jego głos wydał mi się znajomy, ale nie potrafiłem skojarzyć, do kogo mógł on należeć. – Przeczekamy, aż odejdą zombie, a potem każdy rozejdzie się w swoją stronę.
   Zobaczyłem, jak Max skrada się w kierunku nieznajomych. Przekląłem w myślach, bo sam wolałem wycofać się tylnym wyjściem, niż atakować tą grupkę. Jednak wtedy obok mnie pojawiła się Zuza.
   - To ci kolesie, co napadli na nas na posterunku – powiedziała szeptem. – Poznaję dwóch.
   - Jesteś pewna? – zapytałem.
   - Poznaję jego głos – odparła.
   - Mamy obóz – kontynuował najwidoczniej przywódca grupki, robiąc krok w przód. – Jest u nas bezpiecznie. Możemy was tam zabrać. Wcale nie musimy się zabijać.
   Pieprzony kłamca – pomyślałem. Byli oni z grupy Wiksy, a to oznaczało, że wcale nie byli przyjaźnie nastawieni.
   - Wyjdźcie, a się dogadamy.
   Chciałem zarządzić odwrót, ale wtedy Zuza, niczym błyskawica, ruszyła biegiem w stronę mężczyzn. Najwyraźniej chciała wyrównać rachunki za to, co chcieli nam zrobić. Nie zdążyłem jej pochwycić, ale dałem znak Oskarowi, który bez zastanowienia za nią ruszył. Ja sam wraz z Leną i Młodym weszliśmy do sąsiedniej alejki, w której po chwili pojawiła się dwójka ludzi. W ostatniej chwili udało nam się schować za skrzyniami, nim dosięgły nas kule. Odpowiedzieliśmy tym samym na atak, ale nie udało nam się trafić.
   - Biegnijcie do auta! – rozkazałem Lenie i Młodemu.
   - A ty? – zapytała dziewczyna kuląc się, gdy na głowę posypało nam się pierze i kawałki drewna.
   - Pójdę po Zuzę i Oskara. Bierzcie po drodze Loskę i czekajcie na nas w aucie. Już!
   Lena nie wyglądała na chętną do ucieczki, dlatego spojrzałem na Młodego, a ten złapał ją za rękę i siłą pociągnął za sobą. Upewniłem się jeszcze, że posłuchali się mnie, po czym ruszyłem biegiem do miejsca, gdzie zniknęła Zuza.
   Nagle spomiędzy skrzyń wypadła na mnie postać, która od razu uderzyła mnie kolbą swojego karabinu, trafiając w zranione ramie. Krzyknąłem z bólu zginając się w pół i nie czekając na kolejny cios, natarłem na przeciwnika, powalając go na podłogę. Był on niewątpliwie młodszy ode mnie i niewiele starszy od Młodego, ale nie zamierzałem mu przez to odpuszczać. Ignorując ból ręki zacząłem okładać dzieciaka pięściami, aż jego twarz zaczęła zmieniać się w krwawą miazgę. Chłopak już nawet się nie bronił, a jedynie charczał cicho. Jednak ja byłem jak w transie i nie potrafiłem przestać.
   - Już starczy, Rob! – potężna siła odciągnęła mnie od dzieciaka. Oskar patrzył na mnie przerażony. – Już starczy.
   Otarłem dłonie w spodnie i odebrałem dzieciakowi karabin. Całe szczęście żył.
   - Gdzie Zuza? – zapytałem.
   - Nie wiem. Musiałem zmierzyć się z dwójką kolesi i nie widziałem jej.
   - Kurwa! – syknąłem. – Biegnij do auta! Zaraz będę.
   Przekradając się między skrzyniami natrafiłem na Maxa. W pierwszej chwili oboje uznaliśmy się za wrogów i wymierzyliśmy do siebie.
   - Widziałeś Zuzę?
   - Pewnie jest już w samochodzie – mruknął w odpowiedzi i ruszył w kierunku tylnego wyjścia. Po jego minie oraz tonie głosu stwierdziłem, że coś musiało go mocno zdenerwować.
   Spojrzałem na miejsce, skąd wyszedł i zobaczyłem oddalającą się sylwetkę. Mój palec automatycznie natrafił na spust karabinu, ale powstrzymałem się. Zabijanie było opcją, a nie rozwiązaniem.
   Gdy wyszliśmy na zewnątrz zobaczyliśmy, czego skutkiem była nasza strzelanina. Cały plac zaroił się od trupów, które zmierzały w kierunku ciężarówki. Loska i Czesiek już gotowali się do strzelania do zombie, by pozostali mogli wejść na pakę.
   - Pośpieszcie się! – zawołał Czesiek, strzelając do pierwszego trupa.
   Nie było czasu. Istniało zagrożenie, że jeżeli pojawiłoby się zbyt dużo zombie, ciężarówka nie zdołałaby się przebić przez nie. Biegiem wskoczyliśmy na pakę, lądując na miękkiej pościeli. W tym samym momencie samochód ruszył z miejsca i zaraz zatrząsł się, od taranowania stających mu na drodze ożywieńców. Czesiek musiał mocno manewrować, byśmy nie wpadli w poślizg, bądź nie ugrzęźli w górze nieumarłych. W końcu jednak udało nam się wyjechać na prostą, o czym świadczyła o wiele spokojniejsza jazda.
   Usiadłem wygodniej i spojrzałem na wszystkich towarzyszy. Szybko zauważyłem wśród nich brak jednej osoby.
   - Gdzie Zuza?

***

   Chociaż nalegałem, to nie Max nie zgodził się na powrót do magazynu z dwóch powodów: pierwszym były zombie, a drugi fakt, że tamci z całą pewnością zdążyli uciec niewątpliwie zabierając ze sobą Zuzę. Zdawałem sobie sprawę z racji tych argumentów, ale nie mogłem pozbyć się przeświadczenia, że zostawiam przyjaciółkę, a sam uciekam.
   - Nic innego nie mogłeś zrobić – powiedziała Lena, ściskając moją dłoń.
   - Wiem, ale…
   Czułem się jak tchórz. Jak ostatni, perfidny tchórz i zdrajca. Zuza tyle dla mnie zrobiła, a ja nie potrafiłem się jej nawet należycie odwdzięczyć.
   - Odbijemy ją – powiedział pewnie Młody, czym bardzo mnie zaskoczył.
   Nie mogłem nie pamiętać, że sam należał do grupy Wiksy, a teraz chciał pomagać nam. Był teraz jednym z nas.
   Zanim dotarliśmy do klasztoru, dopadł nas deszcz. I to nie byle jaki, a prawdziwa ulewa.    Dziękowałem za plandekę nad głową, dzięki której nie musieliśmy moknąć. Spokojne sunięcie ciężarówki po drodze oraz bębnienie wody o materiał sprawiło, że Lena zasnęła oparta o moje zdrowe ramię. Mnie samemu zamykały się oczy, ale walczyłem z sennością. Nie chciałem niczego przespać.
   - Jak poznałeś Saszę? – zapytałem palącego przy wyjściu Maxa.
   Ten milczał dłuższą chwilę, patrząc na papieros w swoich palcach.
   - Uciekała przed zombie obok miejsca, gdzie akurat byłem  – odparł. – Za uratowanie jej tyłka zostałem znokautowany i prawie mnie zastrzeliła.
   Parsknąłem śmiechem tak samo jak Oskar, który jako jedyny oprócz nas nie spał. Młody drzemał w rogu, zwinięty w pościeli, a Loska i Czesiek siedzieli z przodu.
   - Cała ona – powiedziałem z uśmiechem. – Zawsze była narwana i nieufna. Jeżeli cię to pocieszy, to nie jesteś pierwszym, którego znokautowała.
   Tym razem to Max się uśmiechnął, co w jego wydaniu było dość niezwykłe. Odkąd go poznałem, ani razu nie widziałem na jego twarzy wesołości.
   - Długo ją znasz? – zapytał.
   - Całe życie – westchnąłem poprawiając ramię, które zaczęło mi już drętwieć. – Nasi ojcowie pracowali na tym samym posterunku i przyjaźnili się, więc praktycznie wychowywaliśmy się razem. Mam tylko dwóch braci, a Sasza jest dla mnie jak siostra.
   Złapałem się stojącej obok skrzyni, gdy ciężarówka wjechała na wybój i wszyscy podskoczyliśmy. Młody od razu się obudził, rozglądając zaniepokojony, ale uspokoiliśmy go. Lena za to nadal spała twardo jak kamień.
   - Też mam siostry – powiedział Oskar. – Dwie. Starsza ma czternaście lat, a młodsza osiem. Nie widziałem ich od dwóch lat. Mam nadzieję, że rodzicom udało się znaleźć w bezpiecznym miejscu.
   - Ja miałem tylko starszego brata i ojca – odezwał się Młody przygnębionym głosem. – Trupy dopadły ich oboje, gdy uciekaliśmy z mieszkania.
   Zacisnąłem usta w wąską kreskę i spojrzałem na dłoń Leny splecioną palcami z moją. Oskar poklepał Młodego po ramieniu, mówiąc słowa współczucia, a Max w tym czasie wyrzucił niedopałek papierosa na drogę.
   - A ty? – zagaiłem. – Masz siostrę, albo brata?
   - Nie – odparł krótko takim tonem, że nie drążyłem więcej tematu.
   Po kilku minutach jazdy ciężarówka zwolniła i zaraz zatrzymała się. Max odchylił połę plandeki i już miał wyjść na zewnątrz, gdy do środka wpadła pokraczna postać. Zerwałem się z miejsca, budząc przy tym Lenę. Dziewczyna krzyknęła, gdy zombie złapał ją za kostkę i próbował ugryźć. Chwyciłem za karabin, ale Max okazał się być szybszy i przebił nożem czaszkę szamoczącego się trupa. Nie dane nam było jednak długo się cieszyć, bo zaraz do ciężarówki zaczynały się wpychać kolejne ożywieńce. Max kopnął tego, który już wczołgiwał się ośrodka, tym samym posyłając go z powrotem na zewnątrz.
   - Szybko! – krzyknął, pomagając Lenie wyskoczyć z ciężarówki.
   Lodowaty deszcz uderzył mnie w twarz, a ja sam prawie natychmiast zacząłem szczękać zębami. Znajdowaliśmy się pod murami klasztoru, gdzie gromadziło się sporo zombie. Trupy porzuciły dobijanie się do bramy i zainteresowały nami. Czesiek z Loską wyszli na zewnątrz, rozpoczynając ostrzał. Dołączyłem do nich wraz z Maxem, a także Oskarem. W ciemności ciężko nam było celować w głowy, dlatego większość strzałów nie zabijała ożywieńców, a przez to te zbliżały się do nas. W końcu musieliśmy wycofać się aż do podnóża wzniesienia, na którym znajdował się klasztor.
   - Nie wejdziemy tędy do środka! – zawołał Czesiek, przekrzykując huki wystrzałów. 
   - Jest jakaś inna droga? – zapytałem.
   Mężczyzna spojrzał na mnie niepewnie, po czym skinął głową.
   - Jest, ale nie będzie ona ani miła, ani przyjemna. A pachnąca tym bardziej. Za mną!
   Nie mając innego wyjścia, ruszyliśmy biegiem za Cześkiem. Ślizga, pokryta błotem ścieżka nie nadawała się do chodzenia, a co dopiero ucieczki przed żywymi trupami, dlatego co chwilę któreś z nas przewracało się, lub było temu bliskie. Najniebezpieczniej zrobiło się, gdy Max, który nas ubezpieczał, runął w kałużę lepkiego błocka, a za jego plecami momentalnie wyrósł zombie.       Pierwszy to zauważyłem i bez zastanowienia ruszyłem mu z pomocą. Zanim dotarłem na tyle blisko, by mieć pewność, że nie spudłuję, najszybsze trupy zdążyły znaleźć się zaledwie metry od podnoszącego się mężczyzny.
   - Padnij! – krzyknąłem unosząc karabin.
   Max ponownie rzucił się w kałużę, a ja puściłem serię w stojącego za nim ożywieńca. Podziurawiony jak sito truposz padł na ziemię, robiąc miejsce dla kolejnych zombie. Pomogłem wstać Maxowi, zabijając przy tym dwa najbliższe trupy. Max za to uratował mnie przed truposzem, który pojawił się nagle i o mało co mnie nie ugryzł.
   - Dzięki – powiedział wycierając z twarzy błoto.
   - Nie ma sprawy i nawzajem – odparłem, po czym razem dogoniliśmy resztę.
   Czesiek skierował nas do samego miasteczka, gdzie nie spotkaliśmy żadnego trupa. Zapewne dlatego, że wszystkie skierowały się do klasztoru, gdzie wyczuły jedzenie. Musiały mieć one naprawdę nadnaturalne zmysły, że potrafiły wyczuć ludzi zza tak grubych murów.
   - To tutaj – powiedział Czesiek, patrząc na właz w ulicy. – Kanał prowadzący do samego klasztoru.
   - Używany? – zapytał niepewnie Młody.
   - To akurat nasz najmniejszy problem – powiedział Max pochylając się nad włazem. – Pomóżcie mi to podważyć.
   Po dłuższej chwili siłowania się z kilkudziesięciokilogramowym kawałkiem metalu, ten wreszcie ustąpił. Zapach, jaki w nas uderzył, raczej nie zachęcał do zejścia, ale nie mieliśmy zbytnio innego wyjścia. Czekanie, aż zombie same się rozejdą było zbyt ryzykowne. Było ich zbyt wiele i najpewniej były zdeterminowane, by dostać się do środka. Straciliśmy też ciężarówkę, która pochłonęli nieumarli. No i zombie mogły też w końcu trafić na nasz ślad.
   - Schodzimy – zawyrokowałem.
   Czesiek jako pierwszy znikł na dole, schodząc po drabince i dał nam znak, że jest bezpiecznie. Gdy wpadłem po kolana w cuchnące ścieki, przez chwilę miałem ochotę wrócić na górę. Weź się w garść. Zombie ci nie przeszkadzają, a trochę smrodu już tak? – upomniałem się. Mimo to i tak postanowiłem sobie, że to moja pierwsza i zarazem ostatnia taka podróż.


