poniedziałek, 12 lutego 2018

ROZDZIAŁ 13 - WSPÓLNE DECYZJE (ADAM)

Długo mnie tu nie było, co przyznaję ze wstydem :(
Jednak teraz mam całe 2 tygodnie wolnego, więc i więcej czasu na pisanie ;)
Ten rozdział miał się pojawić wczoraj, ale postanowiłam jeszcze go sprawdzić i poprawić kilka błędów. Pisanie go zajęło mi sporo czasu, ale rozplanowanie spotkania Rady naprawdę było dużym wysiłkiem, który (jak sądzę) nie poszedł na marne. 
Na koniec - jak zwykle - zostawiłam cliffhanger, którego po prostu nie mogłam sobie odpuścić :D Kolejny rozdział będzie już midquelem. Z czyjej perspektywy? - o tym przekonacie się za kilka dni, choć zapewne będziecie się mogli domyślić ;) 

~~~

1
   Ziemia była zamarznięta i sporo było w niej kamieni. Przy co drugim wbiciu szpadla, rozlegał się nieprzyjemny zgrzyt, a przez ręce przechodził mi dreszcz. Ramiona bolały mnie już od walczenia z zmarzliną, a w kurtce było mi niebywale gorąco, choć padał śnieg. Nie zamierzałem jednak przestać, ani zrobić sobie przerwy. Za każdym razem, gdy w głowie pojawiała mi się taka myśl, przypominałem sobie o Filipie, którego ciało znajdowało się w kościele i wracałem do pracy. Chciałem, by pogrzeb odbył się jeszcze tego samego dnia. Chociaż tyle mogłem zrobić dla tego chłopaka i Reszki, którego grobem miał być tylko kopiec z krzyżem.
   Kolejny zgrzyt metalu z kamieniem rozzłościł mnie. Rzuciłem łopatę na bok i pochyliłem się nad półmetrowym dołem, skąd wyciągnąłem zagrzebaną w ziemi, dość sporą skałę. Ta z oporem opuściła swoje miejsce, obcierając mi przy tym opuszki palców. Zły cisnąłem nią przed siebie, trafiając w mur. Stojący na warcie strażnik odwrócił się do mnie, marszcząc brwi. Uniosłem dłoń i ponownie podniosłem łopatę.
   – Niezły rzut.
   Zaskoczony obejrzałem się za siebie i zobaczyłem stojącą nieopodal Zuzę. Rudowłosa miała kaptur nisko naciągnięty na czoło i obejmowała się za ramiona. Wielokrotnie powtarzała, że nie znosi zimy i jest bardzo wdzięczna Radzie, że ci nie zmuszają jej do udziału w wypadach. Lekarze byli potrzebni, więc narażanie ich byłoby strzałem w kolano.
   – Dzięki – mruknąłem, uderzając końcem łopaty w ziemię. – Potrzebujesz czegoś?
   Zuza podeszła bliżej i dopiero wtedy zobaczyłem, że trzyma coś w dłoni. Gdy zobaczyła, na co patrzę, otworzyła rękę, pokazując mi naszyjnik z niebieskimi i pomarańczowymi koralikami.
   – Reszka mi to dał – powiedziała ze smutnym uśmiechem. – Powiedział, że to moje kolory. Uparty osioł, starał się do samego końca. Mogłam mu powiedzieć, że gramy w tej samej lidze.
   Zrozumiałem aluzję i uśmiechnąłem się pod nosem. Zaraz jednak znowu spoważniałem.
   – Przykro mi, że tak się stało. To… to w ogóle nie miało tak być.
   – Nie winię cię – Zuza wolno pokręciła głową. – Nikt nie jest winny. Tak się po prostu stało i już. Ludzie umierają i nieprędko się to zmieni. Być może nigdy. Nie musimy się z tym godzić, ale możemy to zaakceptować. W końcu nikt z nas nie wie, czy to nie jest nasz ostatni dzień.
   Uderzałem końcem szpadla w twardą ziemię, przyswajając do wiadomości słowa Zuzy.
Wiele było w nich prawdy. Dzisiejszego dnia przekonałem się boleśnie o ich brutalnej prawdzie. Śmierć Reszki na moich oczach, a potem dobicie Filipa sprawiło, że zacząłem myśleć o tym, co mnie jeszcze czeka. Wybuch apokalipsy rozpocząłem uciekając. Czy tak miało być już do końca? Zawsze już miałem czuć ten powiew niebezpieczeństwa na karku? Klasztor był bezpieczny – owszem – ale na jak długo? Nie wydawało mi się, że ta idylla mogłaby trwać wiecznie. Nie w tym świecie.
   – Cierpiał?
   Spojrzałem na pusty dół, którego dno zdążyła już pokryć cienka warstwa śniegu.
   – Nie – powiedziałem, choć nie była to do końca prawda, ale nie chciałem dobijać Zuzy jeszcze bardziej. – Nie cierpiał. Uratował nam życie.
   Zuza pokiwała głową i odwróciła się. Nie wróciła jednak do klasztoru, a zawitała do znajdującej się nieopodal szopy na narzędzia. Wróciła stamtąd z szpadlem, który wbiła w ziemię. Przez chwilę obserwowałem, z jaką zaciekłością przebija się przez kolejne warstwy zmarzliny, stopniowo zwiększając głębokość grobu.
   – Będzie szybciej, jeśli mi pomożesz – powiedziała z wyrzutem.
   Nie pozostało mi nic innego, jak zacząć kopać.

2
   Pogrzeb nie był jakąś wyszukaną uroczystością. Nie było kwiatów, nikt nie płakał i nie zawodził, nie było nawet trumny. Jednak najgorszy był z tego jeden pusty grób. Ciało Reszki nie mogło w nim spocząć, dlatego Zuza położyła na dnie dołu koraliki, które dostała od chłopaka. Ten widok poruszył każdego, choć niewielu dało to po sobie poznać.
   Było już ciemno, a śnieg dalej padał. Oświetlały nas reflektory aut, które ustawiono w półkole, skierowane w stronę niewielkiego skweru, który zaadaptowano na cmentarz. Znajdowały się tam już pięć innych grobów należących do osób, których nie dane mi było poznać. Teraz było ich już aż siedem.
    Prawie wszyscy mieszkańcy klasztoru zbili się w jedną grupę, obserwując, jak Hindus i Marek wkładają zawinięte w prześcieradło ciało Filipa do grobu. Wśród tego tłumu nie zauważyłem Saszy, ale nie miałem o to do niej pretensji. Po tej całej akcji z Zenkiem pewnie miała wszystkiego dość. Brakowało też Maxa, Roba, Cześka i Jarka. Domyślałem się, że zajmują się tym mężczyzną, którego przywieziono.
   Doły zostały przysypane ziemią, a gdy tak się stało, Hindus wbił szpadel w ziemię i odwrócił się do nas z niepewnością w oczach.
   – Może ktoś coś powie? – zaproponował nieśmiało.
   Rozejrzałem się wokół, tak samo, jak pozostali. Nikt nie rwał się do przemowy.
   Ja jednak nie tyle chciałem, a musiałem coś powiedzieć.
   Wystąpiłem o krok na przód.
   – Myśleliśmy, że klasztor okażą się dla nas domem. Bezpiecznym domem – zacząłem patrząc po twarzach wszystkich zebranych. Wykazały ono jedno, to samo uczucie - smutek. Kilka kobiet płakało. – I tak jest. Ale na zewnątrz, wszystko jest inne. Ludzie umierają i być może to się nie zmieni. Wielu z was straciło swoich bliskich. Zginęli wasi przyjaciele, członkowie rodziny i jestem pewien, że żaden z nich na to nie zasłużył. Wśród naszych zmarłych były osoby ważne dla naszego obozu. Wspierały nas, pomagały w podejmowaniu trudnych decyzji, dodawały siły i otuchy. Ich stratę odczujemy boleśnie. Każdego dnia, godziny, czy minuty będziemy myśleć o nich, o tym, co by zrobili, jak by się zachowali. Będziemy cierpieć i za nimi tęsknić. – Urwałem, czując jak łzy same cisną mi się do oczu. Spojrzałem w czarne niebo, z którego spadały grube, białe płatki śniegu. Odwróciłem wzrok i wtedy zobaczyłem postać, stojącą przed drzwiami klasztoru. Nawet z takiej odległości rozpoznałem w niej Saszę. Jej obecność dodała mi sił, którą od razu chciałem przekazać reszcie. – Ale podniesiemy się z tej straty. Pamięć o naszych bliskich zachowamy do końca i będzie ona dla nas wzmocnieniem. Bo tego potrzebujemy - wsparcia. Od tego momentu będziemy nową grupą. Silniejszą. Świadomą otaczającego nas zewsząd zagrożenia. Gotową stawić czoła wszystkiemu i wszystkim. Niech ta tragedia nas nie złamie, ale uczyni silniejszymi. Zróbmy to dla nich – Wskazałem na groby. – Jak i dla siebie samych. Przetrwamy to. Razem. 
   Nie oczekiwałem braw, ani wybuchów płaczu. Milczenie oznaczało, że ludzie myśleli nad moimi słowami. Popierali mnie, bądź nie - to było nieważne. Ja zrobiłem swoje.
    Mieszkańcy klasztoru zaczęli się rozchodzić. Najpierw niepewnie, a dopiero potem coraz liczniej, aż w końcu pozostałem sam.
   Śnieg skrzypiał pod moimi nogami, gdy podszedłem do drewnianej tablicy przy grobie Reszki. Zabawne, bo nawet nie wiedziałem, że miał na imię Dominik. Waldek dopiero to powiedział, gdy Edward zajął się tworzeniem nagrobka. Zaskakujące było, jak mało można było wiedzieć o człowieku, choć wydawało się, że zna go się bardzo dobrze. A potem okazywało się, że po ponad miesiącu znajomości nie znałem nawet prawdziwego imienia swojego przyjaciela i współlokatora. 
   – Przykro mi, stary – powiedziałem, wypuszczając z ust kłąb białej pary. – Tak cholernie mi przykro.
   Zwiesiłem głowę, czując nieznośną, przytłaczającą bezradność. Chyba dopiero wtedy zeszło ze mnie całe napięcie, a powróciły normalne, ludzkie emocje. Przetarłem szczypiące mnie oczy i westchnąłem, wyprostowując się. Gdy już miałem ruszyć w kierunku klasztoru, zobaczyłem stojącą obok jednego z aut Darię.


   Twarz dziewczyny niemal ginęła w obszernym kapturze jej kurtki, naokoło otoczonym futrem. Trzymała ręce w głębokich kieszeniach i opierała się biodrem o bok samochodu, patrząc na mnie uważnie.
   Od przyjazdu do klasztoru nie rozmawialiśmy twarzą w twarz. Uznałem, że lepiej nie wracać do tego, co wydarzyło się w tamtym domu. Daria miała Waldka, a ja… Ja wciąż czekałem.
   – To, co powiedziałeś – Dziewczyna zrobiła kilka kroków w moim kierunku – to podniosło wielu na duchu. Waldka w szczególności.
   Widziałem reakcję przyjaciela, gdy wróciliśmy z wypadu. Nie musiałem nawet nic mówić, bo on już wiedział. I bardzo to przeżył. Reszka, tak samo jak Szósty, był jego przyjacielem. I obaj już nie żyli.
   – Ale to nic nie zmienia – powiedziałem ponuro. Po moim niedawnym optymizmie nie został nawet ślad.
   – Mylisz się. Ktoś musi przypominać ludziom, że są silni, dopóki sami się tego nie nauczą.
   – I to niby ja mam być tym „kimś’? – prychnąłem zaskoczony niedorzecznością tego pomysłu. Nie widziałem się w roli, jaką sugerowała mi Daria. To członkowie Rady byli od dodawania sił ludziom. Max, Sasza, Rob, Jarek i reszta –pokazali, że są stworzeni do życia w tym świecie. Ja się tylko dostosowałem.
   Szybkie kroki na śniegu, któremu towarzyszyły skrzypnięcia, zwiastowały czyjeś przybycie. Z ledwością poznałem w opatulonej szalikiem i w czapce nisko naciągniętej na czoło osobę Młodego.
   – Sasza chce cię widzieć – powiedział, zwracając się do mnie. Jego głos był nieco stłumiony przez grubą warstwę szalika na ustach.
   – O co chodzi? – zapytałem.
   – Nie wiem – Chłopak wzruszył ramionami i poprawił strzelbę, która zsunęła mu się z ramienia. –    Ja tylko przekazuje wieści. Jest w gabinecie.
   Młody ruszył w stronę jednej ze skończonych już wież, gdzie zapewne miał pełnić wartę. Ja sam już miałem pójść w stronę klasztoru, gdy Daria stanęła mi na drodze.
   – Posłuchaj – powiedziała, patrząc na mnie uważnie. – Znam Saszę i wiem, jaka potrafi być. Jeśli raz ją okłamiesz albo zdradzisz, nie zapomni ci tego. Mi nie zapomniała i lepiej uważaj, bo stąpasz po kruchym lodzie i masz więcej do stracenia niż ja.
   Nie odpowiedziałem na to. Pozostawiając dziewczynę ruszyłem do klasztoru, wciąż jednak prześladowany przez jej słowa. Nie wiedziałem skąd, ale ona wiedziała, co mnie trapiło przez ostatnie tygodnie. Ta jedna, mała niepewność rosła z każdym dniem, napełniając mnie obawami i coraz większym strachem. Codziennie patrzyłem w stronę bramy, na drogę, prowadzącą do klasztoru, spodziewając się w końcu zobaczyć konwój aut z Wiksą na jego czele.
   W klasztorze było ciepło, co od razu poczułem. Zdejmując kurtkę ruszyłem schodami na górę, jednocześnie strzepując z włosów resztki topiącego się już śniegu. Gdy mijałem korytarz z mieszczącymi się tam sypialniami, na jego końcu zobaczyłem Maxa. On również mnie zauważył, ale nie przerwał rozmowy ze stojącym obok Cześkiem. Chłód w jego spojrzeniu był aż nazbyt wyraźny więc powstrzymałem się od jakichkolwiek przyjacielskich gestów.