   - Skąd w ogóle wiesz, jak mamy iść? – zapytał Loska, gdy minęliśmy kolejną już odnogę, a Czesiek nawet się nie zawahał i szedł w tylko sobie znanym kierunku.
   - W szkole, której uczyłem był historyk zafascynowany oddziałami partyzanckimi z drugiej wojny światowej. Powiedział, że tutejsze jednostki właśnie tymi kanałami organizowały przerzuty do bazy, jaką założyli właśnie w klasztorze. Tam mogli dalej działać przebrani za zakonników.
   - Wszystko to zapamiętałeś z opowieści? – dopytywał się dalej Loska.
   - Coś ty. Wybraliśmy się tu ze dwa razy z Mirkiem i sprawdziliśmy, czy pogłoski były prawdziwe. Zakonnicy bardzo się zdziwili, gdy wyszliśmy tuż pod ich nosami.
   Mimo tej całej sytuacji, strachu i niezbyt przyjemnego otoczenia, uśmiechnąłem się. Śmiech był ważny, bo tylko on pozwalał nam zapamiętać, że nie wszystko na tym świecie stało się złe i podłe. Że były jeszcze rzeczy, z których mogliśmy się śmiać. Nawet, jeśli to były wspomnienia z przeszłości.
   - To tutaj – powiedział Czesiek, wskazując słupem światła na podwyższenie na końcu kanału. Znajdowała się przy nim drabinka prowadząca do kraty w górze, przez którą wpadał deszcz. – Pójdę pierwszy.
   Miło było się w końcu znaleźć na powierzchni, gdzie deszcz choć trochę obmył nas z szamba, w którym jeszcze przed chwilą brodziliśmy. Pomagałem właśnie wyjść Losce na stały grunt, gdy usłyszeliśmy strzały dochodzące z kościoła.
   - Cholera! – syknął Max i jako pierwszy ruszył biegiem w tamtym kierunku.
   My zaraz poszliśmy w jego ślady i wpadliśmy do świątyni. Pierwsze, co zobaczyłem, to poustawiane wszędzie świece, dzięki czemu kościół miał zapewnione oświetlenie. Potem spostrzegłem tłoczących się pod ścianą ludzi, którzy z przerażeniem patrzyli w jedno miejsce. Większość z nich drżała lub płakała, nie odrywając wzroku od leżącego między dwoma rzędami ławek ciała, oraz klęczącej przed nim dziewczyny.
   - Sasza? - mój głos brzmiał słabo i przypominał bardziej jęk.


   Dziewczyna podniosła głowę i przez chwilę byłem pewien, że wymierzy do nas z trzymanej broni. Ten wzrok - nie należał on do osoby, którą znałem od dziecka. Było to spojrzenie pozbawione jakichkolwiek uczuć - zimne jak oczy ryby. Dopiero po chwili, która zdawała się ciągnąć w nieskończoność, zobaczyłem ten znajomy błysk, a nawet kąciki jej ust drgnęły, jakby w uśmiechu. Sasza ruszyła w moją stronę, ale zatrzymała się w połowie drogi. Jej oczy świdrowały kogoś, kto stał za mną. W ruch poszła broń. Usłyszałem za sobą jęk Leny. Niewiele myśląc zasłoniłem dziewczynę własnym ciałem. 
   - Saszo, nie – powiedziałem spokojnie, ale stanowczo.
   Ta nie usłyszała jednak moich słów, albo po prostu je zignorowała. 
   - Jest z grupy Wiksy – powiedziała z nienawiścią.
   - Już nie – odparłem kładąc nacisk na każde wypowiedziane słowo. – Opuść broń. Proszę.
   Sasza w końcu oderwała wzrok od Leny kryjącej się za mną i desperacko wbijającej palce w moje plecy. Odetchnąłem, gdy pistolet został opuszczony, ale atmosfera nadal była napięta. Przerażeni ludzie wyglądali, jakby w każdej chwili mieli wpaść w panikę. Nie wiedziałem, co tu zaszło, ale martwy mężczyzna ubrany był w habit, a to oznaczało, że był tutejszym zakonnikiem.
   - Co tu się, do diabła, stało? – Max zadał na głos pytanie, które każde z nas miało w głowie.  
   Sasza zerknęła na niego przelotnie, po czym utkwiła wzrok w leżącym na podłodze mnichu.
   - On – zaczęła głośno, tak, by każdy ją usłyszał – i reszta zakonników trzymali w podziemiach swoich przemienionych braci. Karmili ich ludźmi. Zabili Oksanę, poćwiartowali ją jak cholerne zwierze i nakarmili te potwory! Nie wiem, ilu ludzi już tak potraktowali. Może wśród was byli już tacy, którzy nagle zniknęli.
   Widząc wymieniane między sobą spojrzenia oraz szepty stwierdziłem, że Sasza trafiła w samo sedno.
   - Może Wacław zdążył wam już powiedzieć, że nie żyję, gdy tak naprawdę byłam trzymana w celi. Widziałam, jak Tomasz karmił zombie. Nie wiem, czy robił to z własnej woli, czy też został do tego zmuszony, ale chciał mnie zabić. Ja zrobiłam to pierwsza.
   Kilkoro mężczyzn zerwało się, jakby chcieli zaatakować Saszę, ale wtedy Max i Czesiek bez zastanowienia unieśli bronie, mierząc do nich. To szybko ostudziło ich zapał oraz chęć wymierzenia sprawiedliwości.
   - Skąd mamy mieć pewność, że nie kłamiesz? – zapytał jeden z nich.
   - Zejdź do piwnicy i sam się przekonaj – odparła spokojnie Sasza, po czym ponownie zwróciła się do wszystkich. – Nie pojawiłam się tutaj, by wszystko zniszczyć – bo tak zapewne myślicie. Chciałam tylko znaleźć się w bezpiecznym miejscu – tak samo jak wy. Gdy okazało się, że moja wizja co do tego miejsca znacznie odbiega od  moich wyobrażeń, nie mogłam stać bezczynnie. Dałam wam do ręki broń, bo chcę żebyście przetrwali. Gotowa byłam ponieść wszelkie konsekwencje ze strony Wacława, byle byście tylko byli gotowi na najgorsze. Na życie tam – wskazała w stronę wyjścia, skąd niosły się jęki zombie. – Nie zmuszę was do walczenia za mnie, czy za klasztor. Walczcie za samych siebie, bo nie zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał to zrobić.
   Nagle rozległ się trzask, który usłyszeli wszyscy zebrani. Dobrze wiedziałem, co to oznacza. Zombie się przedzierały.
   - Wszyscy muszą wziąć broń – nie ważne, czy potrafią z niej strzelać, czy nie! – zarządził Max.
   - Co się dzieje? – zapytała Sasza.
   - Trupy – odparł krótko Czesiek. – Całkiem spora grupa przy bramie. Chyba zdołali ją wyważyć.
   - Cholera! – syknęła dziewczyna i zwróciła się do stojącego nieopodal starszego mężczyzny. – Edward, dopilnuj, by wszyscy dostali broń. Niech Łucja zabierze dzieciaki i wszystkich niezdolnych do walki na chór. Zamykamy ich tutaj. A my chodźmy.
   Wybiegliśmy na zewnątrz, prosto pod bramę. Prawy dolny nawias został wyrwany z muru, a przez dziurę przedostawały się trupy. W tamtej chwili było to na tyle dogodne, że mogliśmy kolejno eliminować zombie, bo te przedostawały się na teren klasztoru pojedynczo. Dzięki temu mieliśmy czas by spokojnie wycelować w głowy, ale problemem było niebezpieczeństwo, że pod naporem puszczą pozostałe zawiasy, a wtedy groziło nam zalanie truposzami.


   - Musimy otworzyć bramę! – krzyknęła Sasza zaprzestając ostrzału.
   - Chcesz tam podejść? – Spojrzałem na mocno już wygiętą bramę. W każdej chwili mogła ona upaść, a groziło to nie tylko przygnieceniem przez metalową konstrukcję, ale i hordą zombie.
   - Nie ma innego wyjścia – powiedziała i biegiem ruszyła w tamtą stronę, zanim komukolwiek udało się ją powstrzymać.
   Przekląłem w myślach głupotę mojej przyjaciółki i ruszyłem za nią.
   Cisnące się przy bramie zombie, które przeciskały na drugą stronę ręce oraz głowy uniemożliwiały otworzenie zasuwy, bez ryzyka ugryzienia, bądź pochwycenia. Sasza jednak zdawała się nie brać takiej możliwości pod uwagę.
   - Osłaniaj mnie – poleciła mi i złapała za rączkę sporej, metalowej zasuwy. Ta jednak nie chciała z taką łatwością ustąpić. Nacisk z drugiej strony skutecznie to uniemożliwiał.
   - Uciekaj stamtąd! – krzyknąłem zabijając znajdujące się z pobliżu Saszy zombie. Starałem się to robić skutecznie, ale truposze zjawiały się szybciej, niż myślałem. Istniało też zagrożenie, że w każdej chwili mogły mi się skończyć naboje. – Sasza! Już!
   Ta jednak mnie nie posłuchała. Natarła na bramę całym ramieniem, nie przejmując się kłapiącym zębami zombie kilka centymetrów od jej twarzy. W końcu jednak jej wysiłek odniósł pożądany skutek. Brama otworzyła się, wpuszczając do środka dziesiątki zombie. Razem z Saszą wycofaliśmy się na bezpieczną odległość, stając w równej linii z resztą strzelców. Po ich minach stwierdziłem, że byli przerażeni tym starciem. Z resztą niemniej niż ja.
   - Pamiętajcie, że z bliska łatwiej wycelować! – zawołała Sasza. – Nie bójcie się ich dopuścić do siebie! Lepiej strzelić raz, a dobrze, niż zmarnować cały magazynek!
Zombie zbliżały się, ale żadne z nas nie pociągnęło za spust. Wyczuwałem rosnące napięcie i byłem pewien, że lada chwila padnie pierwszy strzał, ale on nie nadchodził. Wszyscy czekaliśmy na znak.
   - Już!
   Pierwsza seria była tak głośna, że aż zapiszczało mi w uszach. Kilkanaście broni wystrzeliło prawie w tym samym momencie, zabijając najbliższe zombie. Oczywiście nie wszystkie, ale kolejne wystrzały skutecznie powaliły je na ziemię. Wśród nas nie było zawodowych strzelców, a jedynie przerażeni ludzie, broniący siebie, swoich bliskich i swojego domu. To była największa motywacja.
Mimo tego, co powiedziała Sasza, to znalazły się osoby, które osłaniały pozostałych. Z resztą ona sama czuwała nad tym, by żaden z trupów nie zbliżył się zanadto do ludzi.
   Gdy padł ostatni zombie, wszyscy byliśmy już wyczerpani, a magazynki opróżnione. Deszcz przestał padać już dawno, a na niebie pojawiły się pierwsze jaśniejsze smugi słońca. Większość ludzi udała się do klasztoru, ale ja nawet na to nie miałem siły. Przysiadłem więc na schodach kościoła, skąd miałem widok na cały plac. W świetle dnia usypane ciała zombie robiły wrażenie.
   - Robi wrażenie, prawda?
   Podniosłem głowę i zobaczyłem stojącą obok Saszę. Dziewczyna usiadła obok mnie, wyciągając nogi przed siebie.
   - To prawda – przytaknąłem.
   Nie spodziewałem się, że grupa ludzi, w której mało kto choćby widział broń na żywo, zdoła walczyć ramię w ramię i powstrzyma taką grupę zombie.
   - Gdzie byliście przez ten czas? - zapytała Sasza. 
   - Po tym, jak się rozdzieliliśmy, spędziliśmy noc w mieszkaniu pewnej rodziny. Potem trafiliśmy na posterunek, który wczoraj zaatakowali ludzie Wiksy. Udało nam się uciec, ale nie bez strat. Przez chwilę był z nami Arek.
   - Arek? – zdziwiła się Sasza.
   - Dostał, gdy uciekaliśmy – westchnąłem. – Potem spotkaliśmy Maxa i Cześka. Musiałaś im sporo o mnie naopowiadać – szturchnąłem ją w bok.
   Uśmiechnęliśmy się oboje. Chciałem kontynuować moją opowieść, gdy Sasza objęła mnie.
   - Dobrze, że żyjesz - powiedziała nie wypuszczając mnie z objęć. Rana w ramieniu dała o sobie boleśnie znać, ale zignorowałem ten ból. Mogłem znieść taką niedogodność.
   - Też się cieszę, że nic ci nie jest – odparłem.
   Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo mi jej brakowało. Odsunąłem ją od siebie i przyjrzałem się jej. Już wcześniej zauważyłem te ciemne ślady na jej twarzy, ale teraz mogłem przekonać się, że w rzeczywistości były one śladami pobicia. Zauważyłem też opatrunek na jej barku. 
   - Co to? – zapytałem.
   - Długa historia - odparła próbując się uśmiechnąć. - To nie pierwsze i zapewne nie ostatnie moje rany. Chodźmy już. Wszyscy padamy z nóg.
   Wstaliśmy ze schodów  i ruszyliśmy chodnikiem w stronę klasztoru. Tam zobaczyłem Lenę w towarzystwie jakiś kobiet. Zatrzymałem Saszę, biorąc ją za dłoń.
   - Posłuchaj - zacząłem. - Wiem, że możesz nie chcieć tutaj ani Leny, ani Młodego, ale chciałbym, byś pozwoliła im zostać. Naprawdę za nich ręczę. Byliśmy razem przez ten cały czas i nie zawiedli mnie ani razu. Tak samo z resztą jak Oskar i Loska. Ufam im i proszę, byś ty też spróbowała. 
Widziałem tą wewnętrzną walkę wymalowaną na twarzy Saszy. Wierzyłem jednak, że wybierze słusznie. W końcu oceniała Lenę i Młodego wyłącznie po tym, że w nieodpowiednim momencie znaleźli się oni po złej stronie. Teraz jednak byli ze mną. Z nami. 
   - W porządku – powiedziała w końcu. - Mogą zostać, ale będę miała na nich oko. Jedna podejrzana akcja i wylecą oboje.
   - Dzięki – uścisnąłem ją znowu.
   - A co z Zuzą? Czy ona…
   - Żyje – dokończyłem. – Przynajmniej mam taką nadzieję. Zabrali ją ludzie Wiksy. Nie mam pojęcia dlaczego i po co. Wiedz jednak, że nie zamierzam jej zostawić.
   - Ja też nie – odparła z determinacją w głosie.

***

   Miło było w końcu spędzić noc w łóżku, a nie na pryczy, czy też podłodze. Cały poprzedni dzień poświęciliśmy na uprzątanie ciał i naprawianie bramy. Uszkodzony zawias okazał się doszczętnie zniszczony, ale zaradziliśmy temu, podstawiając pod wjazd autobus, dzięki czemu zyskaliśmy dodatkową ochronę.
   Okazało się, że w klasztorze jest dostatecznie dużo łóżek, by pomieścić wszystkich, dlatego jeszcze tego samego dnia nastąpiła przeprowadzka do pokoi. Wszystkim zarządzała Sasza, dzięki czemu zyskiwała sympatię oraz zaufanie ludzi.
   Swój pokój dzieliłem z Leną, z czego byłem bardzo zadowolony. Po złączeniu dwóch łóżek mieliśmy wystarczająco miejsca dla siebie. Dobrze było mieć najbliższe mi osoby tak blisko siebie tym bardziej, że pokój Saszy znajdował się naprzeciwko. Zaskoczyło mnie jednak to, że dzieliła go z maleńkim dzieckiem, którym na dodatek się opiekowała. Od Maxa dowiedziałem się, że podczas drogi była z nimi ciężarna kobieta, która zmarła podczas porodu, a ojciec dziecka został zabrany przez ludzi Wiksy. Było to przykre, że tak maleńkie dziecko na samym starcie miało już tak ciężkie życie. Jednak znalazło się w miejscu, gdzie było bezpieczne i miało wokół siebie ludzi, którzy mogli o nie zadbać.
    Zadowolony przeciągnąłem się i usiadłem na łóżku. Lena jeszcze spała, a przynajmniej tak mi się wydawało do momentu, aż wstałem.
   - A ty dokąd? – zapytała z udawanym oburzeniem.
   - Trzeba jeszcze wywieźć ciała, które pozostały w piwnicy – odparłem ubierając czystą koszulkę, co było dla mnie prawie tak niezwykłe, jak możliwość wzięcia prysznicu. – Pomogę przy tym.
   - Musisz? – dziewczyna uniosła się na łokciu i pogłaskała pusty materac obok siebie. – Myślałam, że chociaż ten dzień spędzisz ze mną.