   Do gabinetu wszedłem bez pukania. Widok Saszy, siedzącej na skraju stołu przed obcym mi mężczyzną był zastanawiający. Pobity i przywiązany do krzesła facet mówił coś akurat do dziewczyny, ale zamilkł, gdy zauważył moją obecność. Sasza obejrzała się przez ramię i skinęła mi głową, dając znak, bym podszedł bliżej.
   – Kontynuuj – zachęciła więźnia, gdy ten patrzył na mnie niepewnie.
   Wyglądał na mniej więcej w wieku Maxa, co jednak ciężko było określić przez ślady pobicia na twarzy, krew i pojawiającą się już opuchliznę. Brązowe włosy miał mokre, tak samo jak koszulkę, którą pokrywały też czerwone plamy. Przez dwa razy większe wargi, jego słowa były nieco niewyraźne.
   – Przyjadą tu. Prędzej, czy później – powiedział obojętnym, ale pewnym siebie tonem. – Topór nie lubi tracić ludzi. Coś o tym wiesz, nie?
   Topór – ten przydomek sprawił, że aż przeszły mnie ciarki. Miałem okazję go poznać i to wystarczyło, bym uznał go za człowieka niebezpiecznego.
   – Niech więc przyjedzie – Głos Saszy był pozbawiony jakiegokolwiek lęku. – Chętnie się z nim spotkam.
   Pewność siebie Saszy była godna podziwu. Imponujące było to, jak potrafiła ukryć swoje wszystkie obawy i lęki. Zachowanie zimnej krwi w obliczu jawnych gróźb nie było niczym łatwym.
Jednak niespodziewany śmiech więźnia wytrącił zarówno Saszę jak i mnie z równowagi.
   – Co cię tak bawi? – zapytałem ostro.
   – Wasza krótkowzroczność – odparł mężczyzna patrząc na mnie pobłażliwie. – Jesteście tak pewni siebie. Tak odważni! A nie widzicie nawet, że ktoś kopie pod wami dół. Bardzo głęboki dół, w który jak nic wpadniecie.
   Wymieniłem z Saszą spojrzenia. Oba wyrażały to samo – niepewność i strach.
   – O czym ty mówisz? – zapytałem już spokojniej.
   – O tym – Mężczyzna westchnął, a cwaniacki uśmieszek nie schodził mu z ust – że przyjmujecie bardzo dużo osób. Trudno zapanować nad taką zgrają i  mieć pewność, że wszystkim można ufać.
   To była prawda. W klasztorze znajdowało się akurat około pięćdziesiąt osób, a na te czasy było to dużo. Mnie samemu ciężko było spamiętać nawet nowe twarze, a co dopiero ich poznać. Kilka osób kojarzyłem jedynie z widzenia. Ważne było, by znać osoby, z którymi się żyje. Szczególnie teraz, gdy każdy nie koniecznie był tym, za kogo się podawał. Jeśli rzeczywiście mieliśmy wśród siebie zdrajcę, to miał on doskonałe warunki do inwigilowania nas.
   – Spędzisz tu trochę czasu – powiedziała nagle Sasza, a w jej głosie wychwyciłem lekkie drżenie.
   – Nigdzie mi się nie śpieszy – Więzień uniósł lekko przywiązane do oparć dłonie. – Nie chciałbym przegapić najlepszej zabawy.
   Sasza zagryzła policzek i ruszyła do wyjścia. Ja także podążyłem za nią, rzucając mężczyźnie ostatnie, pełne wątpliwości spojrzenie. Ten odpowiedział złośliwym uśmieszkiem, który zniknął mi z oczu, gdy zamknąłem drzwi.
   – To są chyba jakieś żarty – mruknęła wściekła Sasza, gdy weszliśmy do jej pokoju. Chodziła nerwowo od ściany do ściany, niczym dzikie zwierzę zamknięte w klatce.
   Usiadłem na łóżku, dłuższą chwilę w milczeniu słuchając pełnych złości komentarzy Saszy i przekleństw rzucanych pod adresem więźnia, Topora, a nawet Roba i Maxa – czego nie rozumiałem, ale nie wnikałem w szczegóły. Całe opanowanie Saszy zniknęło, a nadeszła pora na uwolnienie wszystkich tłumionych emocji.
   – Powinniśmy byli zamknąć bramę – powiedziała na koniec monologu, zatrzymując się na środku pokoju.
   – Możliwe – wzruszyłem ramionami, strzelając kostkami. – Ale i tak byśmy tego nie zrobili.
   Sasza przewróciła oczami i podeszła do okna. Milczała dłuższą chwilę, patrząc w niewiadomym przeze mnie kierunku. Dopiero później zorientowałem się, że widok stamtąd padał idealnie na cmentarz.
   – Nie znoszę, gdy masz rację – mruknęła splatając ręce na piersi.
   – Ty nie możesz jej ciągle mieć – odparłem trochę się przekomarzając.
   Ku mojemu zaskoczeniu – Sasza się uśmiechnęła. Rzadko miałem okazję to wiedzieć, więc pojawienie się chwilowego uśmiechu na jej twarzy uznałem za osobiste zwycięstwo.
   – A ty? – zapytała. – Jak myślisz? Co powinniśmy zrobić?
   Zmieszałem się, słysząc to pytanie. Pierwszy raz któryś z członków Rady pytał mnie o zdanie i poradę. Nie znaczyło to jednak, że nie chciałem pomóc Saszy.
   – Najlepiej jest zwołać Radę i przedstawić im sytuację – zacząłem, pocierając wnętrze dłoni o siebie. – Dobrze by też było, by dołączyły do niej nowe osoby.
   Sasza zmarszczyła brwi, słysząc tą propozycję, ale wydawał się być zainteresowana moim pomysłem.
   – Odpowiedni by był Rysiek – powiedziałem. – Jest lekarzem i wiele wniósłby do spotkań. No i Libra – dodałem, patrząc niepewnie na Saszę.
   – Libra – powtórzyła unosząc wysoko brwi.
   – Ma charakterek, ale zna się też na wielu rzeczach – argumentowałem. – No i można by było wykorzystać gdzieś jej tą żywiołowość.
   Sasza zagryzła policzek, zapewne ważąc w myślach moje słowa. Brak ostatecznego przyjęcia, bądź odrzucenia ich uznałem za pozwolenie na dalsze wygłaszanie swoich pomysłów.
   – Trzeba też pojechać do Krosna, bo wszystko wskazuje na to, że obóz Topora jest gdzieś w tamtejszych okolicach.
   – Dopiero co jedna grupa wróciła stamtąd ledwie żywa – zauważyła sceptycznie Sasza.
   – I dlatego też właśnie trzeba tam pojechać i zakończyć dalszy rozlew krwi, zanim na dobre się on zacznie.
   Zdawałem sobie sprawę, że po dowiedzeniu się, że wśród nas jest zdrajca, próba pertraktacji z Toporem to czysta głupota. Też mężczyzna nie miał dobrych zamiarów co do nas, skoro zdecydował się nas śledzić, ale rozejm był nam potrzebny. Świat należał do martwych, więc żywi musieli trzymać się razem.
   Przerwałem swoje rozmyślania, gdy zorientowałem się, że Sasza uważnie mi się przygląda.
   – Mogę ci ufać, Adamie? – zapytała.
   Nikomu nie można ufać – to zdanie cisnęło mi się na usta, ale nie wypowiedziałem go.
   – Zrobię wszystko, by cię nie zawieść – powiedziałem pewnie.
   Znajdowaliśmy się może trzy metry od siebie, ale ta odległość niezauważalnie przeze mnie się zmniejszyła. Sasza stała przede mną może na odległość pół metra i patrzyła na mnie z góry. Jej postawa – choć wciąż stanowcza – była też w pewien sposób pociągająca. Silne kobiety miały w sobie to coś.
   – Czego ty właściwie chcesz, Adamie? – zapytała.
   – Życia – odparłem krótko. – Domu, bezpieczeństwa, szczęścia – wymieniłem.
   Sasza zamknęła oczy, a gdy je otworzyła, zobaczyłem w nich błysk.
   – To nie aż tak dużo – powiedziała, a jej palce ostrożnie dotknęły włosów, które opadły mi na czoło.
   – Dla mnie tak – Wyciągnąłem ręce i przyciągnąłem Saszę do siebie, aż wylądowałem plecami na materacu. Gdy poczułem jej wargi na swoich poczułem, że moje pragnienia mogą się jednak spełnić.



3
   Obudziło mnie skrzypnięcie materacu oraz dziwne uczucie chłodu. Zanim jeszcze otworzyłem oczy, wyciągnąłem rękę na bok, ale jedyne na co trafiłem, to pusta część materaca.
   – Mogłabyś choć raz zrobić sobie wolne – mruknąłem przecierając oczy.
   Odpowiedziało mi nie aż tak odległe prychnięcie. Przewróciłem się na bok i zobaczyłem odwróconą do mnie plecami Saszę, która usiadła z powrotem na łóżku, by móc ubrać buty.
   – Nie zginęliby bez ciebie przez jeden dzień – powiedziałem, sunąc palcami wzdłuż ramienia Saszy, kierując się w górę, w stronę karku. Na przeszkodzie stanęły mi jednak włosy, sięgające do łopatek dziewczyny. Gdy chciałem je odsunąć, ta wzdrygnęła się i odwróciła do mnie.
   – Może innym razem – powiedziała z nerwowym uśmiechem, kładąc mi dłoń na policzku.
   – Wszystko w porządku? – zapytałem.
   Sasza w odpowiedzi jedynie pocałowała mnie krótko i pośpiesznie ubrała podkoszulkę, a na nią koszulę w czerwono-czarną kratę.
   – Dzisiaj Rob jedzie z grupą do tartaku. Zwołamy radę, gdy wrócą – mówiła, zapewne po to, by odwrócić moją uwagę od jej dziwnego zachowania. Z marnym skutkiem. – Wciąż myślisz, że wcielenie Ryśka i Libry do Rady to dobry pomysł?
   – Libry zbyt dobrze nie znam, ale na Ryśku można polegać – powiedziałem. – Angażuje się w sprawy klasztoru, przyucza Wiktorię i stara się pomagać, jak może. Ufam mu, a Libra…
   Nie zdążyłem dokończyć, bo przerwało mi pukanie do drzwi.
   – Od samego rana – mruknęła niezadowolona Sasza, podchodząc do drzwi. – O co cho…
   Podobno wiele można wyczytać z ludzkich oczu. „Oczy, to zwierciadła duszy” – jak brzmi słynne powiedzenie. Wystarczy tylko jedno spojrzenie by wiedzieć, czy ktoś jest zły, szczęśliwy, smutny czy zdenerwowany. Ja nigdy nie miałem problemów z odczytywaniem tych ukrytych uczuć.  Właśnie ta umiejętność pozwoliła mi wywnioskować z kamiennej twarzy Maxa to, co naprawdę myślał. Jeszcze nigdy nie patrzył na mnie w ten sposób. Gdyby wzrok mógł zabijać, byłbym już martwy.
   – Co się dzieje, Max? – zapytała Sasza, niemniej skrępowana tą sytuacją niż ja.
   – Jadę z Robem i resztą do tartaku. Pomyślałem, że chciałabyś o tym wiedzieć – powiedział beznamiętnie.
   – Jasne, dzięki.
   Max skinął głową i odszedł, każdym swoim ruchem dając do zrozumienia, że jest zły.
   Sasza z niemałą ulgą wypisaną na twarzy zamknęła drzwi.
   – Chyba się trochę zdenerwował – stwierdziłem, pocierając tył głowy.
   – Chyba? – prychnęła Sasza. – Mało brakowało, a sięgnąłby po broń. Później z nim porozmawiam.
Sasza podniosła kaburę z bronią i przypięła ją do biodra. Obserwowałem, jak to robi i jak później związuje włosy w kucyk.
   – Nie musisz się mu tłumaczyć – stwierdziłem.
   – Wiem, ale nie o to chodzi – westchnęła. – Jego zachowanie jest coraz bardziej uciążliwe i to nie tylko w stosunku do ciebie. Nie możemy sobie na coś takiego pozwalać. W szczególności teraz, gdy jesteśmy o krok od wojny.
   – Naprawdę myślisz, że do tego dojdzie?
   Sasza zagryzła wargę, patrząc gdzieś przed siebie. Ciężar, jaki nosiła na swoich barkach, wyraźnie wymalował jej się na twarzy.
   – Uwierz, wolałabym tego uniknąć, ale jeśli już będziemy musieli chwycić za broń, to wszyscy razem.

4
   Siedziałem na jednym z krzeseł przy stole w gabinecie, pomiędzy Librą, a Cześkiem. W powietrzu dało się wyczuć napięcie oraz niepewność członków Rady, którzy pojawili się na zebraniu, nie znając powodu jego zwołania. Obecność więźnia, którego przywiózł Jarek oraz Rafała, którego sprowadziła Sasza jeszcze bardziej zastanawiało zgromadzonych. Podejrzewano, że chodzi o coś poważnego, ale nie wiedzieli o co.
   Zerknąłem na Librę, która nerwowo stukała paznokciami w blat. Gdy powiedziałem jej, że ma stawić się na zebraniu Rady, była zaskoczona. Pewnie sądziła, że po zaatakowaniu Saszy, ostatnim, czego by ta chciała, byłaby jej obecność w tym spotkaniu. Ale Sasza nie była głupia. Widziała potencjał Libry i potrafiłaby go wykorzystać.
   W końcu drzwi do gabinetu otworzyły się, a do środka weszła pozostała trójka członków Rady na czele z Saszą. Rob spojrzał na mnie zaskoczony i zapytał o coś Saszę. Ta odpowiedziała mu coś spokojnie, po czym podeszła na koniec stołu. Zerknęła na więźnia, którego ranami już ktoś się zajął. Sasza musiała jeszcze z nim rozmawiać na osobności, bo ten patrzył na nią nie bez strachu.
   – Mów – poleciła mu ostro.
   – Nazywam się Maciej. A wy macie pośród siebie kreta.
   Po sali poniósł się szmer rozmów pełnych oburzenia. Wszyscy zerkali na siebie podejrzliwie, jakby oczekiwali, że to on właśnie jest zdrajcą. Tylko Sasza i ja siedzieliśmy spokojnie, czekając na ostudzenie emocji.
   – Jak słyszeliście – Sasza odezwała się, tym samym ucinając dyskusje – wśród nas jest zdrajca, który szpieguje nas dla Topora. Nie wiemy, kim on jest i to na razie nie ważne.