   Uśmiechnąłem się do siebie i dokończyłem ubieranie. Zanim wyszedłem z pokoju, pochyliłem się nad wyraźnie niezadowoloną Leną i pocałowałem ją krótko.
   - Odrobimy to kiedy indziej. Obiecuję.
   - Trzymam cię za słowo – odparła i odcisnęła na moich ustach nieco dłuższy pocałunek. – Leć już.
   Wyszedłem na zewnątrz i zobaczyłem Maxa, pakującego razem z jakimś obcym mi mężczyzną ciała na pakę ciężarówki. Podszedłem do nich i pomogłem im z największym ciałem. We trzech było ciężko, a co dopiero we dwóch. 
   - Dzięki – starszy mężczyzna otarł czoło, uprzednio zdejmując z dłoni grubą rękawice. – Edek. 
   - Rob - Uścisnąłem jego dłoń i skinąłem Maxowi na powitanie.
   Ten odpowiedział mi tym samym, po czym sięgnął do kieszeni, z której wydobył paczkę papierosów, patrząc na nas pytająco.
   - Nie, dzięki – pokręciłem głową. 
   - A ja bardzo chętnie – Edek włożył papierosa do ust i odpalił go. –Niezbyt przyjemny widok z rana, prawda? 
   - Były gorsze - odparłem wspominając widok przemienionych dzieci z przedszkola w Nowogrodzie.
   Człowiek do wszystkiego mógł się przyzwyczaić. Do żywych trupów, czających się na każdym kroku. Do śmierci, która otaczała nas zewsząd. Nawet do zabijania, ale nie do tego, że ofiarami tego świata były również dzieci. To one były najbardziej pokrzywdzone.  
   - Słyszałeś o zebraniu? – zapytał Edek, mocno zaciągając się dymem.
   - Jakim zebraniu? – zdziwiłem się.
   - Sasza zwołała zebranie dla kilku osób – wyjaśnił Max. – Miałem ci właśnie iść przekazać, ale skoro sam się nawinąłeś…
   Umilkliśmy na moment, gdy obok przebiegła trójka dzieciaków. Dwóch chłopców i dziewczynka w wieku nie przekraczającym dziesięciu lat rzucała między sobą złotą, metalową kulą, bardzo przypominającą jabłko ze zbioru insygnium królewskich, które widziałem w klasztorskim muzeum.
   - A wiecie czego ma dotyczyć to zebranie? – zapytałem patrząc za roześmianą trójką.
   Mężczyźni wymienili spojrzenia.
   - Pewności nie ma – Edek podrapał się po porośniętym białą szczeciną policzku. – Ale myślę, że chodzi o wyjazd do Głogowa.
   Był to ciężki temat dla wszystkich wtajemniczonych. Nie wszyscy wiedzieli o konflikcie z Wiksą i o tym, jak dużym zagrożeniem może on być. Nie chciałem wojny, ale wszystko wskazywało na to, że nie łatwo byłoby jej uniknąć. Jeżeli chcieliśmy spokoju, to trzeba było zrobić wszystko, by pozbyć się zagrożenia.
   - Dobra – Edek uderzył w boki auta, brutalnie wyrywając mnie z moich przemyśleń. - Wywieźmy te ścierwa, zanim reszta mieszkańców wstanie. 
   - Pomóc wam? - zapytałem. 
   - Nie trzeba. Nie będziemy ich zakopywać. Wrzucimy ich do tego samego dołu, co resztę trupów. Na groby sukinsyny nie zasługują. 
   Pokiwałem głową ze zrozumieniem i włożyłem ręce do kieszeni. Już miałem odjeść, gdy zatrzymał mnie głos Edka.
   - Jak wrócimy, to może spotkamy się na piwie? – zapytał stając przy otwartych drzwiach do auta. - Ostatnim razem Max i Czesiek przywieźli z wypadu skrzynkę. Jeszcze nie było okazji do wypicia, a teraz... 
   Powiodłem wzrokiem po ciałach na przyczepie. Nie czułem nic na ich widok. Może, gdybym nie wiedział, co robili, to być może byłoby mi ich szkoda. Ale Edek miał rację - nie zasługiwali nawet na grób. 
   - Czemu nie - Wzruszyłem ramionami zachęcony wizją wieczoru z piwem w ręku. 
   - To jesteśmy umówieni - Edek przypieczętował umowę uderzeniem otwartą dłonią w dach samochodu. Był to równocześnie znak dla Maxa, który zaraz odpalił silnik.
   Patrzyłem jeszcze, jak samochód wyjeżdża przez bramę, którą zaraz szybko zamknięto, po czym z powrotem zastawiono autobusem. Na jego dachu ulokowano stanowisko dla strażnika, który obserwował okolicę. Nikt nie chciał więcej zostać zaskoczony przez taką grupę zombie.
   Nie mając nic innego do roboty, zająłem miejsce dotychczasowego strażnika i z bronią w ręku pozwoliłem sobie jeszcze raz wszystko przemyśleć. Nawet nie zauważyłem, gdy moje myśli zeszły na bardzo niebezpieczne tory.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 26 - SOJUSZ (ADAM)

   Polowanie – to słowo obudziło we mnie trudny do opisania lęk. Nie wiedziałem, czego tak bardzo się obawiam, ale ten strach rozlewał się po całym moim ciele paraliżem.
   Spojrzałem na siedzących ze mną w pokoju mężczyzn. Obaj byli niewątpliwie niebezpieczni. Topora choć nie znałem, to wiedziałem od razu, że jest to człowiek zdolny do wielu okrucieństw. Miał to po prostu w sobie. Zastanowiłem się nawet, czy przed apokalipsą był normalnym człowiekiem, bo stanowczo mi na takiego nie wyglądał. Jakoś nie mogłem go sobie wyobrazić, jako zwykłego pracownika, czy też ojca rodziny. Był on jednym z tych ludzi, w których koniec świata budził dotychczas ukryte instynkty.
   - Gdzie ona jest? – zapytał Wiksa, wpatrując się w leniwie sączącego whisky Topora.
   - Niedaleko – odparł ten. – Ma obóz w klasztorze.
   - Klasztorze? Którym? W ogóle, skąd o tym wiesz?
   - Od osoby godnej zaufania – Topór odstawił szklankę na stolik i podrapał się po zranionym policzku. – Był z nią facet i młoda dziewucha. Uciekła z nią, a kolesia nam zostawiła. Wszystko wyśpiewał jak na spowiedzi.
   Facet? – wzdrygnąłem się, od razu mając przed oczami Maxa. Z trudem powstrzymałem się, przed rzuceniem na Topora i przyłożeniem mu pistoletu do skroni. Dopiero go poznałem, a zdążył mi się narazić dwa razy czyhając na osoby, na których mi najbardziej zależało.
   - Masz go? – zainteresował się Wiksa. – Chcę z nim pogadać osobiście.
   - Nie ufasz mi? – na usta brodacza wpełzł złośliwy uśmieszek.
   - Ani trochę. To jak będzie?
   Topór ponownie podrapał się po policzku, po czym potarmosił rdzawą brodę.
   - W porządku – powiedział w końcu – ale nie zabiorę was do siebie. Względy bezpieczeństwa – sami wiecie.
   Wiksa nie wyglądał na zadowolonego z takiego warunku, ale nie sprzeciwił się.
Dalsza część rozmowy była ustaleniem miejsca spotkania, które ostatecznie miało się w magazynach, które znajdowały się niedaleko hotelu. Sam Wiksa zaproponował właśnie to miejsce, co zapewne było z jego strony desperacką próbą kontroli wydarzeń. Topór przystał na to i zadeklarował pojawić się na miejscu następnego dnia, w samo południe.
   Gdy tylko mężczyzna opuścił apartament, cała uwaga Wiksy skupiła się na mnie. Do tej pory miałem szczęście i czas, gdy miałem zdać relacje z ataku na posterunek został oddalony. Teraz jednak musiałem opowiedzieć o naszej sromotnej klęsce oraz zranieniu dwójki ludzi i śmierci jednego, za co czułem się odpowiedzialny.
   - Zgaduję, że akcja nie poszła po mojej myśli? – zagaił Wiksa, wypełniając sobie na nowo szklankę whisky.
   - Nie bardzo – odparłem.
   - Uciekła? – zapytał, mając na myśli Iwonę.
   - Nie żyje. Zabił ją ktoś z ludzi, którzy tam byli – powiedziałem streszczając słowa Gardy. On to widział. – Podobno była to dziewczyna, którą znasz.
   Zainteresowanie Wiksy momentalnie wzrosło. Mężczyzna utkwił we mnie wyczekujące spojrzenie.
   - Dziewczyna? Jaka?
   - Podobno miała na imię Lena.
   Takiej reakcji Wiksy się nie spodziewałem. Mężczyzna zerwał się z kanapy i cisnął szklanką przez cały pokój. Ta rozbiła się na ścianie, rozsypując na podłogę kawałki szkła.
   - Kurwa! Kurwa! Kurwa! – krzyczał wściekłym krokiem przemierzając dystans od ściany do    ściany. – Gdzie ona jest? Żyje? Jeżeli nie, to przysięgam – zapłacisz za to!
   - Żyje – powiedziałem szybko. – Uciekła z resztą.
   Moje słowa trochę uspokoiły Wiksę, ale nie na tyle, by mógł usiąść. Widocznie ta dziewczyna była dla niego kimś ważnym, że tak się nią przejął.
   Cierpliwie czekałem, aż Wiksa się uspokoi. Wiedziałem, że próby rozmawiania z nim, gdy był w tym stanie mogły się skończyć dla mnie źle. Dlatego pozwoliłem mu zmierzyć się z myślami i czekałem na jego ruch.
   - Jutro – zaczął, stojąc przy oknie – pojedziemy na spotkanie z Toporem. Potem weźmiesz kilku ludzi i wrócisz do Nowogrodu. Masz znaleźć tą dziewczynę. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ale lepiej, żeby ci się udało. Chcę ją tu widzieć. Rozumiesz? Inaczej…
   Przyłożył sobie palec do skroni, naśladując nim pistolet.


   Skinąłem głową, czego Wiksa nie mógł widzieć, bo cały czas wyglądał przez okno.
   - Teraz spadaj.
   - Jasne, szefie – mruknąłem ze złością i skierowałem się do wyjścia.
   Zanim poszedłem do swojego pokoju odpocząć, wstąpiłem jeszcze do lecznicy. Ryszard niechętnie wpuścił mnie do środka.
   - Tylko szybko. Są na lekach przeciwbólowych i zapewne zaraz zasną.
   - Pięć minut mi wystarczy – odparłem idąc za lekarzem. – Właściwie to co z nimi?
   - Postrzał Reszki nie był groźny, ale Paweł stracił dużo krwi. Jakoś udało mi się go pozszywać, ale to będzie cud, jeżeli nie wda się zakażenie. A o to nietrudno.
   Przekląłem w myślach po raz kolejny obwiniając się za ich stan. Reszka mógł się wylizać bez większego problemu, ale Paweł już na zawsze miał zostać kaleką. Z pięciu palców ostał mu się tylko kciuk. W tych czasach taka niepełnosprawność była jak wyrok śmierci.
   Ryszard otworzył mi drzwi do pokoju, które pełniło funkcję małego szpitala. Na dwóch łóżkach umiejscowionych po dwóch przeciwnych stronach leżeli moi towarzysze z tej nieszczęsnej wyprawy. Paweł spał, ale Reszka uśmiechnął się na mój widok i uniósł dłoń, którą ścisnąłem.
   - Jak się trzymasz? – zapytałem przysuwając sobie do jego łóżka krzesło.
   - Jak naćpany – odparł ten uśmiechając się głupkowato. – Doktorek dał nam tyle prochów, że czuję się, jakbym był na fazie.
   Roześmiałem się krótko, po czym spojrzałem na Pawła. Jego zabandażowana dłoń sprawiła, że momentalnie straciłem dobry humor.
   - Przerąbane, nie? – zagaił Reszka.
   - Może uda nam się znaleźć jakąś protezę – podsunąłem trąc oczy. Byłem wyczerpany.
   - Tsa. Jeżeli jeszcze przekonasz Wiksę, żeby go nie wywalał, to będzie wszystko świetnie.
   - O czym ty mówisz?
   - O tym, że Szef nie będzie trzymał ludzi, którzy nie są w pełni sprawni. Gdy tylko się dowie, że Pablo stracił rękę, wypieprzy go jeszcze tego samego dnia.
   Nie można było powiedzieć, że byłem zaskoczony słowami Reszki, bo takie zachowanie pasowało do Wiksy. Raczej ogarnęła mnie złość na tego człowieka. Był bezwzględny i brutalny. Traktował żywych ludzi jak maszyny, które były mu potrzebne jedynie wtedy, gdy nie miały wad.
   - Skurwiel – syknąłem cicho. Chociaż nie nazwałbym Pawła przyjacielem, to nie zamierzałem pozwolić go wyrzucić. Jednak tym musiałem zająć się później. – Mam pytanie. Co wiesz o Lenie?
Momentalnie z twarzy Reszki znikł uśmiech.
   - Przekazałeś wiadomości Szefowi? – zapytał masując kciukiem i palcem wskazującym grzbiet nosa.
   - Wściekł się, gdy powiedziałem mu, że ta dziewczyna też była na posterunku. Kim ona jest dla Wiksy? To jego dziewczyna?
   - Dziewczyna – prychnął Reszka. – Lena, to jego siostra. Wiksa pilnował jej jak oka w głowie, ale ona nie bardzo go lubiła – łagodnie mówiąc. Nie podobało jej się, że rządzi nią brat. Kilka razy próbowała zwiać, aż w końcu się jej to udało. To się stało wtedy, gdy byliśmy po broń w Nowogrodzie i nas zaatakowano. Szef się wściekł i dlatego jest tak cięty na tą laskę, co nas ostrzelała. Przez nią jego siostra nawiała.
   Teraz wszystko stało się dla mnie jasne. A chociaż większość. Już wiedziałem, dlaczego Wiksa tak bardzo chciał odnaleźć Saszę, że aż zawierał sojusz z Toporem. Zapewne gdyby brodacz nie wiedział, gdzie się ona znajduje, nigdy by nawet o tym nie pomyślał.
   Gdybyś tylko, Saszo, wiedziała, jakie niebezpieczeństwo nad tobą wisi – pomyślałem. Czułem się bezradnie, a ten stan mnie dobijał. Wszyscy, których znałem byli w niebezpieczeństwie. Uwięziony przez Topora Max, nagonka na Saszę, znalezienie sposobu, by Paweł mógł zostać w hotelu – dużo tego było, jak na dwudziestoczterolatka, który został brutalnie wyrwany ze swojego spokojnego życia i rzucony w sam środek opanowanego przez żywe trupy świata. Brutalnego świata, do którego z każdym dniem coraz bardziej się przystosowywałem.
   Ja – wierzący człowiek – zgodziłem się poprowadzić atak na ludzi. Mogłem sobie wmawiać, że zostałem do tego zmuszony, że nie miałem innego wyjścia, ale to było gówno prawda. Byłem tchórzem, który wolał zrzucić winę za swoje działania na innych, niż przyznać się przed sobą, że robiłem wszystko, by uratować własny tyłek. Tak było.
   Zabicie tego mężczyzny – broniłem się tylko.
   Okaleczenie tego chłopaka żegadłem – Wiksa mi kazał.
   Poprowadzenie ludzi na posterunek – dostałem taki rozkaz.
   Zgodzenie się odnaleźć Lenę, która ewidentnie nie chciała tu być – nie miałem innego wyjścia.
   Gówno prawda – syknąłem w myślach.
   - Pójdę już – wstałem z krzesła i ścisnąłem dłoń Reszki. Leki musiały zacząć działać, bo miał nieprzytomny wyraz twarzy. – Kuruj się.
   Zamknąłem za sobą drzwi do lecznicy, o które zaraz się oparłem. Jedyne o czym marzyłem, to łóżko, ale ono musiało jeszcze poczekać. Miałem do załatwienia jeszcze jedną sprawę.
Wszedłem na najwyższe piętro i skierowałem się do drzwi oznaczonych cyfrą sto pięćdziesiąt osiem.    Zapukałem do nich, wcześniej upewniając się, że na korytarzu nikogo nie ma.
   Drzwi otworzyła mi Daria, która wyglądała na właśnie wyrwaną ze snu. Rude, rozczochrane włosy opadały jej na twarz, z której patrzyły na mnie wrogie oczy. Dziewczyna ubrana była w za dużą na nią, luźną koszulkę i krótkie spodenki. Nawet w takim wydaniu nie można było zaprzeczyć, że była ładna.
   - Czego? – warknęła.
   - Twoja propozycja jest nadal aktualna?