   – Co? – Olgierd poderwał się z miejsca. – Nie ważne? Wśród nas jest wróg, a ty mówisz, że to nie ważne?
   – Przymknij się, z łaski swojej, Olgierd i słuchaj – warknął zirytowany Edward. Sasza skinęła mu głową, wyrażając wdzięczność.
   – Nie ważne, bo spotkamy się z Toporem i spróbujemy zawrzeć rozejm – oświadczyła Sasza. Jej słowa wywołały kolejną falę szmerów.
   – To rozsądne? – zapytała Agata pełna wątpliwości. – Ten człowiek podobno jest niebezpieczny.
   – I dlatego musimy wynegocjować pokój. Potrzebni są nam sojusznicy, a nie kolejni wrogowie – tu urwała i spojrzała na Rafała. Mężczyzna niespokojnie poruszył się na krześle i spuścił wzrok. – Ale to nie jest ostateczna decyzja. Chcę, żebyście wszyscy wyrazili swoje zdanie, a potem razem wybierzemy najlepsze rozwiązanie. Edward – Sasza zwróciła się do najstarszego mężczyzny z naszego grona. – Zaczniesz?
   Sześćdziesięcioletni mężczyzna obdarzył Saszę ciepłym uśmiechem, który ta odwzajemniła. Między tą dwójką dało się zauważyć szczególną więź. Starzec – jako jeden z niewielu albo i jedyny – potrafił ściągnąć Saszę na ziemię i przekonać ją nie tyle do zmiany zdania, co przemyślenia swoich decyzji. Naprawdę było niewiele było przypadków, by zdanie Edwarda zostało zignorowane. Był on jedną z najbardziej poważanych osób, dlatego też dostał możliwość jako pierwszy wypowiedzenia się.
   – To bardzo śmiała decyzja – powiedział typowym dla siebie, spokojnym głosem. Zmarszczki wokół jego oczu oraz ust uwydatniły się, gdy mężczyzna rozciągnął wąskie usta w łagodnym uśmiechu. – I w pełni ją popieram. Wojny nam niepotrzebne. Wystarczająco problemów mamy z martwymi, żeby jeszcze dokładać sobie do tego żywych. Jestem za tym, by zawrzeć pokój – jakikolwiek by on nie był.
   Ostatnie słowa nieco zmąciły moją pewność, co do przekonań Edwarda wobec naszej grupy. Wydawało mi się, że starszy mężczyzna nie wierzy w naszą przewagę i jest przekonany, że rozejm może być dla nas jedynym ratunkiem.
   Kolejny zawarł głos – choć bez pozwolenia – Olgierd.
   Mężczyzna wstał z krzesła, nim Edward w ogóle zdążył usiąść. Wyraźnie było widać, że jest zdenerwowany słowami poprzednika. Grube płaty policzków zaczerwieniły się, aż miałem obawę, że mężczyzna zacznie zaraz toczyć pianę.
   – Nie wiesz chyba o czym mówisz, dziadku! – skierował swój ostry, głośny ton w kierunku Edwarda, próbując zmiażdżyć go spojrzeniem. Daremno. Starzec był tak samo spokojny, jak zawsze.    – Pokój? Słyszysz siebie w ogóle? Z takimi nie zawiera się pokoju, a strzela w łeb przy najbliższej okazji! I to z bliskiej odległości, żeby mieć pewność, że się trafiło.
   – Dobrze znasz Topora, skoro tak mówisz – prychnął ironicznie Rob. – Jeszcze ktoś gotów będzie pomyśleć, że to ty jesteś szpiegiem.
   Choć oczywistym było, że ani Rob, ani nikt z zebranych nie myślał, że Olgierd jest kretem, to ta sugestia najpierw zaskoczyła, a potem rozsierdziła mężczyznę.
   – Czy ty właśnie sugerujesz, że jestem zdrajcą? – Olgierd zacisnął sporych rozmiarów pięści i wbił w Roba pełne wściekłości spojrzenie. Ten pokręcił głową, uśmiechając się złośliwie.
   – To byłoby niedorzeczne, zważywszy na to, jakim tchórzem jesteś – parsknął.
   Atak – albo chociaż jego próba – były nieuniknione ze strony Olgierda. Tęga postać mężczyzny ruszyła w kierunku Roba, ale przeszkodą okazał się mu nie tyle Max, zagradzający drogę, co zirytowany głos Saszy.
   – Usiądź, albo wyjdź, Olgierd! – wykrzyknęła, uderzając otwartą dłonią w blat stołu, aż kilka osób podskoczyło. W szarych oczach zobaczyłem wściekłe ogniki, których celem był Olgierd.
   Mężczyzna nie ruszył się z miejsca, tocząc bitwę na spojrzenia z wyższym od siebie Maxem. Wszyscy doskonale wiedzieli, on też, że w starciu z moim bratem nie miał szans. Siła fizyczna oraz nieugiętość wygrywał z jego strachliwym charakterem z miażdżącą przewagą. Jedyną bronią Olgierda była próba sprowokowania Roba.
   – Potrzebujesz obrońcy? – prychnął, ale w jego głosie dało się wychwycić nutkę drżenia.
   – Olgierd! – ostry, rzadko słyszany ton Saszy przeciął powietrze w gabinecie i na moment zmroził krew w żyłach nas wszystkim. To i gwałtowne zerwanie się dziewczyny z miejsca sprawiło, że Olgierd stracił rezon. Jednak to nie uspokoiło Saszy. – Powiedz tylko swoje stanowisko i wyjdź. Wykluczam cię z obrad Rady na czas nieokreślony.
   Olgierd lubił władzę, co wiedział każdy mieszkaniec klasztoru. Wydawanie poleceń oraz przynależność do Rady dawała mu poczucie, że rządzi, choć zgodne to było z prawdą tylko w niewielkim stopniu. W momencie, gdy pozbawiono go tych przywilejów, został z niczym. Kolejnym, zwykłym obywatelem, który niewiele mógł wnieść do spraw klasztoru.
   – Nie możesz – powiedział, już spokojniej i potulniej, jakby chciał przekonać wszystkich, że już spuścił z tonu.
   – A jednak – Sasza wciąż miażdżyła mężczyznę wzrokiem, opierając się obiema rękami na blacie stołu, jak zwierzę gotowe do skoku. – Mów i wynoś się.
   Olgierd znowu się spiął i przywrócił pełną złości oraz pogardy minę. Zacisnął pięści, jakby chciał zawalczyć nimi o swoje, ale zrezygnował. Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia, mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem. Donośne trzaśnięcie drzwiami skutecznie oczyściło atmosferę ze złych emocji.
   – Czyli możemy uznać, że jego głos był nieważny – stwierdził Edward, notując owy przebieg wydarzeń w swoim notesie.
   Sasza usiadła z powrotem na krzesło i z jej twarzy dało się wyczytać zmęczenie. Współczułem jej tego, ile sił starała się wkładać w godny rozwój klasztoru, a zawsze zjawiał się ktoś, kto brutalnie te starania niweczył. Była silna, ale sama całego ciężaru nieść nie mogła.
   – Rob? Zaczniesz? – zapytała, zerkając z ukosa na przyjaciela. Ten skinął głową i wstał z miejsca.
   – Wszystkim nam zależy na bezpieczeństwie klasztoru – zaczął powoli, starając się nawiązać kontakt wzrokowy z każdym z uczestników spotkania. Było to sprytne posunięcie. W ten sposób pokazywał, że mówi szczerze i budował z nimi więź porozumienia, przez co mógł zyskać ich poparcie. – Wielu ma tutaj rodziny lub przyjaciół. Chcemy, by to miejsce przetrwało tak, jak do tej pory…
   Ale? – dokończyłem w myślach, bo wiedziałem, że jest jakieś „ale”.
   – …ale nie możemy sobie pozwolić na rozejm. Nie z tymi ludźmi. Nie z Toporem. Z ciężkim sercem, ale zgadzam się z Olgierdem. Powinniśmy zaatakować ich, zanim zrobią to oni.


   Moment ciszy, jaki zapadł po ostatnim słowie Roba, przerwał śmiech. Wszyscy spojrzeliśmy w stronę więźnia, siedzącego kawałek dalej. Dotychczas słuchał w milczeniu i z obojętnością, ale teraz postanowił to zmienić.
   – Jeden do zera, panowie i panie! I–haaa! – zawołał, naśladując rżenie konia. – Paskudny samobój drużyny Klasztor! Obóz Topór wysuwa się na prowadzenie!
   – Zamknij się, albo cię zaknebluję – powiedziała beznamiętnie Sasza, nawet nie patrząc na Macieja. Ten bujał się w przód i w tył, nie zaważając na krępujące go więzy.
   Zachowywał się tak, jakby jego obecność tu była celowa. Jakby od początku jego zadaniem było trafić do klasztoru i obserwować na zebraniu Rady spór jego członków dotyczący tego, co zrobić z Toporem. To było niedorzeczne, ale nie potrafiłem odsunąć od siebie tych myśli.
   – Czesiek – Sasza skinęła w stronę znajdującego się po jej lewej stronie mężczyzny. Ten – jako jedyny – nie wstał z krzesła. Jego obojętność była tak wyraźna, że aż drażniąca. W końcu chodziło o ważną dla klasztoru sprawę.
   – Nie będę się roztrząsał nad kwestiami moralnymi, bo nie o tym teraz mowa. Powiem krótko: powinniśmy zniszczyć tych skurkowańców jak najszybciej się da.
   Nie trudno było policzyć, że były już dwa głosy za pokojem i taka sama ilość za wojną. Sytuacja robiła się coraz bardziej napięta, co każdy zauważył.
   – Moim zdaniem – Agata uniosła prawą dłoń, a gdy już zyskała uwagę, kontynuowała – to jakieś szaleństwo, co chcecie zrobić – Spojrzała groźnie na Roba i Cześka. – Nie jesteście ludźmi pokroju Olgierda, więc dlaczego chcecie działać jak on?
   – Nie o to tu chodzi, złotko – Czesiek zerknął na kobietę z ukosa.
   – Chyba jednak o to, złotko – Uśmiechnęła się do mężczyzny złośliwie. – Jesteśmy ludźmi, do jasnej cholery! Zapomnieliście, kto jest prawdziwym wrogiem? Jeżeli istnieje choć cień szans na połączenie sił, to powinniśmy go wykorzystać. Chyba, że zgubiliście już tą resztkę człowieczeństwa, jaka się w was ostała.
   Agata dość mocno zatrząsnęła sumieniami zebranych, ale nie zdołała przekonać głosujących za wojną. Ci wciąż twardo obstawiali przy swoim i chyba nic nie mogło ich zmusić do zmiany stanowiska.
   – Agata ma rację – odezwał się niespodziewanie Jarek. Spojrzał na siedzącą na prawo towarzyszkę, która podziękowała mu skinieniem i cieniem uśmiechu na ustach. – Jeśli już mamy walczyć, to na pewno nie przeciw żywym. Za dużo dobrych ludzi już straciliśmy.
   Zacząłem się coraz bardziej denerwować kierunkiem, w którym zmierzało to głosowanie. Przewaga osób, które chciały pokoju, nagle wyrównała się z tymi, pragnących zniszczyć Topora, a teraz to ich było więcej. Opinie niektórych osób były zaskakujące i już dawno przestałem spekulować, jak zakończy się to zebranie.
   – Rysiek – Sasza zwróciła się do dotychczas milczącego lekarza. Ten drgnął, jakby wytrącony ze swoich własnych przemyśleń. – Powiesz, co myślisz?
   Mężczyzna chrząknął i zdjął okulary, które położył sobie na kolanach. Skrawkiem koszuli zaczął czyścić szkła.
   – Z całym szacunkiem – zaczął cicho, nie podnosząc wzroku, aż okulary znowu nie znalazły się na jego nosie – ale jestem za tym, by zniszczyć tamtą grupę.
   Rysiek nie wyglądał na skorego do uzasadnienia swojego zdania i nikt też tego od niego nie wymagał. Ja jednak domyślałem się, że jego postawa może mieć związek z jego doświadczenia z czasów, gdy jeszcze należeliśmy do grupy Wiksy. Sam opatrywał rany Kuby i wiedział, do czego zdolny może być Topór.
   Wszyscy odruchowo spojrzeli na siedzącej po lewej stronie Ryśka Łucję. Kobieta wyraźnie speszyła się tym nagłym zainteresowaniem. Nerwowym ruchem przejechała dłonią po spiętych w koka, rudych włosach.
   – Jak wiecie, moim głównym zadaniem jest opiekowanie się dziećmi. Widzę, jak one to przeżywają i choć może się wam wydawać, że trzymacie je z dala od świata na zewnątrz, to one doskonale zdają sobie sprawę z tego, co się tam dzieje. Nie chcę, by musiały jeszcze patrzeć, jak tamci ludzie odbierają im miejsce, które uznają za bezpieczne. Dlatego – tu głos kobiety się załamał, ale ona sama wciąż zachowywała kamienny wyraz twarzy. – Dlatego chciałabym, byście pozbyli się zagrożenia, nim ono nas dosięgnie.
   Tego się nie spodziewałem. Łucja była łagodną kobietą, stroniącą od wszelkich konfliktów, zupełnie nie pasującą do tego świata. Jej głos za tym, by rozpocząć wojnę, jeszcze bardziej przełamał moje wyobrażenia co do tego spotkania. Tutaj nikt już nie był taki, jak się wydawał.
   – Ja wstrzymam się od głosu – powiedziała niespodziewanie Libra.
   – Dlaczego? – zapytała spokojnie Sasza. Wydawać by się mogło, że w ogóle nie zależy jej na zdaniu dziewczyny.
   – Za krótko jestem w Radzie – Libra wzruszyła ramionami, spuszczając wzrok na swoje kolana. Jednak dobrze widziałem, że jest zdenerwowana. Zauważyłem też, że nerwowo zerka na Macieja, któremu uśmieszek wciąż nie schodził z ust.
   Ostatnią osobą, która miała prawo się wypowiedzieć, był Max. Dlatego też wszyscy utkwiliśmy w nim spojrzenia. Miał decydujący głos. Od tego, co miał powiedzieć, zależało to, co zrobi klasztor. Stanie do walki, bądź zawrze pokój.
   – Wstrzymam się od głosu.


   Jego słowa dotarły do mnie z opóźnieniem, ale gdy już je zrozumiałem, byłem zdumiony. Sądziłem, że Max stanie po stronie Roba i Cześka oraz pozostałych, a w ostateczności poprze Saszę, ale nigdy bym nie pomyślał, że wycofa się z głosowania. Max nigdy nie migał się od ważnych spraw i zawsze starał się stawiać im czoła. Ta jego bierność była zupełnie do niego nie podobna.
Sasza jednak nie była zaskoczona. Była zła. Wściekłe ogniki migały się w jej oczach i wyraźnie próbowała zachować spokój.
   Polegała na Maxie, a ten ją zostawił. Pod tą maską złości dostrzegłem zawód.
   – Adamie – zwróciła się nagle do mnie. – A ty, jak myślisz?
   Otworzyłem usta, by powiedzieć, że moja rola w tym zebraniu ogranicza się do biernego obserwatora, ale zostałem wyprzedzony.
   – On nie jest w Radzie – powiedział Rob, oburzony, że Sasza pytała mnie o zdanie.
   – Jedno miejsce zostało zwolnione, więc teraz już jest – odparła ta tonem, który nie podlegał dyskusji.
   Wiedziała – z całą pewnością wiedziała, że ją poprę. Nie mógłbym zrobić inaczej, z czego Sasza doskonale zdawała sobie sprawę. Poczułem się z jednej strony wykorzystany, a z drugiej – zapragnąłem zrobić wszystkim na przekór. Mogłem też odmówić zagłosowania. W końcu nie byłem w Radzie i nie chciałem tam być. Mogłem się wycofać i nikt nie miałby mi tego za złe. Nikt, oprócz Saszy. W głowie rozbrzmiały mi słowa Darii:
   Jeśli raz ją okłamiesz albo zdradzisz, nie zapomni ci tego – z całą pewnością by tak było. A tego nie chciałem.
   – Jestem za tym, by zawrzeć sojusz.

5
   Stałem na placu, obserwując jak grupa, składająca się z dziewięciu osób, kręci się przy dwóch samochodach, przygotowując je do drogi.
   Jechać mieli prawie wszyscy ci, którzy zagłosowali za sojuszem, czyli Sasza, Edward i Agata. W skład grupy wchodził też Rob, Libra, Max i Hindus, a także Radek, który miał być nawigatorem w tamtejszych terenach. Był z nimi też Maciej, który miał pełnić rolę karty przetargowej. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że Topór okaże się na tyle rozważnym człowiekiem, by nie chciał poświęcić życia swojego człowieka. Ale gdyby okazało się inaczej… Cóż, nasza ekipa była silna i wiedziałem, że poradzi sobie w drodze, ale nie miałem pewności co do Topora. Ten mężczyzna był nieprzewidywalny i obawiałem się, że widzę ich wszystkich ostatni raz.
   – Na pewno nie chcesz jechać? – Sasza pojawiła się obok mnie niespodziewanie. – Przydałbyś się. 
   – Nie sądzę – powiedziałem, wkładając ręce do kieszeni spodni. Było chłodno, choć słońce przebijało się przez chmury i topiło śnieg. Pod nogami miałem twardą, morką pluchę. – Polityka to raczej nie jest mój komik.
   – Na radzie poradziłeś sobie świetnie. 
   – To było tylko poparcie słusznej decyzji. Nic więcej.
   To, czy była na pewno słuszna, wciąż miałem wątpliwości. Przekonywałem się, że to najrozsądniejsze wyjście, jedyne, jakie mogliśmy podjąć, ale niepewność nie chciała mnie opuścić. Dlatego też nie zdecydowałem się jechać na wyprawę. Nie chciałem widzieć skutków swojej decyzji. Było to tchórzostwo, ale wolałem je od patrzenia na śmierć któregokolwiek z nich.
   – Hej – Sasza stanęła naprzeciw mnie, przyglądając mi się uważnie. – Wrócimy.
   Odwróciłem wzrok i uśmiechnąłem się, nie chcąc zdradzić, o czym właśnie myślałem.
   – Wiem.
   Sasza obejrzała się przez ramię. Max i Rob kończyli przygotowywać drugie auto. Moment wyjazdu zbliżał się nieuchronnie.
   Pochwyciłem spojrzenie brata, które wyrażało niezmiennie to samo, co od ostatniego miesiąca – obojętność. Sasza również spojrzała na niego i wyraźnie się spięła. Wczorajsze spotkanie Rady i zachowanie Maxa jeszcze z niej nie zeszło.
   – Max świetnie strzela – powiedziała, jakby chciała w ten sposób usprawiedliwić jego udział w wyprawie. A wcale nie musiała tego robić. To, że z Maxem mieliśmy... kryzys, wcale nie oznaczało, że mu nie ufałem. Wiedziałem, że nie pozwoliłby, by Saszy coś się stało.
    – Tym bardziej dobrze, że jedzie – Położyłem dłoń na policzku Saszy i przybliżyłem się do niej, prawie dotykając swoim czołem jej. – Mam pewność, że będziesz bezpieczna.
   Pocałowałem ją, zupełnie nie przejmując się tym, że wszyscy na nas patrzą. Zapewne byli zaskoczeni, ale nie myślałem o tym. Mój związek z Saszą nie był tajemnicą, która powinniśmy ukrywać.
   – Jedźcie ostrożnie – powiedziałem, gdy Sasza oddalała się powoli w kierunku aut. 
   – A wy bądźcie ostrożni - odparła i posłała mi uśmiech. Odwzajemniłem go, chociaż był on niemniej fałszywy, niż moje zapewnienia, że ufam Maxowi.

6
   Warta uratowała mnie przed całonocnym zadręczaniem się i przewracaniem z boku na bok w łóżku, które wydawało się mi być przeraźliwie puste. Dziwne było, jak szybko przyzwyczaiłem się do obecności Saszy obok siebie. Gdy wyjechała, poczułem się bezradny. I samotny.
   Dlatego też wziąłem wartę Jarka i zamarzałem na dachu autobusu z bronią w rękach. Z ust wydostawała mi się biała para za każdym razem, gdy wydychałem powietrze, a przy wdechu mroźne powietrze wypełniało mi płuca. Stukałem nerwowo podeszwą buta w metalowe podłoże i obserwowałem okolicę. Dzięki bezchmurnej nocy oraz odbijającemu się od białego śniegu światłu księżyca, było dość jasno. Bez problemu dostrzegałem więc zarówno teren klasztoru, jak i spory kawałek za murem. I to właśnie dzięki temu zobaczyłem postać, która wymknęła się z klasztoru. Ten fakt nie byłby niczym dziwnym – ktoś mógł cierpieć na bezsenność lub po prostu miał ochotę się przejść – ale nietypowości tej sytuacji dawało ubranie intruza.
   Był to niewątpliwie mnisi habit, w którym postać ukryła swoją twarz. Nie zdawała sobie sprawy z odkrycia jej przeze mnie, a ja postanowiłem na razie nie zmieniać tego stanu rzeczy i ją obserwować.
Zakapturzony rozglądnął się wokół, po czym czmychnął w kierunku muru. Znajdowała się tam drewniana pergola na winogron, która stała tuż przy murze. Postać ze zwinnością kota wspięła się na nią, a gdy już stanęła na jej szczycie, chwyciła się szczytu kamiennej bariery i podciągnęła, po czym kucnęła na szczycie. Dłużej już nie mogłem pozostać bezczynny.
   Nim zakapturzona postać zdążyła zniknąć za murem, ja zeskoczyłem z autobusu. Pobiegłem w stronę pergoli, ale tajemniczego uciekiniera już nie było. Bez zastanowienia wspiąłem się więc na drewnianą konstrukcję, a potem i na mur. Tam zastałem przyczepioną drabinkę, przerzuconą na drugą stronę, i zobaczyłem ślady na śniegu, które pozostawiła uciekająca postać.
   Nie mogłem zostawić tej sprawy i zapomnieć o niej. Pomijając zachowanie oraz wygląd tajemniczego uciekiniera, miałem na uwadze dobro klasztoru. Bądź, co bądź – byłem członkiem Rady i moim obowiązkiem było dbanie o bezpieczeństwo klasztoru. A ta sytuacja mogła temu zagrażać. Na wzywanie pomocy mogło nie być czasu. Dlatego też zacząłem schodzić na dół, trzymając się mocno metalowych szczebli. Drabinka kołysała się mocno, przez co schodzenie na dół zajęło mi dość dużo czasu. Nie martwiłem się jednak, że zakapturzona postać zdoła mi uciec. Ślady na śniegu miały doprowadzić mnie prosto do miejsca, do którego zmierzała. Większe obawy miałem co do tego, co mogłem zobaczyć.
   Po kilku minutach wędrówki po śladach, natrafiłem na ciało zombie z dziurą po ostrzu noża w głowie, a kawałek dalej następne. Chaotyczne odciski butów wskazywały, że Zakapturzony miał trochę problemów z walką z truposzami. W takich sytuacjach powinno się sięgać po pistolet, ale najwyraźniej uciekinier chciał pozostać niezauważony.
   W końcu dotarłem aż do magazynu, mieszczącego się na obrzeżach Błoni. Tam właśnie kończyły się ślady. W jednym z okien dostrzegłem słabą poświatę i usłyszałem stłumione głosy. Pełen złych przeczuć chwyciłem mocniej strzelbę i przyległem do ściany budynku. Ostrożnie, by nie robić zbyt dużego hałasu skrzypieniem śniegu pod moimi butami, zbliżyłem się do drzwi magazynu. Jedno ze skrzydeł nie było domknięte, co działało na moją korzyść. Przez wąską szparę zobaczyłem grupkę osób, stłoczoną wokół płonącego ogniska w metalowym kuble. Postać, za którą przyszedłem, zdjęła z głowy obszerny kaptur i pewnym krokiem zbliżyła się do zgromadzonych.
   – Miałaś być wczoraj – powiedział gniewnie męski, ale znajomy mi głos. Jego ton sprawił, że oblał mnie zimny pot.
– W klasztorze było zebranie Rady, a chyba chcesz wiedzieć, co na niej ustalono?


   Od razu rozpoznałem osobę, która ukryła się pod habitem i nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Jednak to, co zobaczyłem później, przeraziło mnie tak, jak jeszcze nigdy. Wystarczyło tylko, bym zobaczył kończącą się w połowie przedramienia rękę oraz znajomą posturę, bym połączył wszystkie fakty.
   Muszę wrócić do klasztoru. Muszę wszystkich powiadomić – postanowiłem natychmiast.
   Zacząłem wycofywać się i już miałem ruszyć biegiem w kierunku obozu, gdy zobaczyłem przed sobą wielką sylwetkę mężczyzny. Górujący nade mną o głowę facet opierał umięśnione ręce na biodrach, gdzie przyczepiony miał kij bejsbolowy.
   – Garda – ta ksywka padła z moich ust i wywołała na twarzy mężczyzny drwiący uśmieszek.

   – We własnej osobie – odparł ten i zamachnął się pięścią. Ta spadła na moją twarz jak obuch i natychmiast pozbawiła przytomności.

niedziela, 28 stycznia 2018

ROZDZIAŁ 12 - ŚWIAT BEZ BARIER (ROB)

Jak obiecałam - tak jest. 
Jeden rozdział na tydzień.
Nie powiem, że mam problemy z pisaniem. Nie potrafię się skupić bez odpowiednich warunków, a takowych aktualnie nie mam. Na szczęście jutro już wszystko wróci do normy, a ja - naładowana nową energią - będę mogła zwiększyć obroty. 
W tym rozdziale pojawią się pewne przeskoki i - jak może się wydawać - pominięte wątki, ale wszystko wyjaśni się już w kolejnym. Ciężko jest pisać perspektywy przez jeden długi rozdział, a potem w innym wyjaśniać niektóre rzeczy, ale do takiego stylu jestem przyzwyczajona. Być może w ostatnich częściach użyję połączenia wątków, by pokazać, co dzieje się w różnych miejscach w tym samym czasie, ale nie użyję tego teraz. Nie chcę zmieniać całej koncepcji TLD ;)

Na koniec - kolejny rozdział - niedziela.
Zapraszam do czytania :

~~~~ 

1
   Krzyki usłyszałem nawet będąc w audytorium, gdzie przygotowywaliśmy go do urządzenia jako dodatkowych pokoi.
   Ludzi wciąż przybywało, a miejsc wręcz przeciwnie. W klasztorze zaczynało się robić ciasno, więc podjęliśmy decyzję o zaadaptowaniu kolejnych pomieszczeń, jako noclegowni. Nie było tam najlepszych warunków do spania – chłód oraz niewygoda nie dawały o sobie zapomnieć – jednak mieliśmy w planach zaopatrzyć to miejsce w piece oraz kaloryfery na prąd,  do których potrzebowaliśmy generatorów. Te, miał przywieźć z wypadu Jarek z Hindusem, Kamilą i tym facetem, który przybył do klasztoru z Librą. Ją zapamiętałem z łatwością – tak żywiołowej dziewczyny nie dało się przeoczyć, a jego wręcz przeciwnie. Radek. Chyba tak mu na imię – pomyślałem.
   Wraz z Leną oraz Loską, którzy pomagali mi w przygotowywaniu posłań, wybiegliśmy na zewnątrz. Tam zobaczyłem jedną z ciężarówek, które zabrał Jarek na wypad. Radek tłumaczył coś głośno Edkowi, prowadząc zgiętą w pół Kamę. Młoda kobieta miała twarz prawie całkowicie ukrytą w bandażach, przez który przebijała się krew. Płakała i jęczała z bólu.
   - Co się stało? – zapytałem zdezorientowany.
   - Później – warknął Radek, nie zatrzymując się. – Trzeba ją zaprowadzić do Ryśka.
   Wziąłem Kamę pod drugie ramię i pomogłem zaprowadzić ją do naszego lekarza. Sądząc po krwi oraz płaczu Kamy, rana ta musiała być poważna i znajdowała się niebezpiecznie blisko jej lewego oka.
   Gdy tylko weszliśmy do prowizorycznie urządzonej lecznicy, Rysiek tylko raz zerknął na Kamę i kazał pomagającej mu młodej dziewczynie oraz córce Olgierda – Wiktorii – podać sobie niezbędne do opatrzenia rany przedmioty.