***

   Siedziałem w samochodzie, patrząc na mijane przez nas ulice Głogowa. Zmierzaliśmy kawałek za jego granicę, gdzie znajdowały się magazyny. Tam mieliśmy się spotkać z Toporem. Na myśl o tym spotkaniu, od którego miało wszystko zależeć, czułem zdenerwowanie, ale i ekscytację. Nocna rozmowa z Darią, ustalanie naszego planu, dopracowywanie szczegółów, przeciągnęło się do wczesnego rana, a mimo to nie czułem zmęczenia. Adrenalina robiła swoje.
   Oprócz mnie i Wiksy, jechało z nami jeszcze dziesięć innych osób, w tym Waldek, z czego się ucieszyłem. Gdybym miał mieć za towarzyszy idiotów pokroju Gardy, pewnie bym zwariował. A tak przynajmniej miałem do kogo otworzyć gębę i choć trochę zminimalizować stres.
Plan Darii i mój był ryzykowny, wymagał wiele sprytu oraz szybkiego działania. Wystarczyło jedno potknięcie, nieprzemyślany ruch, byśmy zostali złapani i prawdopodobnie zabici. Miałem nadzieję, że dziewczyna przygotuje wszystko do mojego powrotu.
   Gdy wjechaliśmy na placyk, wokół którego stały magazyny, zobaczyliśmy trzy spore samochody terenowe, przed którymi stała grupka składająca się z ośmiu osób. W pierwszej chwili z zadowoleniem stwierdziłem, że mamy przewagę liczebną, jednak po przyjrzeniu się grupie Topora doszedłem do wniosku, że nie ma się z czego cieszyć. Przy tych ludziach wyglądaliśmy jak banda dzieciaków, która wzięła do ręki zabawki i udawała, że potrafi się nimi posługiwać. Mieliśmy do czynienia z twardymi facetami, którzy bez problemu mogliby nas załatwić.
   Zerknąłem na Wiksę, który również musiał zauważyć to co ja. Przez chwilę nawet widziałem w jego oczach strach, ale ten znikł tak szybko, jak się pojawił. Obaj przywódcy wymienili uściski dłoni, po czym przeszli do rzeczy.
   - Gdzie ten wasz informator? – zapytał Wiksa, siląc się na hardy ton, ale jego głos zdradził lekkie zdenerwowanie.
   - Spokojnie, kowboju – Topór oparł się o maskę auta, splatając ręce na piersi. – Mieliśmy umowę. Dotrzymaj najpierw swojej części, to dowiesz się o pobycie Ptaszyny.
   Wszyscy spojrzeliśmy na Wiksę, zastanawiając się zapewne nad tym samym. Nie był on człowiekiem, który dawał sobą dyrygować i wyraźnie tego nie lubił. Byliśmy więc gotowi do walki. Okazało się to być jednak niepotrzebne. Szef skinął Gardzie, a ten wraz z podobnym gabarytami sobie facetem wynieśli z busa sporych rozmiarów czarną skrzynię. Postawili ją przed samym Toporem i otworzyli wieko. Na widok zawartości, Brodacz uśmiechnął się.
   - Miło się z tobą robi interesy – powiedział, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Wiksę.
   - Masz swoją broń, a teraz wypełnij swoją część umowy – wycedził Szef.
   Topór uśmiechnął się jedną stroną twarzy, co wyglądało dość upiornie, po czym gwizdnął krótko. Gruby, łysy jak kolano mężczyzna z gęstą brodą otworzył bagażnik auta i wyciągnął ze środka więźnia, którego twarz skrywał worek. Na ten widok mało mi nie stanęło serce. Musiałem mocno walczyć ze sobą, by nie pobiec w jego stronę. Na widok kikuta prawej ręki, kończącego się w łokciu, cała krew odpłynęła mi z twarzy.
   - Odciąłeś mu rękę? – zapytał z niedowierzaniem Wiksa.
   - Taka nauczka – odparł Topór, prowadząc więźnia w naszą stronę. Pchnął go, aż ten wylądował na kolanach, a spod lnianego worka wydobył się stłumiony jęk. – Pogadajcie sobie.
   Wiksa obrzucił odchodzącego Topora spojrzeniem pełnym pogardy, po czym podszedł do klęczącego więźnia. Gdy zdejmował z jego głowy worek, moje serce na moment stanęło, Tylkowo to, by zaraz zaczęło bić jak szalone.
   To nie był Max. Stanowczo nie on. Jedyne, co łączyło tego mężczyznę z moim bratem były ciemne włosy i podobny wiek. Nic więcej.
   Ukryłem swoją ulgę, zachowując kamienną twarz. Zaraz zrobiło mi się głupio, że tak zareagowałem na widok tego mężczyzny. Był on w końcu więźniem i bynajmniej nie dobrze traktowanym. Oprócz odciętej ręki, jego twarz nosiła ślady pobicia tak dotkliwego, że nie dało się dostrzec jego rysów twarzy. Zastanowiłem się nawet, czy nie był on czasem torturowany. Tego można by się było spodziewać po Toporze.
   - Co wiesz o dziewczynie, która ma obóz w klasztorze? Gdzie on jest? – dopytywał się Wiksa.
   - Już… już mówiłem – wydukał więzień sepleniąc. Było to zasługą braku kilku górnych zębów.
   - To powiedz też mi – powiedział łagodnie Wiksa, kucając przed mężczyzną. Zerknął na stojącego kawałek dalej Topora i ściszył głos. – Jeżeli odpowiesz na wszystkie moje pytanie, to zabierzemy cię ze sobą.
   W brązowych oczach więźnia błysnęła nadzieja.
   - Naprawdę?
   - Oczywiście – zapewnił go Wiksa.
   Kłamał. Kłamał temu facetowi prosto w oczy, robił mu nadzieję.
   - Więc? – ponaglił go Wiksa.
   - Sasza… Sasza mówiła o klasztorze w Błoniach – zaczął. – Podobno mają tam mur, broń i jedzenie. Zgodziła się zabrać tam mnie i Samantę. Ale Max nie chciał się na to zgodzić.
   Max? – jęknąłem w myślach. Poczułem ulgę, na wieść o tym, że mój brat żyje i jest z Saszą. Dzięki temu choć trochę przestałem się o nią martwić.
   - Co za Max?
   - Facet, z którym była. Był jeszcze jeden – Czesiek. Zbierali razem zapasy w supermarkecie w    Nowogrodzie, ale zaatakowały ich zombie. Musieliśmy ratować się wejściem na dach. Potem się rozdzieliliśmy.
   - Szefie – odezwał się Rafał.
   - Czego? – warknął Wiksa.
   - Ten Max, to może być ten sam koleś, który nas ostrzelał pięć dni temu – powiedział niepewnie chłopak, za co miałem ochotę go uderzyć. Nie wyglądał na rozgarniętego, a mimo to zdołał połączyć takie wątki. Prawidłowo z resztą.
   - Zajebiście – mruknął Wisa niezadowolony. – Mów dalej.
   - Max i Czesiek pojechali dalej szukać zapasów, a my szukaliśmy auta. Wtedy spotkaliśmy…
   Mężczyzna umilkł spuszczając głowę. Nie musiał kończyć, bo Wiksę nie interesowała reszta.    Dowiedział się wszystkiego, czego chciał. A nawet więcej, niż powinien.
   - Zbieramy się, panowie – powiedział do nas w zamyśleniu. – A wy – Wiksa odwrócił się do mnie,    Waldka, Rafała i jeszcze jednego faceta, którego wołano Martin. – Pojedziecie do Nowogrodu i rozejrzycie się tam. Każdego żywego, którego spotkacie, macie przywieźć do hotelu. Żadnego zabijania, jasne?
   - Tak, Szefie – powiedziałem przestępując z nogi na nogę.
   Trójka moich towarzyszy ruszyła do auta. Ja też to chciałem zrobić, gdy zatrzymał mnie Wiksa. Zostałem spiorunowany jego spojrzeniem, w którym nie było już żadnej sympatii do mojej osoby.
   - Tym razem lepiej niczego nie spieprz – syknął.
   - Nie spieprzę – zapewniłem go, chociaż sam w to nie wierzyłem.