   - Połóż się i postaraj nie ruszać – polecił Kamili, kładąc ją na łóżku. Ta nie bardzo zastosowała się do rad lekarza, wciąż wijąc i próbując dotykać twarzy. Dzięki pomocy Wiktorii udało mu się jednak zapanować nad dziewczyną.
   Rysiek odwinął niedbale zawiązany bandaż i naszym oczom ukazała się zakrwawiona twarz Kamili, którą szpeciła długa, ciągnąca się na ukos twarzy rana. Zaczynała się ona na prawym policzku, przebiegała tuż nad lewym okiem i kończyła przy linii włosów. Widok był makabryczny. Jak z horroru. Wiktoria aż jęknęła, co wywołało u Kamy kolejny wybuch płaczu.
   -  Wyjdźcie – rzucił do nas Rysiek, biorąc do ręki waciki. – Powiadomię was, gdy skończę.
   Posłusznie opuściliśmy lecznicę, nie chcąc jeszcze bardziej załamywać Kamy. Zapewne zdawała sobie sprawę, że po takiej ranie zostanie blizna. Dla młodej, ładnej dziewczyny był to cios.
   - Jak to się stało? I gdzie Jarek i Hindus? Coś się im stało? Kto was zaatakował? – zadawałem jedno pytanie za drugim. Nie ukrywałem, że po wspólnych przejściach Hindus stał się moim przyjacielem, a Jarka lubiłem i ceniłem. Nie chciałem, by coś się im stało.
   - Wyjechałem szybciej, by przywieźć tu Kamę. Oni zostali, by zabrać generatory – wytłumaczył krótko, ze złością. Był oburzony, że sprzęt prądotwórczy okazał się ważniejszy od życia ich towarzyszki. Rozumiałem to, ale w tych czasach priorytety się pozmieniały. Liczyło się dobro większości. Taka była przykra, surowa prawda.
   - Kto jej to zrobił? – zapytałem.
   Radek potarł kark, odwracając wzrok. Wyglądał na zakłopotanego. To obudziło we mnie podejrzenia, o których na razie jednak nie wspomniałem. Czekałem na to, co ma mi do powiedzenia trzydziestodwulatek, który od początku wydawał mi się być jakiś dziwny.
Gdy miał już dać odpowiedź na moje pytanie, na korytarzu pojawiła się Sasza.
   - Kama jest ranna? – zapytała od razu, patrząc uważnie na Radka.
   - Rysiek się nią zajmuje – powiedziałem.
   Sasza zignorowała mnie jednak i wciąż czekała na wyjaśnienia od Radka. Dziewczyna przyniosła ze sobą zimno, policzki miała czerwone, a we włosach śnieg, który zaczynał już topnieć. Zauważyłem opatrunek na jej szyi oraz szczęce. Chciałem zapytać o to, ale wolałem nie przerywać jej, gdy była w takim stanie. Szare oczy z zaciętością patrzyły na mężczyznę, a postawa mojej siostry wskazywała na to, że jest zła. A to nigdy nie wróżyło dobrze dla osoby, która wprowadziła ją w taki stan.
   - Zaatakowali nas – powiedział w końcu Radek i zerknął na mnie. – Udało nam się uciec, ale Jarek uparł się, żeby wrócić i dokończyć zadanie. Tamci chcieli się poddać. Kama przeszukiwała jedną z nich, a wtedy ta drasnęła ją nożem.
   Nie kłamał. Zawsze miałem nosa do odkrywania nieprawdy, ale Radek mówił prawdę. Jednak nie całą.
   - Gdzie Hindus i Jarek? – Sasza splotła ręce na piersi. Wciąż była zła, ale już nie na Radka. Coś innego ją dręczyło.
   - Dołączą, gdy zbiorą generatory.
   Sasza pokiwała w zamyśleniu głową i odgarnęła z twarzy kilka kosmyków mokrych włosów.
   Nagle usłyszeliśmy przeciągły pisk drzwi wejściowych i wszyscy spojrzeliśmy w tamtym kierunku. Do środka wszedł Max, ale nie ruszył w naszym kierunku. Skinął mi tylko sztywno głową, na Radka tylko zerknął, a Saszę zignorował. Ta nie pozostała mu dłużna i odwróciła wzrok, nim ten zniknął na górze. Zauważyłem jednak, jak dziewczyna dotyka opatrunku na szyi, a w oczach znowu pojawił się jej ten wściekły błysk.
   - W porządku – powiedziała zmęczonym tonem. – Powiadomcie mnie, co z Kamą. Muszę odpocząć.
   Sasza zostawiła nas samych.
   Spojrzałem ostatni raz badawczo na Radka. Choć był starszy ode mnie o ponad dziesięć lat, to przewyższałem go wzrostem.
   - Wszystko i tak wyjdzie na jaw – powiedziałem. – Prędzej, czy później.
   Brak jakiejkolwiek reakcji mężczyzny była jasnym dowodem na to, że jednak coś ukrywał. Nie wiedziałem jeszcze co, ale obiecałem sobie mieć go na oku. Zasada ograniczonego zaufania była konieczna w tych czasach.
   Zostawiłem Radka przed lecznicą, a sam skierowałem się do pokoju Saszy. Musiałem omówić z nią kwestie związane z naszym wypadem do tartaku. Potrzebowaliśmy pilnie tamtejszego surowca, nie tylko do budowania umocnień, ale i do ogrzewania. Zima była ostra w tym roku i wszyscy zapowiadali, że jeszcze długo się to nie zmieni.
   Zapukałem do drzwi i wszedłem do środka po usłyszeniu zaproszenia.
Sasza przeciskała właśnie głowę przez otwór bluzy, ściągając ją, gdy zamknąłem za sobą drzwi.    Dziewczyna usiadła na łóżku i rozwiązała wysoko sznurowane buty, które zaraz zrzuciła/

   
   - Co jest? – zapytała zerkając na mnie z ukosa.
   - Sam chciałem o to spytać – odparłem. – Co ci się stało?
   Sasza dotknęła opatrunku na szyi, a na jej twarzy pojawił się nieodgadniony przeze mnie grymas. Mógł być to żal, albo złość. Z odgadywaniem emocji mojej siostry zawsze miałem problemy.
   - Nic groźnego – Machnęła ręką i odwróciła wzrok. To, że zagryzła policzek świadczyło, że sprawa musiała być dla niej ciężka, ale nie na tyle, by sobie z nią nie poradziła. Sasza zawsze była zaradna.
   - Pokłóciłaś się z Maxem?
   - Rob, mów czego chcesz. Jestem zmęczona – powiedziała dość opryskliwie, ale przyzwyczaiłem się już do tego tonu. Wbrew pozorom, nie oznaczał on wcale złości. Raczej chęć jak najszybszego pozbycia się rozmówcy.
   - Chodzi o nasz wyjazd do tartaku – zacząłem, podchodząc do okna. Śnieg wciąż sypał. I to mocno.    Prawdziwa śnieżyca – pomyślałem i ucieszyłem się, że jesteśmy za bezpiecznymi murami, gdzie jest ciepło i nie jesteśmy narażeni na warunki pogody oraz zombie. – Jeżeli nie przestanie padać, będziemy musieli odłożyć wyjazd. Nie przejedziemy przez zaspy.
   - Więc odłóżcie – Sasza wzruszyła ramionami.
   To mnie zaskoczyło. Znałem moją siostrę na tyle dobrze, że wiedziałem, że nie odpuszcza ważnych spraw. A szczególnie tak istotnych. Jej rezygnacja obudziła we mnie niepokój.
   Wielu ludzi się załamywało – takie były koleje rzeczy, gdy świat w ciągu tak krótkiego okresu zmienił się nie do poznania. W klasztorze mieliśmy już jeden przypadek, gdzie Zofia – przyjaciółka Łucji – po prostu nie wytrzymała. Powiesiła się w swoim pokoju. Wciąż przed oczami miałem wyraz jej twarzy, wykrzywionej w grymasie, gdy jako przemieniona wyciągała ku nam ręce. Ciężko było się po tym pozbierać, ale musieliśmy żyć dalej. Nie chciałem, by Saszę też dopadł ten moment słabości.
   W uszach rozbrzmiały mi słowa Cześka o kompleksie męczennika, który podobno miała Sasza. Chce dla wszystkich jak najlepiej, nawet jeżeli ma zgarnąć za to baty.
   - Saszo – Usiadłem obok siostry i wziąłem jej wiotką dłoń w swoje. – Nie twoim zadaniem jest ratowanie wszystkich. Śmierci ludzi nie da się uniknąć.
   - Zaczynasz gadać jak Max – sarknęła.
   - Może obaj mamy rację? Zwolnij, siostra. Jesteś nam potrzebna żywa.
   Sasza westchnęła i pochyliła się nieco do przodu, a kciukiem i palcem wskazującym ścisnęła grzbiet nosa. Nigdy jeszcze nie widziałem jej tak wyczerpanej – zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Poczułem się winny, bo ja też odpowiadałem za to, jak harowała. Nie powstrzymywałem jej, zbyt zajęty sobą. Nie widziałem, ile czasu poświęca na warty, prace przy ogrodzeniu, wypady, rozwiązywanie spraw, prowadzenie zebrań i opiekę nad Nadią. Zajeżdżała się tuż pod moim nosem, a ja udawałem, że wszystko jest w porządku. A nie było.
   - Ile ty właściwie sypiasz? – zapytałem widząc sporej wielkości cienie pod oczami dziewczyny.
   Sasza spojrzała na mnie zirytowana i już miała coś powiedzieć, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Po chwili, bez zaproszenia, do środka wszedł – a raczej wpadł – Oskar. Sporych gabarytów chłopak dyszał ciężko, jego policzki były czerwone od zimna, a ramiona oraz wełnianą czapkę pokrywała warstwa topniejącego już śniegu.
   - Wrócili! – oznajmił głośno.
   - Gdy już uporacie się z rozładunkiem generatorów, niech Jarek do mnie przyjdzie – Sasza machnęła ręką.
   Oskar pokręcił głową przecząco, czym strząsnął śnieg na posadzkę.
   - Nie oni. Czesiek i reszta.
   Spojrzałem na Saszę, a ona na mnie. Oboje przeczuliśmy kłopoty. Grupa Cześka miała wrócić najwcześniej jutro. Tak szybki ich powrót nie zwiastował niczego dobrego.
   - Już idziemy – Dziewczyna na nowo ubrała buty.
   I tyle było z naszej rozmowy. Jasne było, że Sasza nie zwolni. Należała ona do osób, które jeśli już coś robiły, to na maksa.
   Wyszliśmy wszyscy na zewnątrz. Śnieg wciąż padał, ale już nie tak mocno, jak jeszcze przed chwilą. Zdążył on jednak pokryć plac przed klasztorem około dwudziestocentymetrową warstwą. Wolałem nie myśleć, jak to będzie wyglądać za kilka dni. Wypad do tartaku nie mógł być odłożony. Nikt nie wiedział, za ile drogi będą nadawały się do jazdy. Musieliśmy wyruszyć jak najszybciej, gdy jeszcze dawało się jechać.
   Przy bramie stały ciężarówki, przy których zobaczyłem Agatę, Librę, Adama i Cześka. Ci ostatni nieśli okryte brązowym kocem ciało. Wzrok całej grupy oraz brak jednej osoby jasno mówił, co się wydarzyło.
   - Libra! – usłyszałem wołanie Adama i zobaczyłem, jak dziewczyna rusza w kierunku Saszy. Ta nawet nie spodziewała się ciosu, który spadł na jej szczękę. Moja siostra upadła kolanami na śnieg, na którym pojawiło się kilka kropel czerwieni.
   - To był dzieciak! – krzyknęła Libra wściekle, a oczy miała pełne łez. – Jak mogłaś wysłać tam dziecko?
   Dziewczyna już szykowała się do zadania drugiego ciosu, przed czym chciałem ją powstrzymać, ale Max okazał się być szybszy. Chwycił Librę za gardło i rzucił ją na ziemię. Miękki puch zamortyzował upadek i z całą pewnością ostudził zapał dziewczyny.
   - Nie wstawaj – Max wymierzył w Librę palcem, gdy ta zaczęła się podnosić.
   - Pierdol się! – syknęła ta, trzymając się za gardło. Jej głos był trochę zniekształcony.
   Wielu mieszkańców klasztoru wyszło na zewnątrz i obserwowało to, co się działo z zaciekawieniem oraz strachem. Kilka kobiet płakało, wskazując na leżące na śniegu ciało, a mężczyźni rozmawiali ze sobą szeptem. W stronę wciąż klęczącej w śniegu Saszy padło sporo nienawistnych spojrzeń. Ogarnęła mnie obawa, że sytuacja może uciec spod kontroli. Musiałem zdusić panikę w zarodku. Albo chociaż spróbować to zrobić.
   - Wracajcie do środka! – zwróciłem się do gapiów. – Nie ma tu nic do oglądania!
   - Nie pieprz, dzieciaku! – zawołał z tłumu Zenek – jeden z trudniejszych mieszkańców klasztoru oraz przyjaciel Olgierda. – Nie ukryjecie przed nami tego, co się dzieje! Dzieciak zginął, bo wysłaliście go na zewnątrz!
   - Nie było cię tam, więc się zamknij! – Czesiek zwrócił się ostro do mężczyzny. Widać było, że jest wyczerpany podróżą oraz wydarzeniami, jakich był uczestnikiem. – To był czysty przypadek. Nikt nie zawinił.
   - Gdzie Reszka? – zapytała nagle Zuza, szukając wzrokiem chłopaka.
   To zniszczyło resztkę mojej nadziei, na załagodzenie sytuacji. Podburzany przez Zenka tłum oraz coraz śmielej rzucane przez niego oskarżenia powodowały, że ludzie zaczynali się niepokoić. Kilku mężczyzn wyglądało nawet na skorych do wszczęcia zamieszek.
   - Nikt nie zawinił – powtórzył po Cześku Adam. Nie przepadałem za nim, ale doceniłem jego udział w uspokajaniu nastrojów. – Filip został ugryziony. Nie mieliśmy nawet szansy, by mu pomóc. A Reszka…
   Adam nie dokończył. Wiedziałem, że Reszka należał do grupy, z którą przybył. Był tam też Waldek, którego odnalazłem w tłumie. Wyglądał na załamanego śmiercią przyjaciela.