***

   Chociaż nie odpowiadało mi podróżowanie, to cieszyłem się, że tym razem towarzyszyli mi rozgarnięci ludzie. Ekipa, którą przy sobie miałem, nie była pokroju Gardy. Nie sprawiali problemów, ani nie denerwowali mnie. Wyjątkiem był Rafał, który co chwilę zerkał na mnie, a gdy ja na niego patrzyłem, szybko odwracał wzrok.
   - Dalej idziemy pieszo – powiedział z niezadowoleniem Waldek.
   Przed nami, na całej długości drogi, leżała przewrócona ciężarówka, której nijak nie dało się ominąć. Naczepa przewróciła się, częściowo wpadając do rowu, ale i tak blokowała ulicę. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyć z buta.
   Wyciągnąłem z bagażnika plecak z prowiantem, a na ramieniu zawiesiłem karabin, gdy obok mnie pojawił się Rafał.
   - Czego chcesz? – zapytałem obojętnym tonem.
   - Często ostatnimi czasy gadasz z Darią. Spodobała ci się, co? – zapytał ukazując rząd nierównych, żółtych zębów.
   - To nie twoja sprawa – syknąłem zamykając bagażnik.
   - Moja, bo znam twoją tajemnicę. Jeżeli powiem Wiksie, że kręcisz się wokół jego laski i spiskujesz z nią,  zrobi ci gorszą rzecz, niż przypalenie żegadłem.
   Zacisnąłem zęby, patrząc w uśmiechniętą bezczelnie twarz chłopaka, w którą miałem ochotę przywalić. Nie zrobiłem tego jednak, choć pokusa była duża, a Rafał sam się o to prosił. Nie tu i nie teraz – pomyślałem rozluźniając dotychczas zaciśnięte pieści.
   - Więc o co ci chodzi? – zapytałem zmęczonym głosem.
   - Ja rządzę – powiedział, a ja uśmiechnąłem się w duchu kpiąco. – Ty od teraz nie masz nic do gadania. Ja dowodzę. Żeby to było jasne.
   - Nie mam nic przeciwko – uniosłem obie ręce w obronnym geście. – Prowadź, szefie.
   Wyraźnie połechtane ego Rafała szybko zmotywowało go do przejęcia roli dowódcy. Krzyknął do stojących w krzakach Waldka i Martina, by się zbierali. Obaj z niedowierzaniem spojrzeli na chłopaka, a potem na mnie. Zbyłem ich jednak machnięciem ręki.
   Rafał myślał, że dowodzenie do łatwa sprawa i nie mogłem się doczekać, by zobaczyć, jak zalicza sromotną klęskę. Miałem zamiar wkroczyć dopiero wtedy, gdy zrobiłby coś naprawdę głupiego, a do tego czasu niech sobie smakuje władzy. Byłem pewien, że i tak nie potrwa to długo.
   - Adam, zajmij się nim – powiedział, wskazując na idącego drogą trupa.
   Sięgnąłem po nóż i ruszyłem na zombie. Te zakłapało zębami, wyciągając w moją stronę ręce. Uniknąłem ich i podciąłem nogi trupa, czego skutkiem był jego upadek. Od razu przydepnąłem ożywieńca do ziemi, wbijając ostrze w tył jego głowy. To była najskuteczniejsza metoda w walce z pojedynczymi truposzami, bezpieczna, szybka i cicha.
   Szliśmy już dłuższy czas, lawirując ulicami Nowogrodu, zabijając napataczające się zombie i najwyraźniej nie mając żadnego celu.  Rafał prowadził nas kompletnie na ślepo. Widać było, że chłopak jest zdenerwowany, ale nie chciał przyznać się, że nie wie, co robić. Waldek i Martin byli zdenerwowani niemniej niż ja. Jednak cierpliwie wszystko znosiliśmy, aż przez głupotę naszego „przywódcy” o mało co nie wpadliśmy w łapska zombie.
   Przechodziliśmy obok samochodu dostawczego z logo firmy przewożącej konserwy. Auto stało częściowo zablokowane w wąskiej uliczce, którego kierowca najwidoczniej przecenił swoje siły i próbował się tamtędy przebić. Skończyło się to jednak utknięciem między ścianami budynków.
   - Chyba mamy szczęście – powiedział Rafał, zbliżając się do dostawczaka.
   - Nie mamy na to czasu – upomniałem go, za co ten zmierzył mnie wrogim spojrzeniem.
   - Ja mówię, na co mamy czas, a na co nie – warknął. – Otwieramy. Waldek.
   Waldek niechętnie ruszył w stronę samochodu. Gdy jednak położył dłoń na klamce, mina mu zrzedła i wycofał się.
   - Lepiej tego nie otwierać – powiedział cały czas się cofając.
   - Co ty pieprzysz? – parsknął Rafał, samemu kładąc dłonie na klamkach.
   Zaskoczony spojrzałem na Waldka i wtedy sam usłyszałem stłumione jęki. Zanim zdążyłem dobiec do Rafała, ten pociągnął za oba skrzydła drzwi, otwierając je na całą szerokość. Ze środka wypadła kilkunastoosobowa grupa zombie. Za życia musieli się tam schronić, ale być może ktoś był zarażony, lub zmarł. Ludzie w środku nie mieli jak otworzyć drzwi, a przez to skończyli, jak skończyli.
   - Kurwa-a! – krzyknął przerażony Rafał, gdy został przygniecione dwoma ciałami zombie.
   Sięgnąłem po karabin i zacząłem strzelać. Kule podziurawiły przygniatające Rafała zombie, zanim te zdążyły go ugryźć. Razem z Waldkiem i Martinem zaczęliśmy eliminować kolejne trupy. Strzelanie pozwalało nam to zrobić szybciej, ale hałas z pewnością zaalarmował znajdujące się w pobliżu ożywieńce. Byłem pewien, że te już zmierzają w naszą stronę.
   - Wstawaj! – złapałem Rafała za bark i wywlekłem go spod ciał zombie.
   Chłopak był przerażony, miotał się i łkał. Dopiero gdy zdzieliłem go w twarz, zdawał się trochę otrzeźwieć.
   - Weź się, kurwa, w garść! – krzyknąłem mu w twarz, po czym pociągnąłem go za Martinem i Waldkiem, którzy zdążyli już odbiec kawałek dalej.
   Tak, jak się spodziewałem, ulicę wypełniły hordy zombie. Było ich naprawdę dużo. Musieliśmy biec szybko, by te nie odcięły nam wszystkich dróg ucieczki. Z każdą chwilą coraz bardziej opróżnialiśmy magazynki, a trupów wcale nie było mniej.
   Ucieczka z ciężkimi plecakami i bronią męczyła nas. Zaczęliśmy sapać, próbując złapać dech i coraz trudniej było nam stawiać kolejne kroki. Musieliśmy znaleźć miejsce, gdzie moglibyśmy ukryć się przed zombie i odpocząć. Padło na halę magazynową. Waldek nożycami do metalu rozciął zamek i wspólnie podnieśliśmy metalową bramę, którą zaraz puściliśmy. Echo huku rozeszło się po całym pomieszczeniu.
   Oparłem się o ścianę i przymknąłem oczy. Nareszcie – odetchnąłem z ulgą. Nie długo było mi jednak dane odpoczywać. Spojrzałem na stojącego nieopodal Rafała i już miałem go zbesztać, gdy rozległa się seria cichych kliknięć. Znałem dobrze ten dźwięk i wiedziałem, co on zwiastuje. Przekląłem w myślach i wziąłem do ręki karabin, mierząc w ciemność.
   - Możemy się dogadać – zacząłem, szukając wzrokiem przeciwników. Mrok oraz poustawiane po całej hali skrzynie skutecznie mi to uniemożliwiały. – Przeczekamy, aż odejdą zombie, a potem każdy rozejdzie się w swoją stronę.
   Przez chwilę nie dostałem odpowiedzi. Spojrzałem na swoich towarzyszy, którzy mieli raczej nietęgie miny. Wiksa chciał dostać każdego, kogo spotkaliśmy. Musieliśmy to jakoś rozegrać.
- Mamy obóz – powiedziałem, robiąc krok na przód. – Jest u nas bezpiecznie. Możemy was tam zabrać. Wcale nie musimy się zabijać.
   Skinąłem Waldkowi, by obszedł skrzynie z drugiej strony razem z Rafałem. Ja i Martin zrobiliśmy to samo z lewej. Dzięki temu mieliśmy szansę obejść przeciwników z dwóch stron.
   - Wyjdźcie, a się dogadamy.
   Minąłem pierwszy rząd skrzyń, gdy zobaczyłem szarżującą na nas postać. Była ona sporych rozmiarów i bez problemu przewróciła mnie i Martina. Uderzyłem boleśnie plecami w półki, uchylając się, gdy zobaczyłem lecącą w swoją stronę pięść. Mój kompan jednak nie miał tyle szczęścia i oberwał prosto w twarz. Takie uderzenie od człowieka takich gabarytów było poważne. Wycelowałem karabinem w dryblasa, gdy poczułem jak coś zaciska się wokół mojej szyi i ciągnie w tył. Ponownie zostałem pchnięty na skrzynie, a na mojej szyi zacisnęła się dłoń. Nawet w tym mroku dostrzegłem twarz swojego napastnika.
   - Max? – jęknąłem chrapliwie. Jego dłoń, jak stalowa obręcz, pozostawiała mi niewiele możliwości oddychania.
   - Co ty wyprawiasz? – syknął, jeszcze bardziej zwiększając nacisk na moim gardle.
   - Próbuję… przeżyć – wycharczałem. Max cofnął się, a ja od razu wziąłem głęboki wdech.
   - Teraz jesteś z nimi? – zapytał, a w jego głosie zabrzmiała pogarda.
   - Nie jestem – warknąłem rozmasowując gardło. – Posłuchaj, bo to ważne. Musisz nakłonić Saszę, by przyjechała na spotkanie do Głogowa.
   - Co? – Ponownie się najeżył, patrząc na mnie ze wściekłością w oczach. – Chcesz ją wystawić Wiksie?
   - Nie – oburzyłem się nie rozumiejąc, jak Max w ogóle mógł tak pomyśleć. – Nigdy bym jej tego nie zrobił. Ale jej pojawienie się może wszystko zakończyć.
   Rozległy się strzały oraz krzyki. Nie zidentyfikowałem ich, jako należących do swoich ludzi.
   - Właśnie widzę.
   - Max! – złapałem go za ramię. – Wróć do klasztoru i przygotuj wszystkich do walki. Jeżeli mój plan nie wypali, być może niedługo będziecie zmuszeni się bronić.
   - O czym ty…
   Usłyszałem kroki.
   - Uciekaj – syknąłem. – Wkrótce się spotkamy. Idź już!
   Chciałem pójść z Maxem, ale wtedy nie mógłbym im pomóc. A tak, miałem okazję uratować klasztor. Musiałem go uratować. Tam byli moi bliscy.
   - Adam? – usłyszałem głos Waldka.
   - Wszyscy żyją? – zapytałem patrząc w miejsce, gdzie zniknął mój brat.
   - Tak. Tamci zwiali, ale mamy jedną z nich.
   Odwróciłem się i spojrzałem na towarzysza. Wyglądał na zadowolonego.
   Wróciliśmy do wejścia, gdzie Martin i Rafał trzymali szarpiącą się dziewczynę. Rudowłosa używała wobec nas takich słów, że w jednej chwili mój zasób słownictwa powiększył się kilkukrotnie.
   - Ucisz tą sukę! – krzyknął Rafał, trzymając się za policzek poorany paznokciami.
   Powstrzymałem Waldka, który zapewne chciał to zrobić w dość brutalny sposób i podszedłem do dziewczyny. Jej twarz nosiła ślady walki, miała kilka rozcięć i była wykrzywiona w grymasie nienawiści do nas. Błękitne oczy nie zdradzały przerażenia, a jedynie złość. To była ta sama dziewczyna, która postrzeliła Pawła na posterunku, a potem wyskoczyła przez okno.
   - Jak się nazywasz? – zapytałem spokojnie.
   W odpowiedzi dziewczyna splunęła mi w twarz. Pięknie. Po prostu, kurwa, pięknie.

***

   Droga powrotna do hotelu minęła nam w akompaniamencie krzyków Rudej, jej wściekłych oporów i kopania wszystkiego, co znajdowało się wokół. Najbardziej obrywał Martin, któremu przypadło jej pilnowanie. Tak więc pod koniec skończył porządnie poobijany, a nawet ugryziony.
   - Zaraz jej zajebię! – krzyknął, gdy dziewczyna uderzyła go z głowy w szczękę.
   - Macie przejebane – syknęła Ruda. – Nawet nie wiecie jak bardzo.
   Śmiech dziewczyny wywołał u mnie gęsią skórkę. To samo musiał poczuć Martin, bo odwiązał chustkę ze swojego nadgarstka i wcisnął ją w usta rudowłosej jako knebel. Wywołało to kolejną falę oburzenia, ale już o wiele cichszą.
   Starałem się nie myśleć o tym, co robię i jakie to będzie miało konsekwencję dla dziewczyny. Wiedział jednak, że na pewno nie będą one miłe. Po wieści, że była ona w grupie tych, którzy uciekli z posterunku, Wiksa zapewne nie potraktuje jej ulgowo.
   Przekonał się o tym szybko, gdy zdając raport Wiksie obserwował jego wzrok. Ten błysk, na widok którego nawet Ruda drgnęła.
   - Czyli jesteś naszym wrogiem? – zapytał podchodząc do dziewczyny. Ta dumnie uniosła głowę, ale poczułem, że cała drży.
   Wiksa skinął mi głową, a wtedy wyciągnąłem jej z ust knebel. Ruda od razu splunęła mężczyźnie w twarz z czystą satysfakcją wymalowaną na twarzy.
   - Pierdol się – wycedziła.
   Szef ze stoickim spokojem otarł policzek, rozciągając usta w uśmiechu, który napełnił mnie najgorszymi obawami. Niespodziewanie zamachnął się, uderzając dziewczynę z pięści w twarz. Ta padła na podłogę nieprzytomna.
   Powinienem był jakoś zareagować, ale nie mogłem. Byłem jak otępiały i wiedziałem, że jakikolwiek sprzeciw wobec Wiksy zakończy się dla mnie niezbyt miło. Nie mieszaj się – powiedziałem sobie. – To nie twoja sprawa.
   - Zabierz ją do siedemnastki – powiedział Wiksa. – Przywiąż do krzesła. Za pięć minut ma być wszystko gotowe.
   - Tak jest – Pochyliłem się nad dziewczyną i wziąłem ją na ręce.
   Pokój numer siedemnaście znajdował się na samym dole i zapewne jeszcze za czasów, gdy wszystko było normalne, nie był używany. Apokalipsa zastała go, gdy był akurat remontowany. W środku rzeczywiście stało krzesło. I tylko ono. Ściany były białe, a podłoga pozrywana. Okno zostało zasłonięte przez czarną folię, więc jedynym źródłem światła było to, wpadające z korytarza.
   Posadziłem wciąż nieprzytomną dziewczynę na krześle i zająłem się przywiązywaniem jej rąk oraz nóg. Gdy podniosłem wzrok napotkałem oskarżycielskie spojrzenie niebieskich oczu. Nie powinienem był się w ogóle odzywać, ale nie mogłem milczeć. To nie była moja wina.
   - Odpowiadaj na wszystkie pytania i niczego nie próbuj – powiedziałem kończąc przywiązywanie. – Wtedy Wiksa potraktuje cię łagodnie.
   - Pieprzę go – syknęła. – I ciebie. Ty i twoi ludzie nas zaatakowaliście.
   - Myślisz, że mieliśmy wybór? – warknąłem ze złością. Wkurzało mnie, że już kolejna osoba myślała, że przeciwstawienie się Wiksie jest takie proste. Nie było ani trochę.
   - Nie widzę broni przy waszych głowach – zauważyła. – Wiksa to tylko jeden człowiek. Gdybyście chcieli…
   - Ale nie chcą. 
   Odwróciłem się i zobaczyłem stojącą w drzwiach sylwetkę. Wiksa wszedł do środka, kładąc na podłodze latarkę. Ta rozświetliła pokój, oślepiając mnie i Rudą.
   - Zajmij się tym drugim – polecił mi Wiksa. – Jest w pokoju obok.
   Bez słowa skinąłem głową i ruszyłem do wyjścia. Wychodząc odwróciłem się, łapiąc pełne strachu spojrzenie dziewczyny.
   To nie twoja sprawa – powtórzyłem po raz kolejny, podnosząc z podłogi tacę z jedzeniem.
   Pokój numer osiemnaście był w podobnym stanie, jak ten poprzedni i wyglądał tak samo. Tylko jego mieszkaniec był inny. Był to więzień, którego Topór oddał za broń. Musiał on spać, ale obudził się, gdy wszedłem do środka. Jego umęczona i pokiereszowana twarz nie ukazywała żadnych uczuć.
   - Przyniosłem ci jedzenie – powiedziałem podchodząc do więźnia.