   - Gówno prawda – Zenek wystąpił na przód. Łysy mężczyzna w niebieskim bezrękawniku zdobył pewność siebie i patrzył na Saszę z nienawiścią. – Tu jest osoba, która zawiniła. Od początku, gdy tylko się pojawiła. Niszczy wszystko i przez nią giną ludzie. Czy naprawdę nikt tego nie widzi? – Zenek odwrócił się do tłumu za nim. – Dobrze wiecie, że mam racje. Nasz obóz przetrwa, ale nie z taką władzą! Musimy wyplewić chwasty, którym sami pozwalaliśmy się rozrastać. Z chęcią wyrwę pierwszego!
   Zenek wyciągnął broń. Nie miałem pojęcia, skąd ją wziął. Mieć ją mogli tylko wartownicy, albo osoby opuszczające klasztor, ale te i tak musieli potem zdać w zbrojowni. Musiał ją ukraść – pomyślałem, gdy zobaczyłem lufę pistoletu skierowaną w Saszę. Dłoń mężczyzny drżała i widać było, że nie ma wprawy w obchodzeniu się z nią. Nie widziałem go na żadnym szkoleniu ze strzelania.
   - Wstawaj! – syknął do Saszy, na co ta nie zareagowała. Ze spokojem patrzyła na Zenka, nawet nie ruszając się. – Głucha jesteś? Wstawaj, do kurwy nędzy!
   - Opuść broń – powiedziałem spokojnym tonem do mężczyzny, ale ten całkowicie mnie zignorował.
   Zrobiłem krok do przodu, a wtedy lufa została skierowana w moją stronę.
- Na ciebie też przyjdzie kolej – Uśmiechnął się upiornie, a potem spojrzał na Maxa, Cześka i resztę. – Na was wszystkich.
   Obejrzałem się na Maxa. Zobaczyłem, jak jego dłoń sięga po ukryty pod kurtką pistolet, ale Zenek wymierzył w niego, również wyczuwając zamiary mężczyzny.
   - Nawet nie próbuj. Niech nikt nawet…
   Nie dokończył, gdy Sasza zerwała się nagle na równe nogi, chwyciła Zenka za nadgarstek ręki, w której trzymał broń i wyrwała ją mu. Kolba pozbawionej mężczyznę przed chwilą broni trafiła go z impetem w twarz. Na biały śnieg skapnęła czerwona krew, którą zalał się Zenek. On sam również zaraz upadł, trzymając się za usta. Gdy zabrał dłoń, wszyscy zobaczyliśmy puste miejsce po górnej jedynce oraz nieduży kawałek sąsiedniego zęba.
   - Ty kurwo! Wybiłaś mi zęba! – wyseplenił wściekły mężczyzna.
   - Ktoś jeszcze ma jakieś pretensje, bądź zażalenia? – zapytała Sasza tłumu, kompletnie ignorując Zenka. W dłoni ściskała broń i, jak mi się zdawało, gotowa była jej użyć. – Naprawdę? Nikt?    Dziwne, bo przed chwilą wydawało mi się, że jest tu całkiem sporo niezadowolonych osób.
Ostatnie słowa skierowała do Zenka, przydeptując jego pierś swoim butem i mierząc w głowę mężczyzny.
   Zrozumiałem, że to idzie za daleko. Sasza była zła, a pod wpływem takich emocji nie działała rozważnie.
   - Saszo – Podszedłem do siostry, ale nie odważyłem się zbliżyć do niej na mniej niż odległość swojej ręki. – Już wystarczy.
   - Miałam naprawdę paskudny dzień, Rob – powiedziała, nawet na mnie nie patrząc. – A ten śmieć jeszcze bardziej mi go spieprzył.
   Zenek był przerażony. Ja również widziałem determinację na twarzy siostry i wiedziałem, że jeżeli jej nie przekonam do odstąpienia, wszyscy zobaczymy jeszcze więcej krwi.
Zerknąłem na zgromadzony tłum. Wszyscy z uwagą oraz strachem patrzyli na rozgrywającą się akcję. Wiele osób było przerażonych, ale nie odważyło się wrócić do klasztoru. Jakby się bali, że wtedy na nich spadnie gniew Saszy.
   - Spójrz na nich – syknąłem do ucha siostry, mocno ściskając jej ramię. – Chcesz, żeby się ciebie bali? Żeby uważali cię za wariatkę? Oboje wiemy, że nie jesteś nią. Odstąp.
   Dłoń Saszy zadrżała, ale wciąż mierzyła z broni w Zenka, coraz bardziej przerażonego i niepewnego. W końcu dziewczyna wydała z siebie zirytowane westchnięcie, po czym wyciągnęła magazynek z pistoletu. Nim rzuciła nim leżącego na śniegu mężczyznę, zobaczyłem pustą komorę.
   - Gdybyś chodził na zajęcia, wiedziałbyś, ile waży naładowana broń – powiedziała na odchodne, z pogardą patrząc na Zenka. Gdy ruszyła w stronę klasztoru, tłum rozstąpił się przed nią.
   Odetchnąłem, wyciągając twarz ku niebu. Z ulgą przyjąłem fakt, że ta sytuacja tylko tak się skończyła, ale wiedziałem też, że nadeszła pora na zajęcie się pozostałymi kwestiami. Prosić o pomoc Saszę nie miałem zamiaru.
   Odwróciłem się do tej mniejszej grupy, która również obserwowała całe zamieszanie. Na widok leżącego na ziemi ciała ogarnęło mnie zmęczenie. Jak mieliśmy stać się azylem dla ludzi, skoro ciągle popełnialiśmy te same, bolesne w skutkach błędy? Ten dzień miał być początkiem lepszych czasów dla nas, a przyniósł dwie śmierci, ranną oraz nowy problem w postaci buntownika. Czekałem tylko na kolejny problem.
   I wcale długo nie musiałem, gdy pod bramą pojawił się samochód z Jarkiem oraz Hindusem i mężczyzną, którego przywieźli. Widok obcej twarzy był jak dodatkowy ciężar na barkach, który musiałem unieść.

2
   Przeczesałem palcami włosy, mierzwiąc je jeszcze bardziej, po czym przetarłem zmęczone oczy kciukiem i palcem wskazującym. Zerknąłem na stojący na ciemnobrązowej komodzie zegar, powoli odmierzający kolejne godziny od naszego przyjścia do gabinetu. A minęły ich już trzy.
A więzień wciąż tak samo uparcie milczał.
   Gdyby nie to, że byłem wyczerpany i zły, podziwiałbym tą jego zaciętość, ale w tamtym momencie miałem ochotę mu przywalić. Niestety (lub stety) tym zajął się już Max.
   Byłem przeciwny takiej formie przesłuchań, ale po kolejnej godzinie zadawania pytań i nieuzyskiwaniu odpowiedzi, sam zaproponowałem zmianie taktyki. Po prostu chciałem dowiedzieć się kilku rzeczy i pójść spać. Tylko tyle. Dlaczego ten dupek musiał wszystko utrudniać?
   Obojętnie spojrzałem na mieszaninę krwi, śliny oraz drobnych, białych kawałków, jakimi splunął więzień. Jego twarz już dawno spuchła, z licznych, drobnych ran płynęła krew, mieszająca się z potem, a jego lewe oko zmieniło się w wąską szparkę. Mimo to, wciąż zaciskał usta, a na pytania odpowiadał chłodnym spojrzeniem.
   Pięść Maxa trafiła mężczyznę w lewy policzek. Ja sam skrzywiłem się, prawie odczuwając skutek tego ciosu. Z całą pewnością nie był on bezbolesny.
   - Uparty skurkowaniec – mruknął Czesiek, opierając się o znajdujące obok mojego krzesło.
   - Albo jest tak solidarny ze swoimi, albo głupi – dodał Jarek patrząc, jak Max uderza więźnia w brzuch, aż te zgina się w pół. Więzy wokół nadgarstków oraz kostek nie dały mu wiele swobody na wykonanie tego ruchu.
   - Na jedno wychodzi – podsumowałem. – Max. Może wystarczy?
   Widok obdartych do krwi kostek Maxa nie był przyjemny. No i nie chciałem też śmierci więźnia. Miał nam podać informacje, a nie umrzeć w wyniku pobicia.
   - Zmiana taktyki? – zapytał Czesiek, podając Maxowi chustkę, którą wyciągnął z tylnej kieszeni spodni.
   - Zawsze możemy mu wyrywać paznokcie. Albo obciąć kilka palców – podsunął Jarek, ale nikt nie zareagował entuzjastycznie na jego propozycje. Żadnemu z nas nie kojarzyły się one z niczym przyjemnym. Wspomnienia z tortur z bazy wciąż były świeże.
   - Dajmy mu na dzisiaj spokój. Zamkniemy go w celi, to może przez noc sobie wszystko przemyśli i zmądrzeje – powiedziałem.
   - Albo Zenek utwierdzi go w przekonaniu, że lepiej nas nienawidzić – prychnął Czesiek.
   Zamknięcie Zenka w podziemiach nie było żadnym wyjściem, ale miało to być tylko tymczasowe rozwiązanie problemu. Przynajmniej do czasu, aż znaleźlibyśmy czas, by zająć się mężczyzną. Teraz mieliśmy mnóstwo innych zmartwień, niż jeden buntownik.
   - Nie sądzę, by wytrzymał długo – powiedział Max, zerkając przez ramię na więźnia. – Zaraz pęknie.
   - Albo go zabijesz.
   Max miał już coś odpowiedzieć Cześkowi, gdy drzwi do gabinetu otworzyły się z hukiem. Nie musiałem się nawet odwracać, by wiedzieć, kto wszedł do środka. Ostry, pełen złości głos wypełnił gabinet, zwracają uwagę każdego z nas.
   - Można wiedzieć, co wy, do jasnej cholery, wyprawiacie? – Sasza stanęła między nami, a więźniem, najpierw patrząc na niego uważnie, a potem mierząc wzrokiem nas.
   - Saszo – Wstałem z miejsca wiedząc, że to ja muszę zmierzyć się z konsekwencjami gniewu Saszy. Ostatecznie to ja zgodziłem się na ten rodzaj przesłuchania.
   Jednak nie dane mi było nawet rozpocząć dialogu, bo zaraz zostałem uciszony gestem.
   - Nawet nie próbuj, Rob – powiedziała moja siostra i spojrzała na stojących obok mnie. – Tak zamierzacie teraz działać? Torturować ludzi tak, jak potraktowano was? Zapomnieliście już jak tam było?
   - Pamiętamy – odezwał się Max. – I właśnie chcemy zapobiec takim sytuacjom.


   - To świetną metodę sobie wybraliście. Nie ma co! – prychnęła Sasza. – Któremuś z was w ogóle przyszło do głowy, żeby mnie powiadomić? Czy naprawdę musiałam się dowiadywać ostatnia?
   Wymieniliśmy spojrzenia. To samo sobie pomyślałem, zanim zmieniliśmy sposób przesłuchiwania. Początkowo chciałem zawiadomić Saszę, ale zdawałem sobie sprawę, w jakim kierunku możemy się posunąć i doskonale wiedziałem, że Sasza będzie przeciwna. A my po prostu dbaliśmy o bezpieczeństwo swoje i naszych ludzi. 
   - Porozmawiajmy w cztery oczy – Próbowałem złapać siostrę za ramię, ale ta odsunęła się ode mnie, patrząc na mnie wrogo.
   - Trochę już na to za późno – powiedziała i podeszła do więźnia. Zlustrowała mężczyznę uważnie, po czym obejrzała się na nas. – Dowiedzieliście się w ogóle czegoś, czy od razu przeszliście do zapewnienia mu wstrząsu mózgu?
   Zignorowałem ostatnią złośliwość, postanawiając zachować opanowanie. Wiedziałem, że kłócąc się z Saszą nic bym nie osiągnął. Słowne potyczki z nią zawsze kończyły się moją porażką, więc wolałem nie porywać się z motyką na słońce. Poza tym chciałem zobaczyć, jak moja siostra radzi sobie z naszym więźniem. Mogło to być ciekawe.
   - Milczy jak grób – powiedział Jarek splatając ręce na piersi.
   - Przekonamy się – mruknęła Sasza i postawiła krzesło tuż przed związanym mężczyzną. – Możecie już wyjść.
   Wyprostowałem się i spojrzałem na Maxa. Ten nie wyglądał na skorego do opuszczenia gabinetu, tak samo jak Jarek i Czesiek. Ja sam nie zamierzałem pozostawić siostry z tym facetem. Mimo tego, że był związany, to mógł być też niebezpieczny. No i chciałem mieć choć odrobinę kontroli nad przebiegiem przesłuchania.
   - Saszo – tym razem to Czesiek próbował zainterweniować w postanowienia mojej siostry. – Nie sądzę, by to było…
   - Dość już zrobiliście! – przerwała mu ostro. – Wyjdźcie stąd! Wszyscy!
   Nie pozostało nam więc nic innego, jak tylko posłuchać dziewczyny i opuścić gabinet, choć każdy z nas zrobił to niechętnie. Nie obyło się też bez złości.
   - Będzie się jeszcze długo wściekać – stwierdził Jarek, gdy całą czwórką podążaliśmy korytarzem na dół.
   - Najpewniej – westchnąłem. To więcej, niż pewne – dodałem w myślach i zatrzymałem się przed drzwiami do swojego pokoju. – Muszę odpocząć – powiedziałem, po czym zwróciłem się do Cześka. – Widzimy się na warcie.
   - Jasne, bo odmrażanie sobie jaj to jest to, na co najbardziej czekam – Mężczyzna ścisnął moją dłoń i ruszył za pozostałymi.
    Uśmiechnąłem się do siebie i wszedłem do pokoju.
   Lena leżała na naszym wspólnym łóżku z książką w jednej dłoni i końcem swojego warkocza w drugiej. Zerknęła na mnie krótko, gdy się z nią przywitałem, po czym wróciła do czytania. Jednak nie wyglądała na zainteresowaną lekturą. Zdawać się mogło, że w ten sposób chce mnie ignorować.
   Zdjąłem koszulę i przełożyłem ją przez oparcie krzesła. Po chwili zawisła też tam kabura z bronią.
Szybko przyzwyczaiłem się do noszenia pistoletu przy boku. Nie wyobrażałem sobie już nawet wyjścia bez niej z pokoju, a co dopiero na zewnątrz. Ten kilkukilogramowy ciężar przy biodrze dawał mi większe poczucie bezpieczeństwa niż nawet kilka murów.
   - Coś się stało? – zapytałem w końcu, bo wiedziałem, że to milczenie Leny może się ciągnąć w nieskończoność. Ostatnimi czasy coraz częściej go doznawałem.
   - Dlaczego pytasz? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, obojętnie przewracając strony.
   - Bo widzę, że coś jest nie tak – odparłem i usiadłem obok dziewczyny, wyjmując książkę z jej dłoni. Mimo jej protestów, wziąłem ją za dłonie i pociągnąłem lekko, zmuszając do znalezienia się w pozycji siedzącej. – A więc?
   Blondynka westchnęła zirytowana i założyła pasmo włosów za ucho. Błękitne oczy odbijały światło stojącej na szafce nocnej lampy gazowej, gdy te próbowały uniknąć mojego spojrzenia. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że jednak coś się stało.
   - Leno?
   Dziewczyna ponownie wydała z siebie westchnięcie – jeszcze bardziej zirytowane.
   - Mam już dość tej bezczynności – powiedziała zdenerwowana. – Odkąd tu przyjechaliśmy, nie wystawiłam nosa poza mur. Sasza uniemożliwia mi branie udziału w każdym wypadzie i daje mi do roboty najnudniejsze prace, chociaż doskonale wie, że świetnie strzelam i poradziłabym sobie na zewnątrz. To upokarzające, że wzięli na wypad nastolatka, który notabene, zginął.
   Udałem, że nie słyszę tego ostatniego wtrącenia i pokiwałem ze zrozumieniem głową. Fakt faktem, że Sasza nie przydzielała Lenie żadnych poważniejszych zadań, ale było w tym też sporo mojej winy. Na spotkaniach rady sam nie wnosiłem o udział mojej dziewczyny w wypadach. Po prostu się o nią bałem. Tam, na zewnątrz, było niebezpiecznie, a ja nie chciałem narażać Leny. Zbyt mocno mi na niej zależało.
   Jednak ona miała rację. Nie mogłem jej odcinać od tamtego świata. W końcu każdy z nas, prędzej, czy później, musiałby się z nim zmierzyć.
   - W porządku – powiedziałem zrezygnowany. – Jutro jedziemy do tartaku po drewno i materiały. Jeśli chcesz, to możesz…
   Lena pisnęła uradowana i rzuciła mi się na szyję, przewracając mnie na łóżko. Dziewczyna pocałowała mnie namiętnie, na co z chęcią odpowiedziałem tym samym.
   - Wiesz, że jesteś wspaniały? – zapytała, gdy już oderwała się od moich ust.
   - Staram się – odparłem, składając na jej czole krótki pocałunek. Lena położyła głowę na mojej piersi i zaczęła sunąć palcem po moim ramieniu. – Ale pamiętaj, że będę cię miał na oku. Masz być ostrożna i słuchać moich poleceń.
   - Oczywiście, szefie – Dziewczyna przybrała poważny ton, po czym spojrzała na mnie. Jej smukłe, długie palce przejechały po mojej porośniętej gęstą już szczeciną szczęce. – Byłbyś świetnym przywódcą i dobrze o tym wiesz.
   Nie odpowiedziałem.
   Lena wiele razy poruszała ten temat, ale ja ciągle ją zbywałem lub odpowiadałem wymijająco. Jednak im częściej wspominała o tym, że powinienem zająć miejsce Saszy, im więcej zdarzało się dni takich jak ten, tym bardziej przychylny byłem tej myśli. Ale wciąż z nią walczyłem, choć coraz mniej zażarcie.
   Bo prawda była taka, że zaczynałem siebie widzieć w innej roli, niż członek Rady.
   Bo chciałem być kimś więcej.

3
   - Wszystko gotowe? – zapytałem, gdy podszedłem do ciężarówek czekających na wyjazd przed bramą.
   - Tak. Możemy jechać – oświadczył Loska, do którego należało przygotowanie samochodów.
   Mężczyzna ten nie był już tą samą osobą, którą poznałem na posterunku w Nowogrodzie. Tam miałem go za trochę pomylonego bezdomnego, którego jedynym kompanem była pełna butelka. Zarówno jego zachowanie jak i wygląd zgadzały się z moimi spostrzeżeniami. Jednak tutaj, w klasztorze, Loska zmienił się na obu płaszczyznach.
   Zniknęła jego długa, niechlujna broda oraz skołtunione włosy. Teraz, ostrzyżony na krótko i ubrany w nowe ciuchy, był innym człowiekiem. Wszyscy przekonaliśmy się też, że oprócz wielu pomocnych rad oraz smykałki technicznej, jest też inteligentnym gościem. Sam też przyznał, że ukończył studia i ma tytuł inżyniera, ale życie dało mu mocno w kość, przez co wylądował na ulicy.
   - Miałem żonę – mówił, gdy razem z Maxem, Cześkiem i kilkoma innymi osobami urządziliśmy sobie wolny wieczór przy piwie. Po n-tej butelce każdemu przychodziła ochota na wspominki. – Anioł, nie kobieta. Piękna, mądra, miła i gotowała jak mało kto. W przeciwieństwie do mnie. Ja nie miałem niczego, czym mógłbym się chwalić. A jednak wybrała mnie. Wyobrażacie sobie? Mnie! Łachudrę, który nie miał jej nic do zaoferowania.
   Przytaknęliśmy uśmiechając się pod nosami. Wielu z nas wiedziało, jak to kobiety potrafiły zawrócić w głowie. Sam miałem za sobą taki związek.
   - Uratowała mnie – kontynuował mężczyzna, uśmiechając się do trzymanej w dłoniach butelki, jakby widział w niej coś pięknego. – Bez niej w życiu nic bym nie osiągnął. Kazała mi się uczyć, a sama pracowała. „Wiele osiągniesz w życiu” – mówiła – Uśmiech Loski stał się rozgoryczony, a w oczach mężczyzny pojawiły się łzy. – Szkoda, że nie wiedziała, jak bardzo się myli.
   Spojrzałem na siedzącego po przeciwnej stronie Maxa. Wpatrywał się w swoją butelkę, nerwowo skubiąc papierową nalepkę, a jej kawałki zrzucając na podłogę.
   - Bo tak już jest – powiedział Loska ożywionym głosem, choć dziwnie drżącym. – Nie ważne, jak wygląda świat. Kobiety zawsze ciągną nas – idiotów w górę, a my potem udajemy panów świata. A prawda jest taka, że to one są naszym motorem popychającym do działania. Bo powiedzcie: czy w życiu któregokolwiek z was, nie pojawiła się kobieta, która zmieniła wasze życie? Dam sobie rękę uciąć, że tak!
   - No! – Kuba wymierzył w Loskę kikutem swojej prawej ręki. – Z tym ucinaniem kończyn radziłbym ci się wstrzymać. Uwierz mi – nic fajnego.
   Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, tym samym ponownie rozluźniając atmosferę.
Pociągnąłem solidny łyk gorzkiego piwa, dobrze już odczuwając jego działanie.
   Rozglądnąłem się po głównej sali, gdzie się zgromadziliśmy i dostrzegłem stojącą w wejściu Saszę. Stała oparta o ścianę, z rękoma splecionymi na piersi i uśmiechała się do siebie, patrząc gdzieś zamyślona. Czarne włosy miała rozpuszczone, co nie zdarzało się często. A szkoda, bo w takiej wersji, dziewczęcej, wyglądała pięknie. Czasem sam zapominałem, że moja siostra wciąż była dziewczyną. I to ładną. Jej dość ostre rysy twarzy, połączone z zarysowanymi kośćmi policzkowymi i naprawdę pięknymi oczami sprawiały, że mogła być obiektem zainteresowania wielu mężczyzn. Oczywiście tylko tych, którzy mieli równie silny charakter, co ona. Silny król potrzebuje silniejszej królowej – przypomniałem sobie zdanie, które przeczytałem gdzieś kiedyś. Dziwnym trafem odnosiło się ono do każdego z nas. Wszyscy musieliśmy mieć oparcie w swoich kobietach, bo kto, jak nie one miały nas napędzać do działania?
   - Jesteśmy gotowi – powiedział niski Marek – przyjaciel Jarka – pocierając grubopalczyste dłonie o siebie.
   - Więc zbierajmy się – odparłem podchodząc do drzwi ciężarówki. Chciałem jak najszybciej wyjechać, nim zapadnie zmrok. Jazda w ciemnościach, po zaspach i niezbyt znanym terenie nie było czymś, czego bym chciał doświadczyć.
   Już miałem wsiąść do środka samochodu, w którym znalazła się już Lena i Loska, gdy usłyszałem za sobą głos.
   - Nie przyda wam się dodatkowa pomoc?
   Zaskoczony spojrzałem na Maxa. Nie wyglądał na przygotowanego do wypadu. Jedynie karabin na jego ramieniu świadczył o tym, że ma zamiar opuścić mury klasztoru. Normalnie nie zgodziłbym się na to, by opuścił obóz tak nieprzygotowany, ale zdawałem sobie sprawę, że kto jak kto, ale Max poradzi sobie w wielu sytuacjach.
   - Jasne – powiedziałem. – Ale czeka cię niezbyt wygodna jazda na pace – dodałem, wskazując na przykrytą plandeką naczepę. Z przodu pozostałe miejsca były już zajęte przez Loskę i Lenę.
   - Przeżyję – mruknął wsiadając do tyłu, gdzie już siedział Oskar oraz Sebastian.
   Do tartaku w Goli dotarliśmy po ponad trzech godzinach nieprzyjemnej jazdy. Sporym utrudnieniem były zasypane drogi, niewielkie grupy zombie oraz stworzone przez uciekających ludzi zapory. W końcu jednak udało nam się dotrzeć do celu.
   Spory teren, na jakim znajdował się tartak, nie otaczało żadne ogrodzenie, a dość bliskie sąsiedztwo większego miasta sprawiało, że okolica nie była bezpieczna. Nie chcąc ryzykować, poleciłem Samancie wspiąć się na szczyt drewnianego stosu.
   - Dobrze strzelasz, ale nie rób tego, chyba, że będzie to absolutnie konieczne – przestrzegłem ją, podając dziewczynie strzelbę.
   - Zapamiętam – powiedziała sprawnie wspinając się na sam szczyt kilkumetrowego stosu.
   - Podzielmy się na dwie grupy – zaproponowałem. – Ja, Oskar, Olgierd, Seba i Max weźmiemy  te bale – wskazałem na grubo ciosane kłody, idealnie nadające się do stawiania wież. – Wy – zwróciłem się do Loski, Moniki, Witka, Leny i Marka – załadujcie deski. Postarajmy się uwinąć w miarę szybko.
   Wszyscy pokiwali głowami i ruszyli w wyznaczone przeze mnie strony.
   Nałożyłem na dłonie robocze rękawice, które z całą pewnością mogły mi się przydać. Przenoszenie kilkudziesięciokilogramowych kłód nie mogło być ani łatwe, ani przyjemne. I przekonałem się o tym już po przeniesieniu pierwszych bali do ciężarówki. Miałem wrażenie, że każdy kolejny kawał drewna waży jeszcze więcej od poprzedniego. Po szóstym byłem mokry od potu i oddychałem jak po przebiegnięciu maratonu, a mięśnie rąk bolały mnie tak bardzo, że już wyobrażałem sobie jutrzejszy poranek. To będzie cud, jeśli uda mi się podnieść chociaż łyżkę – pomyślałem rozmasowując obolałe ramiona.
   - Za stary na to jestem – mruknął Olgierd, pocierając plecy.
   Nie powiedziałem tego głośno, ale ten widok akurat mnie usatysfakcjonował. Rzadko kiedy miałem okazję widzieć pracującego Olgierda. Facet był mistrzem migania się od obowiązków, ale jego dobra passa się skończyła. Wszyscy musieliśmy zapracować na bezpieczeństwo klasztoru.
   - Przerwa? – zapytał Seba – niewiele starszy ode mnie blondyn o dość postawnej sylwetce, choć niskim wzroście. Ledwie sięgał mi do ramienia.
   - Kilka minut – powiedziałem siadając na ułożonych deskach.
   Odgarnąłem grzywkę, która zaczęła cisnąć mi się do oczu. Jeszcze nigdy nie miałem tak długich włosów, a ciągle zapomniałem poprosić kogoś o ich przycięcie. Miałem zbyt wiele innych rzeczy do roboty, niż przejmowanie się swoim wyglądem. Jednak po przyjrzeniu się większości mieszkańców klasztoru dochodziłem do wniosku, że przez te całe brody i dość niechlujny wygląd wyglądamy groźnie, chociaż przecież mieliśmy bieżącą wodę i czyste ubrania. Wszyscy zajmowali się swoimi zadaniami, a inne rzeczy zostały odsunięte na bok. Bo kto myślałby o swoim wyglądzie, gdy cały świat wokół trafił szlag?
   Spojrzałem w kierunku przeciwnej grupy, która wciąż uwijała się przy pakowaniu drewna. Posłałem Lenie uśmiech, na co ta odpowiedziała tym samym.
   - Ufasz jej?
   Zaskoczony zadarłem głowę i zobaczyłem stojącego obok Maxa. Trzymał w ustach zmiętego papierosa, z końcówki którego unosiła się stróżka dymu i patrzył w tym samym kierunku, gdzie sam przed chwilą spoglądałem.
   - Lenie? Tak. Dlaczego pytasz? – Zmarszczyłem brwi, szukając w głowie powodu, dla którego Max mógł zadać takie pytanie.
   - Jest siostrą Wiksy. Była w jego grupie.
   - Właśnie – powiedziałem trochę urażony sugestią Maxa. – Była. A tak naprawdę, to nigdy nie chciała z nimi być. To, że są rodziną, jest już nieważne. Przecież Wiksa i tak nie żyje.
   Wszyscy o tym wiedzieliśmy. Adam i grupa, z którą przyjechał, opowiedzieli nam o tym, co się stało z  hotelem i na arenie. Ten rozdział został zamknięty. Wciąż pozostała jednak kwestia Rokity i tego całego Topora, ale od ponad miesiąca żadna z tych grup nas nie zaatakowała i nie odkryliśmy w okolicach śladów żadnej z nich. Oczywiście oprócz incydentu z wypadu Jarka, ale wszystko wskazywało na to, że więzień, którego mieliśmy, nie miał żadnego obozu.