   Ten bez większego zainteresowania spojrzał na tacę, a potem utkwił wzrok gdzieś przed sobą.
Powątpiewając spojrzałem na jego związane ramiona i wziąłem do ręki łyżkę. Mężczyzna pozwolił się nakarmić jak dziecko, zachowując przy tym całkowitą bierność. Gdy przez przypadek dotknąłem jego policzka poczułem ciepło. Gorączkował.
   Już wcześniej czułem nieprzyjemny zapach bijący od niego. Pochodził on zapewne z jego licznych ran, których nikt nie opatrzył. Przez bandaż na kikucie przebijały się czerwone i żółte plamy, a rozcięcia wyglądały na wymagające oczyszczenia.
   - Jak się nazywasz? – zapytałem.
   Mężczyzna nie odpowiedział.
   - Ja jestem Adam – powiedziałem, nabierając kolejną łyżkę gulaszu.
   Nagle rozległ się stłumiony krzyk, dochodzący zza ściany. Oboje spojrzeliśmy w tamtą stronę. Słyszałem głosy należące zarówno do Rudej jak i Wiksy, a także jakieś łomoty. Kobiece wołania nie ucichały, a ja próbowałem się przekonać, że to, co się tam działo, nie jest moją winą i mnie nie dotyczy.
   - Pozwalasz na to? – zapytał spokojnie więzień.
   Drgnąłem, spuszczając wzrok.
   - To nie moja sprawa – odparłem hardo.
   - Tak mówią ludzie, którzy chcą uniknąć odpowiedzialności. Tchórze.
   - Może nim jestem? – odłożyłem tacę i wyprostowałem się.
   Mężczyzna spojrzał na mnie, tak samo obojętnie, jak wcześniej.
   - Może.
   Wyszedłem z pokoju i czym prędzej skierowałem swoje kroki do pokoju Ryszarda. Chciałem porozmawiać z lekarzem, a przy okazji sprawdzić, co u Reszki i Pawła. Ku mojemu zaskoczeniu, ten drugi przygotowywał się do opuszczenia lecznicy.
   - Już wyzdrowiałeś? – zapytałem ucieszony widząc go w tak dobrym stanie.
   - Nie zamierzam leżeć bezczynnie – burknął podnosząc się z łóżka. – Nigdy nie lubiłem szpitali i lekarzy.
   - Nie, żebym czuł się urażony – mruknął Ryszard, biorąc łyk kawy ze swojego kubka.
   Reszka roześmiał się krótko i poklepał lekarza po ramieniu. Ten przewrócił oczami.
   - Dzięki za wszystko – powiedział Reszka.
   - Tak, tak. Kwiaty i kopertę zostaw na biurku – odparł Rysiek niemal wypychając byłego już pacjenta z pokoju. Zaraz po jego wyjściu, lekarz zwrócił się do mnie. – Masz do mnie jakąś sprawę, czy przyszedłeś w odwiedziny?
   - Raczej to pierwsze – odparłem opierając się o biurko. – I chciałbym, żeby to zostało między nami.
   Ryszard zacisnął usta w wąską kreskę i odłożył kubek na stolik. Wziął za to z niego notes, po czym zaczął przeglądać poukładane wszędzie pudła, w których były leki.
   - Jeżeli próbujesz mnie wciągnąć w jakąś intrygę, to lepiej od razu wyjdź – powiedział zapisując coś na kartce.
   - Nie o to chodzi. Proszę o przysługę.
   Rysiek westchnął, zdejmując na chwilę okulary i przecierając palcami oczy. Cierpliwie czekałem na jego decyzję. Był on jedyną osobą, która mogła mi pomóc.
   - Dobra. O co chodzi?
   v- Weź trochę sprzętu – powiedziałem patrząc na lekarstwa i stosy opatrunków medycznych w szafce. – Będzie ci to potrzebne.
   Mężczyzna zmarszczył brwi, ale bez słowa zaczął pakować rzeczy do torby. Ja w tym czasie podniosłem jego notes i wyrwałem stamtąd jedną kartkę. Napisanie tych kilku linijek tekstu i zawarcie w nich wszystkiego, co chciałem przekazać nie było proste. Ostatecznie udało mi się zawrzeć wszystkie, najważniejsze informacje. W tym czasie Rysiek zakończył pakowanie.
   - To dokąd idziemy?

***

   - Cholera – Rysiek skrzywił się, ściągając brudny bandaż z kikuta więźnia.
   Ja także zakryłem sobie nos, gdy pokój wypełnił okropny fetor. Widząc zaropiałą ranę ogarnęły mnie mdłości. Nie musiałem być lekarzem by wiedzieć, że wymagała ona natychmiastowego opatrzenia.
   - Zrobisz coś z ty? – zapytałem.
   - Usunę martwicę tkanek i oczyszczę. Podam też antybiotyki, ale nie wiem, czy to coś da – odparł szczerze Ryszard.
   - Zrób tak, by przeżył – powiedziałem, po czym zwróciłem się do więźnia. Gorączka sprawiała, że był on otępiały, ale miałem nadzieję, że mnie zrozumie. – Posłuchaj mnie, bo to bardzo ważne. Pojedziesz do klasztoru i przekażesz to – pomachałem mu przed twarzą złożonym listem. – Przekażesz to Saszy. Okej? Musi dostać ten list.
   - Do klasztoru? – zdziwił się mężczyzna.
   - Tak. Pojedziesz tam. I przekażesz to Saszy. Zrozumiałeś?
   Pokiwał głową, ale nie byłem pewien, czy wszystko zapamiętał. Musiałem jednak wierzyć, że tak było.
   To, co miałem zamiar zrobić było gorzej niż szalone, ale taki był plan. Miałem tylko nadzieję, że zawarte w liście słowa przekonają Saszę, bo bez tego trudno by było wszystko zrealizować.
   - Poradzisz sobie? – zapytałem Ryśka. Ten skinął mi głową, nie przestając opatrywania rany, zerkając na to jak wciskam do buta więźnia list.
   Opuściłem pokój i oparłem się plecami o drzwi. Na usta wpełzł mi uśmiech, którego nie mogłem powstrzymać.

***
   - Co, kurwa, zrobić? – niemal wykrzyknął, patrząc na mnie groźnie.
   Poirytowany przestąpiłem z nogi na nogę, powstrzymując się od wykrzyczenia mu w twarz jakim to jest idiotą.
   - Oddamy im tego gościa – powtórzyłem spokojnie, ale z naciskiem.
   - Niby, kurwa, po co? – oburzył się Wiksa, dokańczając skręcanie papierosa, który tylko papierosem nie był.
   - Żeby wiedzieli, że z nami nie ma co zadzierać – powiedziałem siadając na kanapie. – Sasza myśli, że Topór ma tego faceta. Gdy go im oddamy pewnie pomyśli, że połączyliśmy siły, albo ich zabiliśmy. Tak, czy siak – będą się nas bali. Więzień przekaże Saszy wiadomość o pokojowym spotkaniu. Ona się pojawi, a wtedy w końcu ją dostaniesz.
   - Myślisz, że jest na tyle głupia, by się na to zgodzić? – spojrzał na mnie z politowaniem.
   - Dlatego nie wspomnimy o tym, że też będziesz miał się tam pojawić – powiedziałem. – Przez pewien czas Sasza mi ufała. Gdy będzie myślała, że jestem po jej stronie, to na pewno się zjawi.
   Wiksa uśmiechnął się w sposób, którego nie potrafiłem rozgryźć. Dokończył wsypywanie tytoniu do białej, cienkiej bibułki, po czym sprawnie ją skręcił. Po chwili poczułem drapiąco-słodki dym.
   - Masz łeb, Adamie – powiedział z uznaniem. – Oby to tylko wypaliło.
   - O to się nie martw – odparłem wstając. – Wszystko pójdzie zgodnie z planem.