   Jednak mina Maxa sprawiła, że zwątpiłem w słowa Adama i swoje własne przekonania.
   - Nie jest inaczej, prawda? – zapytałem wstając. Max nie patrzył w moją stronę, równocześnie ugniatając palcami filtr papierosa. – Max. Wiksa nie żyje.
   Sam nie wiedziałem, czy było to pytanie, czy też stwierdzenie, w które chciałem wierzyć. To, że Max miał wątpliwości sprawiało, że i mnie samego one ogarniały.
   - Nie wiem – powiedział w końcu.
   - Ale Adam mówił…
   - Właśnie nic pewnego nie powiedział – warknął mój towarzysz, rzucając papierosa w śnieg. – Nie widział śmierci Wiksy, więc żadne z nas nie może mieć pewności. Wczoraj byłem z Saszą w hotelu i wiesz co? Nie widziałem żadnych ciał, oprócz kilku zombie. A z tej całej areny na pewno wielu ludzi uciekło. Oni wciąż są zagrożeniem, Rob, a w tym przypadku zapewnienia Adama na nic się zdadzą.
   Oszołomiony tymi słowami potarłem czoło, starając się poukładać wszystko w jedną, logiczną całość. Nie miałem pojęcia jakim cudem żadne z nas nie zwróciło uwagi na tak oczywiste fakty. Wszyscy chyba chcieliśmy wierzyć, że choć jedno niebezpieczeństwo zostało zażegnane. A okazało się, że nie do końca.
   - Mówiłeś o tym Saszy? – zapytałem zerkając na bok. Wszyscy wrócili do pracy, oprócz naszej dwójki.
   - Sama o tym wie – Max wzruszył ramionami. – Tylko udaje przed sobą, że jest inaczej. Idiotyzm.
   Puściłem ostatnią uwagę mimo uszu i już chciałem zapytać o coś innego, gdy padł strzał.
   Instynktownie schyliłem się i sięgnąłem po swoją broń. Reszta zrobiła to samo.
   Osobą, która pierwsza pociągnęła za spust, okazała się być Samanta. Chciałem już zganić dziewczynę za bezsensowne robienie hałasu, gdy okazało się być ono bardzo potrzebne. W ciągu kilku chwil cały tere tartaku zaroił się od zombie. Truposze pojawiły się za nami, ale również i z przodu, wchodząc przez główną bramę. Zaczęliśmy strzelać.
   - Oczyśćcie drogę do ciężarówek! – krzyknąłem sam mierząc w coraz bliżej podchodzących truposzy.
   Co drugi, lub nawet co trzeci zombie padał martwy, co wcale tak mocno nie przerzedzało szeregów nieumarłych. W pobliżu musiała znajdować się ich jakaś większa grupa, bo truposzy wciąż przybywało. Im dłużej zwlekaliśmy z ucieczką, tym nasze szanse na nią malały drastycznie.
   - Musimy uciekać – zwróciłem się do Maxa. – I to natychmiast.
   Zauważyłem, że druga grupa, która znajdowała się bliżej ciężarówek niż my, prawie już przy nich była. Nas oddzielała od nich dość pokaźna grupa ożywieńców, która powoli odgradzała nas od reszty. Nie mieliśmy już szans dostać się do pojazdów.
   Gorączkowo szukałem wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji, jednocześnie zabijając te bliższe zombie. Te zapędzały nas w kozi róg, kończący się dość wysokim stosem drewna. Jedyną możliwością ucieczki było wspięcie się na górę, tam, gdzie była już Samanta.
   - Wchodźcie na górę! – krzyknąłem nie przestając strzelać do ożywieńców. Dzięki naszym wspólnym wysiłkom, na ziemi pojawiło się dość sporo ciał, a wystrzały odciągnęły pozostałą część stada od drugiej grupy.
   Pierwszy na górę wyrwał się Seba, który ze zwinnością małpy w mgnieniu oka znalazł się na górze. Zaraz potem dołączył do niego Oskar, który przez swój rozmiar miał niemałe problemy z dotarciem na szczyt, ale poradził sobie dzięki pomocy dwójki będących już tam osób. Kątem oka widziałem, jak także i Olgierd zmierza powoli na górę.
   - Właź. Będę cię osłaniał – polecił mi Max, ale skomentowałem to prychnięciem.
   - Zaraz po tobie.
   - Będziesz się teraz o to kłócił?
   - Nie, jeśli się pośpieszysz – powiedziałem i pociągnąłem za spust, potem, jak się okazało, tracąc przy tym ostatnią kulę. – Kurwa.
   Wycofałem się, dobrze wiedząc, że bez kul jestem bezużyteczny. Max miał jeszcze coś w magazynku.
   Chwyciłem się szorstkiego drewna i podciągnąłem. Ból ramion dał o sobie znać, ale zelżał, gdy znalazłem podparcie dla nóg. Wspiąłem się na bezpieczną wysokość, skąd nie mogłem zostać pochwycony przez truposze i spojrzałem w dół. Max strzelił po raz ostatni, dziurawiąc tym czaszkę jednego z zombie. Ożywieniec upadł na idących za sobą towarzyszy, co nieco zwolniło pochód.
   - Uważaj! – zawołałem, gdy zobaczyłem jak chudy, rozebrany do połowy truposz wyciąga ręce w kierunku nóg wspinającego się Maxa. Zacisnąłem zęby, widząc jak brudne palce chwytają się buta mojego kompana i ciągną go w dół. Max szarpnął nogą, próbując się wyrwać, ale to mu się nie udało. Kolejne próby również spełzły na niczym. Dopiero strzał któregoś z naszych towarzyszy na górze uwolnił Maxa z łapsk ożywieńca.
   Wznowiłem wędrówkę w górę, gdy usłyszałem dochodzące stamtąd, podniecone głosy. Zaraz do nich doszedł też krzyk Samanty, a potem ostrzeżenie, najpewniej skierowane do nas.
   - Uważajcie! – krzyknął ktoś, a po chwili zobaczyłem spadającą nam na głowy bale drewna.
Nic nie mogłem zrobić. Jedynie zamknąć oczy i czekać na uderzenie kilkudziesięciokilowym klocem.
   Ale to nie nadeszło.
   Niepewnie spojrzałem w górę i zobaczyłem jak bal zwisa niecały metr od mojej głowy, podtrzymywany przez dwie pary rąk. Otrząsnąłem się z szoku i wznowiłem wspinaczkę. Gdy Max i ja znaleźliśmy się na górze, Seba oraz Oskar puścili kawał drewna. Ten spadł na dół, prosto na głowy piętrzących się tam truposzy. Dźwięk, jaki przy tym powstał, przypominał ten, jaki wydaje rozgnieciony robak. No, w tym przypadku ogromny.


   Zombie było naprawdę sporo. Na oko niecała setka ożywieńców, która tłoczyła się w korytarzu utworzonym z drewna. Udało nam się im uciec. Wystarczyło tylko zejść z drugiej strony i niezauważenie przekraść się do ciężarówek.
   Odetchnąłem głęboko i roztarłem obolałe dłonie, gdy Oskar chwycił Olgierda za przód jego kurtki i pociągnął w stronę krawędzi. Starszy z mężczyzn krzyknął przerażony, gdy znalazł się nad stadem pobudzonych zombie.
   - Co ty wyprawiasz? – zawołał szarpiąc się i próbując odsunąć od krawędzi.
   - Myślisz, że nie widzieliśmy, co zrobiłeś? – zapytał ostro Oskar. – Pchnąłeś ten bal!
   - Co ty pieprzysz? Sam się obsunął! – bronił się Olgierd, choć z daleka było widać, że kłamie.
   Skurwiel, chciał nas zabić – uświadomiłem sobie z przerażeniem. Wiedziałem, że Olgierd nie przepada ani za mną, ani Maxem, ale żeby posuwać się do próby morderstwa?
   Ogarnęła mnie wściekłość. Chciałem już nawet wyciągnąć swój pistolet, gdy przypomniał mi się jego pusty magazynek. Poza tym, nie był to czas i miejsce na rozwiązywanie takich sporów.
   - Puść go, Oskar – powiedziałem spokojnie, na co ten zareagował oburzeniem.
   Jasne, że w tamtym momencie chciałem sam zepchnąć Olgierda na dół, ale musiałem pamiętać, że w klasztorze miał żonę i trzy córki. Nie mógłbym zrobić im czegoś takiego. Choć Olgierd był sukinsynem, to także i ojcem oraz wsparciem dla swojej rodziny.
   Oskar odciągnął mężczyznę od krawędzi i rzucił go na deski. Olgierd odsunął się jak najdalej od krańca, cały drżąc z przerażenia. Max podszedł do niego i pochylił się nad nim, chwytając go za już zmięty przód kurtki. Byłem pewien, że zaraz w kierunku twarzy Olgierda poleci zaciśnięta pięść, ale tak się nie stało.
   - Jeżeli następnym razem będziesz chciał nas zabić, to lepiej zrób to dobrze. Inaczej ja zabiję ciebie.
   Nie miałem wątpliwości, że Max mówi serio. Nikt inny też. Gdy komuś groził, zawsze był poważny i wiedziałem, że dotrzymuje słowa.
   Olgierd także zdawał sobie z tego sprawę. Mężczyzna pokiwał z zapałem głową, a w oczach miał przerażenie.
   - Zbierajmy się, zanim trupy się rozejdą – powiedział Max i pierwszy zaczął schodzić na dół.
Bez problemu udało nam się dotrzeć do ciężarówek, gdzie nasi przyjaciele czekali na nas z zniecierpliwieniem.


   Objąłem Lenę, która rzuciła mi się na szyję. Cieszyłem się, że ją mam i, że jest cała, ale w głowie miałem dziwny niepokój. Wywołały go słowa Maxa. Ufałem mojej dziewczynie, ale czy tak naprawdę mogłem być jej pewny? Mogła odnosić się wrogo do Wiksy, ale wciąż byli rodzeństwem. Byli tą samą krwią. Jeśli rzeczywiście Wiksa przeżył – pomyślałem, a po kręgosłupie przeszedł mi dreszcz.
   - Bałam się o ciebie – Lena spojrzała na mnie. Uśmiechała się, ale jej oczy były puste. Jakby całkowicie pozbawione uczuć. Pierwszy raz to zobaczyłem. Jakby moja dziewczyna miała na twarzy maskę, pod którą kryła się całkiem inna osoba.
   Przestań – skarciłem się zaraz. – Wpadasz w paranoję.
   - Jeźdźmy już – powiedziałem do pozostałych.
   Odjechaliśmy z tartaku, gonieni przez kilka zombie, które nas zauważyły.
   Siedziałem na drewnianych balach z tyłu ciężarówki, patrząc na coraz bardziej oddalające się zombie. Wkrótce zniknęły mi z oczu, ale ja dalej wiedziałem, że wciąż tam są. Świat nie miał już barier, więc nic ich nie ograniczało. To one teraz panowały, a my – żywi – byliśmy zwierzyną łowną, która między walką z nieumarłymi, przy okazji zabijała siebie. Konflikty, jakie nieświadomie wznieciliśmy, mogły nas zaprowadzić do zagłady. Rasa ludzka była teraz mniejszością, która każdego dnia zmniejszała swoją liczebność.
   To nie zombie były dla nas największym zagrożeniem, a my sami. Trupy mogły być głupie, ale przynajmniej nie zabijały siebie. A my?
   Cóż. Świat bez barier miał to do siebie, że znikały one na wszystkich płaszczyznach. Zarówno na tych geograficznych, jak i morlanych. Kiedyś to świat musiał się przystosować do ludzi, a teraz było na odwrót. Chciałeś przeżyć – musiałeś przyjąć obowiązujące zasady, wziąć broń do ręki i modlić się o jeszcze jeden dzień.
   I tak do samego końca.
   Wróciliśmy do klasztoru, gdzie od razu pojawiły się osoby, które zajęły się wypakowywaniem drewna. Pomógłbym im, gdybym nie był aż tak wyczerpany. Marzyłem o łóżku. Jednak zanim do niego dotarłem, napotkałem Saszę.
   – Musimy porozmawiać – powiedziała, zwracając się zarówno do mnie, jak i Maxa, Olgierda oraz Jarka, po czym pierwsza ruszyła w stronę gabinetu.
   Spojrzałem niepewnie na mężczyzn, którzy mieli tak samo nietęgie miny, jak ja. Jednak, kierowani obowiązkiem oraz ciekawością, ruszyliśmy za Saszą.
   W gabinecie byli już pozostali członkowie Rady oraz trzy nowe osoby. O ile widok Ryśka aż tak mnie nie zdziwił, to obecność Libry i Adama już tak. Najbardziej to właśnie pojawienie się brata Maxa wzbudziło we mnie obawy. Nie lubiłem go i nie ufałem mu.
Ale najbardziej zaskakujący w spotkaniu był udział naszego więźnia oraz tego mężczyzny, którego Sasza przywiozła z polowania. Nie pamiętałem jego imienia.  
   – Co się dzieje? – zapytałem, siadając na swoim miejscu. Czułem nieprzyjemne napięcie, powodowane tym nagłym zebraniem oraz dziwnie spiętą postawą Saszy.
   – Zaraz wszystkiego się dowiecie – odparła moja siostra i stanęła na końcu kilku złączonych stołów, które zajmowały prawie całą przestrzeń gabinetu. Ze starego wystroju pozostało jedynie biurko i fotel.
   Sasza podeszła do więźnia, którego rany opatrzono i ubrano go w czyste rzeczy. Jednak noc w celi odcisnęła na nim swoje piętno. Był niewyspany i dziwnie blady. Tak samo sprawa przedstawiała się z drugim mężczyzną. Obaj wyglądali na czymś przestraszonych.
   – Mów.
   Więzień niepewnie spojrzał na Saszę, która zgromiła go spojrzeniem. Ten, jakby cały się skulił w sobie.
   – Nazywam się Maciej – powiedział cicho i z wyraźnym drżeniem w głosie. Gdy jego wzrok uniósł się na mnie, zobaczyłem prawdziwy strach w jego oczach. – A wy macie pośród siebie kreta.